środa, 9 sierpnia 2017

58. Dzieci nie spadają z nieba

(Lira)
-Mamy na izbie przyjęć kolejnego noworodka. - oznajmiła Alexa, doganiając mnie na korytarzu. - Ktoś podrzucił nam ją pod drzwi.
-A monitoring? - zapytałam, unosząc brwi.
-Czysty. - pokręciła głową. - Widać tylko jakąś bardzo szczupłą osobę ubraną jak dementor.
Nie ukrywam, że to brzmiało bardzo dziwnie. Słyszałam o podkładaniu dzieci do śmietników, do kościołów... Ale nie pod drzwi szpitala. Zwykle zostawiano noworodki w środku. Czasami dziewczyny kłamały, że znalazły je w drodze do pracy, albo szkoły, ale większość z nas wie, że to były ich matki. Tylko nie chciały się przyznać.
-Mogę poprosić Leona, żeby przeszukał bazy danych. Jeśli dziecko urodziło się w jakimkolwiek szpitalu, na pewno znajdziemy jego odciski. - odparłam, skręcając do damskiej łazienki. - A w jakim jest stanie? Co jej dolega?
-Nic, oprócz wyziębienia. - wzruszyła ramionami.
-Jest lato! - zawołałam, zamykając za sobą drzwi. - Musiałaby długo leżeć na betonie.
-Bo prawdopodobnie leżała. - odpowiedziała, opierając się o drzwi plecami. - Trafi na pediatrię szybciej niż ten chłopiec.
-Jeszcze tam jest? - uniosłam brwi, chociaż ona nie mogła tego zobaczyć. - Byłam pewna, że już go do siebie zabrali.
Ściągnęłam majtki, kucając nad sedesem. Wiedziałam, że tak łatwo nie ma. Że najpierw będzie to żmudne szukanie rodziny, a dopiero później będzie można skierować dziecko do ośrodka adopcyjnego. I zwykle właśnie tam trzeba je oddać.
-Mówią, że ma nikłe szanse na przeżycie. - odkrzyknęła, kiedy zaczęłam sikać. - Nie mieliby czasu się nim opiekować. Mają teraz za dużo wcześniaków.
-I brakuje personelu. - dokończyłam, wpadając jej w słowo. - Wiem, ciągle to powtarzacie. Dlaczego nie zatrudnią więcej lekarzy? Praktykanci sobie z tym nie poradzą. Szczególnie, że muszą być pod stałą obserwacją lekarzy.
-Wiem. - jęknęła, kiedy skończyłam i otworzyłam drzwi, żeby wyjść i umyć ręce. - Nie mogą nikogo zatrudnić. Adams podobno za dużo wydaje.
Bardziej byłam zainteresowana zdaniem dwóch naszych ulubionych lekarzy. Logan miał na głowie chyba dwudziestu praktykantów, a Kendall utknął na bloku operacyjnym. Tak, to było do bani i dobrze o tym wiedziałam.
-Zawsze możecie iść do Adams i poprosić ją o zatrudnienie kilku nowych. - usłyszałyśmy męski głos z drugiego końca łazienki.
-Carlos? - zawołała Alexa ze zdziwieniem. - Co Ty wyprawiasz? To jest damska toaleta!
-Wiem. - odkrzyknął, chyba z kabiny w rogu. - Męska jest pełna dzieciaków. Tu znacznie łatwiej poczytać gazetę w spokoju.
(Logan)
-Wszystko dobrze? - zapytałem, kiedy Kendall wszedł smętny do pokoju lekarskiego.
-Nie przeżył. - westchnął, opadając na kanapę. - Czasami zastanawiałem się, co było z nim nie tak. Wiesz, może to ja popełniłem błąd?
Jęknąłem, ale z wyraźnym zadowoleniem. Poczułem na sobie wściekłe spojrzenie Kendalla, ale za bardzo się tym nie przejmowałem.
-Co teraz? - zapytałem, próbując na nim wymusić jakieś newsy z chirurgii. - Jedzie na transplantologię?
-Nie... - pokręcił głową z wyraźnym przekąsem. - Narządy są zbyt wyniszczone. Musiał pić przynajmniej od kilku lat.
-Szkoda. Liczyłem, że przynajmniej częściowo odkupi swoje winy, ale widzę, ze nici z tego. Jakieś wieści od trzeciego piętra?
-Nie... - pokręcił głową, wyciągając z szafki torebkę herbaty ekspresowej. - Nie byłem u nich od dłuższego czasu. Stażyści są przy dziecku?
-Przy dzieciach. - uściśliłem. - Podrzucono nam kolejne. Jeszcze dwójka i pobijemy rekord ostatniej dekady. Lira i Matt namówili Leona, żeby poszukał ich odcisków w bazach danych.
-Troje noworodków na oddziale w tym samym czasie. - powiedział, jakby się nad czymś zastanawiał. - To jakaś plaga. Przecież dzieci nie spadają z nieba.
-Wiem. - odpowiedziałem, podchodząc do lodówki i wyjmując ze środka puszkę koli. - Lira wysłała po mailu do szkół średnich, pytając o nazwiska i adresy nastolatek, które były w ciąży w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Ma zamiar przejść się do nich dzisiaj wieczorem.
-Nic mi o tym nie mówiła. - odparł, przechylając czajnik, żeby zalać torebkę wrzątkiem. - Byłem pewien, ze mówi mi o wszystkim.
-Bo mówi. - usiadłem z powrotem na kanapie, otwierając puszkę. Odczekałem chwilę, żeby wyszło trochę gazu. Nie lubiłem, kiedy bąbelki uderzały mi do nosa. -Ale wtedy operowałeś i nie chciała Ci przeszkadzać. Wie, jak bardzo przywiązujesz wagę do tych spraw.
Kendall tylko wzruszył ramionami i usiadł w fotelu, obejmując kubek w obu dłoniach. Wiedziałem, że wolałby, żeby ten drań przeżył i poniósł konsekwencje, ale... Tak było lepiej dla wszystkich. Miałem cichą nadzieję, że jego organy będą się nadawały do przeszczepów, bo skoro z taką łatwością uśmiercił grupę ludzi, to może przynajmniej pomoże uratować kilku innych. Ale teraz widziałem, że nici z tego.
Rozległo się pukanie i do środka wszedł Matt. Podszedł do stolika i położył na nim kilka spiętych kartek. Przysiadł na jednym z naramienników fotela Kendalla.
-Dotychczasowe odpowiedzi od szkół. - wyjaśnił po dłuższej chwili milczenia. - Są cztery dziewczyny, który kończyły rok w zaawansowanej ciąży. I jedna, która urodziła tuż przed zakończeniem semestru. Możecie sprawdzić, czy któraś nie jest Waszą pacjentką?
-Możemy popytać na ginekologii, ale szczerze wątpię, czy podrzuciłaby dziecko właśnie pod nas szpital. - stwierdziłem, podnosząc do ust otwartą puszkę. - To by było zbyt oczywiste.
-Spróbować chyba nie zaszkodzi. - wzruszył ramionami. - Wiecie, najciemniej pod latarnią. Mogły nabrać zaufania akurat do nas. Wysłaliśmy Maile do wszystkich dwudziestu ośmiu szkół w promieniu pięćdziesięciu kilometrów.
-I przyszło tylko to? - Kendall zamrugał z zaskoczeniem. - Mało.
-Są wakacje. Większość jest zamknięta. Niewiele dyżuruje przez cały tydzień.
-Niestety. - westchnął Kendall, wciąż nie zmieniając pozycji. - Wyślę te dane jeszcze do innych szpitali. Może coś wiedzą.
-Ale najpierw sprawdzimy u nas. - powiedziałem szybko.
-Lira przejdzie się po domach tych dziewczyn i sprawdzi, czy te dzieci rzeczywiście tam są. - oznajmił Matt tym swoim rzeczowym tonem. - Leon poszuka dzieci w bazach danych, a ja muszę być na usługi Vipery. Wziął mnie pod lupę i za bardzo Wam nie pomogę.
-Nie ma sprawy. - Kendall pokręcił głową. - Wiem, jak było z Lirą, kiedy to ją obserwował.
-To... każdy wie co ma robić i spotkamy się wieczorem?
-Na to wygląda.
(Carlos)
-Co tam? - zacząłem, wchodząc do mieszkania Jamesa. - Masz coś nowego w sprawie tych dzieciaków? Bo Kendall się trochę niecierpliwi.
-Wiem, dlatego robię co mogę, żeby na coś trafić. - odpowiedział, kiedy wszedłem do jego prowizorycznego biura.
Siedział w prezesowskim fotelu, z uwagą wpatrując się w monitor komputera. Nawet się nie poruszył, kiedy przeszedłem na drugi koniec pokoju i usiadłem przy miniaturowym stole konferencyjnym i rozłożyłem się z przyniesionymi papierami.
-A Ty coś masz? - zapytał, wciąż nie zmieniając pozycji.
-Nie. - pokręciłem głową. - Lira jest u tych dziewczyn, Matt ma swoje sprawy, Alexa sprawdza dane od szkół, a chłopaki są zawaleni robotą.
-Mary daje w kość? - uniósł brwi.
Nazwał ją po imieniu, czym kompletnie mnie rozwalił, bo wszyscy oprócz niego mówili na nią po nazwisku. Kilka razy prosiłem go, żeby przy nas nazywał ją „Adams”, ale za cholerę nie chciał posłuchać. No, cudownie. Głupio, kiedy kumpel sypia z babką, która pośrednio jest Twoją szefową, ale to jest James. Po nim i po Loganie można się spodziewać dosłownie wszystkiego. Jak nie wiedzieliśmy o ich przygodnych bara-bara, jeszcze dało się to znieść, ale teraz to już tragedia.
-Żebyś wiedział. - odpowiedziałem, darując sobie komentarz. - Wiesz, jaka ona jest. Wymagająca. Nie daje taryfy ulgowej. Sobie też nigdy nie odpuszcza.
-Taka już jest. - wzruszył ramionami. - Chyba coś znalazłem. Jedna z wymienionych dziewcząt była karana za napaści z bronią w ręku.
-Z bronią palną? - podniosłem się z krzesła i podszedłem do niego bliżej.
-Tego nie napisali. Równie dobrze mogła mieć nóż. Przebywa w otwartym ośrodku wychowawczym z lekkim rygorem.
-Szkoła podała Lirze zły adres? - uniosłem brwi, widząc, co jest napisane na elektronicznej stronie akt. - Podali adres domowy?
-Zwykle tak robią. Zadzwonię do Liry, zanim zaskoczy rodziców.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No okey... zastanawiam się nad specialnym postem z odpowiedziami na Wasze ostatnie komentarze. Wiecie, żeby się jakoś ogarnąć. Poza tym na serio muszę się ogarnąć. Jestem już na bieżąco z blogami i tak dalej... ale muszę się jeszcze nastroić.

Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Do zobaczenia za tydzień, albo w piątek na Koniczynce. Trzymajcie się! Cześć!  

2 komentarze:

  1. Myślę, że powinni poprosić szkołę, by dzieci zorganizowały zbiórkę pieniędzy, za które kupiłyby szpitalowi w prezencie sprzęt. Hm... bo myślę, że to największy kłopot.
    Haha, Carlos rozwala system xD.
    Logan zachowuje się jak dziecko, powinien wydorośleć. Lekarz nie wybiera, kogo powinien leczyć.
    No, dzieci nie spadają z nieba. A może to prostytutka je podrzuciła? Wszystko możliwe.
    Ten facet ma większą szansę dostać się do piekła. To chyba wystarczająca kara.
    No cóż Carlos, chłopak się zakochał. Nic nie poradzisz.
    Mam nadzieję, że zdarzą za nim ona ich odwiedzi.
    No spoko pomysł.
    Czekam xo

    OdpowiedzUsuń
  2. Super rozdział :)
    Wybacz, ale nie mam czasu więcej skomentować :/

    OdpowiedzUsuń

Nie bądź Voldek - skomentuj.
Dla Ciebie to niewielki zamach, ale dla mnie to potężny kop energii i zachęta do pisania.
Weryfikacja obrazkowa - wyłączona, anonimy włączone. każdy może napisać coś od siebie. Dla mnie to wiele znaczy.