środa, 26 kwietnia 2017

43. Trapezo Americano

(Lira)
-I jesteś pewien, że policja sobie poradzi? - uniosłam brwi, spoglądając na Jamesa z zaskoczeniem. - Po prostu odpuszczasz?
-Nie odpuszczam... - pokręcił głową. - Ale śledcza Diaz wyraźnie dała mi do zrozumienia, że mają na Fine'a wystarczające dowody, żeby go posadzić na długie lata. A Ty i bez tego masz wystarczająco dużo pracy i rodziny ofiar jasno stwierdziły, że wolą innego prawnika.
-A jego matka? - uniosłam brwi, przypominając sobie o jej chorobie.
-Sprzedałem duszę firmie farmaceutycznej, oferując swoje usługi w zamian za zaopatrywanie jej w leki do końca życia. - wyjaśnił, obracając się do expresu do kawy i wkładając pod dyszę czystą filiżankę. - Pomysł Mary. Przy okazji oduczę ich nielegalnych praktyk.
-Całkiem nieźle. - wzruszyłam ramionami. - Tylko co potem?
-Nasza umowa rozwiąże się automatycznie po śmierci pani Fine. - wyjaśnił, przeglądając kapsułki z kawą. - Do tego czasu będę miał sporo pracy, biorąc pod uwagę, jak włażą w tyłek zarządom szpitali i sprzedają im pic.
-Gadałeś z Loganem? - zauważyłam, zwracając uwagę na stwierdzenie, którego Logan często używał. - On tak często mówi.
-Wiem, ale nie rozmawiałem z nim o tym, co masz na myśli. - odpowiedział, uderzając w bok expresu otwartą dłonią, żeby jakość poruszyć nieużywane od kilku godzin trybiki.
Siedzieliśmy w gabinecie na trzecim piętrze. Puki James nie znalazł sobie biura, Adams załatwiła mu biurko między mną i Mattem. W prawdzie Joe, a właściwie Patrick już nie żył, ale jego rodzice mocno wierzyli, że uda się sprawiedliwie ukarać jego „mordercę” jak raczyli to określić.
-Ostatnio jest zbyt milczący. - stwierdziłam, słysząc, że James w końcu uruchomił stary ekspres. - Już sam zwrot „milczący Logan” wydaje się zbyt abstrakcyjny.
-Kendall coś wspomniał, że zaczął popadać w alkoholizm. - odparł, przysuwając w moją stronę pierwszą filiżankę. Wie, że lubię trochę wystudzoną.
-Mam nadzieję, że przesadził. - odparłam, zaglądając do jednego z segregatorów. - Na razie w tym miesiącu upił się tylko dwa razy, co jeszcze mieści się w normach imprezowych Logana. Problem w tym, że nie był na żadnej imprezie.
-Myślisz, że mnie to nie martwi? - uniósł brwi z zaskoczeniem, dając do zrozumienia, że jest dokładnie odwrotnie. - Logan to mój przyjaciel i wcale nie chcę, żeby się stoczył... co to?
Przerwał, wskazując na mój świecący telefon leżący na biurku. Obróciłam się i podniosłam komórkę ze sterty papierów za swoimi plecami.
-Przypomnienie. - odpowiedziałam, odczytując napisaną przez siebie kilka dni temu wiadomość. - Za godzinę mam być u podopiecznej. A muszę jeszcze odebrać dla niej paczkę od letniego Mikołaja. Właściwie od razu powinnam wyjść.
Sięgnęłam po torebkę widzącą na oparciu krzesła. Uroki dziwnych krzesełek biurkowych. Są tak kańciaste, że spokojnie można na nich wieszać torebki. Ubrania też.
-Nie wypiłaś kawy! - zawołał za mną, kiedy byłam już przy drzwiach.
-Nie ważne, później wypiję. - odkrzyknęłam.
(Kendall)
Dzisiaj jeszcze nie rozmawiałem z Loganem. Bałem się poruszyć ten temat, szczególnie, że sam Logan zdawał się wyglądać, jakby kilku ostatnich dni nie było. Przyjmował pacjentów, był uprzejmy, ale... Właśnie. Zawsze jest jakieś „ale”. Unikał mnie i Carlosa. Podejrzewam, że Liry i Jamesa też by unikał, gdyby tylko pokazywali mu się na oczy. Tak naprawdę miał odwagę rozmawiać tylko z Alexą. I z Adams, ale tu już konieczność.
-Kendall, był wypadek w cyrku! - zawołała Alexa, zwracając na siebie moją uwagę. - Kaskaderka spadła z trapezu. Ekipa podejrzewa, że ktoś przeciął linę na górze.
-Dobra, już idę. - powiedziałem, sięgając po czysty, jednorazowy fartuch i rękawiczki, biegnąc w stronę wyjścia. - Logan, pomożesz?
Zawołałem za nim, mając nadzieję, że przytaknie i zdobędę przynajmniej kilka sekund, żeby poruszyć temat, który tak mnie męczy.
-Za chwilę! - odkrzyknął, nawet na mnie nie spoglądając.
Przez chwilę nawet się ucieszyłem, bo to zawsze jakiś początek, ale musiałem się trochę opanować, kiedy w końcu wyszedł przed szpital i stanął jakieś pół metra ode mnie.
-Wiadomo, czy są jakieś inne ofiary? - zapytał, zwracając się do Amber, która stała po jego drugiej stronie. - Trzech lekarzy i dwie pielęgniarki do jednej osoby... trochę dużo.
-Mam mu powiedzieć? - uniosła brwi, spoglądając na mnie od tyłu.
-Nie wiem o czym, ale mów, bo sam jestem ciekawy. - odpowiedziałem, na co ona tylko wywróciła oczami.
-Wpadła na klatkę z białym niedźwiedziem za areną. - wyjaśniła łaskawie. - Wtedy ona, to znaczy ta niedźwiedzica wbiła jej w plecy pazury. Podobno przebiła jej płuco, bo kolega treser mówił, że wymiotowała krwią.
-Skąd tyle o tym wiesz? - zmarszczyłem brwi, krzyżując ramiona na piersi.
-Przy zgłoszeniu stałam obok Alexy.
Nie mogliśmy gadać dalej, bo akurat podjechała karetka. Pośpiesznie pomogliśmy otworzyć drzwi i wyprowadzić nosze z tylnej części ambulansu.
-Dwudziestoczteroletnia latynoska. - oznajmił Jeff, kiedy prowadziliśmy nosze do środka. - Liczne obrażenia tylnej części ciała. Prawdopodobnie krwawi wewnętrznie. Zaintubowana.
-Dajcie ją do dwójki. - zawołała Amanda, prowadząc razem z nami wózek. - Alexa, zamów salę operacyjną. Szybkie stabilizowanie i jest cała Twoja, Schmidt.
-Logan, będziesz mi asystował? - zapytałem go, zanim trzeźwo uświadomiłem sobie, że powiedziałem to na głos.
-Z Tobą? - rzucił mi krótkie spojrzenie. - Zawsze.
Wiem, że Logan nie jest chirurgiem, ale na bloku operacyjnym zawsze działaliśmy jak jedność. Bywało, że znaliśmy swoje zamiary, zanim jeszcze o tym w ogóle pomyśleliśmy. Kilka razy Logan podał mi wacik dokładnie sekundę przed tym, kiedy go potrzebowałem. Tak... to zawsze nam dobrze wychodziło.
(James)
-Hale poprosił Cię, żebyś zajęła się jego bratem, kiedy on będzie na oddziale? - powtórzyłem, kiedy Mary oznajmiła mi to, jakby chodziło o zaopiekowanie się bardzo dobrze wychowanym psem.
-Tak. - pokiwała głową, jak gdyby nigdy nic. - Już raz byłam jego tymczasową opiekunką.
-I Ty jesteś tego pewna? - uniosłem brwi. - To nie to samo, wtedy leżał na oddziale.
-Jak najbardziej. - kiwnęła głową. - Mam już klucze do ich domu. Pojedziemy tam i zabierzemy trochę jego rzeczy. Pomożesz mi? Za pół godziny muszę go odebrać z dworca.
-I mówisz mi o tym dopiero teraz? - uniosłem brwi, wyciągając szyję w jej kierunku. - Nie mogłaś mnie o tym uprzedzić... nie wiem, może dwa dni temu?
Mary wciąż pozostała niewzruszona, chociaż ja nawet nie próbowałem ukryć, że dosłownie wychodzę ze skóry. Zamiast tego Mary jak gdyby nigdy nic sięgnęła po torebkę i swój wiosenny płaszczyk.
-Jesteś pewna, że dasz sobie radę? - zapytałem, dopiero po chwili orientując się, jak to zabrzmiało.
Mary przerwała swoje płynne czynności i podeszła do mnie bliżej.
-Maslow, przecież nie jestem w ciąży. - i właśnie w ten sposób to zabrzmiało. - Jaki może być problem w opiece nad ułożonym nastolatkiem. To tylko tydzień.
Wywróciłem oczami i wziąłem głęboki oddech. No, jakie mam wyjście?
-Dobra, niech będzie. - odpowiedziałem, szukając kluczyków po kieszeniach. To najpierw pralnia, czy dom Hale'ów?
-Dom Hale'ów. - odpowiedziała, prowadząc mnie głównym korytarzem do wyjścia. - Sama wypiorę jego ubrania z czterodniowej wycieczki. Ile mógł nabrudzić przez ten czas?
(Kendall)
Po skończonym zabiegu wyszliśmy z sali. Zabiorą dziewczynę na intensywną terapię. My możemy już sobie dać spokój. Tylko ją operowaliśmy.
-Uratowałeś jej życie. - Logan w końcu się odezwał przed zlewem do mycia rąk po zabiegu.
-A Ty to nie? - uniosłem brwi, odkładając mydło na stojak. - Człowieku, gdybyś nie zwrócił uwagi na tą okruszynkę kości, wdałoby się zakażenie.
-Po prostu spojrzałem na monitor w odpowiednim momencie. - wyjaśnił. - Szkoda, tylko, że nie możemy uratować wszystkich.
My. liczba mnoga. Tak... to jest idealny moment na tą rozmowę.
-Logan, czasami... - zacząłem, starając się jakoś sensownie dobrać słowa. - Wiesz, jakie jest życie na izbie przyjęć. Codziennie staramy się uratować komuś życie, ale nie zawsze się udaje. Życie jest piękne i brutalne jednocześnie. I przekonujemy się o tym każdego dnia. Codziennie ratujemy komuś życie na dole. I codziennie w tych samych salach ktoś umiera. Pamiętasz, co powiedział nam kiedyś Wagner na zajęciach? Że czasami ktoś jest z miejsca skazany na stratę i wiadomo, że umrze wbrew naszym usilnym staraniom.
-Wiem. Powiedział też, że zawsze warto się starać. Że może nie jest tak źle, jak się wydaje i zawsze mamy dawać z siebie wszystko. - przytaknął, jednocześnie przełykając ślinę. - Ale ten chłopak... Po raz pierwszy miałem okazję pomóc komuś od samego początku. Ale się nie udało.
-Może to Tylko jeden z elementów Twojej drogi? Pamiętasz, co powiedziała mi Adams, po tym, jak umarła mi ta młoda matka? - zapytałem, wiedząc, że skojarzy, że chodzi o tą, którą osobiście przywiozłem do szpitala.
-Że nie zostaniesz dobrym lekarzem, dopóki kogoś nie zabijesz. - powtórzył całe, tak oklepane w tym środowisku zdanie. - Wiem, ciągle to powtarza studentom. Tylko, że to jest skierowane do studentów. Wiemy, że leczymy tych, których inni mają głęboko w dupie. Bezdomnych, ofiary wypadków, strzelanin... narkomanów. Dobrze wiedziałem, na co się piszę. Mówili nam o tym już na starcie. Oczywiście, nie zapominajmy, że izba przyjęć to był Twój pomysł.
Zachichotałem, kręcąc głową.
-Ale Ty wymyśliłeś medycynę. - wypomniałem mu, sięgając po papierowy ręcznik.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Teraz już rozumiecie, czego potrzebował Logan? Pozdro na kumatych. Nie mam teraz siły, żeby pisać coś od siebie. Może w piątek jakoś mi wyjdzie.

I mam nadzieję, że notka się Wam podobała. W piątek widzimy się na Koniczynce. Trzymajcie się! Cześć!  
PS. Wiem, że długo mi zeszło, ale zamiast wstawić notkę, zaczęłam przeglądać przepisy i deczko się zapomniałam. Sorki. 

środa, 19 kwietnia 2017

42. Przeprowadzka

(Lira)
-Masz wszystkie płyty Abby? - zawołałam do Kendalla, w trakcie rozpakowywania pudeł z jego rzeczami. - I to w trzech kopiach. Oryginały są jak nowe.
-Są fajni. - wzruszył ramionami, wchodząc do pokoju z kolejnym kartonem. - A oryginałów trochę szkoda. Zjechałem już dwie inne. Zostały trzy. I wiesz, co? Uwielbiam Twoje stereo, o niebo lepsze niż moje. Własną wierzę chyba sprzedam.
Uśmiechnęłam się pod nosem i obserwowałam, jak wchodzi do dużej sypialni. Tej większej. Pamiętam, kiedy dziadek pięć lat temu wezwał mnie na rozmowę i oznajmił, że najwyższy czas, żebym przeprowadziła się do tego pokoju. Że on idzie spać do tego mniejszego nastolatki, pełnego plakatów i galerią komiksów. Powiedział wtedy, żebym nie przyprowadzała tu byle kogo, żebym dobrze się zastanowiła, za każdym razem, kiedy pozwoliłabym tu komuś pać. I tak dzisiaj był jego wyprowadzki. Przez kilka ostatnich dni jarałam się jak mała dziewczynka przed gwiazdką. Tak samo jak wtedy, kiedy wiedziałam, że dostanę swój pierwszy kolekcjonerski numer „Kapitana Ameryki”.Trochę posprzątałam. Wyrzuciłam trochę rzeczy, jeszcze inne oddałam sąsiadom. Tylko, żeby zrobić miejsce dla Kendalla. A on z pewnością nie był byle kim.
-Jeszcze tyle o Tobie nie wiem.... - westchnęłam, opuszczając rękę.
-Ja o Tobie też. - odpowiedział, zaglądając do jednego z pudełek, do którego powkładałam gablotki z komiksami. Tylko jeden numer był bez plastikowej ramy.
-Hulk? - zmarszczył brwi, spoglądając na mnie z uniesionymi brwiami.
-To ma być prezent dla Logana. - wyjaśniłam, wieszając jego koszule w szafie po drugiej stronie. - Pierwsze wystąpienie Wolverina. A to pierwsze wydanie. Wiem, że go uwielbia, a żeby to zdobyć musiałam się nieźle namęczyć. Muszę jeszcze kupić taką kopertę z Comi-Conu. Ale teraz... nie wiem, czy nadal będzie chciał to mieć. Schowaj.
Kendall włożył zeszyt z powrotem do pudełka. Wiedzieliśmy, jaki to był okres dla Logana. Ciężki. Można powiedzieć, że przeżywa załamanie nerwowe. Carlos praktykuje na nim sekretną terapię, ale żadne z nas nie jest do końca pewne, jaki to odniesie skutek.
-Będę musiał z nim porozmawiać. - powiedział, wracając do swojego kartonu. - Może uda się go namówić na regularną terapię. A może nawet całkowicie tego unikniemy. Po raz pierwszy aż tak mocno przeżył śmierć pacjenta. Migdy wcześniej go takim nie widziałem.
-Nie spodziewałam się po nim takiej reakcji. - pokręciłam głową. - Nie wiem, co dalej będzie z tą sprawą, bo...
-Co masz na myśli? - Kendall zmarszczył brwi, kiedy obróciłam się z powrotem w jego stronę.
-James Ci nie powiedział? - otworzyłam usta ze zdziwienia.
-O czym? - przechylił głowę.
-Vipera odsunął nas od tej sprawy. - wyjaśniłam. - James ma dostęp do części akt, ale nie może nas informować o żadnych postępach.
(Kendall)
Wyciągnąłem z kieszeni klucze do mieszkania Logana i bez pytana wszedłem do środka. Często wchodziliśmy do siebie nawzajem... jak do siebie.
-Logan, jesteś w domu? - zawołałem. - Logan!
Nikt nie odpowiedział. Uniosłem brwi i wszedłem głębiej, coraz wyraźniej czuć odór różnych gatunków alkoholi. Zmarszczyłem czoło, wchodząc głębiej, jednocześnie przyśpieszając kroku.
-Logan, coś Ty ze sobą zrobił... - mruknąłem, widząc w jakim jest stanie. - Logan, hej...
Zawołałem, klepiąc go po policzkach. Był najzwyczajniej w świecie pijany. Przez chwilę zastanawiałem się, co mam zrobić. Dać mu wytrzeźwieć w spokoju, czy troszeczkę to przyśpieszyć, jednocześnie fatygując Alexę.
Wyciągnąłem z kieszeni komórkę i zadzwoniłem do Liry. Wiedziałem, jak mam się zachować. Gdyby chodziło o kogoś obcego nie miałbym wątpliwości. Podjąłbym decyzję w ciągu sekundy, ale tu jest mój najlepszy kumpel. Mój przyjaciel. W prawdzie Logan nigdy nie dbał o porządek, ale to był po prostu chlew.
-Gadałeś z nim? - zapytała zamiast powitania. - Tak szybko skończyliście?
-Nawet nie zacząłem. - odpowiedziałem, z trudem pokonując panikę. - Logan jest pijany.
-Pijany? - powtórzyła z zaskoczeniem. - Tak po prostu pijany?
-Tak po prostu - odpowiedziałem, przyglądając się pustym butelkom obok kanapy na której leżał. - Nie wiem, czy były całe, ale tu są dwie puste butelki po Jacku Danielsie, wytrawne wino i jakiś radziecki szampan.
-Chyba rosyjski.
-Wierz mi, radziecki. - powtórzyłem, szukając w kuchni jakiegoś worka na śmieci. - Widzę, który to rocznik. Jak myślisz, gdzie Logan może trzymać worki na śmieci.
-Nigdzie. - odpowiedziała, jakby to nie było nic nowego. - Mówił, że mu się skończyły jakieś trzy dni temu. Ale się nie przejmuj. Zaraz tam będę. Co się jeszcze przyda?
-Nie wiem... - wzruszyłem ramionami. - Jednorazowe ścierki, ręczniki papierowe i mleczko do czyszczenia. Logan nigdy nie przykładał wagi do detergentów.
-Dobra, już wszystko pakuję. - przytaknęła. - tylko będę musiała kupić po drodze więcej ścierek, bo zaczęły mi się kończyć.
-Dobra, będę czekał. - odpowiedziałem, odkładając słuchawkę.
Rozejrzałem się po kuchni, szukając czegoś, czym przynajmniej częściowo dałoby się posprzątać. Wyciągając z chlebaka kilka plastikowych torebek zabrałem się do roboty.
(James)
-Imponujące osiągnięcia. - podsumował Mecenas Fordanser po przejrzeniu dokumentów, które mu dałem. - Mimo to, wciąż nie ma pan doświadczenia. Nie uważa pan, że jest pan troszeczkę za młody na otwarcie własnej kancelarii?
-Przeciwnie. - oznajmiłem, kiwając głową, ale nie spuszczając z niego spojrzenia. - Nie mogłem sobie wymarzyć bardziej odpowiedniego momentu.
-Proszę się nie obrazić, ale profil działalności, którą pan określił jest dość rzadko spotykana. - stwierdził, odkładając teczkę z dokumentami na bok.
-I dlatego jestem tak bardzo zmotywowany. - skinąłem głową, na co on tylko się uśmiechnął.
-U takich młodych ludzi jak pan, często zdarza się zmieniać zdanie w najmniej dogodnym momencie. Więc jeśli ma pan zrezygnować, proszę to zrobić teraz.
Wiedziałem, że to był tylko test. Że skierowano mnie na tą rozmowę tylko, żeby się przekonać, czy naprawdę tego chcę. Wiem, że Mecenas Fordanser jest jeszcze ekspertem do spraw etyki. I wiedział jak rozmawiać z ludźmi.
-Nie zniechęci mnie pan. - odpowiedziałem, cicho chichocząc. - Podjąłem decyzję i zdania nie zmienię.
-Wcale nie chcę pana zniechęcać. - zaprzeczył. - Moim zadaniem jest uświadomić panu, czy jest pan do tego powołany. Proszę również zwrócić uwagę na fakt, że dochody z takiej działalności są nieporównywalnie niskie w stosunku do pańskich ostatnich zarobków.
-Pieniądze to nie problem. - pokręciłem głową. - Oszczędności wystarczą mi na rok działalności, a w tym czasie z pewnością coś wymyślę. Jestem dobrej myśli.
Mecenas Fordanser zamknął grubą księgę i wstał. Wręczył mi tylko kopertę i uścisnął dłoń.
-Dzisiaj z pewnością nie przemówię panu do rozsądku. - stwierdził. - Tutaj znajdzie pan moje poręczenie i kontakt, gdyby chciał pan rady od starszego kolegi po fachu.
(Lira)
Wstawiłam pudełko z jedną porcją jedzenia do lodówki. Spojrzałam na Kendalla, który pisał dla niego kartkę. Rozejrzałam się po dziele naszej wspólnej pracy. Teraz jakoś dawało się tu mieszkać.
-Jesteś pewien, że można go zostawić samego w takim stanie? - zapytałam, krzyżując ramiona na piersiach. - Upił się do nieprzytomności.
-Oprócz ostrego kaca o poranku nic mu nie będzie. - zapewnił, opierając kartkę na dwóch dużych butelkach wody. - Napisałem mu, że doprowadziliśmy mu mieszkanie do stanu używalności i że ugotowałaś mu kolację. Albo śniadanie, zależy o której się obudzi. Która jest godzina?
-Dziewiąta. - odpowiedziałam, spoglądając na zegarek w komórce. - To raczej będzie jego śniadanie. Wracamy kończyć porządkować Twoich rzeczy, czy z nim zostajemy?
-Jedziemy. - odpowiedział z powagą w głosie. - I tak nie chciałby, żeby ktoś go oglądał w takim stanie. Założę się, że już po samym sprzątaniu mieszkania będzie podminowany.
-Nie da się ukryć. - westchnęłam, wkładając wszystkie śmieci do jednego dużego worka.
Wyszliśmy z mieszkania Logana w całkowitym milczeniu. Zdawałam sobie sprawę, ze to u niego skraje sytuacje, ale i tak nie mogło to mu ujść płazem. Kto by pomyślał, że Logan potrafi schlać się aż tak...
Kiedy wróciliśmy do mnie, do nas... oboje staraliśmy się zachowywać, jakby kilka ostatnich godzin nawet nie miały miejsca. Wiedziałam, ze rozmowa... poważna rozmowa Logana i Kendalla to tylko kwestia czasu, że muszą sobie to i owo wyjaśnić. Chociaż właściwie to głównie Kendall będzie wyjaśniał. Takie jednostronne porozumienie. Nawet nie wiedziałam, czy to ma szansę wypalić.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dobra, w końcu udało mi się zmotywować i oglądam drugi sezon „Shadowhunters”. Jak się nie myśli o tym, jaka była fabuła w książce, to nawet nie jest tak źle, jak mi się na początku wydawało, ale przez połowę pierwszego odcinka krzyczałam do Jocelin „To nie twój syn, kretynko”, ale poza tym jakoś się udało. Postaram się o tym nie myśleć.
Dobra, nie ważne. Jak widać, Kendall już wprowadził się do Liry. Na razie nawiązywałam się sceną z „Tajemnic Smallville”, kiedy Jimmy wprowadzał się do Chole. Jak ktoś oglądał, na pewno skumał podobieństwo.

Mam nadzieję, że Notka się Wam podobała. Liczę na Wasze komentarze. Trzymajcie się i do zobaczenia za tydzień. Pa!  

środa, 12 kwietnia 2017

41. Gra warta świeczki

(Kendall)
-Już lepiej? - zapytałem, pomagając Derekowi usiąść. - Dość mocno oberwałeś.
-Nic mi nie jest. - pokręcił głową. - Scott do Was dzwonił?
Spojrzałem na niego ze współczuciem. Teraz, kiedy leżał na wózku, wyglądał znacznie lepiej. Jak go przywieźli, ledwie mógł mówić. Teraz po nawodnieniu czuł się lepiej.
-Dzwonił. - pokiwałem głową. - Powiedzieliśmy, że jesteś zajęty i nie za bardzo masz czas na rozmowy przez telefon.
-To dobrze. - westchnął. - Mam tylko nadzieję, że Wam uwierzył i nie zamartwia się niepotrzebnie. Złapali ich wszystkich?
-Tylko Fine'a i trzech jego kolesi. - wzruszyłem ramionami. - Z Fine'a coś wyciągnęli, ale niewiele. Resztę namawiają na składanie zeznań.
Derek spojrzał na mnie trochę zaniepokojony. Czułem, że coś ukrywa. Że coś jest nie tak, że to jeszcze nie wszystko, że... nawet bałem się pomyśleć o co może chodzić.
-Znaleźliście dziewczynę? - zapytał, marszcząc brwi. - Policja wysłała dziewiętnastolatkę incognito, żeby zdobyła dowody na całe to przedsięwzięcie i pomogła ustalić kto w tym siedzi z Fine'em. Ma fioletowe włosy.
-Nie było mnie tam. - odpowiedziałem, wzruszając ramionami. - Nie widziałem nikogo takiego. Mogę zapytać Liry, kiedy...
Urwałem, bo za moimi plecami coś z łoskotem gruchnęło. Podskoczyłem i odwróciłem się w tamtą stronę, ale nic tam nie było. Zmarszczyłem brwi, podchodząc bliżej. Pochyliłem się nad tacą z potłuczonymi fiolkami.
-Co to było? - wymamrotał, podnosząc się z wózka.
-Nie jestem pewien. - odpowiedziałem.
-Zdarzało się to wcześniej?
-Dwa razy. - odpowiedziałem, sięgając po zmiotkę i szufelkę. - Połóż się. Jesteś jeszcze osłabiony.
-Chyba wiem, kto to zrobił. - stwierdził, na co ja zmarszczyłem brwi, spoglądając na niego z niepokojem. - Mój szef. Musi gdzieś tu być. Dał nam ostrzeżenie, żebyśmy tutaj o tym nie rozmawiali.
(Lira)
-Jaka dziewczyna z fioletowymi włosami? - zapytałam, kiedy Derek opowiedział nam o ich szpiegu. - I skąd ją w ogóle wzięliście?
-Wiem tylko tyle, że ma na imię Alicia. - wyjaśnił, trzymając na kolanach teczkę od Leona. - Mój szef znalazł ją w sierocińcu w dzielnicy White Collars. Powiedział, że się nadaje i natychmiast wysłał ją w teren. Ma młodszego brata, nad którym ma przejąć opiekę. Miała przebywać w ośrodku do dwudziestego pierwszego roku życia.
Siedzieliśmy w pokoju socjalnym. Kendall stwierdził, że tutaj będzie lepiej i zapewni nam trochę prywatności. Byłam ja, Kendall, Logan, który uparł się, żeby w tym uczestniczyć, i Leon.
-Dlaczego nic mi o tym nie powiedzieliście? - zapytał, potrząsając głową. - Wiesz, że...
-Wiem i też nie popierałem tego pomysłu. - przerwał mu, opierając się łokciami na kolanach. - To był pomysł mojego szefa. I tylko jego. Powiedział, że to przyśpiesza procedurę i jest skuteczniejsze od powszechnie stosowanych metod.
Leon pokręcił głową, przełykając ślinę. Nie wyglądał na zadowolonego, ale starał się tego za bardzo tego nie okazywać. Nastrój Logana nie różnił się ani trochę od tego nastroju, w którym był przez ostatnie kilka dni. Był po prostu przybity, a ja nie potrafiłam tego inaczej określić.
-Widziałaś ją? - zapytał Logan, spoglądając na mnie.
-Nie. - pokręciłam głową. - Na pewno zwróciłabym uwagę na fioletowe włosy.
-Ja też nie. - dodał Leon. - W raporcie nie ma o niej ani słowa. Gdyby się tam kręciła, Korozjad na pewno by ją zauważył.
-Korozjad? - Kendall zmarszczył brwi, spoglądając na niego ze zdziwieniem.
-Szef antyterrorystów. - wyjaśnił Derek, wywracając oczami. - Mówimy tak na niego, bo ma popsute zęby. Nie wiem, kto mu nadał taką ksywkę.
Rozległo się pukanie do drzwi. Obróciliśmy się w ich stronę niemal jednocześnie. Do pokoju wychylała się Alexa, trzymająca swój stetoskop w zaciśniętej dłoni. Chyba nie podsłuchiwała...
-Kendall, mamy problem. - oznajmiła cicho. - Jeden z tych narkomanów, którego przywieźliście, jest głuchy. Miga, ale nikt go nie rozumie.
-Dobra, już idę. - westchnął, podnosząc się z kanapy. - Derek, powinieneś już wrócić dna salę i się trochę przespać. Wciąż jesteś wyczerpany.
-Zaprowadzę Cię. - powiedział Logan, podchodząc do wózka i odbezpieczając kółka.
-A ja wracam na posterunek. - westchnął Leon, podnosząc ze stołu teczkę z aktami. - Może tym razem James będzie przynajmniej mniej wkurzony, niż kiedy wychodziłem.
-A ja pójdę poszukać tłumacza języka migowego. - powiedziałam, wyciągając telefon z kieszeni marynarki. - I tak nie mam nic ciekawego do roboty.
-Będziemy w dwójce! - zawołała za mną Alexa.
Poszłam do biurka recepcjonistów, mijając Adama. Kurde, co ja mówię. Przecież tu nie ma recepcjonistów, bo Adams wywaliła obuch jakieś półtora roku temu, twierdząc, że będzie lepiej, jeśli to pielęgniarki przejmą te obowiązki. Tylko wtedy jeszcze Adam u nas nie pracował. A teraz mamy... Dwadzieścia osiem pielęgniarek i Adam, rodzynek.
-Czego potrzebujesz? - zapytał, kiedy zaczęłam wertować adresownik leżący pod ladą.
-Tłumacza języka migowego. - westchnęłam. - Nie wiesz, kogo ostatnio wzywali?
-Przy mnie żadnego. - odparł obojętnie, wciąż stawiając w kartach jakieś znaczki. - Ale możesz sprawdzić w komputerze.
-Dobra, jakie jest hasło? - zapytałam, widząc, że ktoś wylogował się do ekranu powitalnego.
-Pieprzyć rowerzystów. - kiedy to usłyszałam, natychmiast powiększyły mi się oczy. - No co? - wzruszył ramionami, kiedy zobaczył, że na niego patrzę. - Nie ja to wymyśliłem.
-Szuka pani tłumacza od migowego? - usłyszałam przed sobą dziewczęcy głosik. - Ja znam migowy. Mogę pomóc.
Podniosłam głowę i zobaczyłam dziewczynę w skórzanej, brązowej kurtce z dwoma odstającymi dobieranymi warkoczami. Wydawała mi się dziwnie znajoma.
-A ty jesteś... - zaczęłam, licząc, że odpowie.
-Susan Howlett. - dokończyła uprzejmie. - Ja i mój tata wspieramy szpital w sprawach pokrzywdzonych sierot. W Nowy Rok, ja i mój chłopak przywieźliśmy dziewczynkę z odmrożeniami.
-Już pamiętam. - oznajmiłam, odkładając słuchawkę, chociaż nie pamiętałam, kiedy po nią sięgnęłam. - Na prawdę znasz migowy?
-Na prawdę. - pokiwała głową, cicho się śmiejąc. - I tak muszę tu czekać jeszcze trzy godziny. Mogę pomóc.
-Dobra, chodź ze mną. - skinęłam na nią głową, a ona poszła za mną.
(Logan)
Zastanawiałem się, czy to wszystko jest tego warte. To narażanie życia dla kilku minut otępienia, narażenie życia niewinnej dziewczyny dla złapania kilku handlarzy narkotykami, tylko po to, żeby zrobić to znacznie szybciej. Wiem, że w policji czas jest równie ważny jak w szpitalu, ale... nie chciałem tego teraz wypominać Derekowi. Szczególnie, że dopiero zasnął. Nie przypominał swojego brata, nawet jeśli leżał w dokładnie tej samej sali. Obaj to wojownicy, ale... obaj trochę inaczej sobie z tym radzą.
Wyszedłem z pokoju u powoli skierowałem się do sal zabiegowych. Lira, Alexa, Kendall i jakaś dziewczyna tłoczyli się wokół łóżka jakiegoś chłopaka. Zmarszczyłem brwi i po cichu wszedłem do środka. Tylko Lira odwróciła się, żeby na mnie spojrzeć.
-Powiedział, że spotykali się pod mostem Waszyngtona. - oznajmiła, kiedy chłopak opuścił dłonie.
-Przekażę Leonowi. - odparła Lira z westchnieniem. - Może wciąż tam chodzą.
-Dobra, dajmy mu odpocząć. - Kendall obrócił się w stronę szafki z lekami.
Dziewczyna uniosła dłonie i zaczęła... migać. Tak, mówiąca i słysząca nastolatka, która znała język migowy. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Kiedy dziewczyna opuściła ręce chłopak się zaśmiał, co zabrzmiało jakby się zapluwał.
-Co mu powiedziałaś? - zapytała Lira, spoglądając na dziewczynę.
-Że może już odpocząć. - odparła, chociaż to chyba nie było wszystko.
-I? - Alexa uniosła brwi, pomagając mu się położyć.
-A to niech lepiej pozostanie między nami. - odpowiedziała, bez słowa kierując się do wyjścia.
(James)
-Chyba nie muszę panu mówić, mecenasie, że uczestniczę w pierwszej sprawie, w której adwokat jest po stronie policji. - oznajmiła jedna z posterunkowych, z którą miałem wątpliwą przyjemność współpracować.
-W pełni zdaję sobie z tego sprawę. - skinąłem głową. - Na dzisiaj kończymy, czy mam pani w czymś jeszcze pomóc?
Wyszliśmy z pokoju przesłuchań, na korytarz między salami z biurkami. Posterunkowa Claudia Diaz była piękną, zgrabną latynoską. Miała szeroki uśmiech i duże ciemne oczy.
Wsunąłem dłonie do kieszeni spodni, spoglądając na biurko Leona w jednym z pomieszczeń. Miał porządek. Może nie idealny, ale nie mógł niczego sobie zapodziać.
-Blanco wspominał o Waszej poprzedniej współpracy. - jej głos wyrwał mnie z tymczasowego zamyślenia. - Nie mogę pojąć, dlaczego dopiero teraz pofatygował się pan na posterunek.
-Wcześniej byłem zależny od swojego pracodawcy. - wyjaśniłem. - Nie mogłem się pokazywać na żadnym posterunku bez wymogu klienta.
-A teraz jest pan niezależny? - uniosła brwi, uśmiechając się szeroko.
-I tak mi jest znacznie lepiej. - przytaknąłem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zaczynamy obstawiać zakłady? Odnajdą dziewczynę z fioletowymi włosami, czy nie?
Muszę przyznać, że kiedy pisałam tę notkę starałam się być konkretna. Teraz zaczynam się zastanawiać, czy nie za bardzo, bo nie wplotłam ani odrobiny prywaty.
A ponieważ mamy Wielki Tydzień, chciałabym Wam życzyć radosnych Świąt Wielkanocnych spędzony w towarzystwie rodziny. Nawet jeśli nie lubicie wysyłać SMSów z życzeniami do znajomych, to wmyślicie, bo to taka fajna oznaka pamięci.

Mam nadzieję, że napiszecie w komentarzach co myślicie o notce. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 5 kwietnia 2017

40. Zawsze jest jakieś wyjście

(Kendall)
Po śmierci Joe'ego, zabrałem Logana do domu. Adams zgodziła się bez wahania. Widziała jak to nim wstrząsnęło. Nie było powodu, żeby mu nie wierzyć. Może i potrafił udawać, ale nie do tego stopnia. Tylko raz go takim widziałem.
-Dobrze się czujesz? - zapytałem, stawiając przed nim kubek gorącej czekolady.
-Pewnie. - wymamrotał, wpatrując się pusto w plakat Wolverina.
-Może coś dla Ciebie zrobić? - uniosłem brwi, patrząc na niego z troską.
-Nie musisz. - pokręcił głową. - Ale... dowiedz się co z Derekiem.
-Jasne. - pokiwałem głową. - Dam Ci znać, kiedy Leon z czymś zadzwoni.
-A Scott?
-Myśli, że jego brat jest zajęty.
Spojrzałem na niego z troską. Jeszcze tego by brakowało, żeby się podłamał. Zerknąłem na czasopismo leżące na stoliku.
-Czytasz o zabójstwach? - uniosłem brwi, wskazując na nagłówek.
-Tylko na wszelki wypadek. - wyjaśnił, wzruszając ramionami. - Piszą tutaj, jak odróżnić morderstwo upozorowane na nieszczęśliwy wypadek.
Zmarszczyłem brwi. Po co Logan o tym czyta? I to teraz. To było mocno podejrzane. Jakby próbował coś ukryć. Wiedziałem, że gdyby było tak jak podejrzewam, nic by mi nie powiedział. I to dlatego nie zapytałem.
-Może coś Ci przywieźć? - zaproponowałem, przysiadając na boku kanapy. - Nie wiem... chińszczyznę... proszek do prana?
-Nie, idź do Liry. Powiedz jej, żeby nakłoniła tego drania do składania zeznań. Niech poprosi Carlosa, może... - powiedział, a w tym samym czasie zadzwonił telefon w mojej kieszeni. Spojrzałem wymownie na Logana, ale on tylko pokręcił głową. - Odbierz, nie przejmuj się.
Wziąłem głęboki oddech, wyciągając telefon i spoglądając na wyświetlacz.
-Lira. - powiedziałem, unosząc komórkę do ucha. - Wiesz już coś?
-Przyznał się! - wydyszała. - Przyznał się, że porwał Dereka!
-Żartujesz? - uniosłem brwi, na co Logan podniósł się z kanapy. - I dlaczego sapiesz?
-Bo biegnę. Chyba wiemy, gdzie go uwięził. - odpowiedziała i coś za nią łomotnęło. - Bądźcie gotowi w szpitalu. Nie wiemy, w jakim będzie stanie. Lepiej nic nie mów Loganowi. Powinien dojść do siebie po tym, co się stało.
-Jasne, już jadę. - odpowiedziałem, podnosząc się do pozycji stojącej i idąc w stronę drzwi. - Muszę iść. Był wypadek na piątej ulicy.
Skłamałem, żałując, że nie zdołałem wymyślić nic lepszego.
-Pojadę z Tobą. - zaoferował, ale stanowczo przytrzymałem go za ramię.
-Nie ma mowy. - zaprotestowałem. - Jesteś zbyt zmęczony i roztrzęsiony. W takim stanie nie jesteś w stanie pracować. Zostań tutaj i odpocznij.
-Pewnie brakuje personelu! - zawołał, kiedy zbiegłem po klatce na sam dół. - Pomogę.
-Nie możesz, Adams zabroniła. - odpowiedziałem, będąc już na dole.
(Lira)
Leon skierował nas w najbardziej oczywiste miejsce, czyli do piwnicy pod mieszkaniem Fine'a. Ta, może handlował ogromnymi ilościami prochów, ale inteligencją nie grzeszył.
-Mamy go. - oznajmił Leon, wyprowadzając na zewnątrz jakiegoś smarkacza zakutego w kajdanki. - Za mną jest jeszcze dwóch. Dajcie ratowników.
Skinęłam na Adriana i Jeffa, którzy natychmiast wzięli się za rozkładanie noszy i niemal w błyskawicznym tempie zaczęli schodzić na dół.
Leon, mój nadopiekuńczy do bólu kuzynek zabronił mi zejść na dół. Sorry bardzo, ale nie jestem już dzieckiem, tak? Może i dopiero zapisałam się na szkolenie z samoobrony, ale z łatwością skopałabym mu tyłek.
Spuściłam wzrok na moją komórkę. Zagryzłam wargę, wpatrując się w kontakt do Scotta. Z wycieczki wraca dopiero jutro, więc... zupełnie, jakbyśmy zdążyli w ostatniej chwili.
Nie wiem, jak długo czekałam, ale w końcu zobaczyłam, jak Adrian i Jeff wyprowadzają nosze z Derkiem, oderwałam się od maski własnego samochodu i podeszłam bliżej. Hale nie wyglądał najlepiej. Odkąd przeszliśmy na „ty” po pamiętnej nocy na pustyni w Nowym Meksyku... Dobra, żartuję. Po zakończeniu ostatniej rozprawy. Ich ojczym siedział i jak do tej pory matka się na nich obraziła, bo wsadziliśmy jej męża do pudła. Trudno uwierzyć, że jest recepcjonistką w innym szpitalu, kilka stanów dalej.
-Jak z nim? - zapytałam, pomagając otworzyć drzwi karetki.
-Kiepsko, ale da sobie radę. - odpowiedział Jeff, zabezpieczając wózek. - Kendall na niego czeka?
-Tak, razem z Adams w szpitalu. - pokiwałam głową. - Będę jechała za Wami.
Adrian skinął głowa i zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Podbiegłam do Leon, który pilnował, żeby zapakować tamtych trzech do radiowozu.
-Jadę za karetką. - oznajmiłam mu, kiedy wsiadał na miejsce kierowcy.
-Dobra. - pokiwał głową. - Zadzwoń, kiedy będzie mógł rozmawiać. Mam z nim do pogadania.
-Jasna sprawa. - przytaknęłam i wsiadłam do swojego auta.
Kiedy przed moją maską pojawiła się jakaś dziewczynka, zatrąbiłam dwa razy, chcąc, żeby odeszła na bok. Zrozumiała dopiero po kilku sekundach, bo odbiegła na bok jak poparzona.
Starałam się jechać spokojnie, ale czułam, że z każdą minutą coraz bardziej gubię karetkę. W końcu się poddałam i dotarłam do szpitala we własnym tempie. Jak tam w końcu dotarłam, minęłam się z Carlosem, który właśnie miał zamiar wyjść.
-Idziesz na papierosa? - uniosłam brwi, widząc, jak wyciąga paczkę z kieszeni.
-Też. - pokiwał głową. - Leon prosił, żebym do nich dołączył. Wiesz, szykuje się przesłuchaniowa impreza, czy jak to tam zwał. W każdym razie Leon ma zamiar nadużyć swojej władzy i trochę się powyżywać na Fine'ie.
-W porządku, ale zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. - przytaknęłam, pamiętając kilka stron zeznań, według których wynika, że to on dostarczył Joe'emu prochy i „pomógł” mu je zażyć. Na szczęście zdołali namówić kilka osób do gadania. I dlatego zgodziliśmy się na nadużycia. Bo ze konsultacji ze swoim szefem nawet nie przygotowałby pałki.
Wiem, na czym to polega. Wiedziałam, że większość posterunków posuwa się do tego tylko w ostateczności, jeszcze inne wcale tego nie praktykują, a u innych to praktycznie powszechna praktyka. Normalnie tego nie popieram, ale bądźmy szczerzy. Przez niego nie żyje kilkanaście osób. Może nie do wszystkich bezpośrednio się przyczynił, ale bądźmy szczerzy. Znowu. Nawet jego obecny kurator twierdzi, że jest niereformowalny. A w ten sposób może uda nam się jeszcze kogoś uratować przed tym typem.
-Lira, pozwól... - James pociągnął mnie za ramię i wciągnął do męskiej toalety.
-Jaja sobie robisz? - wrzasnęłam, nie mogąc się powstrzymać. - Co Ty wyprawiasz?
James spojrzał na mnie z lekkim politowaniem i wręczył mi szarą teczkę.
-Nie, ale tylko tu jest cicho. - pokręcił głową.
-Może dla odmiany pójdziemy kiedyś do damskiego, żeby przeglądać dokumenty? - zaproponowałam, otwierając plik z dokumentami. - O, ustaliłeś prawdziwe nazwisko Joe'ego.
-Patric Ashley. - wskazał na nazwisko u góry dokumentów. - Trzy miesiące temu uciekł z domu. Nie karany, wzorowy uczeń, dobre wychowanie...
-To dlaczego uciekł? - zapytałam cicho, składając papiery.
-Sprzeczka z rodzicami. - wyjaśnił całkowicie poważnie. - Zawiadomiłem ich. Przyjadą zidentyfikować zwłoki jutro rano.
-Świetnie. - westchnęłam. - Co teraz będziesz robił?
-Pojadę do domu. - wzruszył ramionami. - Tak, jak powiedział Leon, mamy resztę zostawić policji. Wiem, że będą mnie jeszcze „zapraszać”, ale mam być na posterunku dopiero jutro przed południem. Wiesz, jako adwokat nie jest zbyt lubiany przez policjantów.
-Z tego co wiem, Leon i Derek są dla Ciebie bardzo mili. - zauważyłam.
-Wyjątki. - stwierdził, wywracając oczami. - To widzimy się rano. Ty też powinnaś się przespać.
-Jasne, cześć. - mruknęłam, kiedy odchodził.
Westchnęłam, wycofując się do korytarza. Trzymałam w rękach te dokumenty i chociaż robiłam dobrą minę do złej gry... nie zamierzałam do nich już dzisiaj zaglądać.
(Logan)
Dotarłem do pracy dopiero następnego ranka. Teraz wydawało się tam dziwnie spokojnie. Zupełnie, jakby nic się nie stało. Spokój, cisza...
-Kto to jest? - zapytałem Alexę bez powitania.
-Rodzice Twojego pacjenta. - wyjaśniła, przestawiając na tacy słoiczki z lekami. - Dopiero wrócili z kostnicy. Mówią, że... pośród ludzi czują się lepiej.
-Udało się ustalić jego nazwisko? - zapytałem, nie spuszczając z nich spojrzenia.
-Tak. - pokiwała głową. - Patric Ashley, chyba. A tak właściwie, co tu robisz? Myślałam, że masz dzisiaj wolne i będziesz spał cały dzień.
-Nie mogę tak siedzieć bezczynnie. - pokręciłem głową. - Musiałem przyjść. Tutaj może przynajmniej się na coś przydam.
-Wcale nie jestem tego taka pewna. - usłyszałem kobiecy głos za swoimi plecami.
Zmrużyłem oczy z bezsilności. Jeszcze tylko jej tu brakowało. Wziąłem głęboki oddech i obróciłem się w jej stronę. Przede mną stała Adams we własnej osobie. Odziała tą swoją minę twardziaki i patrzyła na mnie, jakby miała zamiar mnie zlinczować. Nawet nie miałem nastroju sobie z niej żartować. Jestem do bani.
-Co Ty tu robisz? - zapytała twardo, zanim jeszcze zdołałem otworzyć usta. - Zwolniłam Cię z dyżuru. Powinieneś odsypiać.
-Nie jestem w stanie zasnąć. - pokręciłem głową. - Musiałem coś zrobić. Przyjechać tu i...
-Wracaj do domu. - rozkazała. - I prześpij się. Kiedyś nadrobisz dzisiejszy dyżur, ale teraz nie jesteś w stanie pracować. Dobrze wiesz z jakiego powodu.
Popatrzyłem na nią z lekką urazą. Nie raz zszedł mi pacjent, ale co było wyjątkowego w tym przypadku... Mierzyliśmy się tak spojrzeniami przez może kilka sekund. W końcu uległem i pokiwałem głową.
-W porządku. - pokiwałem głową. - Ale najpierw pogadam z jego rodzicami.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Prawie koniec, ale jeszcze nie zupełnie. Logan już minimalnie się ogarnął i jakoś poszło. Nie powiem, co jest w następnej notce... bo nie mogę sobie przypomnieć. Może to i lepiej, bo i tak muszę sprawdzić tekst.
No cóż... Mam nadzieję, że notka się Wam podoba. A jeśli jest Wam mało, to w piątek będzie nowy rozdział na nowym blogu. Link w poprzedniej notce. Kurczę... muszę zrobić link w ramce informacyjnej. Może, jak będę miała dłuższe pięć minut.

Trzymajcie się! Cześć!