środa, 26 lipca 2017

56. Liście na wietrze

(Logan)
Po skończony dyżurze miałem jechać do domu. Mimo zapewnień Kendalla, że i tak zostaje jeszcze na dwanaście godzin w szpitalu.
-Lira pojechała do domu. - wzruszył ramionami. - Hale'om nic nie zagraża, więc możesz odpocząć.
Miał rację, ale nie bardzo chciałem się do tego przyznać. Lira słusznie zauważyła. Ten dzieciak powinien zachowywać się bardziej jak dzieciak. Teraz był zdecydowanie zbyt dojrzały jak na swoje szesnaście lat.
-Przygotowałem za Ciebie wypis dla Twojej pacjentki. - oznajmił, podając mi wypełnioną kartkę. - Musisz tylko podpisać i dodać zalecenia.
-Zupełnie o niej zapomniałem... - westchnąłem, kręcąc głową. - Dzięki. Odniesiesz jeszcze dokumenty do Adams?
-Jasne. - przytaknął.
-Jezu, co ta miłość robi z człowieka? - westchnąłem, podpisując kartkę i wkładając ją do kserokopiarki.
-Co, zazdrościsz? - zachichotał. - Mógłbyś się w końcu trochę ogarnąć.
-Po co? - wzruszyłem ramionami. - Małżeństwo ma tylko jeden plus. Regularne bzykanie na legalu.
-Co? - zmarszczył brwi, patrząc na mnie z zaskoczeniem. - Skąd Ci to przyszło do głowy?
-Jakieś trzy godziny temu Adams powiedziała coś takiego do Jamesa. - odpowiedziałem, siadając na krześle obok ksero.
-Nie wierzę, żeby użyła zwrotu „bzykać na legalu”. - zachichotał, kręcąc głową.
-Bo nie użyła. - przekrzyczałem jego śmiech. - Powiedziała to, ale innymi słowami.
-To wiele wyjaśnia. - posumował. - To nic, muszę wracać do pracy. I nie zapomnij dać pacjentce tego świstka, bo tylko wtedy pójdzie do domu.
I wyszedł, zostawiając mnie samego w ciasnej kanciapce. Dlaczego James jeszcze nie przekonał Adams do przestawienia się na dane cyfrowe? Chyba znacznie łatwiej oddawać skany niż papiery.
(James)
-Dziękuję, panie Mecenasie. - szczebiotała starsza kobieta. - Tak bardzo panu dziękuję.
-Nie ma za co. - uśmiechnąłem się do niej, przewieszając marynarkę przez ramię. - Cieszę się, że mogłem pomóc.
Odprowadziłem kobietę i wróciłem do domu. Wciąż miałem jedną wersję akt do przeskanowania.
I tak, wciąż nie wybiłem sobie w głowy tego małżeństwa. Ja i Mary byliśmy razem od dwóch lat. Przynajmniej dla mnie. Mary traktowała mnie jak rozrywkę. Chłoptasia do spania kilka razy w tygodniu. No dobra, przyznaję, że sam tak o tym myślałem, ale po kilkunastu nocach zacząłem się w niej zakochiwać. Wiem, jestem beznadziejny.
Odłożyłem teczkę na biurko i spojrzałem na zupełnie wyciszony telefon, który teraz tylko migał. Uniosłem brwi, widząc numer Alexy.
-Tak? - powiedziałem, przyciskając telefon do ucha i podtrzymując go ramieniem.
-Cześć, James. Tu Alexa.
-Coś się dzieje? - zapytałem, rozkładając dokumenty na stoliku.
-Mam prośbę. Mógłbyś zostać wieczorem z Wendy? Wiem, prosiłam Cię o to już dwa razy w tym miesiącu, ale nie mam kogo już poprosić. Kendall ma dyżur, a Lira wciąż jeszcze nie doszła do siebie. Zostaje jeszcze Adam, ale on się z nią nie dogaduje.
-Jasne, nie ma sprawy. - odpowiedziałem, zapinając z powrotem teczkę. - To co? Mam wpaść do Ciebie wieczorem.
-Tak, obiecałam Kate, że będzie wolna o ósmej. - potwierdziła, stukając w klawisze komputera. - dzięki James, ratujesz mi życie.
-Nie ma o czym mówić. Będę u Ciebie przed ósmą. Na razie.
Odłożyłem telefon na stolik i otworzyłem szafę, szukając czegoś luźniejszego na przebranie. Kiedy ma się osiemnaście garniturów, to nie jest wcale takie proste. Nie ubiorę się przecież jak do biegania, co nie? W końcu znalazłem koszulkę i jakieś jeansy. Kiedyś zakładałem to do grania w tenisa, ale już dawno wybiłem go sobie z głowy.
Do siódmej oglądałem telewizor, porządkowałem dokumenty i wprowadziłem ostatnie dane do komputera. Zajmowanie się jedną sprawą jest o niebo fajniejsze niż rozkręcanie ośmiu postępowań jednocześnie. W prawdzie nigdy nie myliłem dowodów, ale... tak jest po prostu lepiej.
Tuż przed czasem podjechałem pod blok Alexy. Miałem klucze i często zachowywałem się jak u siebie. Wiedziałem, gdzie co leży, czasami robiłem zakupy i nie raz przygotowywałem coś do jedzenia dla siebie i Wendy.
Wszedłem na górę i jak gdyby nigdy nic wszedłem do środka. Zawsze karze opiekunce zamykać się na cztery spusty. Normalka. Minąłem przedpokój i wszedłem do pokoju z dziecięcym łóżeczkiem.
-Ty jesteś Kate? - zapytałem młodą dziewczynę, która wyglądała, jakby już wybierała się do wyjścia. - Miałem Cię zmienić.
-Wiem, pani Vega mi mówiła. - kiwnęła głową. - Mogę już iść? Muszę jeszcze odwiedzić babcie w domu spokojnej starości.
-Jasne, jedź. - uśmiechnąłem się do niej i pokiwałem głową.
Kiedy wyszła, zauważyłem, że Wendy powoli wspina się po barierkach kojca i wyciąga ręce, żeby troch pochodzić.
-Chcesz na spacer? - uniosłem brwi, łapiąc ją pod pachami. - To gdzie idziemy, co?
-Wujek... - zaszczebiotała.
-Tak, tu wujek. - przytaknąłem. - To co? Chcesz do książeczki?
(Kendall)
Kiedy wróciłem rano do domu, zastałem Lirę drzemiącą na kanapie. Podszedłem bliżej, wyjmując jej z dłoni rozłożony komputer. Pewnie znowu pracowała w nocy.
-Kendall, to ty? - wymamrotała sennie.
-Tak, możesz spać dalej. - uśmiechnąłem się do niej, głaszcząc ją po policzku.
Ostrożnie podniosłem ją w ramionach i zaniosłem do sypialni. Dobrze, że jest niedziela. Rzadko wzywali ją w weekend. Ale i tak wolałem odnaleźć jej telefon i wyłączyć na wszelki wypadek.
Trzymając jej telefon w ręku, myślałem o Tym, co się ostatnio wydarzyło.
Coś mi mówiło, że zatrzymanie matki Hale'ów tylko uruchomi spiralę wypadków. Teraz wszystkim zajmie się policja, potem prokuratura. Nie mieliśmy przy tym już nic do roboty. To wszystko było niemożliwe do rozwiązania. Zupełnie jak tak scena w „Tom i Jerry”, kiedy w niebie pojawiają się trzy urocze kotki w worku, a kiedy dorastasz, uświadamiasz sobie, że ktoś je po prostu zabił po urodzeniu. Może tak jak do tego, musimy bardziej dojrzeć do odkrycia prawdy, zastanowić się dopiero po jakimś czasie, a dopiero wtedy ujrzymy pełny obraz.
Podniosłem głowę, widząc, że w oknie naprzeciwko ktoś stoi. I z pewnością nie jest to sąsiadka, której tyle razy pomagałem wnieść zakupy na górę. A może po prostu histeryzuję? I to jakaś jej wnuczka.
Wzruszyłem ramionami i odszedłem od okna. Chciałem się trochę przespać. Nie miałem na to szans na dyżurze, więc chwilę później położyłem się obok Liry i czekałem, aż zasnę.
Ale nie mogłem. Po prostu cały czas coś mi przeszkadzało. Na dodatek syn faceta mieszkającego piętro wyżej uporczywie ćwiczył grę na perkusji. Jedno trzeba mu było przyznać. Dzieciak był coraz lepszy i nie gubił rytmu co dwie minuty, jak to było tydzień temu.
-Próbujesz spać? - usłyszałem obok siebie głos Liry.
-Hej... - uśmiechnąłem się, pochylając się nad jej twarzą i delikatnie całując ją w usta. - Myślałem, że będziesz spała w nocy, ale nie pracowała w piżamie.
-Oj, nie pracowałam... - wywróciła oczami.
-Jasne... - prychnąłem. - Widziałem, co masz wyświetlone na komputerze.
-No dobra, może i trochę pracowałam, ale dosłownie tyle co nic. - przyznała, siadając na łóżku. - Tylko odpisywałam na służbowe Maile, a to się nie liczy. W telewizji dają tylko jakieś dramy, a ja mam tego wystarczająco powyżej uszu.
-Lepsze niż serial. - zaśmiałem się i obróciłem się na bok. - Słuchaj... Ta Twoja sąsiadka zza przeciwka, ma może jakieś wnuki?
-Wnuki? - zmarszczyła brwi. - Nie, ale ma córkę. Dość młodą. Ma prawie trzydzieści lat, ale wygląda jak szesnastka.
-To by wiele wyjaśniało. - wzruszyłem ramieniem. - W jej mieszkaniu kręci się jakaś dziewczyna.
-Pewnie ona. - odparła zupełnie obojętnie. - Wpada w każdą niedzielę.
Wstała i przeszła na bosaka do szafy, wyciągając koszulkę i zwiewną spódnicę. Uśmiechnąłem się na pół twarzy i zamrugałem.
-Dlaczego mi się tak przyglądasz? - zapytała.

-Po prostu lubię, kiedy wkładasz tę spódniczkę. - odpowiedziałem, na co ona szeroko się uśmiechnęła. 

czwartek, 20 lipca 2017

55. Słyszeć, a słuchać

(Kendall)
Kiedy udało nam się ustabilizować stan Lydii i Scotta poszedłem do pokoju lekarskiego. Musiałem trochę powisieć na telefonie. Lira sama sobie z tym nie poradzi.
Kiedy dotarłem po pokoju, Lira siedziała po turecku na kanapie, trzymając laptopa na kolanach.
-Znalazłaś coś? - zapytałem, wyciągając komórkę z kieszeni i rzucając ją na stolik.
-Niewiele. - pokręciła głową, nie odrywając dłoni od klawiatury. -Tylko mega zabezpieczoną stronę jakiegoś klubu miłośników demonów. Carlos poprosił o pomoc swoją siostrę. Spróbuje złamać jej zabezpieczenia. I... rodzice Lydii obiecali przynieść mi jej komputer. Sprawdzę, jakie strony odwiedzała.
-O ile nie używała trybu incognito. - westchnąłem, na co ona zgromiła mnie spojrzeniem.
-Mam nadzieję, że nie. - westchnęła. - Nie ukrywam, że to by mi bardzo ułatwiło sprawę. - A co z dzieciakami?
-Lydia jest po transfuzji, a Scott ma tylko niewielki uraz głowy. Niewielki, ale był w niezłym szoku, kiedy oberwał, dlatego zabrakło mu tchu. Wiesz, jakie to dla niego niebezpieczne. - odpowiedziałem, nalewając sobie trochę kawy do plastikowego kubka. - Kiedy odzyska przytomność będzie trochę zdezorientowany.
-Przynajmniej tyle. - westchnęła. - Poprosiłam Matta. Będzie głównym prowadzącym Lydii.
-A Ty? - uniosłem brwi, wyciągając z szuflady czystą kartkę.
-Mogę pomagać, bo technicznie Scott jest moim podopiecznym. - odpowiedziała, zatrzaskując laptopa. - Hej, co Ty właściwie robisz?
-Zastanawiam się, co powiedzieć Derekowi, jak już się do niego dodzwonię. - westchnąłem, skrobiąc ołówkiem po kartce, chociaż nie wychodziły z tego żadne sensowne słowa.
Lira podniosła się z kanapy i usiadła na krześle naprzeciwko mnie. Patrzyła mi przez chwilę w oczy i wyprostowała się na siedzeniu.
-Może poprosisz Abby, żeby zrobiła to za Ciebie, co? - zapytała łagodnie.
-Nie. - pokręciłem głową. - On musi się tego dowiedzieć ode mnie.
(Carlos)
Aina siedziała przy stole w kuchni z trzema rozłożonymi laptopami. Tak, trzema. Jednocześnie podpinając się pod sieć sąsiadów, którzy nie mieli o tym zielonego pojęcia.
-Coś Ci się udało? - zapytałem, zaglądając jej przez ramię.
-Niewiele. - wzruszyła ramionami. - Dawno tego nie robiłam, ale to jest jak jazda na rowerze. Tego się nie zapomina.
Tak, hakowania się nie zapomina. Przynajmniej ona nie zapomniała. Przynajmniej już nie wychodziła na ulicę. Nie byłem zadowolony kiedy dowiedziałem się, że pracuje w naszym szpitalu, ale lepsze to niż prostytucja.
Obróciłem się w stronę kuchni, ale musiałem znowu odwrócić się w jej stronę, bo z gardła Ainy wydobył się wściekły ryk.
-Co się dzieje? - zapytałem z niepokojem.
-Ledwie złamałam jedne zabezpieczenia, a już powitały mnie nowe! - warknęła z wściekłością. - Dzięki, w życiu tak bardzo się nie na starałam i co widzę? Kolejną zaporę! Dzięki! Dzięki! Dzięki! Muszę zaczynać wszystko od nowa.
-Poradzisz sobie. - powiedziałem, żeby ją pocieszyć. - Zawsze sobie radzisz. Chcesz kawy?
-Poproszę.
Uśmiechnąłem się pod nosem, wkładając świeży worek z fusami do naszego starego ekspresu. Widząc jej rosnącą frustrację, zabrałem jej kubek i postawiłem obok urządzenia do parzenia kawy.
-Muszę zaraz iść do pracy. - powiedziałem, zwracając na siebie jej uwagę.
-Yhym... - mruknęła.
-Wlejesz sobie tej kawy sama?
-Yhym...
Uniosłem brwi i wyszedłem na zewnątrz. Wiedziałem, że sobie poradzi, jak tylko usłyszy pikanie ekspresu. Kupiłem bilet i poszedłem na stację metra. Dzisiaj była ładna pogoda. Początek wakacji rządził się własnymi prawami. A w szpitalu sprawy... dużo spraw. Pewnie dlatego Lirze i Kendallowi tak dobrze się układało. Bo najzwyczajniej nie mieli czasu na kłopoty w związku (aut: czyli moja teoria prawie idealnego związki Sciry. Po co nam własne problemy? Mamy całą masę katastrof do zażegnania! Kurde, szkoda, że ona musiała zostać na pustyni!) i rozwiązywali cudze. O wiele poważniejsze, niż sami byli w stanie stworzyć.
Kiedy wysiadłem z kolejki, poszedłem prosto do szpitala. Wiedziałem, że w środku mają młyn. Nie wyrabiali się z robotą, przez co pacjenci musieli czekać. Nie ich wina. Czasami zastanawiam się, co jeszcze jest ukryte w słowie „pacjent”. Cierpliwość? Coś żałosnego. Uniosłem rękę, widząc Logana przy selekcji. Nie lubi tego etapu. Chociaż to głównie szybkie oglądanie i wypisywanie recept. W odpowiedzi, ten tylko wskazał ręką na głąb głównego korytarza. Skinąłem głową, domyślając się o co mu chodzi.
Poszedłem w tamtym kierunku, widząc Kendalla rozmawiającego z Derekiem i jakąś kobietą w średnim wieku.
-... teraz, to na pewno były mąż odbierze mi córkę. - powiedziała niemal płacząc. - Jak mogłam takie coś przeoczyć?
-Lydia kiedyś powiedziała Scottowi, że nie widziała się z ojcem przez pięć lat. - oznajmił Derek po dłuższej chwili. - Nie sądzę, żeby miał jakieś szanse.
-Dzień dobry. - powiedziałem, zwracając na siebie ich uwagę.
-Cześć. - Kendall kiwnął na mnie głową. - Pani Natalie Martin, mama Lydii. Carlos Pena, nasz tutejszy psycholog.
-To na pewno konieczne? - zapytała z niepokojem, nie dając mi dojść do słowa. - A jeżeli to będzie dla mojej córki zbyt wielki stres?
-Obiecuję, ze będę ostrożny. - powiedziałem, swoim najbardziej przekonującym głosem. - Dzięki temu dowiemy się, dlaczego tak się stało.
Unikałem niektórych zwrotów. Na przykład „dlaczego to zrobiła” zamieniałem na „dlaczego tak się stało”. Albo zamiast „próbowała popełnić samobójstwo” mówiłem „targnęła się na swoje życie”. Eufenizmy. Często musieliśmy ich używać. Oczywiście równie często trzeba było mówić wprost. Bo kiedyś, jak Logan bał się powiedzieć pewnej starszej pani, że jej wnuk nie żyje, oznajmił jej, że zasnął na wieki. Kobieta myślała, że zapadł w śpiączkę.
-Pytanie brzmi, czy to jest tego wszystkiego warte. - wzruszyła ramionami, wciąż trzymając dłoń na piersi. - nie chcę, żeby moja córka jeszcze bardziej cierpiała.
-Pani Martin... - zaczął Derek z westchnieniem. - Jeśli Lydia powie nam, kto ją w to wciągnął, uda nam się od tego uchronić całą masę nastolatków.
(Logan)
-Boli głowa? - zapytałem, wchodząc do pokoju Scotta.
-Nie, już nie. - zaprzeczył, wpatrując się w sufit. Wciąż był trochę blady, ale wydawało mi się, że czuje się już lepiej.
Przysiadłem na skraju jego łózka i przyjrzałem mu się uważniej. Wyglądał na zaniepokojonego, wystraszonego i zmartwionego jednocześnie.
-O czym myślisz? - zapytałem, opierając łokcie na kolanach.
-O Lydii. - odpowiedział bezbarwnym głosem. - Po prostu... jeśli przyszedłbym wcześniej, może udałoby się to powstrzymać.
-Lydia żyje i tylko dzięki Tobie. - zapewniłem go, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Zachowałeś się jak bohater i powinieneś być z siebie dumny.
-Żaden ze mnie bohater. - prychnął, wciąż na mnie nie patrząc. - Nie potrafiłem nawet ochronić najlepszej przyjaciółki.
-Zrobiłeś co mogłeś. - kiwnąłem głową, zmuszając go, żeby na mnie spojrzał. - Nie znam drugiego takiego chłopaka, który miałby taką odwagę.
Scott nie odpowiedział. Po uchylonych drzwiach łazienki wywnioskowałem, że nawet czuł tu się jak u siebie. Jego brat kiedyś wspomniał, że nie lubi, kiedy wszystkie drzwi są podmykane. Może tamten chory bydlak zamykał go na klucz? Może w ten sposób pozostawał sobie ewentualną drogę ucieczki? Odwróciłem głowę do oszklonej ściany z odsłoniętymi żaluzjami. Derek stał na środku korytarza, prowadząc jakąś ożywioną dyskusję z Lirą.
-Wiesz, co pani Forte powiedziała ostatnio doktorowi Schmidtowi? - zagadałem go po dłuższym milczeniu.
Scott pokręcił głową, spoglądając na mnie z zaskoczeniem.
-Że spędzasz tu zdecydowanie za dużo czasu. - odpowiedziałem, a on tylko uśmiechnął się pod nosem. - Nie martw się. Kiedyś zatęsknisz.
Drzwi otworzyły się na pól szerokości. Do środka zajrzała doktor Adams. Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, dlaczego nie wchodzi do środka.
-Cześć Scott. - powiedziała, a ten kiwnął głową. - Henderson, pozwól na chwilę, musimy zamienić kilka słów.
Skinąłem głową i wyszedłem na korytarz. Zmarszczyłem brwi, stając między Kendallem, a Carlosem. Coś się stało. Czułem to w kościach.
-Co jest? - zapytałem, żeby ich jakoś pogonić.
W odpowiedzi Lira wręczyła mi nieco pogięta kartkę papieru.
-Od jakiegoś czasu koledzy obserwują nasz dom. - zaczął Derek, krzyżując ramiona na piersiach. - Dzisiaj pojawiła się nasza matka. Kiedy weszli za nią, odkryli, że coś wsypuje naszej mąki. Powyciągała jeszcze wszystkie leki Scotta, jakby miała zamiar coś do nich dodać.
-Absolutnie wszystkie? - uniosłem brwi, przebiegając spojrzeniem po raporcie z zatrzymania.
-Tylko te z kuchni i jego pokoju. - odparł, kręcąc głową. - Mamy jeszcze zapasowe w łazience i jeden komplet w mojej sypialni. Na wszelki wypadek. Uznaliśmy, że głupio trzymać wszystkie zapasy w jednym miejscu.
-Je też trzeba będzie wymienić. - oznajmiła Adams, nie odpuszczając swojego służbialskiego tonu. - Przynajmniej na wszelki wypadek. Przywiozę Wam dwa nowe komplety jutro rano. Jeden postaraj się mieć zawsze przy sobie.

Adams rozdaje szpitalne zapasy. Łał... tego się nie spodziewałem.  

wtorek, 18 lipca 2017

54. Każdy dzień

(Kendall)
-I Ty mówisz mi o tym dopiero teraz? - ryknęła Lira, kiedy opowiedziałem jej o pogróżkach od matki braci Hale'ów. - Żartujesz sobie?
-Nie mogłem Ci tego powiedzieć wcześniej. - zacząłem się tłumaczyć. - Byłabyś wściekła.
-Teraz jestem wściekła.
Teraz już doszła do siebie. O ile mogę to tak nazywać, bo wciąż była trochę obolała, ale uzbrojona w dwa słoiczki Tylenolu twierdziła, że jakoś to przeżyje. I wróciła do pracy. Na razie tylko w szpitalu, bo Amanda nie pozwoliła jej jeszcze chodzić do podopiecznych.
-No to inaczej. - zaczęła od nowa. - Czy oni o tym w ogóle wiedzą?
-Chyba tak. - wzruszyłem ramionami, wcześniej się nad tym nie zastanawiałem. - Adams zaniosła liścik na policję. Myślę, że jakoś się musiał o tym dowiedzieć.
-Dobrze wiesz, że Scott i tak spędza w szpitalu za dużo czasu jak na nastolatka. - oznajmiła, wsadzając teczkę do swojej czarnej walizki na dokumenty. - W jego wieku chodziłam na koncerty i wystawy samochodów z lat pięćdziesiątych. On tez powinien się zabawić. Mecze baseballa to nie wszystko. I Ty dobrze o tym wiesz.
-Wiem, dzieciak ma przerąbane. - wywróciłem oczami. - Wiem, że nie wiesz, jak mu bardziej pomagać, ale wiem też, że Derek nieźle sobie radzi.
-Dobrze zdaję sobie z tego sprawę. - pokiwała głową. - Ale martwię się, że ich matka to wariatka i może im zrobić krzywdę.
-Rozmawiałaś z Jamesem? - zapytałem, podając jej telefon, żeby mogła go spakować.
-Niewiele. - odpowiedziała, zapinając walizkę. - Na razie przestał się widywać z Adams. Czeka, aż potrzeba seksu da jej o sobie znać i sama do niego przyjdzie.
Sypianie z podwładnymi nie jest czymś, na co komisje dyscyplinarne patrzą przychylnym okiem i dlatego nie mogła poprosić żadnego lekarza. Ani Adama. On już sypia z Alexą i ona dobrze o tym wie, chociaż kiedy to do niej dotarło, nie była zadowolona. Wezwała ich do siebie i po rozmowie i obietnicy, że to nie wpłynie na pracę, po prostu machnęła ręką.
-Tak, ale za to sypiać z prawnikiem nikt jej nie zabroni. - zaśmiała się, przechodząc na drugą stronę gabinetu.
Sięgnęła po jedną z prawniczych książek, stojących na półce. Kiedyś to był gabinet jej ojca, a teraz miała go urządzonego po swojemu. Szczerze mówiąc, współczesny sprzęt świetnie kontrastował ze staromodnymi meblami.
-Słuchaj, ja idę teraz do pracy. - powiedziała, odbijając jedną ze stron książki w domowym skanerze i chowając wydrukowaną kartkę do torebki. - Spróbuj trochę pospać przed nocna zmianą.
-Przecież wiesz, że nie można się wyspać na zapas. - zachichotałem.
-Wiem, ale wczoraj siedziałeś do późna przed telewizorem.
Zabrała z biurka torebkę i walizkę z dokumentami i pocałowała mnie w policzek.
-Zobaczymy się wieczorem. - oznajmiła, zabierając z regału kluczyki do samochodu. - Pozmywasz po śniadaniu?
-Pewnie, leć już. - uśmiechnąłem się, lekko ściskając ją za rękę. - Zobaczymy się wieczorem w szpitalu.
-To pa.
(Logan)
-Co, Ty kreskówki oglądasz? - zmarszczyłem brwi, widząc, co Alexa ogląda w pokoju lekarskim.
-Peter kupił to ostatnio Wendy. - odparła, wciąż z uwagą wpatrując się w telewizor. - Sprawdzam, czy to dla niej odpowiednie.
-Peter? - zmarszczyłem brwi, wlewając sobie kawy do papierowego kubka.
-Ojciec Wendy. - wyjaśniła szybko. - Ma trochę dziwne poczucie humoru i warto sprawdzić, co jej kupuje. Już raz jej kupił brutalną bajkę i wolałabym, żeby to się nie powtórzyło.
Zamrugałem, siadając obok niej i spojrzałem na ekran. Nie widziałem tu niczego niebezpiecznego. Chyba, że policzyć dwa przewracające się na śniegu niedźwiadki jako propagowanie przemocy wśród młodzieży.
-Ile ona ma? - wzruszyłem ramionami. - Półtora roku?
-Prawie dwa latka. - poprawiła mnie, kiedy mieszałem w swoim kubeczku i co chwilę sprawdzałem, czy cukier na pewno całkowicie się rozpuścił. - Ale dobrze przyswaja wiedzę.
Mówiła, jakby ją przepytywał. Nie chciałem się z nią kłócić. Zamrugałem, wyciągając komórkę z kieszeni. Mógłbym przysiąc, że poczułem, jak zawibrowała, ale chyba musiało mi się wydawać.
-Co jest? - zapytała, obracając się w moją stronę i wyciągając spod poduszki opakowanie po filmie DVD. - Kiepsko wyglądasz.
-Nie przejmuj się. - pokręciłem głową. - Jestem tylko zmęczony.
-Może wezwę kogoś, żeby Cię zastąpił? - zaproponowała. - Prześpisz się.
-Nie... I tak bym nie zasnął. - Pokręciłem głową, znowu unosząc kubek do ust. - Na dyżurze powinna być przynajmniej trójka lekarzy. Kendall dołączy do nas dopiero za dwie godziny. Napiję się kawy i będę jak nowy.
-Jasne... - prychnęła, wkładając płytę z powrotem do pudełka. - Dobra, to ja idę. Muszę już wracać. Odsapnij trochę, zanim pójdziesz na izbę przyjęć.
(Kendall)
-Chodź tu, Schmidt! - usłyszałem głos doktor Adams. - Pomożesz!
Ledwo zdołałem wejść na podjazd dla karetek i już mnie wzywa. Cudownie. Bez przebrania, bez wdrążenia... jak ja to uwielbiam...
-Co mamy? - zapytałem, pomagając wyprowadzić nosze.
-Nastolatkę z podciętymi żyłami. - oznajmił jeden z sanitariuszy. - Znalazł ją przyjaciel. Powiedział, że przyszedł do niej do pokoju, chociaż się nie umawiali. Nie powiedział za wiele. Kiedy przyjechaliśmy, leżał obok niej z rozwaloną głową.
Otworzyłem szeroko usta, poznając twarz dziewczyny. Koleżanka Scotta. Kiedyś go tu przywiozła. Adams pstryknęła palcami, chcąc zwrócić na siebie moją uwagę.
-Schmidt, o co chodzi? - zawołała, prowadząc nosze do szpitala. - Znasz ją?
Nie odpowiedziałem na jej pytanie. Moja ciekawość teraz wydawała mi się znacznie poważniejsza. Obróciłem się z powrotem do tego samego sanitariusza.
-A co z jej kolegą? - zapytałem.
-Wezwaliśmy do niego drugą karetkę. - wyjaśnił, wsiadając z powrotem do środka. - Przywiozą go tu za kilka minut.
-SCHMIDT! - warknęła Adams, a ja dobiegłem do niej w kilku susach. - Dowiem się, o co Ci chodzi? Dlaczego się tym tak interesujesz?
-To może być Scott Hale. - odpowiedziałem, pomagając ją przenieść.
-Co Ty pleciesz? - zmarszczyła brwi, robiąc miejsce Adamowi, żeby mógł założyć wkłucie. - Morfologia, gazometria i nawodnienie! Szybko!
-Wiem, że to jego przyjaciółka. Są ze sobą blisko. - odpowiedziałem. - Kiedy był tu w zeszłym miesiącu, czytał książki o okultyzmie. Powiedział, że ostatnio interesuje się tym Lydia i on się o nią martwi. To jest Lydia.
-Ma sens. - pokiwała głową, kiedy pomagałem jej ściągnąć bluzkę dziewczyny. - Pewnie padła ofiarą jakiejś sekty, a on sam niewiele wiedział.
-I teraz wiozą go z rozbitą głową. - wymamrotałem, zdejmując prowizoryczny opatrunek z jednego z nadgarstków Lydii. - Pewnie go przyłapali.
-Obyś się mylił Schmidt. - westchnęła. - Obyś się mylił.
(Lira)
Właśnie kończyłam zmianę. Kendall zaczyna swoją za kilka minut, ale pewnie już dotarł do szpitala. Zawsze przyjeżdżał trochę wcześniej. Poczekam na niego przy recepcji. Pożegnamy się przynajmniej. Właśnie tak myślałam przez kilka ostatnich minut, dopóki nie zobaczyłam go zalanego krwią.
-Co się stało? - zapytałam z niepokojem. - Przecież... nawet nie zacząłeś jeszcze zmiany.
-Już zacząłem. - wydyszał, idąc do szatni pracowników. - Zajrzyj przez żaluzje.
Nie wiedziałam, o co mu chodzi, ale zrozumiałam wszystko, kiedy zobaczyłam kto tam leży.
-Przecież to jest Scott! - wydyszałam, doganiając go na korytarzu. - Co mu się stało? Na atak astmy mi to raczej nie wygląda.
-Uraz głowy. - wyjaśnił, sięgając po zielony scrub. - Mocny zamach tępym narzędziem. Adams bierze go na tomografię. Ma problemy z oddychaniem. Muszę go zaintubować przed badaniami.
-Myślisz, że to przez jego matkę? - podrzuciłam i byłam nadzwyczaj zaskoczona, kiedy pokręcił głową, wkładając koszulkę na gołe ciało.
-Raczej nie. - zaprzeczył, zakładając stetoskop na szyję. - Przyszedł do przyjaciółki i znalazł ją z podciętymi żyłami. Na szczęście zdążył zadzwonić na pogotowie, zanim go nakryli, ale...
Przełknął ślinę, szukając w szafce swojego zapasowego fartucha.
-Ale co? - zachęcałam go, chcąc więcej od niego wyciągnąć.
-Ale obym się mylił. - dokończył, kręcąc głową. - Muszę do niego wracać, a ty jedź już do domu.
-Wiesz co? - powiedziałam bez żadnego zastanowienia. - Zostanę jeszcze trochę po godzinach.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Notki takiej długości będą jeszcze przez jakiś czas. Wiem, że kiepsko,ale tylko tyle daję radę z siebie wyciągnąć.
I wracamy do Scotta. Sama nie wiem, jak na to wpadłam, ale dobra. Tak już musi zostać. Domyślaliście się, że to może być coś poważniejszego? Czy nie?

A jak podobała Wam się notka? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach. Trzymajcie się! Cześć!

poniedziałek, 17 lipca 2017

Krótkie wyjaśnienia i Info!

Jak zauważyliście, w ciągu ostatniego tygodnia nie było notek, ani komentarzy. Oczywiście to nie jest moja wina, bo po prostu zepsuł mi się modem. A na dodatek, ten, który kupiliśmy też szwankuje i nie mamy pojęcia co z nim jest nie tak. Teraz mogę to zamieścić tylko dzięki czyjejś życzliwości. Dlatego:

  • Ustawiam notki, które zdążyłam sprawdzić na trzy tygodnie na przód. Oczywiście bez notek autorskich, ale mam nadzieję, że mimo że mnie nie będzie jeszcze nie wiem jak długo, będzie cie komentować te notki, które będą pojawiać się same. 
  • Będę czytać Wasze notki na telefonie, ale jak zdążyliście się zorientować, moje komentarze są dość długie, co trudno robić na telefonie, który nie dość, że ma z dziesięć lat, to jeszcze się zacina. Co chwilę. Dlatego piszcie i zamieszczajcie normalnie, a ja będę zapisywać swoje komentarze na komputerze, żeby je zamieścić jak wszystko ogarnę. 
  • Bez modemu nie ma internetu, więc muszę się zadowolić powolnym netem w telefonie. Mam operę i Gadu-Gadu, więc mniej cierpliwi mogą do mnie napisać maila na marcelinka3@poczta.onet.pl, albo na GG pod numer 49557362, ale to nadal nie zmienia taktu, że na pełną wersję komentarzy będziecie musieli trochę poczekać. Oczywiście, nie mam pojęcia jak długo. 
  • W planach mam napisanie trzech jednorazówek, bardzo krótkich. Nadal nie wiem, gdzie je zamieszczę, ani o czym będą, ale kiedy przyjdzie mi je opublikować, na pewno Wam o tym powiem. 

Dlatego do zobaczenia po przerwie. Trzymajcie się! Cześć.

środa, 5 lipca 2017

53. Zjednoczeni silniejsi

(Logan)
-Logan, wiozą nam ofiarę wypadku. - zawołała Alexa, odkładając słuchawkę na podstawkę telefonu. - Szykuj się!
-Już idę! - odkrzyknąłem, sięgając po jednorazowy fartuch i parę świeżych rękawiczek. - Znasz jakieś szczegóły?
-Nie, anonimowe zgłoszenie. - pokręciła głową. - Lepiej już wyjdź, bo jeszcze będziesz musiał biegać. A wiem, że tego nie lubisz.
Miała rację. Nie lubiłem. Zostawiłem ją chichoczącą na recepcji i wyszedłem na zewnątrz. Wolałbym, żeby wezwała jeszcze kogoś.
Odkąd Kendall niańczy Lirę w domu, jest coraz gorzej. Niby dobrze radzę sobie sam w pracy, mam nawet kolegów, ale to wciąż nie to samo, co Kendall.
-Wszystko gra? - zapytała doktor Adams, stając obok mnie. - Nie wyglądasz najlepiej.
-Wydaje się pani. - machnąłem ręką, zawiązując z tyłu jednorazowy fartuch. - Wszystko w porządku. Po prostu... czekam, aż wszystko wróci do normy.
-Pracujemy w szpitalu. - przypomniała. - Tutaj nigdy nic nie wróci do normy.
-Nie taką normę miałem na myśli. - pokręciłem głową. - Mówiłem raczej o Kendallu, z którym pracuje ramię w ramię. O Lirze, która robi wszystko, żeby uratować od strasznego losu, kogo tylko się da. James, który zjawia się zawsze, kiedy pani tego chce. O Carlosie, który biega po całym szpitalu, bo nie nadąża z wezwaniami...
-To akurat mogę Ci załatwić. - powiedziała szybko, nie dając mi dokończyć. - Friday jest do bani. Mogę go zwolnić chociaż za pięć minut.
-Nie wiedziałem, że ma pani taką władzę. - uniosłem brwi, bo psychologowie nie byli przecież w obrębie izby przyjęć.
-Bo nie mam. - odparła, jakby to nie mogło jej powstrzymać. - Ale kilka obraźliwych słów, Pena znów na stanowisku i facet sam odejdzie.
-Nie wierzę. - prychnąłem, zanim zdołałem się powstrzymać.
-Jeśli chcesz, możemy się przekonać. - wzruszyła ramionami. - Zapytam z ciekawości: Dlaczego Ci tak na tym zależy?
-To tak jak z superbohaterami, pani doktor. - wyjaśniłem, przytaczając jedną z komiksowych formułek. - Zwykle działają w pojedynkę, ale w kryzysowych sytuacjach muszą się zjednoczyć. I wtedy są silniejsi.
-Nie mam zielonego pojęcia, o czym mówisz. - oznajmiła, kiedy skończyłem.
Powiedzmy, że jakoś mnie to nie dziwi. Ale chciała, czy nie chciała... była dowódcą w naszej drużynie.
(Kendall)
-Jesteś pewien, że to wystarczy? - zapytałem, kiedy James przenosił dokumenty na swój prywatny komputer. - I tak będziesz musiał stworzyć cyfrową bazę danych, żeby działała wyszukiwarka.
-Wystarczy. Moja baza danych właśnie się tworzy. - odpowiedział, wyjmując jedną kartkę ze skanera i wkładając kolejną. - Mam program, który potrafi rozczytać wydrukowany tekst. Czasami robi literówki, ale to poprawię wieczorem.
-A co zrobisz z papierową wersją dokumentów? - zapytała Lira, unosząc brwi. - Cyfrowe dane ulegają przypadkowemu zniszczeniu częściej niż te papierowe.
-Wiem. - pokiwał głową. - I dlatego je zostawię. A w dniach, kiedy nie będę miał się czym zajęć, będę zajmował się archiwizacją.
-To akurat mogę załatwić. - powiedziała szybko, zszywając kolejny mały plik dokumentów i wkładając je do folderu. - I tak nie mam nic ciekawszego do roboty. Kendall, przypomnij mi, na ile mam jeszcze to zwolnienie...
Spojrzała na mnie wyczekująco, przez co wykręciłem oczami. Wiedziałem, że najchętniej spędzałaby ten tydzień w gabinecie i odpowiadała na telefony.
-Tydzień. - powiedziałem w końcu.
-Właśnie, tydzień jestem do Twojej dyspozycji.
Siedzieliśmy w mieszkaniu Jamesa, pomagając mu przy tworzeniu biura. Wiedziałem, że dokumentacja to sprawa kluczowa i nie spodziewałem się, że wpadnie na pomysł utworzenia takiej cacy-cyfrowej wersji. Po bardzo żmudnych namowach w końcu przekonałem Lirę, żeby wsiadła na wózek. Oczywiście po prawie godzinnej kłótni w końcu się zgodziła.
-Mam pomysł. - zacząłem po dłuższej chwili. - Może zatrudnisz siostrę Carlosa. Mówił, że jest w tym całkiem niezła. I jeszcze jedno. Powiedz nam wreszcie, co Cię trapi.
James zamarł przy wielofunkcyjnej drukarce. Nie wyglądał na zadowolonego. Prędzej na wystraszonego. Pewnie nie spodziewał się, że Kendall z czymś takim wyskoczy. Chociaż nie oszukujmy się, przecież to Kendall. Nigdy nie wiadomo, czego się po nim spodziewać. Tak, taki właśnie jestem.
James w końcu się poddał. Teraz już nie ukrywał przybicia, który tak bardzo próbował maskować, odkąd tylko tu przyszliśmy.
-Będę z Wami szczery. - westchnął ciężko. - Wczoraj oświadczyłem się Mary.
I co? Nie przyjęła? Do przewidzenia.
-Nie zgodziła się. - no proszę, jakbym zgadł. - W sumie, nie wiedziałem, co sobie myślałem. Ona nie chce się angażować. Umawialiśmy się tylko na seks dwa-trzy razy w tygodniu i ona się tego uparcie trzyma.
-I na to się godzisz? - uniosłem brwi, wciąż uważając, że to jest kiepski pomysł.
-To jedyny sposób, żebym mógł się do niej zbliżyć. - odpowiedział, jakby wciąż się tego kurczowo trzymał. - Na początku nawet mi to wystarczało, ale teraz... Sam już nie wiem.
Wzruszył ramionami, odwracając się z powrotem w stronę drukarki.
-Może potrzebuje czasu. - podsunęła Lira, układając kolejny folder w pudełku archiwizacyjnym. - Tak w ogóle, to jak długo się już spotykacie w ten sposób?
-Jakieś trzy lata. - odparł od niechcenia. - Wiem, jest źle. Nie komentujcie już tego i tak wiem, że jestem frajerem.
(Carlos)
Już kończył mi się urlop. Poświęciłem to, żeby popracować trochę dla Jamesa. Oczywiście Adams z resztą zarządu musiała kogoś znaleźć na moje stanowisko, przynajmniej na te kilka tygodni. Podobno gość jest beznadziejny, więc może mam szanse na drobne docenienie mojej ciężkiej pracy? Przynajmniej takie malutkie.
-Jak leci? - zapytała Aina, siadając naprzeciwko mnie na kanapie. - Wciąż jutro idziesz normalnie do pracy?
-Tak. - pokiwałem głową. - Nic się nie zmieniło przez ostatnie pół godziny.
-Nie pytam Cię o to co pół godziny. - pisnęła oburzona.
-Właśnie, że tak. - kiwnąłem głową. - Chcesz jajko? Bo będę sobie smażył.
-Jasne. - wzruszyła ramionami, uśmiechając się od swojego wyświetlacza w telefonie.
Nie wiedziałem, jak długo jeszcze zamierzała u mnie mieszkać i szczerze mówiąc, miałem to gdzieś. W sumie, nawet lepiej, że miałem ją przy sobie, bo przynajmniej miałem pod kontrolą to, co robiła na co dzień.
Podszedłem do części kuchennej i wyjąłem z szuflady umyta patelnię. Aina obróciła się w moją stronę i zmarszczyła brwi.
-Czekaj... powiedziała powoli, marszcząc brwi. - Jajka zwykle smaży się na śniadanie. A teraz zbliża się pora kolacji.
-To co? - wzruszyłem ramionami, rzucając na patelnię trochę masła. - Lubię jeść jajko na kolację.
-W sumie, czemu się dziwię. - znowu wzruszyła ramionami, opierając łokcie na kolanach. - Każdy psychiatra ma coś nie tak z głową.
-Aina, jestem psychologiem. - przypomniałem jej chyba po raz setny. - A to różnica.
-Dla mnie to jeden ciort. - odparła, sięgając po pilota od telewizora. - Poszukam czegoś ciekawego w telewizji. Gdzie trzymasz program?
-Nidzie, bo nie kupiłem. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
(Lira)
Wieczorem Kendall położył mnie (i to dosłownie) do łóżka. Oparłam się o puchową poduszkę i sięgnęłam po jedno z pism, które leżały przy stoliku nocnym prawie od miesiąca.
-O której jutro zaczynasz? - zapytałam go, kiedy położył się obok mnie.
-O dziesiątej. - odarł, opierając głowę o moje ramię. - Logan się ucieszy. Przez większość czasu musiał sam odwalać robotę. A teraz chyba nie dam sobie forów.
-Wiadomo, co ze Scottem i Derekiem? - zapytałam, przewracając kolorową stronę. - Nie dają znaku życia od pogrzebu.
-Miewają się dobrze. - odpowiedział trochę sennym głosem. - Myślisz, że James jest zwolennikiem teorii spiskowych?
Jego pytanie całkiem mnie rozwaliło. Wiem, że interesuje się pewnymi sprawami, ale nie musi znaczyć, że w nie wierzy. Dobrze zdawałem sobie w tego sprawę.
-Nie mam pojęcia? - rzuciłam, spoglądając na niego z zaskoczeniem. - A co? Znowu interesuje się sprawą bliźniaczych wierz i projektem „MK Ultra”?
-Nie, ale ma wątpliwości, czy McCall był wtedy w trumnie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dobra, na tyle powinno wystarczyć. Sama nie wiem, jak zdołałam zrobić to W TEN sposób Dobra, dobra. Koniec już z tym głupim gadaniem
Co myślicie o nastroju Jamesa? Czy rzucenie się w „wir pracy” to dobry pomysł? Oczywiście reszta pozostaje tą samą ekipą. No... może z wyjątkiem Logana, bo on stale się zmienia.

No dobra, mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Pa!