piątek, 31 marca 2017

Nowy blog

Szczerze? Udało mi się zrealizować nowy projekt, więc wypadałoby się tym podzielić. Pisałam to kilka miesięcy i bardzo się starałam.
Całość ma dwadzieścia pięć rozdziałów, a czas akcji jest rozciągnięty na trzy miesiące. W sumie napisałam już o czym jest we wprowadzeniom, ale napiszę tutaj, czym ja się kierowałam.
Kiedy Tworzyłam to opowiadanie pamiętałam dwa schematy. Pierwszy: Chłopaki i główna bohaterka są dorośli. Drugi: Chłopaki i główna bohaterka są nastolatkami. Dlatego postanowiłam iść w trochę innym kierunku i stworzyłam opowiadanie, w którym chłopcy są dorośli, a główna bohaterka to nastolatka. Przyznaję, nie za bardzo wiem w co się pakuję, ale postanowiłam zaryzykować.
Oprawa jest skromna, ale zostaną jeszcze dodane kafle z boku. Tylko na razie nie wiem jakie.
Oczywiście, fajnie by było, gdybyście wpadki, zaczytali się i zaczęli komentować, bo dla mnie to wiele znaczy. Spędziłam przy tym kilkanaście godzin, ale mam nadzieję, że było warto.
Rozdziały będą się pojawiały co piątek. Tak na wyluzowanie.
I tak, wiem że w środę po spamowałam kilku osobom, To z podekscytowania.
Mam nadzieję, że wbijecie. Liczę na Was i do zobaczenia. Cześć! 

środa, 29 marca 2017

39. Migotanie

(Lira)
Ten osiłek pozwolił nam przeszukać swoje mieszkanie tylko dzięki swojej ciotce u której mieszkał. Nie było łatwo, bo facet chodził za nami krok w krok, co było do zniesienia. Logan wymyślił coś takiego, żebyśmy przeszukiwali pokoje razem, żeby się nie rozdzielać, a James przyznał mu rację, mówiąc, że tak będzie bezpieczniej. Tak naprawdę miarka się przebrała, kiedy klepnął mnie w tyłek, jak się schyliłam, żeby wyciągnąć podłużne pudło spod łóżka. Wtedy znienacka na moim zadku pojawiła się jego wielka dłoń.
-Hej! - zawołałam z oburzeniem.
-Zostaw ją! - zawołał Leon, rzucając w niego zwiniętą kulką papieru. - Jeszcze jeden taki numer, a dorzucimy Ci molestowanie urzędnika publicznego.
-Nic na mnie nie macie! - zawołał z tryumfem na twarzy. - Serio myślicie, że znajdziecie coś w tym pokoju? To sypialnia Ciotki Marie.
-Jeśli tak mówisz, to na pewno coś znajdziemy. - stwierdził James.
Fine nie odpowiedział, ale to co zrobił jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że coś istotnego znajdę w tym pudełku. Powoli przyciągnęłam je do siebie i otworzyłam wieko, zerkając z ukosa na Leona, który nie przerywał czynności.
-Chyba już mamy. - powiedziałam cicho, wysypując zawartość pudełka na dywan.
-Zdzira! - wycedził przez zaciśnięte zęby.
W środku były jakieś woreczki z białym proszkiem i czymś, co przypominało drobno zmielone zioła. Prochy? Za swoimi plecami usłyszałam zduszony krzyk starszej kobiety.
-Obiecałeś, że z tym skończysz! - wrzasnęła, oddychając z trudem. - Obiecałeś, że to już się nie powtórzy! Obiecałeś! Przysięgałeś na kolanach!
-Dzięki temu mieliśmy pieniądze na czynsz i Twoje leki! - odkrzyknął z oburzeniem, jakby to wszystko była jej wina. - A co myślałaś? Że mam uczciwą pracę? Po wyroku nawet nie miałem co próbować. Na prawdę myślisz, że coś się zmieni?
Leon zaszedł go od tyłu i wyciągnął kajdanki z kieszeni skórzanej kurtki. Zakuł go w milczeniu i odezwał się dopiero, kiedy skończył.
-Jesteś aresztowany za posiadanie dużych ilości narkotyków. Masz prawo do zachowania milczenia. Jeśli rezygnujesz z tego prawa, wszystko, co od tej pory powiesz, może zostać użyte w sądzie przeciwko tobie. - wyrecytował pełną formułkę prawa Mirandy, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Masz prawo do adwokata i do jego obecności podczas przesłuchania. Jeśli nie stać cię na prawnika, przysługuje ci obrońca z urzędu. Podczas przesłuchania, w każdym momencie możesz skorzystać z tego prawa, nie udzielając odpowiedzi na pytania i nie składając oświadczeń. Czy rozumiesz swoje prawa, które ci przedstawiłem?
-Od razu mówię, że odpadam. - wtrącił James, unosząc dłonie w geście obronnym.
Podczas przeszukania staraliśmy się nie zrobić zbyt wielkiego bałaganu. Szczególnie biorąc pod uwagę, że jesteśmy tylko jednostką pomocniczą. Formalnie.
-Przepraszam? - zaczęłam, spoglądając na trochę pobladłą starszą panią. - Dobrze się pani czuje?
-Byłam pewna, że się zmienił. - wyszlochała, kładąc dłoń na piersi. - Powiedział, że jego kurator to bardzo miły człowiek i pomógł mu zdobyć pracę. Ale teraz wiem, że to nie prawda. On mnie okłamał? Przecież poświęciłam mu pół życia.
Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, jakoś ją pocieszyć, ale James mnie ubiegł, podchodząc bliżej i pokazując foliową torebkę z lekami.
-To pani? - zapytał ostrożnie.
-Tak, ale nie mam już więcej. Matko kochana, co ja zrobię...
-Te są na obniżenie ciśnienia. - wtrąciłam, rozpoznając jedno z opakowań.
-Pojedzie pani z nami do szpitala? - zapytał, jakby czytał mi w myślach. - Powinna się pani przebadać. Przykro nam, że tak panią zdenerwowaliśmy.
Kobieta pokiwała głową. Kiedy staruszka zamknęła dom, poszliśmy do samochodu Jamesa. Kiedy zobaczyłam, co tutejsze dzieciaki z nim zrobiły, uśmiechnęłam się w duchu, że nie przyjechaliśmy moim. Zdejmowanie graffiti z mojego lakieru jest znacznie bardziej kosztowne. I nie ukrywam, że na moim samochodzie znacznie łatwiej namalować męskie przyrodzenie. Tak... chyba będziemy się gęsto tłumaczyć. Chociaż pomysł Leona z radiowozem też był niezły, ale wtrącił się Kendall, który wyraźnie powiedział, że nie życzy sobie, „żebym jechała w jednym samochodzie z jakimś bandziorem” i tak James dosłownie siłą zabrał Loganowi własne kluczyki i pojechaliśmy do tej kamienicy.
-Wszystko w porządku? - zapytał, spoglądając na mnie z siedzenia kierowcy.
-Jasne. - mruknęłam. - Po prostu myślę o tym co powiedział dzisiaj rano Logan. Że Hale nie odzywa się od wczoraj, a miał jechać z Leonem na to przeszukanie.
-No i? - zmarszczył brwi, chyba nadal nie chwytając.
-Nie uważasz, że coś jest nie tak? - uniosłam brwi. - Scott jest teraz na kilkudniowej wycieczce szkolnej, więc na pewno nie zauważył, że go nie ma. On i Leon spotykają się CODZIENNIE, odkąd dostaliśmy tę sprawę. Wczoraj nie przyszedł do baru na umówione spotkanie. Nawet nie uprzedził, że go nie będzie. Na prawdę nic z tej historii Cię nie dziwi?
James spojrzał na mnie trochę powiększonymi oczami. Przez chwilę liczyłam aż załapie, ale w końcu zatrzymał się na poboczu.
-Co się dzieje? - zapytała pani Fine z tylnego siedzenia. - Kim jest ten Hale?
-Policjantem. - odpowiedziałam, a James wyciągnął komórkę z kieszeni płaszcza. - Zadzwonię to jego szefa.
(Kendall)
-Derek zaginął? - Logan wytrzeszczył oczy, kiedy Lira i James opowiedzieli nam co się stało. - Żartujecie sobie?
-Na prawdę, chcielibyśmy żartować. - James pokiwał głową. - Rozmawiałem z jego szefem. Kontakt urwał się przed kolacją. Wtedy Hale powinien zadzwonić, żeby złożyć raport, ale wysłał tylko SMSa do kolegi, że dzisiaj wraca wcześniej do domu, bo ma zamiar zadzwonić do brata...
-Zwolnił się wcześniej, tylko żeby zadzwonić? - zapytał Carlos, który do tej pory przysłuchiwał się naszej rozmowie.
-I nie zadzwonił. - dodał James. - Pytałem Scotta. Nic nie wie.
Wtedy sobie coś uświadomiłem. Otworzyłem szeroko oczy, wpatrując się na wpół zapisaną kartę jednej z moich pacjentek.
-Kendall? - zaczęła Lira, podnosząc głowę. - Coś wiesz na ten temat?
-Niestety tak. - westchnąłem, podnosząc na nich spojrzenie. - Wczoraj zadzwonił do mnie Scott. Pytał, czy jego brat przypadkiem nie trafił do naszego szpitala. Powiedziałem, że nie i dla pewności sprawdziłem jeszcze inne placówki. Ale tam nawet o nim nie słyszeli. Kiedy mu o tym powiedziałem, ten trochę się uspokoił. Pewnie myśli, że Derek po prostu ma dużo pracy.
-On jest zaangażowany w tą sprawę? - zapytał Carlos. - Od początku?
-Odkąd przywieziono do nas Joe'ego. - Logan wzruszył ramionami. - Co się dzieje? Myślisz, że został porwany?
Carlos popatrzył na nas zaniepokojony. Dopuszczałem do siebie taką myśl, ale starałem się tego nie sugerować. To nawet miałoby sens. To się często zdarza przy dilerach.
-Czyli Wy też o tym pomyśleliście? - westchnął. - Na jakiego wyglądał Fine, kiedy go zobaczyliście dzisiaj pierwszy raz? W jakim był nastroju?
-Czy ja wiem? - Lira wzruszyła ramionami. - Zadowolony, może nawet pewny siebie. Kiedy znaleźliśmy te prochy, wyglądał na wkurzonego. Co to ma do rzeczy?
Carlos nie odpowiedział. Wyglądał, jakby bardzo intensywnie myślał, co byłoby bez sensu, bo zwykle pomysły przychodzą do jego głowy z prędkością światła.
-Pewność siebie może świadczyć o tym, że skądś wiedział, że prokurator wydał nakaz przeszukania z prawem do warunkowego aresztowania. - wyjaśnił, wstając z obrotowego krzesła w gabinecie Matta i Liry. - A jeśli to on porwał Hale'a, to był taki pewny siebie, bo był pewien, ze się nie odbędzie. Bo nie będzie go komu przeprowadzić.
-Bez sensu... - prychnął Logan. - Lepiej pozbyć się towaru. Nawet on nie byłby taki głupi.
Kiedy zadzwonił telefon, Lira odwróciła się w stronę biurka i sięgnęła po słuchawkę.
-Tak? - zapytała do słuchawki, przykładając ją sobie do ucha. - Pewnie, już daję. Do Ciebie.
Wręczyła słuchawkę Loganowi, a ten podszedł bliżej, żeby nie rozciągać za bardzo starego przewodu. Patrzyłem jak z każdą sekundą blednie coraz bardziej.
-Już idę. - powiedział krótko i właściwie rzucił słuchawkę na pozostałą część telefonu.
Logan odepchnął się od blatu biurka jak poparzony i wybiegł na zewnątrz nic nie mówiąc. Ja i Lira jednocześnie dobiegliśmy w jego stronę.
-Co się dzieje? - zawołałem, kiedy go dogoniłem.
-Joe zatrzymał się na radiologii. - wydyszał, biegnąc w stronę wind.
-Czekaj, pomogę Ci. - zawołałem, odruchowo przytrzymując drzwi otwierającej się windy, żeby zdążyć wsiąść. - Wiesz coś więcej?
-Wiem, że wpadł w migotanie podczas tomografii. - wykrzyczał, chociaż stałem tuż obok niego. - Wezwali jeszcze zespół resuscytacyjny. Na razie reanimują go dostępnymi środkami.
Kiedy tam dotarliśmy, Amanda siedziała na jego brzuchu, uciskając klatkę piersiową.
-W końcu jesteś! - wykrzyczała zduszonym głosem. Od pół minuty ma asystorię. Dostał osiem dawek adrenaliny. Defibrylowaliśmy go pięć razy.
-Leki wazopresyjne? - zaproponowałem.
-Niezły pomysł. - wzruszył ramionami, próbując znaleźć wśród strzykawek jakąś atropinę.
Zmieniłem Amandę, układając dłonie na jego piersi. Nie wiem, jak długo to trwało, ani ile zrobiłem ucisków. Ze skupienia wytrącił mnie dopiero głos Adama.
-Ludzie, dajcie spokój... - pokręcił głową. - To już koniec.
-Nie poddawajmy się. - wydyszał Logan.
-Ale... - zaczął się bronić.
-ZAMKNIJ SIĘ! - wrzasnął. - Jeszcze trochę. Nie będzie mnie pouczał pielęgniarz!
-On ma rację. - Amanda stanęła w jego obronie, sprawdzając odruchy gałek ocznych. - Źrenice sztywne i szerokie. To już trup. Ogłaszam... czas zgonu dwunasta siedemnaście.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak. Zrobiłam to. Uśmierciłam Joe'ego. Będziecie wściekli, jeśli powiem, że od początku miał umrzeć? I dlatego dedykuję tą notkę Weronice, czyli... "The Unforgiven". Tak, wiem, że podpisujesz się wielkimi. Już ktoś mi zwrócił wtedy uwagę, że w tym szpitalu jest za duża przeżywalność.

I jeszcze sprawa Dereka? Ma razie nic Wam nie mówię, ale jestem ciekawa, co Wam się piętrzy w tych głowach. Mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach na dole. Trzymajcie się i do zobaczenia. Cześć!  
PS. Ponieważ prawie skończyłam tekst na nowy projekt, w piątek możecie się spodziewać małego ogłoszenia. 

środa, 22 marca 2017

38. Przepisów nie przeskoczysz

(Kendall)
-I co? - zapytałem, podchodząc do Logana, który stał nad zdjęciem w sali do czytania Roentgenów.
Czasami Logan obfotografowywał całego pacjenta tylko po to, żeby ułożyć jego prześwietloną podobiznę na największej planszy. Mówił, że dzięki temu lepiej mu jest zauważyć szczegóły, bo lepiej widać z oddali.
-Nic. - wzruszył ramionami. - Myślę o tym chłopaku. Leon rozesłał jego zdjęcie po innych posterunkach, ale nikt się nie zgłasza. Jeśli do przyszłego tygodnia nikt się nie odezwie, roześlemy komunikat po krajowych programów informacyjnych. Może któraś ze stacji zgodzi się wyemitować ogłoszenie w wiadomościach.
Wyglądał na podłamanego. Nic nie mówiłem. Nie miałem pojęcia, co mu odpowiedzieć, jak go pocieszyć. Nie miałem pojęcia. Żadnego.
-Podobno się przeprowadzasz do Liry. - zmienił temat, składając zdjęcia klatki z górnego świetlika. - W końcu. Myślałem, że będziesz się gnieździł w tej spelunie do końca życia.
-Nie jest tak źle. - pokręciłem głową.
-Zawsze będziesz miał pewność, że nowy lokator będzie mieszkał w lepszych warunkach niż Ty na początku. - stwierdził. - Co na to właściciel?
-Mieszkanie dzięki niewielkiemu remontowi zyskało na wartości. - odpowiedziałem, rozkładając zdjęcia z drugiej koperty. - W przyszłym miesiącu wpłaci mi podwojoną kaucję.
-Super. - uśmiechnął się, chociaż trochę wymuszalnie. - Będziesz miał za co kupić jej nowe felgi do tego grata. Za trzy tygodnie ma urodziny.
Spojrzałem na niego z zaskoczeniem, ale Logan tylko parsknął krótkim śmiechem, kręcąc głową.
-Byłem w Sześćdziesiątej Szóstej. - odpowiedział, nadal się uśmiechając. - Powiedzieli, że felgi lepszej jakości trochę kosztują. Produkuje je tylko jedna firma na naszym rynku. Te, na które ją stać już popękały. Sprawdziłem. Żeby nie robić naciągania, dali mi ulotkę, żeby kupić w salonie. Bez problemu jej założą za normalną cenę. Chciałem, żeby to było ode mnie, ale to za drogi interes.
Zamrugałem z wrażenia. Tego nie spodziewałem się po Loganie.
(Logan)
Praca w izbie przyjęć charakteryzuje się tym, że wszystko trzeba wiedzieć. Na przykład, jeśli mam wątpliwości, a Kendall siedzi w domu, wzywam innego chirurga. A oni z natury są ponurakami. Nie wiem dlaczego wybrałem ortopedię, ale ta wesołość na oddziale była wprost zaraźliwa.
-Jakieś zmiany? - zapytałem Amandy, z którą się konsultowałem.
-Jak dotąd nie pojawiły się inne aktywności mózgu. - pokręciła głową ze zrezygnowaniem. - Przykro mi, ale nie wiem jak długo jeszcze pozostanie w śpiączce.
Doktor Amanda Reed była nie tylko moją bliską koleżanką. Była też jednym z najlepszych neurologów w szpitalu. W kwestii zawodowej darzyłem ją stuprocentowym zaufaniem. W pełni na nie zasługiwała. Miała największą trafność diagnostyczną w zeszłym roku.
-Co to za spojrzenie? - spojrzała mi w twarz, opierając się o samą łóżka w którym leżał ten naćpany chłopak. Wiąż nie wiedzieliśmy, jak się nazywa i dlatego mówiliśmy na niego „Joe”.
-Chyba sumienie nie daje mi spokoju. - westchnąłem, wpatrując się pusto w monitor. - Gdybym wyszedł z pracy bez drzemki... Może udałoby się wypłukać całe to świństwo o wiele skuteczniej. Może gdybym...
-Logan, zrobiłeś wszystko, co mogłeś. - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Nie mogłeś przewidzieć, że coś takiego się stanie. Jedyne co możesz zrobić, to czekać i odpowiednio dozować leki. No i... na moim oddziale zwolniło się łóżko. Mogłabym go tam przyjąć.
Spojrzałem na nią z nadzieją. Miałem odpartą chęć uśmiechnięcia się od ucha do ucha, ale w porę udało mi się to powstrzymać.
-Zrobiłabyś to? - z trudem udało mi się stłumić zduszony okrzyk.
-Pewnie. - wzruszyła ramionami. - Potrzebuję tylko czterech podpisów. Twój pacjent jest idealnym obiektem do moich badań. Już nie wspominając o tym, że jeśli coś odkryję, to będzie dla niego szansa. A jeśli nie odkryję niczego w porę... wtedy pozostanie warzywem.
Jej chłodna kalkulacja była nadzwyczaj bolesna. Przez chwilę poczułem to samo, co czuł Kendall, kiedy umierała tamta nastolatka z wypadku. Bezsilność... zastanawianie się, czy na pewno zrobiliśmy wszystko dla pacjenta. Na studiach nas uczyli, żeby nigdy się nie zastanawiać. Bo gdyby było coś do zrobienia, na pewno wiedza natychmiast by nam to podsunęła. Do tej pory mi się to udawało. Aż do teraz.
-Dzięki. - kiwnąłem głową, nie posiadając się ze szczęścia i starając się nie myśleć o ostatnim wypowiedzianym przez nią zdaniu.
-Powinieneś iść do domu. - powiedziała w końcu. - I tak nie masz tu nic do roboty.
-Nie trzeba. - pokręciłem głową. - Wziąłem dodatkowe godziny.
A prawda była taka, że czekałem na Jemaesa, w nadziei, że przyniesie jakieś nowe dokumenty ze zdjęciami. Że może uda mi się jeszcze kogoś rozpoznać. A przy odrobinie szczęścia... W śród tych papierów będzie prawdziwa tożsamość Joe'ego.
(Lira)
Dopiero po dwóch dniach od uporządkowania dokumentów i ogarnięcia sprawy na tyle, żeby dostać od prokuratora zgodę na rewizję. No cudownie... Leon oczywiście wciąż się zastanawiał, po co tam w ogóle idę, bo Ci ludzie potrafią być niebezpieczni. Okolica też nie wyglądała jak z bajki. Przeciwnie. W kilku miejscach odpadał tynk z murów, a na ławkach ustawionych w pięciokąt siedzieli kolesie w podartych ubraniach, zachowując się, jakby był środek lata, a nie początek wiosny. Zupełnie, jakby nie czuli zimna.
-A Wy to kto? - wrzasnął jakiś koleś, wychodząc do bramy.
Odruchowo spojrzałam do wyklejanego, miniaturowego kalendarzyka, w którym od początku roku nic nie pisałam. Tak to jest, kiedy dostaje się sześć kalendarzy pod choinkę.
James rzucił mi ukradkowe spojrzenie, a ja tylko kiwnęłam głową. Wiedziałam o co mu chodzi, bo tak się umawialiśmy.
-Pan Jordan Fine? - zapytał dość urzędowym tonem.
Wywróciłam oczami, zauważając wyczekującą postawę Leona. Klasyka. Czułam się trochę dziwnie, widząc go bez munduru, a w skórzanej kurtce na motocykl. Co było bez sensu, bo nie przyjechał tu swoim motorem. Spojrzałam na Jamesa, który wyglądał, jakby chciał przeprowadzić całą rozmowę sam.
-Gliny? - rzucił, spluwając na ziemię.
-Tylko ja, oni nie. - odpowiedział Leon, pokazując mu swoją odznakę. - On jest prawnikiem.
Wskazał na Jamesa, który miał na sobie jeden ze swoich codziennych garniturów i czarny płaszcz.
-A ona? - zapytał, spoglądając na mnie z pogardą. Szczerze mówiąc, wzajemną.
-Anioł stróż. - odpowiedział James takim tonem, jakby mówił poważnie. Znałam ten zwrot. Używali go dzieciaki z poprawczaka. W ustach Jamesa to brzmiało bardzo dziwnie.
-Niby po co? - prychnął. - Co Was tu w ogóle przywiało?
-Mamy nakaz przeszukania pańskiego mieszania. - wyjaśnił Leon, unosząc złożoną kartkę wyciągniętą z kieszeni. - Radzimy nie stawiać oporu.
Zapadła cisza. Fine wyglądał, jakby przez chwilę bardzo intensywnie myślał. Zerknęłam na Jamesa, który też się nie odzywał. Przeciwnie. Najspokojniej w świecie czekał, a nawet wyglądał na znudzonego.
-Serio myślicie, że coś znajdziecie? - prychnął, krzyżując ramiona na piersiach. - Idioci. Jestem teraz innym człowiekiem i nie chcę mieć z Wami nic do czynienia.
-Na prawdę? - Leon uniósł brwi, spoglądając na niego z zaskoczeniem. - Prokurator uważa inaczej.
I my też, szczerze powiedziawszy.
-W zeszłą środę był pan świadkiem wypadku. Niepowiadomienie służb ratunkowych w sytuacji zagrożenia życia i nieudzielenie pomocy to przestępstwo. I to dosyć poważne. Grozi za to nawet dziesięć lat więzienia.
-I co z tego? - prychnął. - Gościu zaćpał i jego sprawa. Nic mi do tego. Byłem tam zupełnie przypadkowo. Nic mi nie możecie udowodnić, frajerzy.
-Rozumiem, że nie ma pan nic przeciwko małemu przeszukaniu? - zapytał James, pokazując mi, żebym przeszła na drugą stronę.
-Przepuści nas pan, czy mamy zadzwonić po cały oddział? - zapytałam, wierząc, że to coś da.
(Kendall)
-Zleć dodatkowe badania. - powiedziałem Ellie, spoglądając na kartę jej pacjenta. - To może być gruźlica. W najgorszym wypadku.
-Myślisz? - zmarszczyła brwi, patrząc na mnie z zaskoczeniem. - Nie dość, że po operacji zdało się zakażenie, to jeszcze gruźlica. A Ty? Co zamierzasz zrobić?
Zerknąłem na nią z pytającym wyrazem twarzy. Nie miałem pojęcia, co ma na myśli.
-Mówię o nastolatce z sepsą. - dodała. - Twoja pacjentka, spadek po Szpitalu miłosierdzia.
-Nic. - wzruszyłem ramionami. - Z wyjątkiem podawania antybiotyków.
-Wciąż trzymasz ją pod sedacją. - przypomniała, marszcząc brwi.
-Nie jest w stanie samodzielnie oddychać. - wyjaśniłem. - Mam nadzieję, że...
-Zadziała. - westchnęła. - Myślałeś o wprowadzeniu jej w stan śpiączki farmakologicznej? Może w tym stanie jej organizm szybciej zwalczy infekcję.
-Rodzice się nie zgodzili. - odpowiedziałem. - Nie mogę zrobić niczego bez ich zgody. Mają z tym raczej nieprzyjemne wspomnienia.
-Wiem, takie są przepisy. - pokiwała głową, klepiąc mnie po ramieniu. - I leć do Adams. Coś od Ciebie chciała.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Mam talent do wymyślania dziwnych charakterów. Jordan Fine to mój rekord. Pytanie czy Wy dajecie „Joe'emu” jakieś szanse? Da sobie z tym radę, czy nie?

Kendalla i Liry razem było mało, ale myślę, że nie wyszło źle. Ja już kończę. Nie ma dzisiaj weny. Mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć.  

środa, 15 marca 2017

37. Tona papierów

(Lira)
Okazało się, że pomysł Matta ze sprawdzeniem Vipery nie był taki zły. Przynajmniej wiedzielibyśmy z kim mamy do czynienia. Na razie Matt musiał się tym zająć sam, bo Vipera we własnej osobie zasypał mnie robotą. Poza tym byłam na jego celowniku i nie mogłam jak gdyby nigdy nic sprawdzać jego przeszłości na służbowym komputerze. Znalazł się wielki brat od siedmiu boleści. Tak wścibskiego szefa to jeszcze nie miałam.
-Cześć, co jest? - głos Leona wytrącił mnie z rytmu przepisywania protokołu.
-Cześć. - odpowiedziałam, nawet nie podnosząc spojrzenia znad klawiatury. - Daj mi jeszcze chwilę. Zaraz skończę.
Kiedy postawiłam miejsce na podpis pod pismem, uniosłam spojrzenie, widząc, że Leon przysiadł na krawędzi mojego biurka. Robił to dość często i dawno przestało mi to przeszkadzać.
-Raczej nie przychodzisz ze zwykłą rodzinną wizytą. - stwierdziłam, ustawiając, żeby wydrukować napisany dopiero dokument. - Chcesz tic-taca?
Zapytałam, pokazując mu opakowanie małych miętowych cukierków w dłoni. Ku mojemu zdziwieniu Leon spojrzał na mnie nieco urażony, co lekko urażony.
-Czy Ty sugerujesz, że jedzie mi z paszczy? - wykrztusił z siebie, czym niemal doprowadził mnie do napadu śmiechu.
-Nie rozumiem, skąd u Ciebie ta cała wrażliwość. - wzruszyłam ramionami. - To tylko cukierki.
Leon dość niechętnie sięgnął po plastikowe pudełko, które już miałam odłożyć z powrotem na biurko w szczelinę między zszywaczem, a kubeczkiem na ołówki.
-Tak samo, jak ja nie rozumiem, dlaczego zawsze chcesz mieć je przy sobie. - odparował i wziął jednego z cukierków, wkładając go do buzi. - Nie ważne, ale mam coś dla Ciebie.
-Już się boję. - westchnęłam, spinając wydrukowane kartki i odkładając na bok.
-To o Twoim szefie. - oznajmił, podając mi brązowy folder. - Pogadałem z kolegą z technicznego. Wyjaśniłam mu o co chodzi i... znalazł to w pięć minut.
-I nie wyciągną z tego żadnych konsekwencji? - zmarszczyłam brwi, spoglądając na papiery w środku. - Jak...
-Normalnie. - wzruszył ramionami. - Techniczni, a właściwie wyjątkowo uzdolnieni techniczni mogą wszystko, jeśli istnieje cyfrowa wersja danych. Obiecał, że nie zostawił po sobie żadnych śladów.
-I jesteś tak po prostu pewny, że można mu ufać? - uniosłam brwi, chcąc się jeszcze upewnić.
-Na sto procent. - pokiwał głową. - No zajrzyj do tego w końcu!
Ale nie zdołałam zajrzeć, bo do gabinetu wpadł James z wielką walizką, a zaraz za nim Logan, który wyglądał jakby był wytrącony z psychicznej równowagi.
-Co jest? - zapytałam, kiedy James wyciągnął z tej walizki jakąś tonę papierów.
-Zdobyłem akta dzieciaków ze slamsów. - odpowiedział, podając Loganowi jedną z teczek.
-Kontakt na posterunek się przydał? - zapytał Leon, który chyba wiedział o co chodzi.
-Bardzo, ale to nie tylko Twoja zasługa. Na miejscu zastałem Dereka Hale'a. Bez jego pomocy nie mielibyśmy nawet połowy tego tutaj. - James pokiwał głową. - Jeśli Logan kogoś rozpozna, to jesteśmy do przodu. Kopiowałem to całą noc. Oby było warto.
Spojrzałam na rozrzucone kserokopie zdjęć i metryk urodzenia. Uniosłam brwi, widząc co przyniósł. Nie wszyscy byli dzieciakami.
-On ma dwadzieścia pięć lat. - wskazałam na jedną z dat urodzeń. - Myślałam, że wziąłeś tylko nieletnich.
-Na początku tak było. - przyznał. - Ale potem poprosiłem o wszystkich, który mieli jakiś kontakt z narkotykami. Ten rozprowadzał towar. Miał kontakt z dragami od piątego roku życia. Wtedy jego matka zafundowała sobie złoty strzał (Aut. Dla tych, którzy nie wiedzą: Złoty Strzał to śmiertelna dawka narkotyków. W ten sposób narkomani popełniają samobójstwo.). Zgadnij, kto kiedyś był jego kuratorem.
-Karen Roberts? - uniosłam brwi. - Pamiętam ją! Kiedyś uczyła Matta.
Nie tylko uczyła. Pomogła mu się dostać do sądu i przekazywała mu najlepsze sprawy. Tak cenne dla nowicjusza, który dopiero się uczył. A potem została zamordowana.
-W dniu jej śmierci on skończył dwadzieścia jeden lat. - dokończył, podając Loganowi kartkę z jego zdjęciem. - Podejrzane, bo właśnie wtedy uzyskał pełną zdolność do czynności prawnych.
-Czemu miał przesunięty termin? - zmarszczyłam brwi, patrząc na niego z zaskoczeniem.
-Miał kuratora. - odpowiedział krótko. - Próbowałem się do niego dodzwonić, ale jest niedostępny. Może powiedziałby coś więcej na jego temat.
Uniosłam brwi, widząc jak James się w to wkręcił. Byłam jeszcze bardziej zaskoczona, kiedy zobaczyłam minę Logana.
-On tam był. Ten, co na mnie wrzeszczał. - wyjaśnił, podając mi kartkę. - Jordan Fine. Kiedyś miał ksywkę „Anioł Śmierci”? To trochę upiorne.
-Czytałem jego akta przy kopiowaniu. Jeszcze nie skończyłem, ale wiem skąd to się wzięło. - wyjaśnił, nalewając sobie kawy z ekspresu. - Rozprowadzał narkotyki w wielkich ilościach. Nie pytał po co, ani dlaczego. Hurtem taniej. Zaopatrywała się u niego cała okolica. Nie wiemy skąd brał takie ilości dragów, ale każdy, kto pisnął o nim słówko na policji nie żył już następnego dnia.
-Masz coś o tym? - zapytałam, zaglądając Leonowi przez ramię.
-Niewiele. - pokręcił głową. - Oficjalnie sprawy nie są ze sobą powiązane. Nawet nie wiemy, gdzie trafiły. Ale dowiedziałem się czegoś o Waszym znajomym. Kiedyś Hale'owie mieszkali w Meksyku. Obaj bracia świetnie mówią po hiszpańsku, ale nie dają tego po sobie poznać. Wiecie dlaczego Hale wybrał właśnie wydział narkotykowy?
-Na pewno nam zaraz powiesz. - westchnął James, który wyglądał, jakby nie spodziewał się tego usłyszeć. - Jego matka ćpała.
-Ojciec. - poprawił Leon, który tylko recytował z pamięci. Podziwiałam go za to. - W Meksyku dilerzy uznali go za skarbonkę i upozorowali samobójstwo. Hale dopiero w dniu otrzymania spadku po pradziadku spłacił jego dług. Za resztę kupił tutaj dom.
-I te informacje są tak porostu dostępne? - zdziwiłam się, unosząc brwi.
-Nie, ale jego szef ma nadzwyczaj banalne hasło. Kto normalny ustawia sobie „pd112”? - uniósł dłonie, jakby to było największe kretyństwo, o którym słyszał.
-PD 112? - powtórzył Logan nie łapiąc o co chodzi.
-Fabryczne ustawienia każdego posterunkowego. - wywrócił oczami. - Niektórzy tylko zmieniają litery na małe. Policjant ma na zmianę dwa tygodnie od momentu otrzymania służbowego adresu mailowego. Poczytaj sobie podręcznik do Technoinformatyki dla studentów akademii policyjnej (Aut: tak na prawdę nie mam pojęcia, czy tak jest. Ani czy istnieje taki przedmiot.). Tam wszystko jest. Podrzucę Ci swój. Ale Hale nie kończył szkoły. Wzorowo napisał test. Z wykształcenia jest nauczycielem Angielskiego. Uczył nawet przez jakiś czas w liceum.
(Kendall)
Cały dzień był spokojny. Przynajmniej dla mnie. Nie rozmawiałem za wiele z Loganem i nawet zacząłem tęsknić za jego kąśliwymi uwagami. Nigdy nawet się nad tym nie zastanawiałem. Wziął wolne do jutra. Powiedział, że musi się wyspać. Teraz w mieszkaniu, miałem trochę czasu na przygotowanie kolacji.
Usłyszałem kroki Liry w przedpokoju i wyprostowałem się znad przygotowywanych właśnie pulpetów z kapustą. Upewniłem się, że nie popalą się w ciągu następnej minuty i wyszedłem do miniaturowego korytarza. Lira właśnie ściągała wysokie buty i rzucała je pod wieszak na płaszcze.
-Ciężki dzień? - zapytałem, całując ją w policzek.
-Bardzo. - pokiwała głową, odwzajemniając mój pocałunek. - nowy szef ma na uwadze, żebym się nie nudziła. Ale za to coś już o nim wiem. Wiesz, że kiedyś był prokuratorem? Został przeniesiony, ale część jego akt jest utajniona i nie wiemy dlaczego.
Widziałem tego jej nowego szefa. Nie wygląda na przyjemnego. Lira doprowadziła się w miarę o porządku, ale zauważyłem, że nie zabrała ze sobą laptopa. To znaczy, że pracy w domu nie będzie?
-Ładnie pachnie. - pojęła, wchodząc do łazienki i sięgając po swoje cytrynowe mydło. - Gotowałeś?
-No jasne. - uśmiechnąłem się, opierając się o futrynę otwartych drzwi. - Przecież nie możesz mi wiecznie gotować. Ja też potrafię coś zrobić.
Lira uśmiechnęła się do mnie i wytarła ręce o papierowy ręcznik. Wyrzuciła go do kosza i zajrzała do pojemnika na bieliznę.
-Trochę się tego uzbierało. - stwierdziła. - W sobotę mam wolne, to zrobię Ci pranie.
-Nie wygłupiaj się nawet. - zaprotestowałem, kiedy ona bez słowa zaczęła nakrywać do stołu. - Sam sobie zrobię pranie. Za jakieś dwa tygodnie. A może...
Przerwałem, kiedy Lira nie zwróciła na mnie szczególnej uwagi. Wyglądała... swobodnie.
-Może zamieszkamy razem? - dokończyłem.
Lirę niemal zmroziło. Postawiła w ciszy jedną ze szklanek na sok i wyprostowała się przed krzesłem. Przez chwilę wyglądała jak ryba świeżo wyciągnięta z wody.
-U mnie? - zapytała z zaskoczeniem.
-U Ciebie, u mnie... - wzruszyłem ramionami. - Nie wiem, ale to miałoby sens. I tak praktycznie każdą noc spędzamy razem.
Lira nie odpowiedziała. Zastanowiła się przez chwilę i opadła na krzesło obok, nadal milcząc. Sprawiała wrażenie, jakby chciała odpowiedzieć od razu.
-Nie chcę zostawiać mieszkania po dziadku. - stwierdziła po chwili. - I jest tam znacznie więcej miejsca niż tutaj.
-Czyli do Ciebie. - uśmiechnąłem się, przewracając pulpety na patelni.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Związek Kendalla i Liry posuwa się o krok dalej. Cieszycie się, czy wszystko już Wam jedno? Poza tym dowiedzieliśmy się czegoś nowego.
A ja lecę pisać kolejny rozdział na nowy projekt. Przynajmniej mam nadzieję, że mi się uda.

Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach. Widzimy się za tydzień! Cześć!

środa, 8 marca 2017

36. Nieubłagany los

(Logan)
-Bierzecie to? - zapytałem Lirę i Jamesa, kiedy następnego dnia pokazałem im pogrążonego w śpiączce nastolatka. - Wiem, że to żenujące, ale nie mam innego wyjścia.
-Sam tak zaćpał? - zapytał James, odzywając się po raz pierwszy. - Bo jakoś nie wierzę, żeby jakikolwiek dzieciak doprowadził się do takiego stanu. Kiedy się obudzi?
Wiedziałem, że prędzej, czy później padnie to pytanie. Nie znałem na nie odpowiedzi. Odpowiedź, którą znałem wolałem się nie dzielić, ale jeśli to ma jakoś pomóc w wyeliminowaniu tego ćwoka, od którego miał te prochy, musiałem być z nimi szczery.
-Nie wiem, czy w ogóle się obudzi. - westchnąłem, odpowiadając zgodnie z prawdą. - Prawdopodobnie doszło do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu.
-Prawdopodobnie? - Lira uniosła brwi z zaskoczeniem. - Nie wiesz na pewno?
-Oczywiście, że nie wiem. - wzruszyłem ramionami, wtykając dłonie do kieszeni. - Kiedy go intubowałem, jeszcze jakoś oddychał. Miałem nadzieję, że to dobry znak.
-Ale? - zapytała Lira, opierając się o ramę dużego okna wewnętrznego.
-Teraz nie wiem. Nie mam pojęcia, ile toksyny pozostało w jego krwiobiegu po płukaniu żołądka, ale robimy wszystko, żeby oczyścić krew. - odpowiedziałem, zaglądając do karty, sprawdzając wyniki badań po raz kolejny, jakby miały się w międzyczasie zmienić, kiedy nie patrzyłem. - Przy niewiadomej dawce toksyny, nie wiem, na co mogę sobie pozwolić.
-Czekaj... - zaczął James po dłuższej chwili milczenia. - Mówiłeś, że była przy nim spora grupka dziwnych ludzi.
-Tak, jego znajomi, pewnie z imprezy. - cmoknąłem dość niechętnie. - Ale nie byli dość komunikatywni. Już nawet nie wspominając, że jeden z nich najzwyczajniej w świecie mnie zwyzywał. To co do mnie mówił nawet nie mam ochoty powtarzać.
Spojrzałem na Jamesa z wyczekiwaniem, ale on tylko ciężko westchnął i zwiesił spojrzenie, jakby potrzebował jeszcze chwili do namysłu.
-Dobra, wchodzę w to. - odpowiedział po dłuższej chwili.
-Lira? - spojrzałem na nią z wyczekiwaniem.
-Weszłabym, gdyby mój szef się zgodził. - odparła. - Normalnie nie zajmuję się takimi sprawami, ale też chętnie bym coś z tym zrobiła.
(Lira)
-W porządku. - Vipera pokiwał głową, kiedy opowiedziałam mu o całej sprawie. - W prawdzie, to robota dla detektywów, ale już wcześniej miałaś do czynienia z narkomanami.
-Tylko dwa razy. - zauważyłam.
-I to wystarczy. - odpowiedział. - Takiego postępowania lepiej nie dawać starym wyjadaczom, bo potraktują to zbyt... platonicznie. Ale ty... potrafisz dojść do prawdy.
Sebastian Vipera to mój nowy szef. Wszedł na to stanowisko, kiedy poprzedni musiał się przenieść do innego stanu. Nie wiedziałam dlaczego, ale nowy szybko postanowił poznać swoich nowych podwładnych. Zinfiltrował nasze teczki, wciąż korespondował na maila i co najdziwniejsze obserwował na Twitterze. Nie wiedziałam, co jeszcze robił, żeby się czegoś ode mnie dowiedzieć i szczerze mówiąc, nie chciałam wiedzieć.
-I co z tego? - wzruszyłam ramionami.
-To z tego, że mój poprzednik z pewnością nie dałby Ci zezwolenia do prowadzenia takiego postępowania. - wyjaśnił, otwierając jeden z folderów leżących na burku. - Ale ty masz zadatki na detektywa. Co nie ukrywam bardzo mi się podoba.
Dobra, jak zaraz powie, że minęłam się z powołaniem, to chyba go grzmotnę. Nie ważne, czy jest moim szefem i w ciągu kilku sekund jest w stanie wykopać mnie z roboty.
-Mimo wszystko postanowiłem Ci trochę pomóc. Nie wiem, czy to ma związek z tym konkretnym chłopakiem, ale uznałem, że Ci się spodoba. - oznajmił z szyderczym błyskiem w oku. - Dzięki Derekowi Hale'owi z narokotykowego udało mi się zdobyć te dokumenty. Może nie jest to wielka bomba, ale powinno wystarczyć. Przynajmniej na początek.
Spojrzałam na niego z szeroko otwartymi ustami. Nie miałem pojęcia, co ma na myśli, ani... co gorsza co ma do tego Derek Hale, brat Scotta. Mam na nich oko, ale... za dużo zbiegów okoliczności. Zdecydowanie zbyt dużo.
-Skąd pan wiedział, że będę chciała się tym zająć? - zapytałam, nie mogąc się powstrzymać. - Dopiero co z tym przyszłam. I dlaczego poszedł pan do Dereka Hale'a?
Vipera uśmiechnął się szeroko, jakby napawał się moim zaskoczeniem. Zagryzłam wargę, patrząc na jego podbródek, zaciskając szczękę.
-Myli się pani. - odparł, jakby stwierdzał oczywistość. - To on przyszedł do mnie. I wyraźnie poprosił, żeby to pani przekazać. Ten człowiek... sądzi, że ma wobec pani dług.
Co za bzdura. Jaki znowu dług. Wiem, że w pewnym sensie pomogłam przyskrzynić ich ojczyma, ale bądźmy szczerzy... To nie ma sensu. Zrobiłam co do mnie należało i żyjcie długo i szczęśliwie.
(Kendall)
Logan był jakiś przygaszony. Słyszałem o tym, co się stało i szczerze mu tego nie zazdrościłem. Widziałem różnice między ratowaniem kogoś w izbie przyjęć i byciem zostawionym samym sobie na środku ulicy. Niefajnie.
-Chcesz kawy? - zapytałem, starając się brzmieć najbardziej bezbarwnie, jak tylko potrafiłem.
-Nie. - odpowiedział monotonnym, bezuczuciowym głosem.
-A kakao? - uniosłem brwi, chcąc go na coś namówić.
-Dzięki. - powiedział, wyciągając ze stojaka pierwszą lepsza kartkę, nawet nie czytając nazwiska na nagłówku. Dobrze znałem tą odmianę Logana.
Tak wygląda „zawieszony Logan”. Pewnie większość z personelu uznaje, że wtedy się zapomina i przychodzi na kacu, ale bądźmy szczerzy. LOGAN NIGDY NIE PRZYSZEDŁ DO PRACY NA KACU! To jego święta zasada. Zabalować owszem, a jak nie zdoła wytrzeźwieć do rana daje sobie glukozę w żyłę. Z resztą... Logan dobrze wiedział, jaką ma granicę wytrzymałości. Już kiedyś mieliśmy w szpitalu lekarza alkoholika. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie popijał w pracy. Facet miał najwyższy współczynnik zgonów. Tak, jest coś takiego. W zeszłym roku się dowiedziałem.
Logan wstał i poszedł do jednego z parawanów. Nie wiedziałem, jaki to będzie miało wpływ na pacjentów, ale może przynajmniej będzie dla nich trochę uprzejmy. Albo przeciwnie. Zależy, kto się trafi. Oby nie narkoman, bo to nie byłoby w tej sytuacji zbyt odpowiednie dla otoczenia.
Spojrzałem na Jamesa, który wszedł do szpitala z grubą walizką na dokumenty.
-Lira u siebie? - zapytał, zamiast powitania.
-Nie, u szefa. - odpowiedziałem, sięgając po jeden z jednorazowych kubeczków.
-A Logan? - pytał dalej.
-Ma pacjenta. Co to w ogóle jest? - zapytałem, wskazując na czarną, skórzaną walizkę.
-Akta dzieciaków ze slamsów samobójców. - wyjaśnił, opierając się o blat. Wyjątkowo udana nazwa kamienicy. - Tylko tyle udało mi się wyciągnąć. Może Logan kogoś rozpozna.
-Chodzi o tego chłopaka w śpiączce? - zgadywałem, przypominając sobie, o czym mówiła mi Lira.
-Dokładnie. - pokiwał głową. - Powiesz Loganowi, że czekam na niego u Liry?
-Jasne. - Przytaknąłem.
(Lira)
-Więc brat Scotta twierdzi, że ma wobec Ciebie jakiś dług wdzięczności. - powiedział Matt, kiedy skończyłam opowiadać o spotkaniu u szefa. - Zwykle rodziny ofiar Ci nie dziękują. Z nim jest jakoś inaczej. W ogóle... to jest podejrzane. Jakby podsunęli Cie sprawę pod nos.
Jego stwierdzenie bardzo mnie zaskoczyło. Spojrzałam na niego, marszcząc brwi i siadając prościej na kanapie. Matt coś podejrzewa? Dziwne. Zwykle mieliśmy go za najbardziej naiwnego kuratora pod słońcem. Wiecie... zawsze wierzy w ludzi, jest milutki i łatwo go nabrać.
-Co masz na myśli? - zmarszczyłam brwi.
-Kiedy Logan chodzi przez slamsy samobójców? - odpowiedział pytaniem na pytanie, odsuwając swoje okulary na czubek głowy.
-Kiedy skończy mu się ważność prawa jazdy. - odpowiedziałam automatycznie. - Mówi, że chodzenie pieszo przez taką ponurą okolicę motywuje go do szybkiego zapisania się na egzamin.
-Właśnie. - pokiwał głową. - A jak często przywożą tutaj kogoś stamtąd? Sprawdziłem. Dwie osoby w zeszłym roku. Reszta jeździ do Świętego Miłosierdzia.
-Brzmi, jakby to było specjalnie. - wzruszyłam ramionami. - Ale... Logan był świadkiem. Może dlatego przywieźli go właśnie do nas.
-Może. - wzruszył ramionami, wiąż nie spuszczając z tonu głoszenia teorii spiskowej. - A może to wszystko było zaplanowane? Może to wszystko wymyślił pan Żmija*?
-I ruzykowałby życiem chłopaka? - uniosłam brwi. - Sorry, Matt, ale to zbyt naciągane.
-Naciągane czy nie, ale muszę sprawdzić co to za jeden. - wzruszył ramionami. - Zobaczymy, czy coś się pokryje.
-Może. - powtórzyłam. - Ale ja Ci w tym nie pomogę. Mam za dużo spraw do zakończenia. No i... Muszę się z tym przespać.


*Pan Żmija – Czyli Sebastian Vipera. Viper to po łacinie żmija. Taka głupia gra słów. Tutaj będzie dość często stosowana.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Krótkawo, ale ta notka jest natchniona. A ponieważ skończył mi się czas, a po dniu nie lubię kończyć notek... Jutro biorę się za następną. I to następnego projektu! Mam już dziesięć rozdziałów na 25! Będzie krótko, wiem.
A co Wy o tym wszystkim myślicie? Ta sprawa to przypadek, czy jakaś dobrze dopracowana intryga? I jak Wam się podoba Sebastian Vipera? Czego się spodziewacie po nowym szefie Liry? Gorszy od poprzedniego już chyba być nie może.
Dobra, jestem wykończona! Mam masę nauki. Jestem w trakcie wypróbowywania Libre Office. Zainstalowałam, bo jest więcej wzorów na tło do prezentacji. Na razie jest dziwnie.
A jak Wam się podoba ta notka? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach! Tęskniliście za mną? Za notkami, za komentarzami... teraz już wszystko nadrobiłam, ale za to mam z tym baardzo dużo roboty. Nie cierpię mieć zaległości.

Trzymajcie się! Cześć!  

piątek, 3 marca 2017

Już po nieplanowanym zawieszeniu...

Cześć!
Wiem, nie było mnie dwa miesiące. Nie miałam komputera. Był zepsuty, zalegał w serwisie. Tęskniliście za moimi notkami i komentarzami, czy nie bardzo?
Słyszeliście takie powiedzenie, że doceniamy coś, dopiero jak to stracimy? Tak było i z moim komputerem. Nie mam internetu w telefonie, więc cały ten czas byłam odcięta od czytania waszych blogów, pisania i seriali, które oglądam na chomiku. Na razie jestem w trakcie ogarniania „Bibliotekarzy”, potem na pierwszy ogień idzie „Shadowhunters” i „Supergirl”. Teen Wolfa już obejrzałam. Siedziałam cały wieczór, położyłam się dopiero po północy.
Teraz Wasze blogi już są nadrobione, ale żeby było sprawiedliwie, nie opublikowałam komentarzy od razu. Wciąż są w pliku na moim komputerze. Kiedy opublikuję notkę, wejdę jeszcze raz na Wasze notki i wstawię wszystkie komentarze. Najwięcej ominęło mnie przy Lisie, więc będzie miała co czytać. Obyś miała wyłączony dźwięk powiadomienia o mailach w komórce, bo zaraz będziesz miała miniaturową lawinę. O ile już nie miałaś.
Jeśli w tej kwestii jeszcze coś mnie ominęło, a tego nie zauważyłam, dajcie znać.
Moje notki wracają normalnie. Widzimy się już w środę. Jak zawsze. Całe szczęście, że mam na chomiku kopie notek. Tylko muszę ją jeszcze raz sprawdzić.
Poza tym wróciłam do tworzenia nowego projektu. Idzie mi to kiepsko, ale za to wymyśliłam nową postać. Jak do tego doszło, ani kto to jest na razie Wam nie powiem. Jest na to zdecydowanie za wcześnie.

No i to by było na tyle. Zobaczymy się w środę. Cześć!