czwartek, 20 lipca 2017

55. Słyszeć, a słuchać

(Kendall)
Kiedy udało nam się ustabilizować stan Lydii i Scotta poszedłem do pokoju lekarskiego. Musiałem trochę powisieć na telefonie. Lira sama sobie z tym nie poradzi.
Kiedy dotarłem po pokoju, Lira siedziała po turecku na kanapie, trzymając laptopa na kolanach.
-Znalazłaś coś? - zapytałem, wyciągając komórkę z kieszeni i rzucając ją na stolik.
-Niewiele. - pokręciła głową, nie odrywając dłoni od klawiatury. -Tylko mega zabezpieczoną stronę jakiegoś klubu miłośników demonów. Carlos poprosił o pomoc swoją siostrę. Spróbuje złamać jej zabezpieczenia. I... rodzice Lydii obiecali przynieść mi jej komputer. Sprawdzę, jakie strony odwiedzała.
-O ile nie używała trybu incognito. - westchnąłem, na co ona zgromiła mnie spojrzeniem.
-Mam nadzieję, że nie. - westchnęła. - Nie ukrywam, że to by mi bardzo ułatwiło sprawę. - A co z dzieciakami?
-Lydia jest po transfuzji, a Scott ma tylko niewielki uraz głowy. Niewielki, ale był w niezłym szoku, kiedy oberwał, dlatego zabrakło mu tchu. Wiesz, jakie to dla niego niebezpieczne. - odpowiedziałem, nalewając sobie trochę kawy do plastikowego kubka. - Kiedy odzyska przytomność będzie trochę zdezorientowany.
-Przynajmniej tyle. - westchnęła. - Poprosiłam Matta. Będzie głównym prowadzącym Lydii.
-A Ty? - uniosłem brwi, wyciągając z szuflady czystą kartkę.
-Mogę pomagać, bo technicznie Scott jest moim podopiecznym. - odpowiedziała, zatrzaskując laptopa. - Hej, co Ty właściwie robisz?
-Zastanawiam się, co powiedzieć Derekowi, jak już się do niego dodzwonię. - westchnąłem, skrobiąc ołówkiem po kartce, chociaż nie wychodziły z tego żadne sensowne słowa.
Lira podniosła się z kanapy i usiadła na krześle naprzeciwko mnie. Patrzyła mi przez chwilę w oczy i wyprostowała się na siedzeniu.
-Może poprosisz Abby, żeby zrobiła to za Ciebie, co? - zapytała łagodnie.
-Nie. - pokręciłem głową. - On musi się tego dowiedzieć ode mnie.
(Carlos)
Aina siedziała przy stole w kuchni z trzema rozłożonymi laptopami. Tak, trzema. Jednocześnie podpinając się pod sieć sąsiadów, którzy nie mieli o tym zielonego pojęcia.
-Coś Ci się udało? - zapytałem, zaglądając jej przez ramię.
-Niewiele. - wzruszyła ramionami. - Dawno tego nie robiłam, ale to jest jak jazda na rowerze. Tego się nie zapomina.
Tak, hakowania się nie zapomina. Przynajmniej ona nie zapomniała. Przynajmniej już nie wychodziła na ulicę. Nie byłem zadowolony kiedy dowiedziałem się, że pracuje w naszym szpitalu, ale lepsze to niż prostytucja.
Obróciłem się w stronę kuchni, ale musiałem znowu odwrócić się w jej stronę, bo z gardła Ainy wydobył się wściekły ryk.
-Co się dzieje? - zapytałem z niepokojem.
-Ledwie złamałam jedne zabezpieczenia, a już powitały mnie nowe! - warknęła z wściekłością. - Dzięki, w życiu tak bardzo się nie na starałam i co widzę? Kolejną zaporę! Dzięki! Dzięki! Dzięki! Muszę zaczynać wszystko od nowa.
-Poradzisz sobie. - powiedziałem, żeby ją pocieszyć. - Zawsze sobie radzisz. Chcesz kawy?
-Poproszę.
Uśmiechnąłem się pod nosem, wkładając świeży worek z fusami do naszego starego ekspresu. Widząc jej rosnącą frustrację, zabrałem jej kubek i postawiłem obok urządzenia do parzenia kawy.
-Muszę zaraz iść do pracy. - powiedziałem, zwracając na siebie jej uwagę.
-Yhym... - mruknęła.
-Wlejesz sobie tej kawy sama?
-Yhym...
Uniosłem brwi i wyszedłem na zewnątrz. Wiedziałem, że sobie poradzi, jak tylko usłyszy pikanie ekspresu. Kupiłem bilet i poszedłem na stację metra. Dzisiaj była ładna pogoda. Początek wakacji rządził się własnymi prawami. A w szpitalu sprawy... dużo spraw. Pewnie dlatego Lirze i Kendallowi tak dobrze się układało. Bo najzwyczajniej nie mieli czasu na kłopoty w związku (aut: czyli moja teoria prawie idealnego związki Sciry. Po co nam własne problemy? Mamy całą masę katastrof do zażegnania! Kurde, szkoda, że ona musiała zostać na pustyni!) i rozwiązywali cudze. O wiele poważniejsze, niż sami byli w stanie stworzyć.
Kiedy wysiadłem z kolejki, poszedłem prosto do szpitala. Wiedziałem, że w środku mają młyn. Nie wyrabiali się z robotą, przez co pacjenci musieli czekać. Nie ich wina. Czasami zastanawiam się, co jeszcze jest ukryte w słowie „pacjent”. Cierpliwość? Coś żałosnego. Uniosłem rękę, widząc Logana przy selekcji. Nie lubi tego etapu. Chociaż to głównie szybkie oglądanie i wypisywanie recept. W odpowiedzi, ten tylko wskazał ręką na głąb głównego korytarza. Skinąłem głową, domyślając się o co mu chodzi.
Poszedłem w tamtym kierunku, widząc Kendalla rozmawiającego z Derekiem i jakąś kobietą w średnim wieku.
-... teraz, to na pewno były mąż odbierze mi córkę. - powiedziała niemal płacząc. - Jak mogłam takie coś przeoczyć?
-Lydia kiedyś powiedziała Scottowi, że nie widziała się z ojcem przez pięć lat. - oznajmił Derek po dłuższej chwili. - Nie sądzę, żeby miał jakieś szanse.
-Dzień dobry. - powiedziałem, zwracając na siebie ich uwagę.
-Cześć. - Kendall kiwnął na mnie głową. - Pani Natalie Martin, mama Lydii. Carlos Pena, nasz tutejszy psycholog.
-To na pewno konieczne? - zapytała z niepokojem, nie dając mi dojść do słowa. - A jeżeli to będzie dla mojej córki zbyt wielki stres?
-Obiecuję, ze będę ostrożny. - powiedziałem, swoim najbardziej przekonującym głosem. - Dzięki temu dowiemy się, dlaczego tak się stało.
Unikałem niektórych zwrotów. Na przykład „dlaczego to zrobiła” zamieniałem na „dlaczego tak się stało”. Albo zamiast „próbowała popełnić samobójstwo” mówiłem „targnęła się na swoje życie”. Eufenizmy. Często musieliśmy ich używać. Oczywiście równie często trzeba było mówić wprost. Bo kiedyś, jak Logan bał się powiedzieć pewnej starszej pani, że jej wnuk nie żyje, oznajmił jej, że zasnął na wieki. Kobieta myślała, że zapadł w śpiączkę.
-Pytanie brzmi, czy to jest tego wszystkiego warte. - wzruszyła ramionami, wciąż trzymając dłoń na piersi. - nie chcę, żeby moja córka jeszcze bardziej cierpiała.
-Pani Martin... - zaczął Derek z westchnieniem. - Jeśli Lydia powie nam, kto ją w to wciągnął, uda nam się od tego uchronić całą masę nastolatków.
(Logan)
-Boli głowa? - zapytałem, wchodząc do pokoju Scotta.
-Nie, już nie. - zaprzeczył, wpatrując się w sufit. Wciąż był trochę blady, ale wydawało mi się, że czuje się już lepiej.
Przysiadłem na skraju jego łózka i przyjrzałem mu się uważniej. Wyglądał na zaniepokojonego, wystraszonego i zmartwionego jednocześnie.
-O czym myślisz? - zapytałem, opierając łokcie na kolanach.
-O Lydii. - odpowiedział bezbarwnym głosem. - Po prostu... jeśli przyszedłbym wcześniej, może udałoby się to powstrzymać.
-Lydia żyje i tylko dzięki Tobie. - zapewniłem go, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Zachowałeś się jak bohater i powinieneś być z siebie dumny.
-Żaden ze mnie bohater. - prychnął, wciąż na mnie nie patrząc. - Nie potrafiłem nawet ochronić najlepszej przyjaciółki.
-Zrobiłeś co mogłeś. - kiwnąłem głową, zmuszając go, żeby na mnie spojrzał. - Nie znam drugiego takiego chłopaka, który miałby taką odwagę.
Scott nie odpowiedział. Po uchylonych drzwiach łazienki wywnioskowałem, że nawet czuł tu się jak u siebie. Jego brat kiedyś wspomniał, że nie lubi, kiedy wszystkie drzwi są podmykane. Może tamten chory bydlak zamykał go na klucz? Może w ten sposób pozostawał sobie ewentualną drogę ucieczki? Odwróciłem głowę do oszklonej ściany z odsłoniętymi żaluzjami. Derek stał na środku korytarza, prowadząc jakąś ożywioną dyskusję z Lirą.
-Wiesz, co pani Forte powiedziała ostatnio doktorowi Schmidtowi? - zagadałem go po dłuższym milczeniu.
Scott pokręcił głową, spoglądając na mnie z zaskoczeniem.
-Że spędzasz tu zdecydowanie za dużo czasu. - odpowiedziałem, a on tylko uśmiechnął się pod nosem. - Nie martw się. Kiedyś zatęsknisz.
Drzwi otworzyły się na pól szerokości. Do środka zajrzała doktor Adams. Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, dlaczego nie wchodzi do środka.
-Cześć Scott. - powiedziała, a ten kiwnął głową. - Henderson, pozwól na chwilę, musimy zamienić kilka słów.
Skinąłem głową i wyszedłem na korytarz. Zmarszczyłem brwi, stając między Kendallem, a Carlosem. Coś się stało. Czułem to w kościach.
-Co jest? - zapytałem, żeby ich jakoś pogonić.
W odpowiedzi Lira wręczyła mi nieco pogięta kartkę papieru.
-Od jakiegoś czasu koledzy obserwują nasz dom. - zaczął Derek, krzyżując ramiona na piersiach. - Dzisiaj pojawiła się nasza matka. Kiedy weszli za nią, odkryli, że coś wsypuje naszej mąki. Powyciągała jeszcze wszystkie leki Scotta, jakby miała zamiar coś do nich dodać.
-Absolutnie wszystkie? - uniosłem brwi, przebiegając spojrzeniem po raporcie z zatrzymania.
-Tylko te z kuchni i jego pokoju. - odparł, kręcąc głową. - Mamy jeszcze zapasowe w łazience i jeden komplet w mojej sypialni. Na wszelki wypadek. Uznaliśmy, że głupio trzymać wszystkie zapasy w jednym miejscu.
-Je też trzeba będzie wymienić. - oznajmiła Adams, nie odpuszczając swojego służbialskiego tonu. - Przynajmniej na wszelki wypadek. Przywiozę Wam dwa nowe komplety jutro rano. Jeden postaraj się mieć zawsze przy sobie.

Adams rozdaje szpitalne zapasy. Łał... tego się nie spodziewałem.  

2 komentarze:

  1. Dobrze, że nic im nie jest, no teoretycznie. Ale nic poważnego na razie. Mam nadzieję, że tak zostanie. Nie byłoby fajnie, gdyby nagle coś jeszcze wykryli.
    Uuu, te strony.... może mieć przez to kłopoty. To sekta w końcu.
    Carlos masz racje, to o wiele lepsze niż prostytucja. Da radę, musi dać. Nie robi tego dla siebie.
    Wierzę w nią xD.
    Ooo tak. To jest trochę głupie, że trzeba ich używać nawet wtedy, gdy osoby nie przeszły nic strasznego.
    Lepiej skorzystać z pomocy psychologa.
    Haha... zostanie lekarzem^^
    No pewnie,że zrobił co tylko mógł.
    Nie jeden by nie nie wiedział co zrobić.
    Haha ... poznajcie dobroć Adams
    Czekam xo

    OdpowiedzUsuń
  2. Tyle się dzieje, że nie wiadomo co pisać.
    Powodzenia dla Ainy, niech przełamie te kody!
    Raczej psycholog byłby tu tylko do lepszego dotarcia do Lydii.
    Ta matka jest nienormalna...
    Wow Adams jaka dobra :o
    Fajny i czekam ;)

    OdpowiedzUsuń

Nie bądź Voldek - skomentuj.
Dla Ciebie to niewielki zamach, ale dla mnie to potężny kop energii i zachęta do pisania.
Weryfikacja obrazkowa - wyłączona, anonimy włączone. każdy może napisać coś od siebie. Dla mnie to wiele znaczy.