środa, 31 maja 2017

48. Cierpliwość

(Logan)
Przez kolejne dni Kendall był żywym trupem. Dosłownie. Mało jadł, pracował z automatu, nie chodził na imprezy, chociaż kilka razy próbowaliśmy go wyciągnąć. To właściwie był pomysł Amber, która po jednej z tomografii zauważyła zwiększenie aktywności mózgu u Liry, co dowodziło znacznej poprawie. Ale powtarzaj to Kendallowi, który mimo szerokiej wiedzy medycznej dalej był w żałobie.
Kolejne kilka dni później Amber zauważyła, że Lira jest w stanie samodzielnie oddychać. I teraz się chachajmy, bo rano będzie małe ekstubowanko.
Tego dnia Kendall był w szpitalu przed czasem, chociaż poprosił Adams o drobne przesunięcie w grafiku. Ja właśnie miałem schodzić ze zmiany, kiedy mijałem się z nim w korytarzu dzielącym ortopedię z neurologią.
-Ty tutaj? - zapytałem z zaskoczeniem. - Myślałem, że zaczynasz dzisiaj trochę później.
-Bo zaczynam. - kiwnął głową. - Ale nie chcę przegapić ekstubowania Liry. Wiesz, to dla mnie dość ważne. Chciałbym przy niej wtedy być.
-Wiem, ale nie uważasz, że to trochę bez sensu? - zmarszczyłem brwi z zaskoczeniem. - Wiesz, nawet nie jest pod sedacją i...
Urwałem, kiedy Kendall zmierzył mnie karcącym spojrzeniem. Przełknąłem ślinę i wywróciłem oczami. Przynajmniej Kendall wracał do świata żywych. Zawsze jakiś postęp.
-Dobra, pójdę z Tobą, tylko nie patrz tak na mnie. - jęknąłem, idąc za nim do windy.
-Nawet tego od Ciebie nie oczekuję. - wzruszył ramionami. - Wiesz, że to dla mnie ważny moment i to powinno wystarczyć.
-Idę. - uparłem się, chociaż moje plany były zupełnie inne. - Już nie zmienię zdania. Sam mówisz, że to dla Ciebie ważne, a ty jesteś moim najlepszym przyjacielem. Moim bratem. Wiem, że masz dwóch rodzonych braci, ale jeden w tę, czy we wte nie powinien Ci zrobić różnicy.
Zaśmiałem się z własnego żartu, na co Kendall obdarzył mnie wesołym pół uśmiechem. Kolejny krok na przód. Jeśli miałem się teraz z czegoś cieszyć, to na pewno z uśmiechu najlepszego przyjaciela. Oczywiście samodzielny oddech Liry też mnie bardzo cieszy.
-A będzie Leon? - zapytałem, kiedy jechaliśmy już na górę. - Wczoraj podobno gadał do niej przez godzinę. Nie widziałem, ale słyszałem.
-Nie. - pokręcił głową, ale wypowiedział to takim tonem, jakby nie miał mu tego za złe. - Nie mógł się wykręcić z patrolu. Miałeś zadzwonić do Matta, żeby mu o wszystkim powiedzieć. Co on na to?
Rozejrzałem się po błyszczących ścianach windy nieco niezręcznie, jakbym szukał drogi ucieczki. Nawet nie pamiętałem, że mam do niego dzwonić.
-Zapomniałeś? - Kendall uniósł brwi, patrząc na mnie wyczekująco. - Może to i lepiej? I tak ma wystarczające problemy na głowie. Powiemy mu jak Lira odzyska przytomność.
Zawsze jakaś metoda... cierp w spokoju i nie odzywaj się do najlepszego kumpla swojej dziewczyny narażając się tym na stu letniego focha. Sukces murowany, rekomendowane przez doktora Logana Hendersona, przetestowane przez doktora Kendalla Schmidta.
Kiedy wjechaliśmy już na neurologię, poszliśmy do dobrze znanej prywatnej sali w której leżała Lira. Pierwsze, co zauważyłem, to zminimalizowane opatrunki. Zniknął bandaż okalający całą jej głowę, a zastąpił go dość pokaźny plaster, który wyglądał mi na robotę Abby, która z kawałka gazy i plastra z rolki potrafiła zdziałać cuda.
-Widzę niezłą widownię. - zachichotała Amber, przygotowując wszystko, co będzie potrzebne. - Chodź, Kendall. Czyń honory.
-Ja? - wyjąkał zaszokowany. - Jesteś pewna?
-Jasne. - pokiwała głową z szerokim uśmiechem. - Przecież w ekstubowaniu jesteś najlepszy na chirurgicznym. Kto ma to zrobić jak nie Ty?
Uśmiechnąłem się, kiedy Kendall trochę niepewnie włożył stetoskop i zwolnił tasiemkę podtrzymującą rurkę w ustach Liry. Wiedziałem, że zaciska zęby, wyciągając jej rurkę. Amanda odessała zalegające płyny i uśmiechnęła się do niego szeroko.
-Mówiłam Ci, że wszystko gra. - oznajmiła, wkładając jej na buzię maskę tlenową.
Patrzyłem jak Kendall odżywa w oczach. Wiem, jak dużo dla mnie zrobił i nie trzeba mi o tym przypominać.
(James)
Po zakończeniu pracy w fundacji zaszedłem do domu Hale'ów. Derek już dawno wrócił z pracy, a Scott i tak musiał leżeć. Więc na pewno nie poszedł jeszcze do szkoły.
-James? - zdziwił się na mój widok, kiedy otworzył drzwi. - Co Ty tu robisz?
-Mogę wejść? - poprosiłem. - Zajmę tylko chwilę, obiecuję.
Derek przepuścił mnie w drzwiach, zapraszając do środka. Ich dom wyglądał zupełnie inaczej, jakim go ostatnio widziałem. To było coś więcej niż pomalowane na żółto ściany, które sprawiały, że w domu można było się poczuć jeszcze bardziej przytulnie. Szczerze, nie sądziłem, że Derek zrobi ten remont naprawdę. Sądziłem, że chodzi tylko o zawieszenie kilku obrazów odrzuconych przez wystawy i sprzedanych za grosze na aukcjach internetowych.
-Wiem, że dostałbyś to jutro rano, ale chciałem, żebyś miał to już dzisiaj. - oznajmiłem, dając mu dokument w sztywnej koszulce.
-Prawomocny wyrok na Roba. - uśmiechnął się delikatnie. - Z potwierdzeniem przerzutu.
-Dzięki Twojemu pełnomocnictwu wywalczyłem wcześniejszy termin. - oznajmiłem, zapinając swoją roboczą teczkę. - Oczywiście to trochę przyśpiesza termin prawa do odwołania.
-Nie odwoła się. - pokręcił głową. - Jest na to za głupi. Masz na To moje słowo.
Derek zrobił krok do jednego z pomieszczeń, sugerując mi, żebym przeszedł do części jadalnianej. Jadalnia była pistacjowa. Dosłownie.
-Przemalowałeś wszystkie ściany? - uniosłem brwi, kiedy postawił przede mną szklankę soku jabłkowego. - Musiałeś być bardzo zdeterminowany.
-Nie chciałem, żeby dom kojarzył się Scottowi z cierpieniem. Koleżanka z pracy podesłała mi kontakt do swojej kumpeli, która wisi jej sporą przysługę. A ta przyjechała, obejrzała dom i wybrała kolory. Mówiła, że pastele będą najlepsze. - wyjaśnił, kiedy usiedliśmy przy stole. - To, co Rob mu zrobił... Najlepiej, gdyby to się nie stało, ale nawet się cieszę, że dopadł go w szkole, a nie w domu. W domu pewnie byłoby trochę za późno na ratunek.
-Nie mów tak. - pokręciłem głową. - Nikt nie mógł tego przewidzieć. Więzienie nawet do nas nie zadzwoniło, kiedy uciekł. Nie mogliśmy się na to przygotować. Jak on się właściwie czuje?
-Wciąż obwinia się o to, co się stało z Lirą. Nawet, jeśli przypominam mu, że tak nie jest, kiedy rozmowa schodzi na ten temat. - odpowiedział. - Ale rana bardzo ładnie się goi. Zostanie blizna, ale całe szczęście Scott nie jest zwolennikiem paradowania z nagim torsem.
Uśmiechnąłem się blado, słysząc jego kiepski żart. Bo to chyba był żart, prawda?
(Carlos)
Pierwsze, co zauważyłem po powrocie do domu, była Aina paradująca po mieszkaniu w samej bieliźnie. Rzuciłem torbę na kanapę i obróciłem się do niej przodem.
-Dobra, wiem, że mieszkasz tu tylko ze mną, ale błagam... włóż na siebie coś więcej. - wyjąkałem, unosząc dłonie z frustracją. - Jeszcze mi się tu przeziębisz.
Aina zmierzyła mnie karcącym spojrzeniem i podciągnęła kolana pod brodę, co z góry mogło wyglądać jak zbyt wyrośnięte piersi.
-Nic mi nie będzie. - odpowiedziała, pokazując mi jakiś papier z komody. - Widzisz to? Mam stałą umowę! Sprawdziłam się!
Uśmiechnąłem się dość niechętnie. Odkąd Aina została rzecznikiem prasowym szpitala, zerwała z prostytucją. Oczywiście bardzo się z tego cieszyłem, ale nie mogłem mieć pojęcia, co robi, kiedy nie patrzę. Ale biorąc pod uwagę, że Adams i reszta wymagają nieposzlakowanej opinii, a Aina wynalazła w sieci przemowę, która elegancko ich przekonała o pozytywnej zmianie człowieka. Poza tym, musiała się na prawdę postarać, bo inaczej nie nawiązaliby z nią takiej umowy.
-Bardzo się cieszę. - odpowiedziałem, ściągając z siebie marynarkę.
-Jakoś tego po Tobie nie widać. - pokręciła nosem. - A jak się miewa ta kuratorka? Wciąż wydzwaniają do mnie, żeby o nią pytać.
-I chyba powtarzasz im, że leczenie przebiega w tajemnicy przed resztą tego świata? - zapytałem, wstawiając wodę na herbatę.
-Oczywiście, że tak. - pokiwała głową z lekkim zażenowaniem. - Ale czasami... sama chciałabym wiedzieć co u niej słychać. Wiem, że się z nią kumplujesz, więc musisz coś wiedzieć.
Aina wymierzyła do mnie wyzywająco palcem, jakby za wszelką cenę chciała coś ode mnie wyciągnąć. Parsknąłem śmiechem, na wspomnienie, jak robiła to w dzieciństwie.
-To już ma mnie nie działa. - pokręciłem głową, wciąż chichocząc. - Możesz już opuścisz ten groźnie wyglądający paluch.
-Paluch to jest u stopy. - prychnęła, kręcą głową. - Ale naprawdę chciałabym wiedzieć, jak ona się czuje. Nie możesz mi po prostu tego powiedzieć?
-Mogę. - przytaknąłem, w spokoju szukając rumiankowej herbaty. - Gdybyś tylko normalnie mnie o to zapytała.
-A teraz nie pytam normalnie? - zmarszczyła brwi.
-Nie. - pokręciłem głową. - Teraz pytasz służbowo, a to różnica.
-W takim razie, proszę... - jęknęła. - Powiedz mi, jak czuje się Twoja przyjaciółka? Proszę!
Zaśmiałem się i usiadłem naprzeciwko niej. Miałem zamiar jej to powiedzieć, ale w taki sposób, że wywnioskowała z tego tylko to, że jest lepiej.
-Po ostatniej tomografii jej lekarka odnotowała zwiększoną aktywność mózgu. - powiedziałem spokojnie, starając się powtórzyć, to co mówił mi Logan. - Dzisiaj rano została ekstubowana.
-Dzisiaj rano została... - powtórzyła. - Co?
-Wyjęli jej rurkę z gardła, ułatwiającą oddychanie. - odpowiedziała, unosząc dłonie w geście obronnym. - Teraz rozumiesz?
-Zrozumiałam tylko tyle, ze jej się poprawiło. - powiedziała jakbyśmy rozmawiali o czymś nieistotnym. - Jeszcze jedno...
-Co? - uniosłem brwi z zaskoczeniem.
-Dałeś mój numer temu uroczemu doktorkowi?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I jak? Chciałabym coś napisać, ale nie potrafię tego zrobić w taki sposób, żeby nie podawać Wam podstaw do komentarza na tacy. Ale zapytam... Czy widzicie pewne podobieństwo między Kendallem, a Loganem? W prawdzie starałam się pisać lekko humorystycznie, ale nie wiem, czy mi to wyszło.

Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 24 maja 2017

47. Czekanie

(Kendall)
Przez kolejne kilka dni Lira pozostawała w śpiączce. Amanda stwierdziła, że w ten sposób mózg lepiej się zregeneruje. Wiedziałem, że tak jest. Że rokowania są dobre, ale nie dopuszczałem do siebie myśli, żeby zaufać Amber. Lubię ją, ale czasami uczucia były silniejsze.
-Wszystko gra? - zapytał Logan, zaglądając mi w twarz. - Złapali McCalla. Teraz będzie pod ściślejszym nadzorem. Nie ucieknie.
-A skąd masz tą pewność? - spojrzałem na niego, odpychając się od biurka. - Raz mu się udała, więc może mu się udać i drugi raz.
Tylko praca utrzymywała mnie przy zdrowych zmysłach. Było dość kiepsko, ale nie dawałem za wygraną. Brałem najwięcej kart, miałem jedno z najlepszych zadowoleń... ale wciąż czułem, że czegoś mi brakuje. Kiedy wracałem do pustego mieszkania, szczególnie doskwierała mi jej nieobecność. Nie jeździłem jej samochodem. Nawet nie miałem odwagi, żeby go przeparkować. W końcu Leon odebrał ode mnie kluczyki i postawił go na parkingu policyjnym. To bardzo ładny samochód. A z takimi wiadomo. Bardzo często padają „ofiarą” wandalizmu. Zdecydowanie byłoby szkoda. Poza tym, wiem już, dlaczego Lira nie chciała ode mnie czynszu za mieszkanie. Wszystko było opłacone na dwadzieścia lat z góry i musiała tylko płacić za swoje rachunki. Nie wiem, jak jej się to udało. A jeśli nie jej, to jej dziadkowi.
Zawsze przed końcem dyżuru szedłem na neurologię i siadałem przy łóżku Liry. Nic nie mówiłem. Ważne, że byłem obok. Chociaż wiedziałem, że i tak nie jest tego świadoma i tak trzymałem ją za rękę, głaszcząc kciukiem grzbiet jej dłoni.
-Jak z nią? - usłyszałem za swoimi plecami głos Carlosa.
Obróciłem się, widząc, że wchodzi do środka. Może nie był lekarzem, ale znał podstawy. Dlatego pośpiesznie zabrałem rękę i schowałem ją do kieszeni.
-Wyluzuj. - powiedział, siadając obok mnie na wolnym krześle. - Podobno to pomaga. Ale... byłem u Scotta. Po raz pierwszy się z czymś takim spotykam i nie jestem pewien...
-Wciąż się obwinia? - zapytałem, wiedząc, że Lira z pewnością zainteresowałaby się tą sprawą, gdyby tylko była przytomna.
-Tak, ale nie z tym przychodzę. - wziął głęboki oddech, jakby chciał ostrożnie dobrać słowa. - Wiesz, że on interesuje się okultyzmem?
-On? - uniosłem brwi z zaskoczenia. - Okultyzmem? Przecież on chodzi na mecze. Nie może sam grać bo ma astmę... Wiem, ze gra na jakimś instrumencie, ale pojęcia nie mam na czym. Ale okultyzm to z pewnością nie jego bajka.
-Na wiolonczeli. - odpowiedział. Fajnie wiedzieć. - I wcale nie żartuję. Widziałem u niego w plecaku dwie książki. Jedna jest o demonach, druga o filozofii wyznawców szatana.
-Pytałeś go o to? - zapytałem, na co Carlos tylko wywrócił oczami. - Co Ci powiedział?
-Że jego bliska przyjaciółka zaczyna się koło tego kręcić, a sięgnął po te książki tylko, żeby mieć pod kontrolą, że nie robi niczego niebezpiecznego. - wyjaśnił, wzruszając ramionami.
-Brzmi logicznie. - odparłem obojętnie. - Stary, wierz mi... on nie kłamie. Derek mi o o nim sporo opowiadał. On nawet nie potrafi kłamać. Mówił jak nazywa się jego przyjaciółka?
-Umm... - mruknął, jakby próbował sobie przypomnieć coś bardzo odległego. - Lydia. Na pewno Lydia. Co, ją też kojarzysz?
-Kiedyś go tu przywiozła. - odparłem. - I widziałem ich razem w stołówce. Chyba są blisko.
-Dopiero teraz jego wersja z zainteresowaniem przyjaciółki stała się logiczna.
(James)
-Cześć. - powiedziałem, wchodząc do pokoju, w którym leżał Scott. - Ciekawe książki czytasz.
Wskazałem na okładkę, którą pośpiesznie schował pod kocem. Podszedłem do niego bliżej, żeby móc z nim porozmawiać.
-Mecenas Maslow? Coś się stało? - zapytał z niepokojem.
-Dobre wieści. - odpowiedziałem, siadając na wolnym krześle. - Złapali Twojego ojczyma. Niedługo będziesz mógł przenieść się do innego pomieszczenia. Wiesz... mniej strzeżonego.
-Trafi do tego samego więzienia? - zapytał, czym zupełnie zbił mnie z tropu. - Trochę czytałem. Wiem, że czasami więźniowie trafiają po ucieczce do tego samego więzienia, a czasami przenoszą ich w bardziej ustronne miejsce. Jestem tylko ciekawy...
-I z pewnością przerażony. - dokończyłem za niego, widząc jego spojrzenie i teczkę aktową, leżącą tytułem do dołu. Ktoś musiał mu to dostarczyć. - Nie martw się, strach to nic złego. Na razie rozważają jego przeniesienie na Alaskę. Nie mam pojęcia co postanowią, ale teraz jest pod ścisłym nadzorem.
-Wtedy też miał być. - powiedział cicho. - Myśli pan, że tym razem nie uda mu się uciec?
-Tak myślę. - zamrugałem, starając się nie podkoloryzować swojej wersji wydarzeń. - Myślę, że nie zdoła, bo będzie pod naprawdę ścisłym nadzorem.
-Ma pan nad tym kontrolę?
-Nie. Ale wiem, że jest pod obserwacją doświadczonych policjantów. - zapewniłem go, nie spuszczając z niego spojrzenia. - Wiesz co? Kiedy widziałem go godzinę temu nie wyglądał najlepiej. Ale był zły, kiedy dowiedział się, że jest z Tobą lepiej niż myślał.
Tak naprawdę był wściekły, kiedy dowiedział się, że Scott w ogóle żyje. Nie wiem, co on ma w tej głowie. Na pewno nie jest z nim najlepiej, a szansy na poprawę jakoś nie widzę.
-Kłamie pan. - stwierdził wyjątkowo bezlitosnym tonem. - Wiem, że chciał mnie zabić. Zabrał telefon, zamknął drzwi... chciał, żebym się wykrwawił w samotności.
-Ale... - powiedziałem szybko, chcąc, żeby dokończył. Znał ciąg dalszy tej historii.
-Zapomniał, że tam jest kamera. - odpowiedział cicho. - Portier zobaczył, że leżę zakrwawiony na podłodze i wezwał karetkę.
-Straciłeś przytomność zanim przyjechali? - zapytałem, chcąc, żeby opowiedział mi całą historię.
-Nie. - pokręcił głową. - Byłem świadomy do momentu, kiedy wyważono drzwi i ktoś próbował zatamować krew.
-A później?
-Obudziłem się w szpitalu. - odpowiedział. - Wiadomo coś o pani Forte?
-Lekarze mówią, że wyzdrowieje. - odparłem, pocieszająco kładąc mu rękę na ramieniu. - Ale potrzebuje na to trochę czasu.
(Logan)
Kiedy zaczynałem nocny dyżur, Kendall był już dawno w domu. Wiedziałem, że nie mam szans na odwiedzenie Liry, bo byłem pod okiem Adams. Wiedziałem, że na przerwie SMSować mi pozwoli. Zawsze pozwalała.
Do: Kendall
Treść: Jak się trzymasz?
Wysłałem wiadomość i zaczekałem na odpowiedź. Dość długo nie odpisywał. Może spał? Albo po prostu miał to gdzieś i oglądał jakiś film na kablówce?
W końcu odpisał. Po jakichś piętnastu minutach, jak już skończyłem przerwę.
Od: Kendall
Treść: Nic mi nie jest. Lepiej zajrzyj do Scotta.
Byłem zaskoczony, kiedy to przeczytałem. Dlaczego każe mi zaglądać do tego dzieciaka? Czyżby nadmierna troska? Nie miałem pojęcia. Z resztą... nigdy nie wiadomo, o co chodzi Kendallowi. Przynajmniej, kiedy ma doła.
Zgodnie z jego prośbą, poszedłem do sali chłopaka. Zmarszczyłem brwi, słysząc świszczący oddech. Zmarszczyłem brwi, podchodząc do śpiącego chłopka.
-Scott? - potrząsnąłem jego ramieniem, żeby go obudzić. - No dalej, otwórz oczy.
Nie ważne jak mocno nim szarpałem i krzyczałem, on nadal nie chciał się obudzić. Jednak wiedziałem, że nie stracił przytomności. Po prostu dostał ataku astmy we śnie. Kendall, Ty cwany sukinkocie, skąd wiedziałeś?
W końcu się poddałem i zacząłem grzebać w szufladzie za zapasową kroplówką z odpowiednimi sterydami. Przecież ona musiała gdzieś tu być! Na sto procent! Dzisiaj widziałem jak Alexa ją tu wsadzała. W końcu wyciągnąłem upragniony worek z przeźroczystym płynem i ucałowałem z wdzięcznością etykietę z pieczątką szpitala.
Zawiesiłem kroplówkę na stojaku i przeciągnąłem przewód od worka z solą do tego odpowiedniego. Spojrzałem w twarz Scotta, z paniką stwierdzając, że oddech powoli zaczyna zanikać. Szybko, zadziałaj Ty głupia kroplówo! Na co czekasz?
-Dawaj! - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Nie chcę Cię dzisiaj intubować!
Rozejrzałem się po pomieszczeniu i sięgnąłem po maskę tlenową, odkręcając zawór do oporu. Pośpiesznie włożyłem Scottowi maskę na usta i nos. Przez całkiem długą chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie ściągnąć mu tej maski i wdmuchać dwa razy powietrza do ust, żeby go jakoś tym zmotywować. Zagryzłem wargę, obserwując powolne działanie leków.
-Dzięki, Boże. - wydyszałem, jak po długim biegu, wyciągając spod koszulki medalik i całując jego chropowatą powierzchnię.
Oparłem się o łóżko i spuściłem głowę. Czułem zbliżająca się tachykardię (aut. Za szybkie tempo serca) od rosnącej paniki. Miałem ochotę zadzwonić do Kendalla i zapytać, skąd wiedział, że coś takiego się może stać, ale nie zdążyłem, bo drzwi pokoju niespodziewanie się otworzyły i w bystrym świetle ukazała się postać Adams we własnej osobie.
-Co Ty tu robisz? - zapytała dosyć ostro. - Był wypadek, a specjaliści z innych oddziałów sami sobie nie poradzą.
-Za chwilę. - powiedziałem, przyzwyczajając się powoli do bystrego światła. - Po prostu Kendall wysłał mi SMSa, żebym do niego zajrzał i...
-I dlatego podajesz mu stuprocentowy tlen? - przerwała mi, wskazując na odczyty na gałce od destylatora na tlen.
-Kiedy tu przyszedłem, miał atak przez sen. - wyjaśniłem. - Nie mogłem go dobudzić. Podałem tlen i sterydy. Teraz powoli wraca do normy. Nie obudził się, zbyt mocno spał.
Adams odgarnęła chłopcu spocone włosy z czoła, patrząc na niego ze współczuciem. To był kolejny jej przejaw człowieczeństwa w stosunku do tego dzieciaka.
-Dzięki Bogu, za intuicję Schmidta. - podsumowała.
-Też przebiegło mi to przez myśl.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dobra, tego dnia miałam wenę, bo nie dość, ze skończyłam poprzednią, napisałam tą to jeszcze zacznę następną. Teraz próbuję pisać jednorazówkę i mam jeszcze dwa teksty na przód do sprawdzenia. Dziękuję za Wasze ostatnie komentarze. Jesteście wielcy. Poza tym... jeśli skończę tę jednorazówkę, to będziecie mieli nietypowy Happy Week po pięćdziesiątej notce.

A jak podobała Wam się ta notka? Bogu dzięki za intuicję Kendalla, czy to był tylko czysty przypadek? Koniecznie mi napiszcie, to o tym myślicie. Trzymajcie się! Cześć! 

środa, 17 maja 2017

46. Zemsta frajera

(Kendall)
Po SMSie od Liry miałem pełne gacie. Trzy dni temu ojczym Scotta uciekł z więzienia, a chłopak ani myślał się dzielić wrażeniami. Później zadzwonił Derek, który mnie poinformował, że przyjedzie za kilka godzin. Zdawałem sobie sprawę, że próby wyciągania czegokolwiek od chłopaka na nic się zdadzą, ale jeśli ten koleś ma tu przyjść i się mścić, to wolałem o tym wiedzieć.
Z kolei jeszcze większy pot oblał moje plecy, kiedy dostałem od Liry SMSa z kilkoma niezrozumiałymi znakami.
-Co jest? - zapytała Alexa, która chyba zauważyła moją minę. - Strasznie zbladłeś.
Otworzyłem szeroko usta i pokazałem jej wyświetlacz swojego telefonu. Alexa mi zawtórowała i wyrwała mi komórkę z ręki.
-Na trzecie piętro. - rzuciła szybko, kładąc tacę z lekami na blacie recepcji przed nosem Abby.
Kiwnąłem głową i pobiegłem z nią na górę. Nie było co czekać na windę. Za dużo czasu kiedy znaleźliśmy się na trzecim piętrze, wyprzedziłem Alexę i pomimo zadyszki wbiegłem do pomieszczenia.
-Boże mój... - wykrztusiłem z siebie zduszonym głosem. - Lira!
Lira leżała na podłodze twarzą do ściany. Dobiegłem do niej dwoma wielkimi krokami i obróciłem ją na plecy. Położyłem dwa palce na jej szyi, próbując wyczuć tętno. Poczułem bardzo słaby puls, ale nie usłyszałem, żeby oddychała.
-Co się dzieje? - zapytała Alexa zmartwionym głosem.
-Nie oddycha. - odpowiedziałem, układając jej dłonie na piersi i zaczynając uciskać. - Wezwij pomoc.
Boże, błagam, nie odbieraj mi jej! - błagałem z całych sił, uciskając klatkę Liry, ledwo uchylając jej koszulkę. Nie chciałem, żeby to się tak skończyło. Nie chciałem! Nie mogłem jej teraz stracić. Nie w ten sposób! Nie przez jakiegoś bezmózgiego frajera.
Alexa wybiegła z pomieszczenia, kiedy pochyliłem się nad twarzą Liry i wdmuchałem jej powietrze do ust. Nie wiedziałem jak długo to trwało. Zdałem sobie sprawę dopiero, kiedy ktoś odsunął moje dłonie i zastąpiły je czyjeś ręce.
-Pobita kobieta! - zawołał jakiś mężczyzna, którego ledwo kojarzyłem z widzenia. - Prowadzimy resuscytację! Przyślijcie ekipę!
To on jej zrobił? Nie... Nie chciałem w to uwierzyć. Dopiero po chwili zauważyłem, że tył głowy Liry niebezpiecznie krwawi. Poczułem mdłości, kiedy nagle czyjeś delikatne dłonie odciągnęły mnie od tego całego zbiegowiska.
-Zostaw. - powiedział cicho Logan. - Poradzą sobie.
Obserwowałem co robią. Jak podają jej leki przez dojście, jak intubują, defibrylują... zakładają kołnierz, w końcu jeden z nich krzyczy, że odzyskała prawidłowy rytm i podnoszą ją na desce.
-Zabieramy ją do Amber. - oznajmił jeden z ekipy ratunkowej. - Ma odruchy neurologiczne, ale...
Nie zdążył dokończyć, bo kolana się pode mną ugięły.
Kiedy się ocknąłem, leżałem na jakiejś kanapie. To z pewnością nie był gabinet Liry i Matta. Ani pokój lekarski w izbie przyjęć. Bardziej jak... ortopedia?
-Nie wstawaj. - usłyszałem głos Alexy, która położyła mi dłoń na ramieniu. - Wciąż jesteś w szoku.
-Co z nią? - zapytałem natychmiast, wciąż pamiętając, co się stało.
-Nie wiem. - wzruszyła ramionami. - Mnie też to dobija. Nic nie chcą powiedzieć. Po tomografii prawdopodobnie będą operować.
-Chcę przy niej być. - oznajmiłem, podnosząc się do pozycji siedzącej.
-Nie możesz. - pokręciła głową, zmuszając mnie, żebym znów opadł na poduszki. - Wiedzą, co Cię z nią łączy. Nie są zwolennikami prywatnych zażyłości w pracy.
-Lira nie jest członkiem personelu medycznego. - przypomniałem jej, kiedy w końcu pozwoliła mi usiąść i podała plastikowy kubek z wodą. - Jest pracownikiem socjalnym.
-Ale i tak nie pozwolą Ci nawet obserwować zabiegu.
-Alex... - Zacząłem, przełykając ślinę. - Nie mogę jej stracić, rozumiesz? Kocham ją.
-Wiem, Kendall. Wiem. - pokiwała głowa, przyciągając mnie do siebie i przytulając jak przyjaciółka, której teraz tak bardzo potrzebowałem.
(Logan)
Widziałem Dereka już z daleka. Siedział przy łóżku Scotta, o czymś cicho z nim rozmawiając.
-Sprawdziliśmy nagrania z monitoringu. - oznajmiłem bez żadnego ostrzeżenia. - Wasz ojczym tu był. Pobił naszego pracownika socjalnego.
Derek spojrzał na mnie, jakby się tego domyślał. Wszystko było na taśmach. W Adams obudziła się żądza mordu. Wezwała chyba połowę nieobecnych lekarzy, zapuszkowała cały budynek do odwołania i kazała odsyłać karetki. To była jedna z kryzysowych sytuacji. Jedna z niewielu, w której ucierpiał pracownik.
-Panią Forte? - zapytał Scott, spoglądając na mnie z zaniepokojeniem.
Kiwnąłem głową. Derek wstał z krzesła, zakładając dłonie na biodra. Chyba przeczuwał, co złego się stało, ale wolał to usłyszeć, niż zacząć zgadywać.
-I? - zapytał, unosząc brwi z nadzieją. - Co z nią?
-Walczy o życie. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Derek uderzył w stolik przy łóżku z cichym kliknięciem. Widziałem, ze to przeżywa. Widziałem, że nie może wytrzymać z bezradności. To samo młody, który nie potrafił ukrywać emocji.
-To moja wina. - powiedział cicho, wpatrując się w swoje dłonie spoczywające na pościeli. - Gdybym wtedy się powstrzymał, nikomu nic by się nie stało.
-Scott, nie... - jęknąłem, kręcąc głową. - Nie ma w tym Twojej winy. Nic nie poradzisz, że Twój ojczym jest bezmyślnym fiutem. Przepraszam... - wymamrotałem, spoglądając na Dereka.
-Nie szkodzi, sam wyrażam się jeszcze gorzej. - pokręcił głową, jakby gorączkowo nad czymś myślał. Nawet nie chciałem się domyślać, co takiego zaprzątało jego głowę.
Czekaliśmy. Czekanie było najgorsze. Tylko Alexa pojechała do domu, bo nie był kto się zająć Wendy. Tym bardziej byłem zaskoczony, kiedy wjechała spacerówką do izby przyjęć niecałą godzinę później. Potem pomogła zaprowadzić Scotta do bezpiecznego pokoju, gdzie wnieśliśmy jeszcze wyprawkę dla astmatyka.
-Dlaczego zamknął pan drzwi? - zapytał Scott, kiedy przekręciłem kluczyk.
-Twój ojczym wciąż tu jest, ale nie wie, że tu trafiłeś. Przynajmniej wszystko na to wskazuje. Lepiej być przygotowanym.
-A doktor Schmidt? - zapytał w końcu.
-Czeka przed blokiem operacyjnym. Nie przejmuj się. Jest z nim Trzech gliniarzy. - uspokoiłem go, siadając naprzeciwko i obserwując Alexę, która rozkładała się z rzeczami Wendy.
Wiedziałem, że zamierza tu nocować. Jak cała nasza czwórka. Teraz Kendall musiał czuć się bardzo samotny, szczególnie, że nawet nie mogliśmy się dodzwonić do Carlosa.
(Kendall)
Kiedy samemu się operuje, nie odczuwa się upływającego czasu. Oczywiście, wiem, że to zwykle trwa kilka, może nawet kilkanaście godzin, ale dopiero teraz mogłem poczuć to z innej perspektywy. Teraz, siedząc pod blokiem operacyjnym, przekonałem się na własnej skórze, co w takiej chwili czują rodziny pacjentów.
-Proszę. - usłyszałem głos Leona, który wyciągnął w moją stronę papierowy kubek z kawą. - Dobrze Ci zrobi.
Spojrzałem na niego z zaskoczeniem. Był przygaszony, ale nie sprawiał wrażenia, jakby w środku go nosiło, tak jak mnie. Przeciwnie. Wyglądał, jakby z łatwością przesiedział te kilka godzin.
-Jak zachowujesz spokój? - zapytałem go po dłuższej chwili milczenia.
-Bo wiem, że panika jej nie pomoże. - wzruszył ramionami. - Rzadko czuję się tak bezradny jak teraz. Ale wierzę, że z tego wyjdzie.
-Kontaktowałeś się z Mattem? - zapytałem w końcu.
Leon pokręcił głową i uniósł swój kubek do ust. Wiedziałem, że Matt wybrał sobie właśnie ten moment na załatwianie spadku po ojcu. Ani on, ani reszta jego rodziny nie chciała tego załatwiać na szybko. Teraz, kiedy minęło kilka miesięcy od pogrzebu, mógł spokojnie wziąć urlop zająć się tymi sprawami. Może nie był odpowiedni, ale... chociaż to jej najlepszy przyjaciel, to nie chciałem mu teraz zaprzątać tym głowy.
-Podobno zdawałeś kiedyś na pediatrię. - zagadał, czym zupełnie mnie zaskoczył.
-Tak, ale to już przeszłość. - pokiwałem głową. - Nie chcę do tego wracać. Z resztą... druga specjalizacja to nie jest najlepszy pomysł. Właściwie skąd o tym wiesz?
-Widziałem dokumenty na biurku Twojej szefowej. Niecałe dwa dni temu. Ma Ci zaproponować kurs uzupełniający. Najwyżej roczny.
-Myślałem, że nie szuka już pediatry. - odpowiedziałem, splatając dłonie na kolanach. - Wiesz, czasami... zastanawiam się, jak by to wszystko wyglądało. Gdybym nie zmieniał wcześniej zdania i został w szpitalu na Alasce.
-Na Alasce? - zmarszczył brwi ze zdziwienia.
-Mają tam najlepszy oddział ortopedyczny. - wyjaśniłem. - Logan chciał się tam dostać na praktykę i namówił mnie na złożenie papierów. Ja się dostałem, ale on nie. Teraz myślę, że gdybym tam pojechał, nie poznałbym Liry.
-I nie zaczęlibyście się spotykać. - powiedział tonem, który chyba miał mnie przekonać, że podjąłem najwłaściwszą decyzję.
-Ale może wtedy nic jej by się nie stało. - zauważyłem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzisiaj Kendall zaliczył chwilę zwątpienia. Chwilę, bo zaraz mu wszystko przejdzie, a ile to potrwa... nie mogę powiedzieć. W sumie, to nie wiem, jak na to wpadłam, a dwie linijki przedmowy z tytułem piosenki najzwyczajniej w świecie wycięłam.
Notka dedykowana Sylwii, z racji, że przedwczoraj nadrabiała. W ramach „prezentu” po pięćdziesiątej notce wkleję, jaki plakat Wolverina Lira trzyma w domu.

Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. No i nie ukrywam, że było mi trochę przykro, że pod poprzednią notką nie było ani jednego komentarza. Ale pod tą już będzie, prawda? Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 10 maja 2017

45. Żartowniś

(Kendall)
Trzy miesiące później Logan był już całkiem Loganem. Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy zabierali jednego faceta z wypadku. Logan jak zwykle żartował, dobierając kawał do sytuacji.
-Motocyklista jadący z prędkością 230 km/h zobaczył przed sobą małego wróbelka lecącego na wysokości twarzy. - zaczął opowiadać, chociaż wydawało się, że nikt go nie słuchał. - Starał się jak mógł, żeby uniknąć spotkania z ptaszkiem, ale przy tej prędkości nie dało się nic zrobić. Ptak przekoziołkował kilka razy w powietrzu i upadł na asfalt. Motocyklista poruszony wyrzutami sumienia, zatrzymał się o wrócił po ptaka. Wyglądało na to, że wróbelek żyje, zabrał go więc do domu, umieścił w klatce, dał mu wody, jakiegoś jedzenia. Rano wróbelek ockną się, popatrzył na jedzenie, popatrzył na wodę, na pręty klatki przed sobą i mówi: O matko, zabiłem motocyklistę.
Na twarzy Lily dostrzegłem cień uśmiechu. W przeciwieństwie do Alexy, która jak zawsze wyrzuciła za niego wszystkie odpadki i wyszła na korytarz.
-Dobra, idę na następną konsultację. - oznajmiłem, na co Logan nawet nie zareagował. Parsknąłem śmiechem i pokręciłem głową. Teraz wszystko wydawało się... takie normalne. Nikt nie czuł się niepotrzebny. Przeciwnie, każdy znał swoje miejsce i jakby z automatu szedł tam, gdzie akurat miał swoje zadanie do wykonania.
Odrzuciłem na bok jednorazowy fartuch i puściłem oczko do Liry, która stała naprzeciwko Alexy, próbując coś z nią uzgodnić. Zatrzymałem się na środku korytarza, kiedy zadzwonił mój telefon. Oparłem się o o ścianę, patrząc na wyświetlacz. Nieznany numer. Kto mógł teraz do mnie dzwonić? Uniosłem brwi, unosząc komórkę do ucha.
-Tak, słucham? - zapytałem, przechodząc kilka kroków do przodu.
-Witam, mówi doktor Willson ze szpitala miłosierdzia. - usłyszałem w kobiecy głos. - Rozmawiam z panem doktorem Schmidtem?
-Tak, o co chodzi? - zapytałem, wchodząc do socjalnego i zamykając za sobą drzwi.
-Dwa dni temu trafił do nas pański pacjent. Scott Hale. Pamięta pan, czy potrzebuje pan czasu, żeby sprawdzić kartotekę?
-Nie, nie trzeba. Wiem, o kogo chodzi. - pokręciłem głową, czując zimny pot na karku. - Astma, czy coś mu się stało?
-Pański pacjent został do nas przewieziony z raną kutą brzucha. - powiedziała, jakby to było coś niewinnego. - Jest stabilny, ale to pan jest jest jego lekarzem rodzinnym. Brakuje nam łóżek. Robimy co się da, ale... Chcielibyśmy go przenieść. Właściwie, to musimy.
No tak... im stale brakuje łóżek. Selekcja patologii, żeby zrobić miejsce dla bananowej młodzieży, która przyćpała na imprezie o jedną kreskę za dużo.
-Oczywiście, nie ma problemu. A co na to jego brat? - zapytałem, szukając w szufladzie kapsułek z kawą do ekspresu. - Do przeniesienia potrzebna jest jego zgoda.
-Jego brat sądzi, że to najlepsze wyjście. Twierdzi, że w pełni ufa personelowi Waszego szpitala. - odpowiedziała. - Przychodzi do niego tylko wieczorem, bo bardzo dużo pracuje. Ale lepiej, żeby pan osobiście o niego zapytał.
-To kiedy z nim będziecie? - zapytałem.
-Może nawet za godzinę. - odparła pewnym tonem. - Zależy o której wróci karetka transportowa.
-Wiem, jest tylko jedna. - wymamrotałem. - Dziękuję za telefon. Do zobaczenia.
Upewniłem się, że roztłoczyło i odrzuciłem komórkę na stolik. Nóż w brzuchu? Napadli go, czy jak? Nie możliwe, żeby zrobił to ktoś ze szkoły? Jest lubiany przez kolegów. A przynajmniej nie ma tam kogoś, kto chciałby go skrzywdzić.
Usłyszałem, jak otwierają się drzwi. Do środka wszedł Logan, trzymając gazetę w ręku.
-Robisz kawę? - wskazał za moją rękę, rozsiadając się na fotelu. - Cudownie, ja poproszę z podwójnym cukrem.
Uśmiechnąłem się pod nosem, robiąc pierwszą filiżankę dla Logana. Kiedy kubeczek wypełnił się ciemnym płynem, postawiłem go przed nim na stoliku.
-Dzięki. - odpowiedział i popatrzył za mną ze zdziwieniem, kiedy zrezygnowałem z robienia kawy dla siebie. - Nie mam zamiaru się z Tobą dzielić. - pokręcił głową. - I tak tej jest mało.
-Muszę jeszcze coś sprawdzić. - wyjaśniłem, siadając do komputera. Ni z tego, ni o owego wpadłem na dość szaloną, jak na mnie, teorię. - Nie pamiętasz przypadkiem w którym zakładzie karnym przebywa McCall?
-Kto? - zmarszczył brwi, spoglądając mi przez ramię.
-Ojczym Scotta i Dereka. - wyjaśniłem. - Muszę się upewnić, że wciąż tam jest.
-Zalewasz. - prychnął pod nosem. - Nie masz uprawnień.
-Lira ma. - oznajmiłem, wiedząc, że nie ma zielonego pojęcia o naszych domowych rozmowach wieczorami. - Już raz ktoś uprowadził ją i Matta. Dała mi swoje hasło na wszelki wypadek.
-Czekaj... porwali ich? - wrzasnął mi do ucha.
-Nie, pacanie! To było półtora roku temu.- odkrzyknąłem, wchodząc do sądowej bazy danych. - Nie wiesz przypadkiem, co oznacza żółta ramka?
-Ucieczkę. - wyjaśnił. - Na pewno. I kogo nazywasz pacanem?
Otworzyłem szeroko usta. Tego się nie spodziewałem. Myślałem, że... O Boże... Dlaczego nikt nas o tym nie informował?
-Nie mów, że on...
-Nie mówię. - pokręciłem głową, sięgając po swoją komórkę i wybierając numer do Liry.
-Tak? - usłyszałem jej głos w słuchawce.
-Wiedziałaś, że ojczym Hale'ów uciekł z więzienia?
-Kendall, jeśli to jest żart, to mało śmieszny. - oznajmiła, jakbym naprawdę żartował.
-Wcale nie żartuję! - zaprzeczyłem. - Za jakąś godzinę przywiozą do nas Scotta. Trzy dni temu dostał nożem w brzuch.
-O matko... - westchnęła. - Sprawdzam co tydzień, co u niego i to przeczyłam. Szkoda, że nie wpadłam na to, żeby mieć jeszcze suba na ojczyma.
-Możesz ustalić, kiedy uciekł? Znam twoje hasło, ale nie napisali tu od kiedy nie ma go w więzieniu.
-Dobra, już sprawdzam, tylko się wyloguj, bo nie chcę, żeby mnie zablokowali.
-Dobra. - kiwnąłem głową, klikając „wyloguj”. - Zadzwoń, albo zejdź, kiedy się czegoś dowiesz.
-Dobra. - odpowiedziała. - Na razie.
-Wracam do pracy. - powiedziałem prędzej do Logana, niż do niej. - Będę zaglądał do recepcji.
Nie czekałem na jego odpowiedź i wróciłem na izbę przyjęć. Alexa akurat schodziła ze stanowiska i zakalała sobie stetoskop na szyję.
-Chodź, pomożesz. - powiedziała, ciągnąc mnie za ramię. - Jest zatrzymanie krążenia w trójce.
-Idę z Wami. - zawołał za nami Logan.
Wózek w trójce otaczali sami studenci. Nie wiedziałem za co się zabrać, ale natychmiast zmieniłem dziewczynę, która wyraźnie nie dawała sobie rady z masażem.
-Powoli wchodzi w migotanie. - powiedział Logan, ładując defibrylator. - Wstrząs?
-Nie, czekaj. - pokręciłem głową. - Najpierw podaj adrenalinę.
Logan wzruszył ramionami i poczekał, aż lek zadziała.
-Miałeś rację. - przytaknął. - Wchodzi w pełny częstoskurcz. Dobra, na jeden. Trzy, dwa...
-Jeden. - dokończyłem, zabierając ręce z klatki chłopaka.
Logan przyłożył łopatki i wcisnął przyciski aktywujące. Popatrzyłem na monitor gotowy do dalszego masażu, ale Logan tylko zaśmiał się z wyraźnym tryumfem.
-Tak jest! - wykrzyczał. - Normalny rytm zatokowy! Opowiem Wam kawał, słuchajcie. Bóg przyjmuje umarłych. Nagle ktoś wbiega, rozgląda się i szybko wybiega. Sytuacja powtarza się jeszcze kilka razy. Bóg zwraca się do anioła: Kto to jest? A on mu na to: To z reanimacji.
Aurel, jedna z najmniej uzdolnionych studentek popatrzyła na niego, jakby nic nie zrozumiała, chociaż wszyscy się śmiali.
-Wiesz, co stary? - zwrócił się do mnie, ale nie przejmował się, że wszyscy go słyszą. - Blondynka nie bez powodu jest uważana za prototyp kobiety, którą pan Bóg zapomniał wyrzucić do kosza.
Może przesadził... no dobra, definitywnie przesadził. Aurel, która miała nadzwyczaj zadbane, jasne włosy i w tej chwili wyglądała na śmiertelnie obrażoną.
-Schmidt, do mnie! Już! - usłyszałem krzyk Adams.
-To na razie. - westchnąłem i oddałem mu przeglądaną właśnie kartę.
Wyszedłem na korytarz, gdzie nasza pani ordynator stała obok wózka na którym leżał Scott. Czyli już przyjechał. No, to fajnie.
-Cześć. - powiedziałem, kiwając na niego głową.
-Wiedziałeś o tym? - rzuciła oskarżycielskim tonem.
Spojrzałem w jej surowe, brązowe oczy. Patrzyła na mnie wyzywająco, ale nie wiedziałem, czy rzuca mi wyzwanie, czy po prostu czekała na odpowiedź.
-Wiedziałem, ale dopiero od dwudziestu minut. - odpowiedziałem, razem z nią prowadząc jego wózek za jeden z parawanów. - Dlaczego nic nie powiedziałeś?
-Nie chciałem robić kłopotu. - odpowiedział niewinnym tonem, kiedy zamienialiśmy wózki.
Scott sięgnął po swój plecak leżący w nogach. Sięgnąłem po niego i położyłem go na jego kolanach.
-Dziękuję. - kiwnął głową.
-Na razie poleżysz tutaj. Później Cię przebadamy i zrobimy miejsce na oddziale. A teraz... odpocznij.
Przerwałem, słysząc sygnał SMSa. Otworzyłem wiadomość.
Od: Lira
Treść: McCall nawiał w czwartek.
Czyli trzy dni temu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zaszalała. Postanowiłam trochę poeksperymentować i napisałam całą notkę z perspektywy Kendalla. Wyszła jedna takie długa scenka. Pewnie czytało Wam się ją, tak samo szybko jak mnie sprawdzało. A jak Wam się podoba taki Logan opowiadający kawały na każdym kroku? Swoją drogą, musiało mi nieźle odwalać. Same kawały brałam z apki na telefonie sprzed dziesięciu (chyba) lat, ale myślę, że dają radę.

Wam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Do zobaczenia za tydzień, albo w czwartek na Koniczynce. Link w ramce z info. Cześć!  

środa, 3 maja 2017

44. Zasady moralne

Uwaga! Jeden fragment tu jest naprawdę chory, czytacie na własną odpowiedzialność.
(James)
-Mieszka tu pani sama? - zapytał Scott, kiedy weszliśmy do mieszkania Mary. - Dużo miejsca jak na jedną osobę.
-Wiem, ale lubię żyć w dużej przestrzeni. - odpowiedziała, pomagając mu ściągnąć duży plecak. - Przynajmniej będziesz miał gdzie spać.
-Mógłbym nocować w szpitalu pod łóżkiem Dereka. - oznajmił, kompletnie mnie tym zaskakując. - Już wiele razy spałem na podłodze.
-W szpitalu nocują tylko chorzy. - zauważyłem. - I z pewnością nie wolno Ci tam spać.
-Chyba, że wpadniesz na dość głupi pomysł i przy ataku nie użyjesz inhalatora. - dodała Mary. - Ale nie masz co marzyć, że pójdziesz dzisiaj do Dereka. Trzymam w domu spory zapas epinefryny.
-A kiedy będę mógł go zobaczyć? - zapytał, patrząc na nas z nadzieją.
-Jeśli szybko uwiniemy się z Twoimi rzeczami, nawet za kilka godzin. Tuż przed zamknięciem godzin odwiedzin. - powiedziała mu, kiedy obróciłem się w stronę części kuchennej. - Najpierw upierzemy Twoje brudy z wycieczki.
Scott zachichotał, kiedy wstawiałem wodę na herbatę. Już kiedy wysiadał z pociągu, widziałem rumieńce na jego twarzy. Teraz jakby był spokojniejszy, ale bardziej zmęczony.
-Z całym szacunkiem, ale potrafię sam zrobić pranie. - odpowiedział uprzejmie. - Ręcznie i w pralce. Zwykle sam to robię. Potrafię jeszcze gotować.
No teraz mnie powalił. Przecież... on właściwie nie miał dzieciństwa. Tylko co? Sam sobie prał, a spanie na podłodze nie było dla niego niczym nadzwyczajnym. Ten dzieciak nie ma dzieciństwa, czy jak? Wiem, że w pewnym momencie zostało trochę spieprzone, ale takie zachowanie już samo w sobie było dziwne.
-Nie tym razem. - Mary pokręciła głową. - Przez następne kilka dni to ja będę Twoją opiekunką. A to znaczy, że nie będziesz niczego prał, ani gotował, ani tym bardziej spał na podłodze.
(Kendall)
Następnego dnia Logan był bardziej Loganem, ale wciąż nie otrząsnął się po tym, co się stało. Wiem, że przeżywał to głównie dlatego, że sam znalazł tego chłopaka i pewnie gdyby nie to, nie przeżyłby aż tak śmierci tego chłopca.
Za to ja i Lira przeżywaliśmy swój najlepszy okres. Odkąd zamieszkaliśmy razem, wszystko nam się układało. Nawet nie przeszkadzały nam szalone godziny pracy. Zawsze znajdowaliśmy okazję, żeby spędzić ze sobą trochę czasu.
-Kendall, szukają Cię na urazówce! - zawołała Alexa, wychylając się lekko zza biurka.
-Konsultacja? - zapytałem, podchodząc bliżej i kładąc na blacie kilka podkładek z kartami. - To dla praktykantów. Wybrałem lżejsze przypadki.
-Czyżby lenistwo? - zachichotała, podając mi czysty fartuch jednorazowy. - Włóż to, podobno krew leje się strumieniami.
-Nie lenistwo. - pokręciłem głową, znajdując rękawy. - Mamy ich uczyć. Nie mogę rzucić ich od razu na głęboką wodę. Ale... Tam są wszy pod owłosieniem. Pamiętasz, jak chciałaś ukarać „Clency'ego” po tym jak nazwał Cię „siostrą”. To teraz masz okazję.
Alexa uśmiechnęła się trochę chytrze. Pokręciłem głową, wyciągając z kieszeni dodatkową parę rękawiczek i bez słowa poszedłem do zabiegowego.
-Co macie? - zapytałem, podchodząc do wózka.
-Pomóż nam, macica wyciekła przez pochwę. - wysapał Logan, trzymając dłoń między nogami kobiety. - Urodziła, ale potem wszystko wymknęło się spod kontroli.
Podszedłem bliżej, próbując zajrzeć w ten najbardziej strzeżony przez kobiety zakamarek.
-Boże mój... - westchnąłem, zmieniając rękę. - Daj mi pięć sekund, muszę się rozejrzeć.
-Czas start. - zawołała Lily, kiedy próbowałem wybadać źródło krwawienia.
Przez pierwszą sekundę wpatrywałem się w kałużę krwi. Przez chwilę starałem się spowolnić własny czas i dotykiem wybadać źródło krwawienia.
-Przesunięte łożysko. - powiedziałem, trzymając rękę na najpłytszym źródle krwawienia. - Będzie trzeba operować. Zawiadomiliście położnictwo?
-Kilku lekarzy nie odpowiada na telefony, a mają tam młyn, w tym czasie musimy sobie poradzić sami. - odparł Logan, chwytając nogę kobiety i zakładając ją sobie na ramię. - Znam jedną sztuczkę. Odciągnę bok, żeby zyskać trochę miejsca, a Ty przepchniesz łożysko i macicę z powrotem na miejsce. Zgoda?
-A co to da? - wydyszałem, powoli czując, jak drętwieje mi nadgarstek od zbyt długiego bezruchu.
-Kupimy jej trochę czasu. - wyjaśnił.
Zgoda, ten sposób był najszybszy, ale jego skutki utrzymywały się najwyżej pół godziny. Najkrócej dziesięć minut. I jeśli to ma nam coś dać, to właśnie czas.
-Dobra, to na trzy.
-Raz. - powiedziałem powoli.
-Dwa... - kontynuował Logan, lekko przeciągając ostatnią samogłoskę.
-Trzy. - powiedzieliśmy jednocześnie.
Ułamek sekundy po Loganie, wepchnąłem rękę jeszcze dalej, czując nagły przypływ miejsca.
-Lily, czy mogłabyś nam zrobić naprawdę duży tampon? - poprosiłem, wiedząc co się będzie działo, kiedy zabiorę rękę. - I to w miarę szybko.
-Oczywiście. - kiwnęła głową, pośpiesznie odwracając się do do półki z opatrunkami.
Pośpiesznie i na macanego, umieściłem wszystkie narządy wewnętrzne na odpowiednim miejscu. Za mną Logan już czekał, aż się wycofam z gotowym opatrunkiem prowizorycznym w rękach.
-Mniej krwawi. - stwierdził, kiedy wyciągnąłem rękę umazaną do łokcia we krwi. Szkoda, że nie mamy tu dłuższych rękawiczek.
-Dobra, bierzemy ją na ginekologię. - powiedział facet, który dopiero przyszedł. - Świetna robota.
Jego pochwała nie wydawała się ani trochę szczera. Opadłem na krzesło, dysząc ciężko, a Logan spojrzał na mnie z żalem na twarzy.
-Słyszałeś to? - pisnął z oburzeniem. - Teraz zbierze wszystkie laury dla siebie, mówię Ci!
-Ja nie brałem w tym udziału. - pokręciłem głową, chcąc się z tego za wszelką cenę od tego wymigać i to w najbardziej subtelny sposób.
-Żartujesz? - zrobił duże oczy, patrząc na mnie ze zdziadzieniem i lekką urazą. - Sam chciałbym tam wsadzić rękę.
Parsknąłem śmiechem, powoli się rozbierając. Niestety, jednorazowy fartuch nie ochronił mojego stałego fartucha. Biały rękaw był umazany cały we krwi.
-Dobra, idę się przebrać. - odparłem, wyrzucając jednorazowe ciuchy do kosza. - I ani słowa Lirze!
-Dobra, jak sobie tam chcesz. - machnął ręką.
Tak, to zdecydowanie był Logan, którego znam.
(Lira)
-Jak było na spotkaniu klubu książki? - zapytał Kendall, kiedy wróciłam do domu.
Zmroziłam go spojrzeniem, starając się ściągnąć wysokie buty.
-Do bani. - westchnęłam, wyrzucając z torebki kilka niepotrzebnych drobiazgów. - Wszystkie z wyjątkiem mnie najzwyczajniej w świecie się upiły. Nawet nie rozmawiałyśmy o książkach. I ja się dziwiłam, czemu ludzie stamtąd tylko przychodzą i odchodzą.
-Czekaj... - zmarszczyłem brwi. - Mówiłaś, że tam jest jeden facet.
-Nie przyszedł. - pokręciłam głową. - Widocznie, wcześniej się dowiedział, że ten klub książki nie ma nic wspólnego z książkami i zrezygnował przed spotkaniem.
Kendall uśmiechnął się krzywo, patrząc na mnie z przykrością. Musiałam mu przyznać rację. Nie tego się spodziewałam.
-Żałujesz, że czytałaś tą książkę po nocach? - zapytał, unosząc brwi.
-Nie... - pokręciłam głową. - Tylko szkoda, że obyło się bez dyskusji. A jak Logan?
-Zdecydowanie lepiej. - odpowiedział z szerokim uśmiechem. - Czuję, że wraca do siebie, że znowu będzie taki, jak wcześniej. Fajnie, co nie?
-Bardzo. - pokiwałam głową, idąc z nim do kuchni. - Ciekawa jestem co wymyśli, kiedy już się całkowicie otrząśnie. Myślisz, że dowie się czegoś nowego?
-Nie wiem. - wzruszył ramionami. - A jak Wasze śledztwo o Viperze?
Wzięłam głęboki oddech, rzucając się na kanapę.
-Wiem, dlaczego go przeniesiono. - oznajmiłam, spoglądając Kendallowi w twarz. - Wiesz, że on miał syna? Ośmiolatek, został zamordowany pół roku temu. Vipera za bardzo się wkręcił. Wpadł w obsesję, ale nie chciał rezygnować z pracy. Uznali, że najlepsze będzie przeniesienie. Poprosił o przydzielenie do spraw z nieletnimi. I tak się tu znalazł.
Wzruszyłam ramionami i odchyliłam głowę na oparcie.
-Coś nie tak? - uniósł brwi, patrząc na mnie z troskę.
-Nie. - pokręciłam głową. - Wszystko gra.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No i tyle. Przez chwilę zastanawiałam się nad zrobieniem Happy Weeku, ale najpierw chcę napisać jednorazówkę. Mam już coś na kształt pomysłu, co z tego wyjdzie, nie mam pojęcia.
Jak widać, Logan powoli znowu staje się Loganem. Weronika miała roszczenie, że nie są przyjaciółmi, ale ja zapewniam, że są, tylko na razie trochę im nie po drodze. Na razie mają swoje sprawy, ale co będzie dalej, nie powiem. Głównie dlatego, że sama nie pamiętam.
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć i do zobaczenia za tydzień, albo w piątek na koniczynce.