środa, 17 maja 2017

46. Zemsta frajera

(Kendall)
Po SMSie od Liry miałem pełne gacie. Trzy dni temu ojczym Scotta uciekł z więzienia, a chłopak ani myślał się dzielić wrażeniami. Później zadzwonił Derek, który mnie poinformował, że przyjedzie za kilka godzin. Zdawałem sobie sprawę, że próby wyciągania czegokolwiek od chłopaka na nic się zdadzą, ale jeśli ten koleś ma tu przyjść i się mścić, to wolałem o tym wiedzieć.
Z kolei jeszcze większy pot oblał moje plecy, kiedy dostałem od Liry SMSa z kilkoma niezrozumiałymi znakami.
-Co jest? - zapytała Alexa, która chyba zauważyła moją minę. - Strasznie zbladłeś.
Otworzyłem szeroko usta i pokazałem jej wyświetlacz swojego telefonu. Alexa mi zawtórowała i wyrwała mi komórkę z ręki.
-Na trzecie piętro. - rzuciła szybko, kładąc tacę z lekami na blacie recepcji przed nosem Abby.
Kiwnąłem głową i pobiegłem z nią na górę. Nie było co czekać na windę. Za dużo czasu kiedy znaleźliśmy się na trzecim piętrze, wyprzedziłem Alexę i pomimo zadyszki wbiegłem do pomieszczenia.
-Boże mój... - wykrztusiłem z siebie zduszonym głosem. - Lira!
Lira leżała na podłodze twarzą do ściany. Dobiegłem do niej dwoma wielkimi krokami i obróciłem ją na plecy. Położyłem dwa palce na jej szyi, próbując wyczuć tętno. Poczułem bardzo słaby puls, ale nie usłyszałem, żeby oddychała.
-Co się dzieje? - zapytała Alexa zmartwionym głosem.
-Nie oddycha. - odpowiedziałem, układając jej dłonie na piersi i zaczynając uciskać. - Wezwij pomoc.
Boże, błagam, nie odbieraj mi jej! - błagałem z całych sił, uciskając klatkę Liry, ledwo uchylając jej koszulkę. Nie chciałem, żeby to się tak skończyło. Nie chciałem! Nie mogłem jej teraz stracić. Nie w ten sposób! Nie przez jakiegoś bezmózgiego frajera.
Alexa wybiegła z pomieszczenia, kiedy pochyliłem się nad twarzą Liry i wdmuchałem jej powietrze do ust. Nie wiedziałem jak długo to trwało. Zdałem sobie sprawę dopiero, kiedy ktoś odsunął moje dłonie i zastąpiły je czyjeś ręce.
-Pobita kobieta! - zawołał jakiś mężczyzna, którego ledwo kojarzyłem z widzenia. - Prowadzimy resuscytację! Przyślijcie ekipę!
To on jej zrobił? Nie... Nie chciałem w to uwierzyć. Dopiero po chwili zauważyłem, że tył głowy Liry niebezpiecznie krwawi. Poczułem mdłości, kiedy nagle czyjeś delikatne dłonie odciągnęły mnie od tego całego zbiegowiska.
-Zostaw. - powiedział cicho Logan. - Poradzą sobie.
Obserwowałem co robią. Jak podają jej leki przez dojście, jak intubują, defibrylują... zakładają kołnierz, w końcu jeden z nich krzyczy, że odzyskała prawidłowy rytm i podnoszą ją na desce.
-Zabieramy ją do Amber. - oznajmił jeden z ekipy ratunkowej. - Ma odruchy neurologiczne, ale...
Nie zdążył dokończyć, bo kolana się pode mną ugięły.
Kiedy się ocknąłem, leżałem na jakiejś kanapie. To z pewnością nie był gabinet Liry i Matta. Ani pokój lekarski w izbie przyjęć. Bardziej jak... ortopedia?
-Nie wstawaj. - usłyszałem głos Alexy, która położyła mi dłoń na ramieniu. - Wciąż jesteś w szoku.
-Co z nią? - zapytałem natychmiast, wciąż pamiętając, co się stało.
-Nie wiem. - wzruszyła ramionami. - Mnie też to dobija. Nic nie chcą powiedzieć. Po tomografii prawdopodobnie będą operować.
-Chcę przy niej być. - oznajmiłem, podnosząc się do pozycji siedzącej.
-Nie możesz. - pokręciła głową, zmuszając mnie, żebym znów opadł na poduszki. - Wiedzą, co Cię z nią łączy. Nie są zwolennikami prywatnych zażyłości w pracy.
-Lira nie jest członkiem personelu medycznego. - przypomniałem jej, kiedy w końcu pozwoliła mi usiąść i podała plastikowy kubek z wodą. - Jest pracownikiem socjalnym.
-Ale i tak nie pozwolą Ci nawet obserwować zabiegu.
-Alex... - Zacząłem, przełykając ślinę. - Nie mogę jej stracić, rozumiesz? Kocham ją.
-Wiem, Kendall. Wiem. - pokiwała głowa, przyciągając mnie do siebie i przytulając jak przyjaciółka, której teraz tak bardzo potrzebowałem.
(Logan)
Widziałem Dereka już z daleka. Siedział przy łóżku Scotta, o czymś cicho z nim rozmawiając.
-Sprawdziliśmy nagrania z monitoringu. - oznajmiłem bez żadnego ostrzeżenia. - Wasz ojczym tu był. Pobił naszego pracownika socjalnego.
Derek spojrzał na mnie, jakby się tego domyślał. Wszystko było na taśmach. W Adams obudziła się żądza mordu. Wezwała chyba połowę nieobecnych lekarzy, zapuszkowała cały budynek do odwołania i kazała odsyłać karetki. To była jedna z kryzysowych sytuacji. Jedna z niewielu, w której ucierpiał pracownik.
-Panią Forte? - zapytał Scott, spoglądając na mnie z zaniepokojeniem.
Kiwnąłem głową. Derek wstał z krzesła, zakładając dłonie na biodra. Chyba przeczuwał, co złego się stało, ale wolał to usłyszeć, niż zacząć zgadywać.
-I? - zapytał, unosząc brwi z nadzieją. - Co z nią?
-Walczy o życie. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Derek uderzył w stolik przy łóżku z cichym kliknięciem. Widziałem, ze to przeżywa. Widziałem, że nie może wytrzymać z bezradności. To samo młody, który nie potrafił ukrywać emocji.
-To moja wina. - powiedział cicho, wpatrując się w swoje dłonie spoczywające na pościeli. - Gdybym wtedy się powstrzymał, nikomu nic by się nie stało.
-Scott, nie... - jęknąłem, kręcąc głową. - Nie ma w tym Twojej winy. Nic nie poradzisz, że Twój ojczym jest bezmyślnym fiutem. Przepraszam... - wymamrotałem, spoglądając na Dereka.
-Nie szkodzi, sam wyrażam się jeszcze gorzej. - pokręcił głową, jakby gorączkowo nad czymś myślał. Nawet nie chciałem się domyślać, co takiego zaprzątało jego głowę.
Czekaliśmy. Czekanie było najgorsze. Tylko Alexa pojechała do domu, bo nie był kto się zająć Wendy. Tym bardziej byłem zaskoczony, kiedy wjechała spacerówką do izby przyjęć niecałą godzinę później. Potem pomogła zaprowadzić Scotta do bezpiecznego pokoju, gdzie wnieśliśmy jeszcze wyprawkę dla astmatyka.
-Dlaczego zamknął pan drzwi? - zapytał Scott, kiedy przekręciłem kluczyk.
-Twój ojczym wciąż tu jest, ale nie wie, że tu trafiłeś. Przynajmniej wszystko na to wskazuje. Lepiej być przygotowanym.
-A doktor Schmidt? - zapytał w końcu.
-Czeka przed blokiem operacyjnym. Nie przejmuj się. Jest z nim Trzech gliniarzy. - uspokoiłem go, siadając naprzeciwko i obserwując Alexę, która rozkładała się z rzeczami Wendy.
Wiedziałem, że zamierza tu nocować. Jak cała nasza czwórka. Teraz Kendall musiał czuć się bardzo samotny, szczególnie, że nawet nie mogliśmy się dodzwonić do Carlosa.
(Kendall)
Kiedy samemu się operuje, nie odczuwa się upływającego czasu. Oczywiście, wiem, że to zwykle trwa kilka, może nawet kilkanaście godzin, ale dopiero teraz mogłem poczuć to z innej perspektywy. Teraz, siedząc pod blokiem operacyjnym, przekonałem się na własnej skórze, co w takiej chwili czują rodziny pacjentów.
-Proszę. - usłyszałem głos Leona, który wyciągnął w moją stronę papierowy kubek z kawą. - Dobrze Ci zrobi.
Spojrzałem na niego z zaskoczeniem. Był przygaszony, ale nie sprawiał wrażenia, jakby w środku go nosiło, tak jak mnie. Przeciwnie. Wyglądał, jakby z łatwością przesiedział te kilka godzin.
-Jak zachowujesz spokój? - zapytałem go po dłuższej chwili milczenia.
-Bo wiem, że panika jej nie pomoże. - wzruszył ramionami. - Rzadko czuję się tak bezradny jak teraz. Ale wierzę, że z tego wyjdzie.
-Kontaktowałeś się z Mattem? - zapytałem w końcu.
Leon pokręcił głową i uniósł swój kubek do ust. Wiedziałem, że Matt wybrał sobie właśnie ten moment na załatwianie spadku po ojcu. Ani on, ani reszta jego rodziny nie chciała tego załatwiać na szybko. Teraz, kiedy minęło kilka miesięcy od pogrzebu, mógł spokojnie wziąć urlop zająć się tymi sprawami. Może nie był odpowiedni, ale... chociaż to jej najlepszy przyjaciel, to nie chciałem mu teraz zaprzątać tym głowy.
-Podobno zdawałeś kiedyś na pediatrię. - zagadał, czym zupełnie mnie zaskoczył.
-Tak, ale to już przeszłość. - pokiwałem głową. - Nie chcę do tego wracać. Z resztą... druga specjalizacja to nie jest najlepszy pomysł. Właściwie skąd o tym wiesz?
-Widziałem dokumenty na biurku Twojej szefowej. Niecałe dwa dni temu. Ma Ci zaproponować kurs uzupełniający. Najwyżej roczny.
-Myślałem, że nie szuka już pediatry. - odpowiedziałem, splatając dłonie na kolanach. - Wiesz, czasami... zastanawiam się, jak by to wszystko wyglądało. Gdybym nie zmieniał wcześniej zdania i został w szpitalu na Alasce.
-Na Alasce? - zmarszczył brwi ze zdziwienia.
-Mają tam najlepszy oddział ortopedyczny. - wyjaśniłem. - Logan chciał się tam dostać na praktykę i namówił mnie na złożenie papierów. Ja się dostałem, ale on nie. Teraz myślę, że gdybym tam pojechał, nie poznałbym Liry.
-I nie zaczęlibyście się spotykać. - powiedział tonem, który chyba miał mnie przekonać, że podjąłem najwłaściwszą decyzję.
-Ale może wtedy nic jej by się nie stało. - zauważyłem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzisiaj Kendall zaliczył chwilę zwątpienia. Chwilę, bo zaraz mu wszystko przejdzie, a ile to potrwa... nie mogę powiedzieć. W sumie, to nie wiem, jak na to wpadłam, a dwie linijki przedmowy z tytułem piosenki najzwyczajniej w świecie wycięłam.
Notka dedykowana Sylwii, z racji, że przedwczoraj nadrabiała. W ramach „prezentu” po pięćdziesiątej notce wkleję, jaki plakat Wolverina Lira trzyma w domu.

Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. No i nie ukrywam, że było mi trochę przykro, że pod poprzednią notką nie było ani jednego komentarza. Ale pod tą już będzie, prawda? Trzymajcie się! Cześć!  

1 komentarz:

  1. Wyjaśnienia pod tamtą, więc tu tylko krótki komentarz :)
    Matko boska! Ratowac tą Lirę.. biedna kobieta nie winna nic nikomu i tak ją zaatakował chuj -,- mam nadzieję, że wyjdzie z tego, bo jak nie, to nwm.
    Kendall chłopie trzymaj się, ja trzymam kciuki.
    Logan i Alaska :o dobrze, że pomimo iż K3 się dostał został w Stanach.
    Miłość wygra heh :')
    Jak mówiłam na krzesło z nim!
    Super i czekam na nn :)

    OdpowiedzUsuń

Nie bądź Voldek - skomentuj.
Dla Ciebie to niewielki zamach, ale dla mnie to potężny kop energii i zachęta do pisania.
Weryfikacja obrazkowa - wyłączona, anonimy włączone. każdy może napisać coś od siebie. Dla mnie to wiele znaczy.