środa, 2 sierpnia 2017

57. Noworodek

(Kendall)
Dzisiaj mieliśmy wolne. Siedzieliśmy na kanapie, oglądając jakiś serial w lokalnej telewizji. Nawet nie znałem jego tytułu. Ważne, że byliśmy razem.
-Chcesz przełączyć? - zapytała Lira, wciąż leżąc z głową na moich kolanach.
-Nie, może być to. - odpowiedziałem, delikatnie gładząc jej włosy.
Uniosłem głowę, widząc migający wyświetlacz komórki. Czy naprawdę musiał dzwonić właśnie teraz? Nie możemy spędzić razem przynajmniej tego jednego dnia?
Lira podniosła się do pozycji siedzącej i oparła się plecami o tylną część kanapy. Poprawiła włosy, doprowadzając rozpuszczone włosy do jakiegoś porządku.
-Coś ważnego?
-Tak, ze szpitala. - pokiwałem głową, widząc wyświetlany numer. - Chyba Adams dzwoni z prywatnego. Nie jestem pewien.
-Na pewno chcesz odebrać? - uniosła brwi, sięgając po własną komórkę, żeby ją sprawdzić. - Właściwie, czemu nie włączyłeś wibracji?
-Bo ich nie znoszę. - uśmiechnąłem się pod nosem, odbierając telefon. - Tak?
-Schmidt, wiem, że obiecałam Ci dzisiaj wolne, ale muszę Cię ściągnąć do szpitala. - usłyszałem głos Adams. - To bardzo ważne.
-Wypadek komunikacyjny? - zapytałem, rozglądając się za bluzą.
-Nie, ale potrzebujemy chirurga. - odparła, chyba gdzieś idąc, bo w tle słyszałem stukot obcasów. - Zbierasz się?
-Tak, będę za jakieś pół godziny.
-Nie dasz rady wcześniej? Henderson i tak się nie wyrabia.
-Postaram się, ale muszę jeszcze zabrać czysty fartuch. - odparłem, przekopując stertę świeżych ciuchów. Po drugiej stronie Adams zacmokała ze zniecierpliwieniem.
-Włożysz scrub. Lepiej się rusz, w zamian będziesz miał dwie wolne soboty.
-Dobra, już wychodzę.
Rozłączyłem się, wsuwając komórkę do kieszeni spodni. Lira patrzyła na mnie z lekką urazą. Spojrzałem na nią przepraszająco.
-Wybacz. Wiem, że to miał być nasz dzień. - usiadłem naprzeciwko niej. - Przełożymy to na przyszłą niedzielę? Wtedy też mam wolne.
-Dobra. - powiedziała z przekąsem. - Odwiozę Cię, będzie szybciej. Potem może pójdę do jakiegoś kina, czy coś... pewnie grając coś, na co nie będziesz chciał iść.
-Dobra. - uśmiechnąłem się smutno, pochylając się nad jej twarzą. - Nadrobimy to, obiecuję.
(Logan)
Dzisiejszy dzień był okropny. Adams już wezwała Kendalla, ale nie mam pewności, jak długo zajmie mu dojazd. Patrzyłem na kolegów naprzeciwko łóżeczka z noworodkiem, którego dopiero zdołaliśmy odratować. I... strasznie płakał. Nie znałem się za bardzo na dzieciach, więc nie miałem pojęcia co robić. Grupa praktykantów miała na twarzy dokładnie to samo uczucie co ja.
-Co tak stoicie? - zapytała Alexa, wchodząc do pokoju. - Nie widzicie, że jest głodny?
-Niby skąd mamy wiedzieć, że jest głodny? - wzruszyłem ramionami, ale zamiast tego Alexa wyciągnęła z inkubatora na koce butelkę z gotową odżywką.
-Idioci. - prychnęła. - Jak będzie mieli własne dzieci, to sami zobaczycie.
-Niedoczekanie Twoje. - wymamrotałem.
Ale Alexa nie zwróciła na to uwagi. Po prostu odepchnęła mnie na bok i bezceremonialnie podniosła dziecko, układając je sobie w ramionach. O dziwo chłopiec trochę się uspokoił, ale kiedy przyłożyła mu do buzi butelkę.
-Jak Ty to robisz? - uniosłem brwi z wrażenia.
-Mam córeczkę. - odpowiedziała, nie przerywając czynności. - Widzicie, od razu mu lepiej. Kiedy idzie na pediatrię?
-Nie wiem. - wzruszyłem ramionami. - Byłem pewny, że Ty nam powiesz.
-Nie mogę teraz nic zrobić. - pokręciła głową, siadając w fotelu w rogu pokoju. - Brakuje łóżek i personelu. A to dziecko jest w kiepskim stanie.
-Czyli jak zwykle. - westchnąłem. - No dobra... Ruszcie się, bo musimy iść do innych pacjentów. No już, szkoda czasu.
Wysłałem praktykantom gest, który miał ich trochę ponaglić, ale zamiast tego spojrzeli na mnie jak na idiotę i nawet się nie poruszyli.
-No błagam, robota się sama nie zrobi. - jęknąłem, otwierając drzwi i widząc Kendalla.
-Podobno potrzebujecie chirurga. - powiedział, przypinając w biegu identyfikator.
-Tak, ale chodź tam. - pociągnęłam go za koszulkę i poprowadziłem go do uśpionego mężczyzny. - To właściwie jest sprawca karambolu na szóstce, ale Adams powiedziała, że możesz z nim zrobić, co Ci się rzewnie podoba.
-Co? - zmarszczył brwi, spoglądając na niego ze zdziwieniem.
-Uratować i pozwolić mu żyć pośród normalnych ludzi, wysłać do kostnicy, niechcący przecinając główną tętnicę, rozebrać na części... Nie wiem, improwizuj, ale uważaj, bo facet ma prawie trzy promile alkoholu.
-I przeżył?
-On jeszcze tak, ale cztery inne osoby nie. - wzruszyłem ramionami, udając obojętność. - Wiem, że pięcioletniej dziewczynce uda się wyjść z tego po długiej rehabilitacji i żmudnym leczeniu, ale jej mama zginęła na miejscu.
-Sugerujesz coś? - uniósł brwi, patrząc na mnie ze zdziwieniem.
-Nie, ale jeśli byłbym Tobą, wybrałbym tę ostatnią opcję. - odparłem, mając nadzieję, że posłucha.
-Logan...
-Już wybrałeś? - zapytałem, patrząc na niego z nadzieją. - I wiedz, że w sali obok jest noworodek, który dopiero opuszczał szpital i już dorobił się kolejnego urazu. To chyba rekord świata. Jego matka zmarła przy porodzie, a ojciec zginął w karambolu. Coś mi się widzi, że bez Liry i Jamesa nie pojedzie...
-Nie wybieramy, kogo mamy ratować.
-No, niestety... w tym duecie to ja jestem na bakier z zawodowym kodeksem etycznym.
(James)
-Lira? - zawołałem, widząc ją ją przy kasie biletowej. - Co Ty tu robisz?
Lira zesztywniała i powoli obróciła się w moją stronę. Byłem pewny, że ma z Kendallem oglądać telewizję i iść do baru szybkiej obsługi jak licealiści na niskobudżetowej randce.
-Cześć... - przywitała się ze mną takim tonem, jakby chciała kupić trochę czasu. - A co tu robisz? Miałeś byś w sądzie i coś... załatwiać?
-Ale nie jestem. - zachichotałem. - No... co tu robisz bez Kendalla?
-Więc... - zaczęła trochę niepewnie. - Adams wezwała Kendalla, bo potrzebowała chirurga. A ja zostałam sama z całym dniem do niewykorzystania. Więc odwiozłam Kendalla do szpitala i przyszłam tutaj.
-Na co idziesz?
-Na „Toy Story” - odpowiedziała najzupełniej poważnie. - A Ty po co tu przyszedłeś?
-Śledzę klientkę. - wzruszyłem ramionami. - Wiesz, jedna z tych patologicznych rodzin. Obiecała, że będzie ze mną szczera i teraz to sprawdziłem.
-I była tutaj? - uniosła brwi z zaskoczenia.
-Tak. - pokiwałem głową. - I na szczęście, bo jakby mnie okłamała, pewnie przestałbym ją już reprezentować. A wiesz, jak nie lubię, kiedy mi kłamią.
-Na przykład Adelle Wilson? - spojrzała na mnie z wyczekiwaniem.
-Oj proszę Cię... drugi raz już tego błędu nie popełnię. - pokręcił głową. - Już nie będę bronić oskarżonych za przemyt.
-Jasne, już to wierzę... - prychnęła, odbierając bilet. - To gdzie teraz idziesz? Bo wiesz, że zawsze możesz sobie dokupić bilet i iść ze mną na film dla dzieci. Niestety, nie było „Potwory i Spółka”.
-Wiem, ten jest Twój ulubiony.
-To... dokupujesz ten bilet, czy mam tam iść sama?

-Dokupię. - uśmiechnąłem się szeroko. - Jasne, że dokupię.  

2 komentarze:

  1. To straszne, że ludzie są tak bezmyślni i jeżdżą pod wpływem alkoholu, narażając tym życie swoje i innych ludzi.
    Ale pomimo to nie zgodzę się z tym co powiedziała adams, że Kendall może zrobić.
    Hahah teraz to tak jakby randka Jamesa i Liry 😂
    Bajka dla dzieci zawsze spoko :))
    Fajny i czekam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hejoo!
    Biedny Kendall, serio. Nie dosc, że się narobi, to jeszcze zabierają mu wolne. No to jednak praca lekarza. Louis miała racje mówiąc, że zwiazek z supermanem jest jak związkiem z lekarzem, kiedy godzi sie na to, żeby maż wychodził w środku nocy.
    Haha... Logan nie bądź śmieszny. Potrafisz wydedukować chorbę, a nie to, ze dziecko może być po prostu głodne. Wiesz? One też musza coś jeść. SAME sie nie nakarmią.
    Jeryyyy! CZłowieku jak ty dostałeś pozwolenie na pracę? On bedzie żył z poczuciem, że osierocił dziecko i zabił ludzi! Nie wystarczy? Ugh! Idiota. Dobrze, ze Kednall ma mózg.
    Dobrze, że Lira znalzła sobie towarzysto i tak jest poszkodowana. Spoko, z rodzicami zazwyczaj chodzimy do kina na bajki xD
    CZekam xo

    OdpowiedzUsuń

Nie bądź Voldek - skomentuj.
Dla Ciebie to niewielki zamach, ale dla mnie to potężny kop energii i zachęta do pisania.
Weryfikacja obrazkowa - wyłączona, anonimy włączone. każdy może napisać coś od siebie. Dla mnie to wiele znaczy.