środa, 16 sierpnia 2017

59. Nie ma nic za darmo

(James)
Odłożyłem na stolik teczkę z wydrukowanymi dokumentami i przysiadłem na skraju łóżka w mieszkaniu Mary. Wiedziałem, że za wiele to nie pomoże, ale co mi szkodziło spróbować.
-Będę miał prośbę. - oznajmiłem cicho, kiedy weszła do pomieszczenia. - Chodzi o udostępnienie pełnej karty medycznej.
-Jakiegoś konkretnego pacjenta? - zapytała, unosząc brwi. - Jeśli masz pozwolenie, to nie widzę problemu.
-Chodzi o to, że nie mam. - cmoknąłem z przekąsem. - Jest jeden chłopak. Jest pełnoletni, więc nie ma szans, żeby jego matka mogła to dla mnie zrobić. Ale Ty... możesz wszystko.
-Jeśli nie masz żadnej podstawy, możesz o tym od razu zapomnieć. - pokręciła głową, siadając naprzeciwko mnie.
-Chłopak może być ojcem jednego z podrzuconych dzieci. - oznajmiłem. - Jego matka mi to powiedziała. Właściwie Lirze, a ja tylko...
-Przejdź do rzeczy. - pogoniła mnie, kiedy zacząłem się plątać.
-Chłopak ma schizofrenię. - oznajmiłem. - Od dłuższego czasu radzi sobie samodzielnie, ale pojawiły się podejrzenia, że jego życie wymknęło się spod kontroli.
-Na tyle, żeby doszło do zbliżenia z siedemnastolatką? - zachichotała, kiedy pokiwałem głową. - Bez sensu. Ale pokażę Ci te dokumenty.
-Serio? - uśmiechnąłem się z zadowoleniem.
-Będziesz mógł je przeczytać, ale nie wynieść. - zastrzegła. - Tylko przeczytać.
-To i tak sporo.
-I dlatego tego nie zmarnuj.
(Kendall)
-Na prawdę musimy wychodzić dzisiaj do pracy? - zapytałem, leżąc obok Liry. - Najchętniej spędziłbym tu z Tobą cały dzień.
-Nie ma szans. - pokręciła głową. - Wciąż mamy jedną nierozwiązaną sprawę. A wiesz, jakie to ważne. Z resztą wiesz, jaki jest Vipera. Nie odpuści, jeśli zobaczy, że nie mam co robić.
-Z jednego dnia wolnego już zrezygnowałaś. - - wzruszyłem ramionami. - I co będzie dalej?
-Nic. - odpowiedziała krótko. - Ale wiem, że na urlop będę musiała trochę poczekać.
Westchnęła, odrzucając koc na bok. Tutaj robi się coraz dziwniej. Wcześniej jakoś nie przywiązywaliśmy wagi do rozpatrywanych przypadków. Po Scottcie wszystko się zmieniło. Zaczęliśmy się podnosić z łóżka i przeszliśmy do łazienki.
-Wspólna kąpiel? - zapytałem, kiedy Lira rzuciła mi żel pod prysznic.
-Pewnie. - pokiwała głową. - Logan założył mi wodoodporny opatrunek.
-Wyświadczył mi przysługę. - uśmiechnąłem się szeroko i ściągnąłem lekką koszulkę, którą Lira zakładała do spania. - Gotowa?
-Pewnie. A Ty? - odwzajemniła mój uśmiech.
Kiedy skończyliśmy, wyszliśmy z dużej kabiny przepasani ręcznikami. Lira podniosła swoją komórkę i spojrzała na wyświetlacz.
-Coś nie tak? - zmarszczyłem brwi, podchodząc do niej bliżej.
-Wszystko gra, ale... Pamiętasz jak Logan zakładał w internecie profil na portalu aukcyjnym? - powiedziała powoli, wciąż wpatrując się w wyświetlacz. - Wtedy zaczęłam go obserwować.
-Zamieścił nowe ogłoszenie? - zdziwiłem się, wycierając sobie włosy. - Sądziłem, że sprzedał już wszystkie rupiecie ze starego mieszkania.
-Tak, zamieścił ogłoszenie, ale... w dziale nieruchomości.
-Sprzedaje swoje mieszkanie?
-Nie... - pokręciła głową. - Willę w Kansas.
-Tam mieszkał jego ojciec. - przypomniałem sobie po długiej chwili. - Nie sądziłem, że przyjmie spadek. Myślałem, że...
-To Logan. - przerwała mi, przełykając ślinę. - Pewnie po prostu potrzebuje kasy. Jak zawsze.
Pojechaliśmy do szpitala. Na ulicach nie było zbyt wielu ludzi, ale musieliśmy trochę poczekać. Chyba były jakieś utrudnienia. Nawet policja musiała kierować ruchem.
Kiedy weszliśmy do poczekalni, zauważyłem Scotta siedzącego na jednym z krzeseł.
-Scott? - zmarszczyłem brwi, widząc, że Lira poszła tylnym wejściem. - Co tu robisz?
-Potrzebuję recepty. - powiedział, wstając na równe nogi. - Wczoraj poginęły nam wszystkie leki. Było włamanie. Skradziono całą apteczkę, zawartość sejfu i kilka antyków. Da się przeżyć, policja już to sprawdza.
-Apteczkę? - powtórzyłem, marszcząc brwi.
-Przeciwbólowe i przeciwgorączkowe Derek może kupić bez recepty, ale reszta...
-Wiem. - kiwnąłem głową, przechodząc za ladę. - Przepiszę wszystko na astmę i wypiszę Ci jeszcze jedną receptę na zapas. Zostały Ci jeszcze jakieś zapasy? Może w szkole?
-Tylko dwa inhalatory. - odpowiedział wzruszając ramionami. - Jeden w szafce i jeden u Lydii.
-U Lydii? - uniosłem brwi, spoglądając na niego z zaskoczeniem. - Lydia trzyma dla Ciebie jeden inhalator?
-Derek ją poprosił. - wyjaśnił. - Czasami zdarza mi się o nim zapominać.
-Proszę. - powiedziałem, przekazując mu dwa podłużne arkusze. - Znasz dawkowanie. Dlaczego skradziono leki?
-Dziękuję. - pokiwał głową. - Amm... kiedyś czytałem, że te, które przyjmuję przy odpowiednim dawkowaniu mogą działać jak środki dopingujące. Może to tylko jakiś nieuczciwy sportowiec?
-Albo ktoś rozprowadza je na czarnym rynku. - uniosłem brwi, chowając pod ladę pozostałe blankiety. - Masz rację. Mogą być sposobem dopingu, ale nie są wystarczająco skuteczne. Tak naprawdę... trzeba je wziąć tuż przed rozgrywkami. Niektóre działają natychmiast, a tabletki mają lekko opóźniony zapłon. Ale o tym wiesz. I wiesz, że nikt, a szczególnie ktoś zdrowy nie może z nimi przesadzić. Dlaczego?
-Oskrzela mogą się rozszerzyć na tyle mocno, że mogą popękać. - wyjaśnił, wzruszając ramionami. - Tak środek działa na zdrowych ludzi.
-I wiesz, co to znaczy. - pokiwałem głowę. - Zadzwonię, jeśli znajdziemy przy kimś Twoje leki.
(Logan)
-Znaleźliśmy tylko jedną parę rodziców. - westchnąłem. - A pozostałe szpitale nie są chętne do współpracy. To już jest szczyt.
Carlos parsknął śmiechem, na co obdarzyłem go gromkim spojrzeniem. To nie było ani trochę śmieszne. W stu procentach.
-Stary, zawsze kiedy oni czegoś potrzebują, my musimy im pomagać. Wiesz, co to znaczy? To znaczy, że mają nas w dupie.
-Dobra, już zrozumiałem. - przerwał mi James. - Wiesz co? Wszyscy robimy co możemy, ale za wiele to nie daje, Możemy tylko zbierać informacje. Nie mamy władzy sądu, dobrze o tym wiesz.
-Wiem i wielka szkoda. - jęknąłem, wstając z kanapy i spojrzałem na otwierające się drzwi. - Omawiamy ważne sprawy. Spieprzaj.
Ellie uniosła dłonie w geście obronnym i wycofała się z powrotem na korytarz.
-Stary... - jęknął Kendall, tonem, jakby chciał mnie zbesztać. - Tak się nie robi.
-Robi, robi. Nie pamiętasz, co zrobiła Kevinowi?
-Kim jest Kevin? - Carlos zmarszczył brwi.
-Nie interesuj się, dobra? - wycedziłem przez zaciśnięte żeby. - Zacznijmy od początku. Podrzucono nam troje dzieci. Każde w wieku od trzech do sześciu miesięcy. Jedno urodziło się w domu. Wiemy to po pępowinie zawiązanej sznurkiem...
-Twoje zdolności detektywistyczne są okropne. - odparł James, wyraźnie sugerując, że nie chce tego słuchać. - Wiemy niewiele, ale przynajmniej jedno z dzieci szybciej trafi do rodziny zastępczej. Patrz na pozytywy.
-Pewnie bym na nie patrzył, gdyby negatywów nie było aż tak dużo. - warknąłem na niego. - Łażenie z domu do domu nic nie da. Co innego, gdybyśmy byli pastorami zbierającymi datki na kościół. A to jest wykluczone.
Carlos uśmiechnął się chytrze, jakby właśnie wpadł na jakiś dobry pomysł, ale żaden z nas nie odważył się odezwać jako pierwszy.
-A może i nie? - pisnął z zadowoleniem. - Ostatnio Aina ma kontakty z jednym pastorem. Moglibyśmy go nakłonić, żeby sprawdził to czego szukamy, ale w bardziej... tradycyjny sposób.
-Mów dalej, zaczyna mi się podobać. - powiedziałem, nachylając się bliżej, żeby posłuchać.
-Poprosimy go, żeby przy najbliższych wizytach domowych popytał parafianów o dziewczyny w ciąży i jak się uda, to znikające dzieci. Ale nie jestem pewny, czy zrobi to za darmo.
-Wydam nie więcej niż dziesięć tysięcy. - powiedział szybko James. - W tym miesiącu oszczędzałem, ale i tak mam ograniczony budżet.
-Pięć powinno wystarczyć. - powiedział, jakby nikt mu nie przerywał. - Musimy mu tylko powiedzieć wystarczająco dużo, żeby się zgodził.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dobra, dzisiaj bez spoilerowania, bo mi się nie chce. Poza tym, wciąż się jaram momentem z „Teen Wolfa”, kiedy Malia zabierała Scottowi ból. Nadal nie popieram ich potencjalnego związku, ale tamten moment był bardzo ładny.
No, a jak się Wam podobała notka? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach. Trzymajcie się! Cześć!



środa, 9 sierpnia 2017

58. Dzieci nie spadają z nieba

(Lira)
-Mamy na izbie przyjęć kolejnego noworodka. - oznajmiła Alexa, doganiając mnie na korytarzu. - Ktoś podrzucił nam ją pod drzwi.
-A monitoring? - zapytałam, unosząc brwi.
-Czysty. - pokręciła głową. - Widać tylko jakąś bardzo szczupłą osobę ubraną jak dementor.
Nie ukrywam, że to brzmiało bardzo dziwnie. Słyszałam o podkładaniu dzieci do śmietników, do kościołów... Ale nie pod drzwi szpitala. Zwykle zostawiano noworodki w środku. Czasami dziewczyny kłamały, że znalazły je w drodze do pracy, albo szkoły, ale większość z nas wie, że to były ich matki. Tylko nie chciały się przyznać.
-Mogę poprosić Leona, żeby przeszukał bazy danych. Jeśli dziecko urodziło się w jakimkolwiek szpitalu, na pewno znajdziemy jego odciski. - odparłam, skręcając do damskiej łazienki. - A w jakim jest stanie? Co jej dolega?
-Nic, oprócz wyziębienia. - wzruszyła ramionami.
-Jest lato! - zawołałam, zamykając za sobą drzwi. - Musiałaby długo leżeć na betonie.
-Bo prawdopodobnie leżała. - odpowiedziała, opierając się o drzwi plecami. - Trafi na pediatrię szybciej niż ten chłopiec.
-Jeszcze tam jest? - uniosłam brwi, chociaż ona nie mogła tego zobaczyć. - Byłam pewna, że już go do siebie zabrali.
Ściągnęłam majtki, kucając nad sedesem. Wiedziałam, że tak łatwo nie ma. Że najpierw będzie to żmudne szukanie rodziny, a dopiero później będzie można skierować dziecko do ośrodka adopcyjnego. I zwykle właśnie tam trzeba je oddać.
-Mówią, że ma nikłe szanse na przeżycie. - odkrzyknęła, kiedy zaczęłam sikać. - Nie mieliby czasu się nim opiekować. Mają teraz za dużo wcześniaków.
-I brakuje personelu. - dokończyłam, wpadając jej w słowo. - Wiem, ciągle to powtarzacie. Dlaczego nie zatrudnią więcej lekarzy? Praktykanci sobie z tym nie poradzą. Szczególnie, że muszą być pod stałą obserwacją lekarzy.
-Wiem. - jęknęła, kiedy skończyłam i otworzyłam drzwi, żeby wyjść i umyć ręce. - Nie mogą nikogo zatrudnić. Adams podobno za dużo wydaje.
Bardziej byłam zainteresowana zdaniem dwóch naszych ulubionych lekarzy. Logan miał na głowie chyba dwudziestu praktykantów, a Kendall utknął na bloku operacyjnym. Tak, to było do bani i dobrze o tym wiedziałam.
-Zawsze możecie iść do Adams i poprosić ją o zatrudnienie kilku nowych. - usłyszałyśmy męski głos z drugiego końca łazienki.
-Carlos? - zawołała Alexa ze zdziwieniem. - Co Ty wyprawiasz? To jest damska toaleta!
-Wiem. - odkrzyknął, chyba z kabiny w rogu. - Męska jest pełna dzieciaków. Tu znacznie łatwiej poczytać gazetę w spokoju.
(Logan)
-Wszystko dobrze? - zapytałem, kiedy Kendall wszedł smętny do pokoju lekarskiego.
-Nie przeżył. - westchnął, opadając na kanapę. - Czasami zastanawiałem się, co było z nim nie tak. Wiesz, może to ja popełniłem błąd?
Jęknąłem, ale z wyraźnym zadowoleniem. Poczułem na sobie wściekłe spojrzenie Kendalla, ale za bardzo się tym nie przejmowałem.
-Co teraz? - zapytałem, próbując na nim wymusić jakieś newsy z chirurgii. - Jedzie na transplantologię?
-Nie... - pokręcił głową z wyraźnym przekąsem. - Narządy są zbyt wyniszczone. Musiał pić przynajmniej od kilku lat.
-Szkoda. Liczyłem, że przynajmniej częściowo odkupi swoje winy, ale widzę, ze nici z tego. Jakieś wieści od trzeciego piętra?
-Nie... - pokręcił głową, wyciągając z szafki torebkę herbaty ekspresowej. - Nie byłem u nich od dłuższego czasu. Stażyści są przy dziecku?
-Przy dzieciach. - uściśliłem. - Podrzucono nam kolejne. Jeszcze dwójka i pobijemy rekord ostatniej dekady. Lira i Matt namówili Leona, żeby poszukał ich odcisków w bazach danych.
-Troje noworodków na oddziale w tym samym czasie. - powiedział, jakby się nad czymś zastanawiał. - To jakaś plaga. Przecież dzieci nie spadają z nieba.
-Wiem. - odpowiedziałem, podchodząc do lodówki i wyjmując ze środka puszkę koli. - Lira wysłała po mailu do szkół średnich, pytając o nazwiska i adresy nastolatek, które były w ciąży w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Ma zamiar przejść się do nich dzisiaj wieczorem.
-Nic mi o tym nie mówiła. - odparł, przechylając czajnik, żeby zalać torebkę wrzątkiem. - Byłem pewien, ze mówi mi o wszystkim.
-Bo mówi. - usiadłem z powrotem na kanapie, otwierając puszkę. Odczekałem chwilę, żeby wyszło trochę gazu. Nie lubiłem, kiedy bąbelki uderzały mi do nosa. -Ale wtedy operowałeś i nie chciała Ci przeszkadzać. Wie, jak bardzo przywiązujesz wagę do tych spraw.
Kendall tylko wzruszył ramionami i usiadł w fotelu, obejmując kubek w obu dłoniach. Wiedziałem, że wolałby, żeby ten drań przeżył i poniósł konsekwencje, ale... Tak było lepiej dla wszystkich. Miałem cichą nadzieję, że jego organy będą się nadawały do przeszczepów, bo skoro z taką łatwością uśmiercił grupę ludzi, to może przynajmniej pomoże uratować kilku innych. Ale teraz widziałem, że nici z tego.
Rozległo się pukanie i do środka wszedł Matt. Podszedł do stolika i położył na nim kilka spiętych kartek. Przysiadł na jednym z naramienników fotela Kendalla.
-Dotychczasowe odpowiedzi od szkół. - wyjaśnił po dłuższej chwili milczenia. - Są cztery dziewczyny, który kończyły rok w zaawansowanej ciąży. I jedna, która urodziła tuż przed zakończeniem semestru. Możecie sprawdzić, czy któraś nie jest Waszą pacjentką?
-Możemy popytać na ginekologii, ale szczerze wątpię, czy podrzuciłaby dziecko właśnie pod nas szpital. - stwierdziłem, podnosząc do ust otwartą puszkę. - To by było zbyt oczywiste.
-Spróbować chyba nie zaszkodzi. - wzruszył ramionami. - Wiecie, najciemniej pod latarnią. Mogły nabrać zaufania akurat do nas. Wysłaliśmy Maile do wszystkich dwudziestu ośmiu szkół w promieniu pięćdziesięciu kilometrów.
-I przyszło tylko to? - Kendall zamrugał z zaskoczeniem. - Mało.
-Są wakacje. Większość jest zamknięta. Niewiele dyżuruje przez cały tydzień.
-Niestety. - westchnął Kendall, wciąż nie zmieniając pozycji. - Wyślę te dane jeszcze do innych szpitali. Może coś wiedzą.
-Ale najpierw sprawdzimy u nas. - powiedziałem szybko.
-Lira przejdzie się po domach tych dziewczyn i sprawdzi, czy te dzieci rzeczywiście tam są. - oznajmił Matt tym swoim rzeczowym tonem. - Leon poszuka dzieci w bazach danych, a ja muszę być na usługi Vipery. Wziął mnie pod lupę i za bardzo Wam nie pomogę.
-Nie ma sprawy. - Kendall pokręcił głową. - Wiem, jak było z Lirą, kiedy to ją obserwował.
-To... każdy wie co ma robić i spotkamy się wieczorem?
-Na to wygląda.
(Carlos)
-Co tam? - zacząłem, wchodząc do mieszkania Jamesa. - Masz coś nowego w sprawie tych dzieciaków? Bo Kendall się trochę niecierpliwi.
-Wiem, dlatego robię co mogę, żeby na coś trafić. - odpowiedział, kiedy wszedłem do jego prowizorycznego biura.
Siedział w prezesowskim fotelu, z uwagą wpatrując się w monitor komputera. Nawet się nie poruszył, kiedy przeszedłem na drugi koniec pokoju i usiadłem przy miniaturowym stole konferencyjnym i rozłożyłem się z przyniesionymi papierami.
-A Ty coś masz? - zapytał, wciąż nie zmieniając pozycji.
-Nie. - pokręciłem głową. - Lira jest u tych dziewczyn, Matt ma swoje sprawy, Alexa sprawdza dane od szkół, a chłopaki są zawaleni robotą.
-Mary daje w kość? - uniósł brwi.
Nazwał ją po imieniu, czym kompletnie mnie rozwalił, bo wszyscy oprócz niego mówili na nią po nazwisku. Kilka razy prosiłem go, żeby przy nas nazywał ją „Adams”, ale za cholerę nie chciał posłuchać. No, cudownie. Głupio, kiedy kumpel sypia z babką, która pośrednio jest Twoją szefową, ale to jest James. Po nim i po Loganie można się spodziewać dosłownie wszystkiego. Jak nie wiedzieliśmy o ich przygodnych bara-bara, jeszcze dało się to znieść, ale teraz to już tragedia.
-Żebyś wiedział. - odpowiedziałem, darując sobie komentarz. - Wiesz, jaka ona jest. Wymagająca. Nie daje taryfy ulgowej. Sobie też nigdy nie odpuszcza.
-Taka już jest. - wzruszył ramionami. - Chyba coś znalazłem. Jedna z wymienionych dziewcząt była karana za napaści z bronią w ręku.
-Z bronią palną? - podniosłem się z krzesła i podszedłem do niego bliżej.
-Tego nie napisali. Równie dobrze mogła mieć nóż. Przebywa w otwartym ośrodku wychowawczym z lekkim rygorem.
-Szkoła podała Lirze zły adres? - uniosłem brwi, widząc, co jest napisane na elektronicznej stronie akt. - Podali adres domowy?
-Zwykle tak robią. Zadzwonię do Liry, zanim zaskoczy rodziców.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No okey... zastanawiam się nad specialnym postem z odpowiedziami na Wasze ostatnie komentarze. Wiecie, żeby się jakoś ogarnąć. Poza tym na serio muszę się ogarnąć. Jestem już na bieżąco z blogami i tak dalej... ale muszę się jeszcze nastroić.

Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Do zobaczenia za tydzień, albo w piątek na Koniczynce. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 2 sierpnia 2017

57. Noworodek

(Kendall)
Dzisiaj mieliśmy wolne. Siedzieliśmy na kanapie, oglądając jakiś serial w lokalnej telewizji. Nawet nie znałem jego tytułu. Ważne, że byliśmy razem.
-Chcesz przełączyć? - zapytała Lira, wciąż leżąc z głową na moich kolanach.
-Nie, może być to. - odpowiedziałem, delikatnie gładząc jej włosy.
Uniosłem głowę, widząc migający wyświetlacz komórki. Czy naprawdę musiał dzwonić właśnie teraz? Nie możemy spędzić razem przynajmniej tego jednego dnia?
Lira podniosła się do pozycji siedzącej i oparła się plecami o tylną część kanapy. Poprawiła włosy, doprowadzając rozpuszczone włosy do jakiegoś porządku.
-Coś ważnego?
-Tak, ze szpitala. - pokiwałem głową, widząc wyświetlany numer. - Chyba Adams dzwoni z prywatnego. Nie jestem pewien.
-Na pewno chcesz odebrać? - uniosła brwi, sięgając po własną komórkę, żeby ją sprawdzić. - Właściwie, czemu nie włączyłeś wibracji?
-Bo ich nie znoszę. - uśmiechnąłem się pod nosem, odbierając telefon. - Tak?
-Schmidt, wiem, że obiecałam Ci dzisiaj wolne, ale muszę Cię ściągnąć do szpitala. - usłyszałem głos Adams. - To bardzo ważne.
-Wypadek komunikacyjny? - zapytałem, rozglądając się za bluzą.
-Nie, ale potrzebujemy chirurga. - odparła, chyba gdzieś idąc, bo w tle słyszałem stukot obcasów. - Zbierasz się?
-Tak, będę za jakieś pół godziny.
-Nie dasz rady wcześniej? Henderson i tak się nie wyrabia.
-Postaram się, ale muszę jeszcze zabrać czysty fartuch. - odparłem, przekopując stertę świeżych ciuchów. Po drugiej stronie Adams zacmokała ze zniecierpliwieniem.
-Włożysz scrub. Lepiej się rusz, w zamian będziesz miał dwie wolne soboty.
-Dobra, już wychodzę.
Rozłączyłem się, wsuwając komórkę do kieszeni spodni. Lira patrzyła na mnie z lekką urazą. Spojrzałem na nią przepraszająco.
-Wybacz. Wiem, że to miał być nasz dzień. - usiadłem naprzeciwko niej. - Przełożymy to na przyszłą niedzielę? Wtedy też mam wolne.
-Dobra. - powiedziała z przekąsem. - Odwiozę Cię, będzie szybciej. Potem może pójdę do jakiegoś kina, czy coś... pewnie grając coś, na co nie będziesz chciał iść.
-Dobra. - uśmiechnąłem się smutno, pochylając się nad jej twarzą. - Nadrobimy to, obiecuję.
(Logan)
Dzisiejszy dzień był okropny. Adams już wezwała Kendalla, ale nie mam pewności, jak długo zajmie mu dojazd. Patrzyłem na kolegów naprzeciwko łóżeczka z noworodkiem, którego dopiero zdołaliśmy odratować. I... strasznie płakał. Nie znałem się za bardzo na dzieciach, więc nie miałem pojęcia co robić. Grupa praktykantów miała na twarzy dokładnie to samo uczucie co ja.
-Co tak stoicie? - zapytała Alexa, wchodząc do pokoju. - Nie widzicie, że jest głodny?
-Niby skąd mamy wiedzieć, że jest głodny? - wzruszyłem ramionami, ale zamiast tego Alexa wyciągnęła z inkubatora na koce butelkę z gotową odżywką.
-Idioci. - prychnęła. - Jak będzie mieli własne dzieci, to sami zobaczycie.
-Niedoczekanie Twoje. - wymamrotałem.
Ale Alexa nie zwróciła na to uwagi. Po prostu odepchnęła mnie na bok i bezceremonialnie podniosła dziecko, układając je sobie w ramionach. O dziwo chłopiec trochę się uspokoił, ale kiedy przyłożyła mu do buzi butelkę.
-Jak Ty to robisz? - uniosłem brwi z wrażenia.
-Mam córeczkę. - odpowiedziała, nie przerywając czynności. - Widzicie, od razu mu lepiej. Kiedy idzie na pediatrię?
-Nie wiem. - wzruszyłem ramionami. - Byłem pewny, że Ty nam powiesz.
-Nie mogę teraz nic zrobić. - pokręciła głową, siadając w fotelu w rogu pokoju. - Brakuje łóżek i personelu. A to dziecko jest w kiepskim stanie.
-Czyli jak zwykle. - westchnąłem. - No dobra... Ruszcie się, bo musimy iść do innych pacjentów. No już, szkoda czasu.
Wysłałem praktykantom gest, który miał ich trochę ponaglić, ale zamiast tego spojrzeli na mnie jak na idiotę i nawet się nie poruszyli.
-No błagam, robota się sama nie zrobi. - jęknąłem, otwierając drzwi i widząc Kendalla.
-Podobno potrzebujecie chirurga. - powiedział, przypinając w biegu identyfikator.
-Tak, ale chodź tam. - pociągnęłam go za koszulkę i poprowadziłem go do uśpionego mężczyzny. - To właściwie jest sprawca karambolu na szóstce, ale Adams powiedziała, że możesz z nim zrobić, co Ci się rzewnie podoba.
-Co? - zmarszczył brwi, spoglądając na niego ze zdziwieniem.
-Uratować i pozwolić mu żyć pośród normalnych ludzi, wysłać do kostnicy, niechcący przecinając główną tętnicę, rozebrać na części... Nie wiem, improwizuj, ale uważaj, bo facet ma prawie trzy promile alkoholu.
-I przeżył?
-On jeszcze tak, ale cztery inne osoby nie. - wzruszyłem ramionami, udając obojętność. - Wiem, że pięcioletniej dziewczynce uda się wyjść z tego po długiej rehabilitacji i żmudnym leczeniu, ale jej mama zginęła na miejscu.
-Sugerujesz coś? - uniósł brwi, patrząc na mnie ze zdziwieniem.
-Nie, ale jeśli byłbym Tobą, wybrałbym tę ostatnią opcję. - odparłem, mając nadzieję, że posłucha.
-Logan...
-Już wybrałeś? - zapytałem, patrząc na niego z nadzieją. - I wiedz, że w sali obok jest noworodek, który dopiero opuszczał szpital i już dorobił się kolejnego urazu. To chyba rekord świata. Jego matka zmarła przy porodzie, a ojciec zginął w karambolu. Coś mi się widzi, że bez Liry i Jamesa nie pojedzie...
-Nie wybieramy, kogo mamy ratować.
-No, niestety... w tym duecie to ja jestem na bakier z zawodowym kodeksem etycznym.
(James)
-Lira? - zawołałem, widząc ją ją przy kasie biletowej. - Co Ty tu robisz?
Lira zesztywniała i powoli obróciła się w moją stronę. Byłem pewny, że ma z Kendallem oglądać telewizję i iść do baru szybkiej obsługi jak licealiści na niskobudżetowej randce.
-Cześć... - przywitała się ze mną takim tonem, jakby chciała kupić trochę czasu. - A co tu robisz? Miałeś byś w sądzie i coś... załatwiać?
-Ale nie jestem. - zachichotałem. - No... co tu robisz bez Kendalla?
-Więc... - zaczęła trochę niepewnie. - Adams wezwała Kendalla, bo potrzebowała chirurga. A ja zostałam sama z całym dniem do niewykorzystania. Więc odwiozłam Kendalla do szpitala i przyszłam tutaj.
-Na co idziesz?
-Na „Toy Story” - odpowiedziała najzupełniej poważnie. - A Ty po co tu przyszedłeś?
-Śledzę klientkę. - wzruszyłem ramionami. - Wiesz, jedna z tych patologicznych rodzin. Obiecała, że będzie ze mną szczera i teraz to sprawdziłem.
-I była tutaj? - uniosła brwi z zaskoczenia.
-Tak. - pokiwałem głową. - I na szczęście, bo jakby mnie okłamała, pewnie przestałbym ją już reprezentować. A wiesz, jak nie lubię, kiedy mi kłamią.
-Na przykład Adelle Wilson? - spojrzała na mnie z wyczekiwaniem.
-Oj proszę Cię... drugi raz już tego błędu nie popełnię. - pokręcił głową. - Już nie będę bronić oskarżonych za przemyt.
-Jasne, już to wierzę... - prychnęła, odbierając bilet. - To gdzie teraz idziesz? Bo wiesz, że zawsze możesz sobie dokupić bilet i iść ze mną na film dla dzieci. Niestety, nie było „Potwory i Spółka”.
-Wiem, ten jest Twój ulubiony.
-To... dokupujesz ten bilet, czy mam tam iść sama?

-Dokupię. - uśmiechnąłem się szeroko. - Jasne, że dokupię.