środa, 4 stycznia 2017

35. Klub książki

Uwaga! - Bluzganie w drugiej połowie notki.
(Kendall)
Od kilku dni Lira zachowywała się trochę dziwnie. Nie wiedziałem, czy to ma związek z jej niedziałającym internetem, przez co jej praca w domu była znacznie ograniczona, czy po prostu tak już było. Tak, od kilku dni nawalał dostawca internetu. Dosłownie cała klientela firmy „Thor.NET” była zmuszona do czasowego posilania się internetem tylko w telefonach. Między innymi Lira, ja, James i Carlos. Logan wciąż korzysta z sieci WiFi od sąsiadów. Trochę jak Penny w „Teorii Wielkiego Podrywu”, która w ten sposób unika płacenia rachunków. Dno, ale obiecali darmowy tydzień bez limitu, kiedy już wszystko naprawią.
Jednak te kilka dni bez internetu miały swoje dobre strony. Pierwszym było bez wątpienia wstąpienie Liry do tutejszego klubu książki. Liczył on dokładnie sześciu członków. Po prostu kilkoro pracowników szpitala umawiało się na przeczytanie jakiejś tam książki, a potem spotykali się, żeby o niej podyskutować. Każdy nowo przybyły wybierał jedną książkę. Nie wiem, co wymyśliła Lira, ale teraz czytała „Dumę i uprzedzenie”, co było na tyle dziwaczne, że nauczyłem się zasypiać przy zapalonym świetle.
-W porządku? - zapytałem, kiedy nagle odłożyła książkę na stolik przy łóżku.
-Zmęczyły mi się oczy. - odpowiedziała. - Nie mam już siły.
Uśmiechnąłem się pod nosem i pokręciłem głową. Oboje nie mieliśmy ochoty na seks. Ka wróciłem ze szpitala po trzy dobowej zmianie i chyba nie ma sensu dodawać, że jestem już przemęczony. Kiedy przeczytałem już wszystkie streszczenia powtórek „Gotowych na wszystko” w magazynie telewizyjnym, odrzuciłem gazetkę na podłogę. Miałem ochotę tylko leżeć i czekać aż zasnę. Na razie byłem w połowie drogi. Najdziwniejsze było to, że im dłużej pracowałem, tym coraz trudniej było mi zasnąć. Z kolei Lira wróciła do domu wściekła jak osa i natychmiast wzięła się za czytanie tego głupiego romansidła. Nie wiedziałem, czy jest głupi. Nie czytam książek Jane Austin.
-Przynieść Ci kakao? - zapytała nagle, nawet nie poruszając się na łóżku. - Kupiłam Ci zapas.
-Nie, dzięki. - pokręciłem głową, opierając się o jej ramię. - To i tak nic nie da.
-Na pewno? - wymamrotała. - I tak zaraz będę wstawała do łazienki.
(Carlos)
-Kto to jest? - zapytała Aina, wskazując na zdjęcie Leona w albumie ze szpitala. - Uroczy.
-To kuzyn Liry. - wyjaśniłem. - O co Ci chodzi, co? - zapytałem, nie mogąc już znieść tego całego napięcia przedmiesiączkowego, co u niej objawiało się w wyjątkowo specyficzny sposób. Czasami miałem ochotę zamknąć ją na te kilka dni na oddziale psychiatrycznym, bo wygadywała i robiła takie głupoty, którymi nie powstydziłby się żaden reżyser komediowy.
-A ma może dziewczynę? - zadała kolejne pytanie, doprowadzając mnie tym do szewskiej pasji.
-Nie wiem, czy ma dziewczynę. - wycedziłem przez zaciśnięte zęby, już trochę zdenerwowany. - Z resztą... co Cię to obchodzi? I tak nie możesz iść z nim do łóżka, choćbyś bardzo chciała. On zna Logana, a jemu zaproponowałaś to wczoraj.
Aina zacisnęła szczękę i podpierając się na jednym z obszernych stołków barowych w kuchni. Wyglądała na równie wkurzoną jak ja.
-Carlos, ile razy Cię prosiłam, żebyś nie wtrącał się w moje sprawy? - niemal wykrzyczała z wyraźnym wyrzutem. - To, że o coś Cię pytam, nie znaczy, że od razu ma Ci się włączyć kompleks tatusia. Jestem już dorosła. Poradzę sobie.
-Jeśli to wygadywanie głupot, to co mam powiedzieć, o tych dziwnych obrazkach, które nosisz w teczce? To już jest naprawdę chore.
-To obrazki to „Test plam”. - wyjaśniłem, wywracając oczami. - Ile razy mam Ci to powtarzać?
-Nie wiem, ale moim zdaniem to badanie jest po prostu głupie. - odpowiedziała, wzruszając ramionami. - Wymyśliłbyś coś lepszego.
Nie odpowiedziałam na ten przytyk. Wiem, że Aina ma dość specyficzne zdanie na różne tematy.
(Logan)
Miasto o piątej rano nie było jeszcze całkiem rozbudzone. Zaledwie garstka ludzi kroczyła ulicami, rozglądając się po wciąż jeszcze nieoświetlonych witrynach sklepowych. Lubiłem wracać o tej porze do domu. Wiedziałem, że moje słodkie lenistwo nie potrwa długo, bo o pierwszej mam być u Ellie, żeby pomóc Alexie przenieść rzeczy do nowego mieszkania. Tak, już kupiła nowe. Nie za bardzo jej się uśmiechała kanapa w kuchni u Ellie.
Doszedłem może do trzeciej ulicy od swojego domu, kiedy zauważyłem coś dziwnego. Spora grupka ludzi tłoczyła się w ciasnym kręgu. Z tego, co słyszałem wcześniej, taka scenka nie wróżyła za dobrze.
Przyśpieszyłem kroku, żeby jak najszybciej sprawdzić, czy coś się dzieje. Niestety. Działo się.
-Co tu się stało? - zawołałem, niemal żądając odpowiedzi.
-A co Cię to, kurwa obchodzi, frajerze? - wykrzyczał jeden z kolesi w podartej koszulce. - Jak glina, to spierdalaj, ale już! Głuchy jesteś?
Zacisnąłem zęby, przepychając się do ceterum tego zbiegowiska.
W środku kręgu leżał młody chłopak. Mógł mieć nie więcej niż dwadzieścia lat. Otworzyłem szeroko usta, widząc, że z jego ust już zaczęły toczyć się wymiociny. Upadłem na kolana tuż obok niego, sprawdzając czy oddycha. Poczułem i usłyszałem wyjątkowo śmierdzące świsty. Nigdy wcześniej nie poczułem na to aż takiej ulgi. Dobrze, że przynajmniej nie będę musiał robić gościowi sztucznego oddychania.
-Co ty, ciulu odpierdalasz? - usłyszałem za plecami głos tego samego kolesia.
-Lepiej wezwijcie karetkę! - zawołałem, obracając go na bok, żeby się nie zakrztusił.
Kiedy nikt się nie poruszył, warknąłem jak pies, wyciągając z kieszeni swoja komórkę. Po raz pierwszy ucieszyłem się, widząc numer do pracy na samym początku wybieranych numerów.
-Alexa, tu Logan. Przyślij karetkę! - zawołałem, z ulgą słysząc jej głos, rozglądając się po ulicy. - Jestem na zachodnim obrzeżu handlowej części miasta. Mam chłopaka. Chyba przedawkował.
-Jak zaczynają się slamsy samobójców? - zapytała, ostro pukając w klawisze.
-Trochę wcześniej, kilka metrów od „Hejemu”* . - wyjaśniłem, patrząc na jedną z witryn sklepu.
-Już wysyłam ambulans. - odpowiedziała zwyczajna formułką. - Chyba nie muszę Cię instruować, prawda? - zachichotała.
-Nie, ale się pośpieszcie. - pokręciłem głową.
Dopiero kiedy wsunąłem komórkę z powrotem do kieszeni zdałem sobie sprawę z tego, co właśnie się wydarzyło. Kurcze, Alexa nie żartowała z tym dorabianiem w dyspozytorni.
(James)
-To już chyba wszystko. - odpowiedziała Mary, podając mi szarą teczkę. - Chcesz to jeszcze pomogę Ci to uporządkować w foldery.
-Nie trzeba, poradzę sobie. - pokręciłem głową.
Siedzieliśmy na podłodze w największym pokoju mojego mieszkania. Wokół nas były porozrzucane sądowe dokumenty z ostatnich kilkunastu spraw, którymi zajmowałem się dla szpitala. Trochę tego było.
-Po co to właściwie robisz? - zapytała w końcu, wstają, żeby nalać sobie trochę soku z dzbanka na stoliku do kawy. - Myślałam, że zaczynasz od zera.
-Bo zaczynam. - odpowiedziałem, osuwając zszywki z jednej z kupek. - Bo zaczynam, ale w tych sprawach już działałem praktycznie sam jako prawnik. Wiesz, to są te sprawy, z którymi mój szef... a właściwie już były szef nie chciał mieć nic wspólnego.
Mary zamarła, chociaż na początku nie zwróciłem na to uwagi. Zamrugała, kręcąc głową.
-To przeze mnie. - powiedziała cicho, zakładając sobie kosmyk włosów za ucho. - Gdybym Cię o to nie prosiła, nadal miałbyś tą pracę.
-Mary, daj spokój... - westchnąłem. - Stało się. W sumie... może nawet to lepiej. Gdybym tak się w to nie angażował, pewnie nawet nie pomyślałbym o stworzeniu fundacji.
-Może i tak. - wzruszyła ramionami. - Ale przynajmniej miałbyś pracę. I to dobrze płatną...
-A dzięki tej pracy mam tak duże oszczędności, że mogę z nich przeżyć spokojnie dwa lata. I to po odliczeniu kosztów za kupno lokalu i opłaty na pół roku. - dokończyłem, widząc, że wygląda, jakby miała wyrzuty sumienia. - Poza tym jest jeszcze nieruszany od lat spadek po ojcu. Pięć lokat na wiesz jakie kwoty każda. Nie masz czym się przejmować.
-Byłam pewna, że zbierasz na nowe mieszkanie. - wzruszyła ramionami. - W tym mieszkał jeszcze Twój ojciec. Byłam pewna, że...
-Że mam go dość? - wpadłem jej w słowo. - Może kiedyś tak było, ale teraz widzę, że nie mógłbym mieszkać nigdzie indziej. Z resztą... fakt, że jestem właścicielem jakiegoś mieszkania i tak jest w tym mieście abstrakcyjne.
-Wiem, że większość ludzi woli zarabiać na wynajmie mieszkań. - uśmiechnęła się blado. - Dziwne, że Ty tego nie robisz.
Po jej słowach poczułem, jak pieką mnie uszy. Prawdę mówiąc... robię. Wynajmuję trzy pozostałe mieszkania, które są po ojcu. Ale zacznijmy od początku. Mój ojciec, Henry Maslow był znanym na cały stan biznesmenem. Miał jedną ogromną korporację, która w chwili jego śmierci liczyła dwieście osiemdziesiąt trzy firmy. O tym Mary wie. Wie też o zamknięciu firmy „Kodak”, którą mój ojciec uznał za zbyt mało zarabiającą, a sprzęt, który produkowała tak dobry, że ludzie będą się bić o ostatnie sztuki. Poza tym jeden z magazynów wciąż jest cyklicznie opłacany, do którego nie mogę się dostać, bo dopiero za kilkanaście lat towar ma trafić na aukcję. Ta... ciekawe, kto się skusi na aparat fotograficzny firmy, która już od dawna nie istnieje.


* Oczywiście chodzi o „H&M”, chyba się pokapowaliście. Inspirowane Świąteczną reklamą z Katy Perry, która wciąż jest w moim telefonie. Pełna wersja! Ma ze dwie minuty. Z niewiadomych przyczyn poprawia mi humor. Wiem, jestem dziwna.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I to by było na tyle. Bądźcie okrutni. Jak źle wyszło?

Dobra, chyba ujdzie... Sprawdziłam błędy, przeczytałam część Lisy (niedługo pojawi się w polecanych) i teraz idę do książki. Czytam „Topową Dychę”. Po jednej kategorii dziennie. Za tydzień będzie po wszystkim. Jeśli ktoś z Was będzie miał zły dzień, polecam sięgnąć, bo pomaga oderwać myśli.
Uwaga, spoiler: Logan się przejmie, ale nic już więcej nie mówię.
Za to muszę wam odpowiedzieć na komentarze. Jedna odpowiedź na wszystkie, bo nieźle się uśmiałam z Waszego toku myślenia. Lira nie podrywała Jamesa! Ona tylko udawała, że ma dobry humor. Dziwne zachowanie, owszem, ale nic więcej. Kendall jest bezpieczny. I tak, już jest po powrocie z Buenos.

Mam nadzieję, że notka się Wam spodobała i liczę, że dacie mi znać w komentarzach. Da radę powtórzyć piątkę sprzed tygodnia (właśnie, dzięki, jesteście wielcy). Trzymajcie się. Cześć!