środa, 18 października 2017

68. Zamknięte oczy

(Kendall)
Przez ostatnie kilkanaście godzin na zmianę siedzieliśmy przy Jamesie, czekając na jakąkolwiek poprawę. W ten sposób wykorzystaliśmy cały czas wolny, oryginalnie przeznaczony na spanie. W sumie nie było tak źle. Czekaliśmy na jakąkolwiek poprawę i mam zamiar to powtarzać do skutku.
W końcu zapikał mój peger i musiałem zejść na dół. Czyli klasyka. Zastanawiałem się, co jeszcze może się stać.
-Wszystko w porządku? - zapytał Adam, podając mi jedną z podkładek. - Wyniki badań pacjenta spod ósemki. Doktor Adams się odzywała?
-Nie. - pokręciłem głową. - Jeszcze kilka godzin i policja rozpocznie poszukiwania.
-Chodzi o Adams? - oznajmiła Alexa, przechodząc obok nas. - Ona jest... nieustraszona.
-Niby tak, ale... każdy ma swoje granice. - stwierdziłem, odkładając przejrzane wyniki na bok. - Wiesz jak to jest. To może być ciężki orzech do zgryzienia. Nawet dla niej.
-Wiem. - pokiwała głową. - Ale mam nadzieję... że znowu po prostu pojechała do Minnesoty i wysłała podanie o urlop pocztą.
-Tak, zdarzyło się to wcześniej raptem tylko dwa razy. - wzruszyłem ramionami, ale tak naprawdę miałem nadzieję, że tym razem też tak zrobiła.
-Albo pięć razy. - dodała Alexa, zmieniając chłopakowi kroplówkę. - Normalka.
Adam zrobił zaskoczoną minę i przeszedł do drugiej części pokoju. Alexa patrzyła na niego przez chwilę, a potem podeszła do mnie bliżej.
-Jak James? - zapytała półgłosem.
-Bez zmian. - odpowiedziałem. - Szykują go do drugiej laparotomii. Wiesz, przy tak rozległych ranach postrzałowych to rutyna, żeby sprawdzić, czy nie ma nigdzie pozostałości po pociskach.
-Osiem kul... - powiedziała cicho, kręcąc głową. - Niewiarygodne, że zdołał to przeżyć.
-Dzięki Bogu szybko przywieźli go do nas. - powiedziałem równie cicho. - Nie wiem, co mogłoby się stać, gdyby z tego nie wyszedł.
Trudno było mi to przyznać. Bałem się. Po raz kolejny mimowolnie odłożyłem profesjonalizm do szuflady i puściły mi nerwy.
-Wszystko będzie dobrze. - zapewniła mnie po dłuższej chwili. - James się wyliże, a Adams... sam wiesz, jakie już wywijała numery. Pewnie nawet nie wie, że James jest ranny.
-Alexa, ona z nim sypia. - przypomniałem jej, kiedy wrzucała odpadki do kosza. - Na prawdę myślisz, że ona by się tym przejęła? Kiedy wyjeżdża, odcina się od całego świata.
-I pewnie to nawet do niej nie dotarło. - pokręciła głową. - Wiesz co...
-Nie, już nic nie mów... - zaprzeczyłem. - Wiesz co, ostatnio mieliśmy tu taki młyn, że nie wiedziałem za co się złapać.
-A teraz trafił się James...
(Lira)
Wróciłam do szpitala kilka dni później. Może i trafiałam tam bez przerwy i nawet tego nie zauważałam. Zamrugałam, siadając na jednym z obskurnych krzeseł w izbie przyjęć.
-Co Ty tu robisz? - usłyszałam obok siebie głos Carlosa. - Nie poszłaś na górę.
Usiadł obok mnie i pociągnął nosem. Wiem, że ostatnio załatwiał wszystko za Jamesa. To był taki mały jednostronny układ, jak sam to nazywał.
-Co ze sprawami? - zapytałam w końcu.
-Nic. - wzruszył ramionami. - Przekazałem go innym prawnikom. Nie mam pojęcia, jak zdołałem ich namówić do pracy za darmo.
-Ale się udało. - wzruszyłam ramionami. - Wiesz co, nigdy nie przypuszczałam, że Jamesowi może się coś stać. Każdemu, ale nie jemu.
-Wiem. - pokiwał głową. - Zawsze wydawał się niezniszczalny. Przyzwyczailiśmy się do tej myśli, ale jak widać, niepotrzebnie. Ostatnio, kiedy z nim rozmawiałem, rozważał zatrudnienie kilku osób na pełen etat. W końcu udało mu się znaleźć sponsora.
-Mówił mi. - oznajmiłam, wstając z krzesła i ustępując miejsca starszej pani. - Wiesz, co? Może ja po prostu odejdę? Wiem, że...
-Nie, Lira... - przerwał mi, stając naprzeciwko mnie. - Dobrze zdaję sobie sprawę z tego, co teraz musisz przeżywać.
Nie miał nawet pojęcia. Może nie jestem przyjaciółką Jamesa numer jeden, ale... nie zdążyłam nawet dokończyć myśli. Do izby przyjęć weszła Adams. Umorusana w błocie, w podartym ubraniu... zupełnie nie przypominała tej groźnej pani doktor, którą tak wszyscy znamy.
-Pani doktor? - zawołałam, a Carlos spojrzał w tym samym kierunku.
-O Boże... - westchnął. - Wie pani, co się działo?
Podeszliśmy do niej obydwoje i z obu stron pomogliśmy jej dojść do jednego z parawanów. Kiedy usiadła, chwyciła wacik do maczania w spirytusie i jedno z małych lusterek.
-Wiem więcej, niż możecie sobie wyobrazić. - przerwała mu, nie przerywając obmywania swoich własnych ran. - Kiedy jeden strzelał do Maslowa, drugi mnie uprowadził. Ledwo im uciekłam. Lepiej dajcie znać policji.
-Zadzwonię. - oznajmił Carlos, idąc w stronę blatu pielęgniarek. - Proszę chwileczkę poczekać.
Pokiwałam głową obserwując go z oddali. Sięgnął po bezprzewodowy telefon i wybrał numer. Wciągnęłam powietrze nosem, jednocześnie zasysając do gardła nagromadzone gile.
-Co z Maslowem? - zapytała po dłuższej chwili.
-Jego stan jest ciężki. - oznajmiłam. - Nie wiem, co mogę pani powiedzieć. Kendall i Logan wciąż nad nim czuwają. Poproszę ich, żeby z panią porozmawiali. Proszę tu poczekać.
-Idź. - oznajmiła, siadając wygodnie na łóżku. - I poproś którąś z pielęgniarek, żeby załatwiła dodatkową pościel.
Uniosłam brwi, zabierając swoją teczkę i wsiadając do windy. Zastanawiałam się co robić. Tak po prostu to olać, czy wręcz przeciwnie. Brnąć w to i powtórzyć wszystko tak jak mówiła Adams, czy... poczekać, aż sama to powie.
Wysiadłam na chirurgii i przeszłam przez szeroki, obstawiony wózkami korytarz. W końcu zauważyłam Kendalla. Pomachałam do niego, zwracając tym na siebie jego uwagę.
Kendall natychmiast przekazał Ellie podkładkę z kartą pacjenta.
-Hej. - powiedział, całując mnie w policzek. - Coś nowego?
-Adams tu jest. - powiedziałam cicho. - Przyszła cała poobijana. Kazała mi pójść po Ciebie, albo Logana.
-Logan odsypia. - powiedział natychmiast, wracając ze mną do windy i czekając aż wróci. - Lepiej go teraz nie budzić. Miał wyjątkowo ciężką noc.
-Jak my wszyscy. - dodałam, opierając się o błyszczącą ścianę pokrytą przyciemnianym lustrem.
-Mówiłaś, że jest poobijana. - przypomniał sobie. - Co jej się stało?
-Mówiła, że ktoś ją uprowadził. Dziwne, że nikt tego nie zauważył. - mruknęłam, stukając palcami po mocnym kartonowym segregatorze.
Nic już nie powiedziałam, zaczynając wpatrywać się w sufit. Płyta kontrolna miała tyko jedno odsuwane przejście.
-To jak? - zapytał, kiedy nie odezwałam się przed dłuższą chwilę. - Idziemy?
-Idziemy. - pokiwałam głową.
(Logan)
-Przepraszam... - usłyszałem głos ze swojej lewej strony. - Szukam doktora Hendersona.
Obróciłem się, widząc naprzeciwko siebie blondynkę trzymająca w rękach szary, kartonowy skoroszyt. Schowałem za siebie kartę z wynikami badań innego pacjenta i spojrzałem na nią wyczekująco.
-Tak? - zapytałem, chcąc ją jakoś ponaglić.
-Nazywam się Olivia Tale. - oznajmiła. - Uczę się w liceum, ale uczęszczam na kurs medyczny...
-Kurs medyczny? - uniosłem brwi, spoglądając na nią z zaskoczeniem.
-Takie pierwsze sito przed studiami medycznymi. - wyjaśniła, wyrozumiale nie puszczając fasonu. - To wymóg koledżu, który wybrałam. Zanim się do nich zgłoszę, muszę mieć odrobione czterdzieści osiem godzin prac społecznych.
Nagle coś zaczęło mi świtać. Tale? Olivia Tale. Dobra, wiedziałem, że ma się do mnie zgłosić jakaś wolontariuszka, ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak młoda.
-Chwila... Olivia Tale? - powtórzyłem jej nazwisko, a ona pokiwała głową. - To Ty nie jesteś studentką? Słyszałem, ze masz do się zgłosić, ale sądziłem, ze będziesz trochę starsza.
-Chodzi o sprawdzenie, czy sobie poradzę z pacjentami. - zawołała za mną, kiedy zacząłem iść do jednego z pokoi. - Jeśli nie, będę musiała napisać podanie od nowa.
-Od nowa? - zmarszczyłem brwi, patrząc na nią ze zdziwieniem.
-Ze skierowaniem na pracę badawczą. - odpowiedziała. - Byłam już w laboratorium. Mam pełną opinię.
-Dobrze, już rozumiem. - pokiwałem głową. - A czy mogłabyś mi donieść swoją kartę ocen?
-A to koniecznie? - zapytała zaskoczona.
-Nie, ale dzięki temu wiedziałbym, na jakim jesteś poziomie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Pisząc ostatnią scenę, oglądałam „Liv i Maddie”. Usłyszałam, jak pani Roonie mówi do Liv „Olivia” i tak jakoś wyszło. Cała historia.
I tak, wiem, że tak oficjalnie jest osiem pocisków, ale Adams trochę zmniejszyła tę liczbę, żeby go za bardzo nie straszyć. Ale to chyba za tydzień... Dobra, nie ważne.
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!



środa, 11 października 2017

67. Statystyka

(Kendall)
-Jak z nim? - zapytałem Logana, wracając do pokoju.
-Kiepsko. - okręcił głową, pokazując mi jeden z ostatnich zapisów EKG. - Przynajmniej praca serca jest w normie. Wciąż chcą go trzymać w śpiączce farmakologicznej. Nie wiemy jak długo to potrwa. Mózg nie ucierpiał, ale obrażenia wewnętrzne wciąż są bardzo ciężkie.
-Co planujesz? - zapytałem, kiwając na niego głową.
-Ja nic. - pokręcił głową. - Derek i Leon szukają Adams. Nie wiem, co mogę więcej zrobić. Szefowej nie ma, więc możemy sobie na trochę odpuścić.
-Tylko Ty potrafisz wykorzystać krytyczną sytuację. - westchnąłem siadając na jednym z krzeseł w sali Jamesa. - Wiesz coś nowego?
-Niewiele. - odpowiedział, siadając naprzeciwko mnie. - Po prostu zastanawiałem się, czego mogą próbować. Wiesz ile jest nieprzetestowanych, ale za to obiecujących terapii.
-Nawet w takim przypadku? - uniosłem brwi, patrząc na niego przenikliwie. - Przejrzałem dokumentację w archiwum, większość z takich obrażeń kończy się zgonem.
Logan popatrzył na mnie z nieukrywaną urazą. Cieszyłem się, że on widzi jakąś szansę dla Jamesa, chociaż głośno o tym nie mówił.
-Stary, ile razy Cie prosiłem, żebyś nie czytał archiwów? - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Szczególnie w takich sytuacjach. Niepotrzebnie się nakręcasz. Poza tym, wiesz jak to już z nami jest. Jak Ty zaczynasz panikować, to ja też zaczynem panikować. Z tą różnicą, że jeszcze gorzej.
Wywróciłem oczami.
No dobra, Logan często panikował razem ze mną i nawet czasami trochę przesadzał, ale on przynajmniej próbował myśleć pozytywnie, zamiast szukać logicznych alternatyw na przyszłość.
-Pojedziesz do jego mieszkania? - poprosił po dłuższej chwili, odzyskując normalny ton. - Tylko Ty wiesz, gdzie trzyma kartę zdrowia.
-Ja? - uniósł brwi, spoglądając na mnie ze zdziwieniem. - Dobra, zaraz po pracy.
(Lira)
James został postrzelony, Adams przepadła. Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Przyjmowałam do wiadomości, ale nie wierzyłam. Zastanawiałam się nawet, co zrobić. Co, jeśli nie obudzi się na czas i chłopaki będą musieli zacząć za niego decydować. Tylko Ci dwaj są upoważnieni. Nie do ogarnięcia, prawda? To zupełnie jak z tym nagraniem z Aniołem Stróżem, który od pewnego czasu krąży po sieci. Wygląda na niesfabrykowane, więc jeśli jest prawdziwe... to znaczy, że cuda się zdarzają.
Pociągnęłam nosem, wysiadając z windy. Za chwilę wyjdę na dwór i spotkam Carlosa idącego w stronę szpitala. Minę go, ale on mnie zawoła, żeby zapytać, jak się czuje James. Powiem, że nic nie wiem, a potem wsiądę do samochodu. Odczekam chwilę, żeby ochłonąć. Pojadę do sądu i powiem Viperze, że nie mam zamiaru odwalać za niego roboty w takiej chwili.
Przeszłam przez hol nie podnosząc głowy. To już czas. Wczoraj też to tak wyglądało. Z tą różnicą, że nie byłam u Vipery.
Idzie Carlos. Czas się przygotować.
-Hej, Lira, zaczekaj! - zawołał za mną, kiedy byłam już prawie przy samochodzie. - Coś nowego w sprawie Jamesa?
Patrzył na mnie... nie przygotowywałam się na to spojrzenie. Miałam wrażenie, że mięknę w jednej chwili. Jak w sekundę tracę całe pokłady panowania nad swoimi emocjami.
-Nie. - pokręciłam głową. - Nie informują mnie o jego stanie. Musisz zapytać o to Kendalla albo Logana. Przepraszam, teraz muszę jechać.
-Jasne. - mruknął, obracając się w stronę szpitala. - To do zobaczenia. Zadzwonię, jak dowiem się czegoś... konkretnego.
W odpowiedzi skinęłam głową, widząc jak oddala się w stronę głównego wejścia do szpitala. Wsiadłam do samochodu, po drodze wyciągając kluczyki z kieszeni bluzy.
Mówiłam.
Poczułam nagłą ochotę, żeby wrzasnąć z całej siły. Miałam ochotę się rozpłakać, uderzyć dłońmi o kierownicę... nie wiem, cokolwiek.
Z trudem się ogarnęłam i odpaliłam silnik, jadąc opustoszałymi ulicami miasta. Do sądu było dość daleko. Miałam czas, żeby się trochę uspokoić i przeanalizować sobie, co takiego powiem temu nadętemu bubkowi. Mam po prostu wejść rzucić mu teczkę i wyjść? Może... jednak nie wydawał mi się to najlepszy pomysł, szczególnie, że mógł ze mną robić co chciał.
W końcu zaparkowałam przed główną siedzibą sądu i prokuratury w mieście. Nie było to ze sobą połączone, ale kilku budowniczych zgodnie stwierdziło, że to praktyczne i w ten sposób oba te miejsca są wybudowane razem, a nie jako dwa oddzielne budynki. Ponadto to pozwoliło zaoszczędzić trochę miejsca na działce, ale to już inna sprawa.
Zaparkowałam, zabierając ze sobą teczkę z przygotowanymi dokumentami. Umieściłam ją sobie pod pacha na tyle solidnie, żeby mi się nie wymknęła i weszłam do środka, jedną ręką podtrzymując drzwi, a drugą obejmując stos makulatury, który miałam w rękach.
-Kiepska pogoda, co? - zawołał za mną Sasha, idąc w przeciwnym kierunku.
-Tak, okropna! - odkrzyknęłam.
Sasha Robertow to Rosjanin. Przyjechał na wymianę i po żmudnych bitwach z urzędem imigracyjnym w końcu zapuścił korzenie. Teraz był nawet niezły w tej robocie. Jest bardzo miły, a na akcent lecą dziewczyny z księgowości. Nawet nie wiem co w tym takiego porywającego. Ale one nie znały sekretu. Bo Sasha jest gejem. Schludny przystojniak, z olśniewającym uśmiechem, w dodatku europejczyk, który ani trochę nie tęskni za domem. Ta... albo cud, albo gej. W tym przypadku gej.
Weszłam do gabinetu Vipery i rzuciłam mu teczkę na biurko.
-Szybko się pani uwinęła. - podsumował, sięgając po kolejne papiery, ale uniosłam dłoń, żeby go powstrzymać.
-Nie! - zawołałam, odsuwając się o krok. - Nie mogę więcej ogarniać archiwów. Mam jedną sprawę do rozwiązania. Nie mam czasu, żeby się tym zająć.
-A kto się tym zajmie? - zapytał, unosząc brwi.
-Może jakiś praktykant? - wzruszyłam ramionami. - Nie mogę się tym zajmować. Mam zdecydowanie zbyt wysokie kwalifikacje.
Vipera wstał z krzesła, czym bardzo mnie zaskoczył. Cofałam się tak długo, aż w końcu przyszpilił mnie do ściany. Rozejrzałam się szukając drogi ucieczki, ale zamiast tego, on podszedł do mnie zbyt blisko. Mogłam poczuć jego oddech pachnący owocowymi dropsami. Chyba już nigdy ich nie tknę. Vipera wsunął dłoń pod moje udo i położył mi rękę na tyłku. Odruchowo podniosłam rękę i kopnęłam go z całej siły w krocze.
-Ty suko! - jęknął, trzymając się w bolące miejsce.
-Zwariował pan?- krzyknęłam zduszonym głosem. - Złożę skargę do przełożonego!
-Nie ośmielisz się. - powiedział, wciąż jęcząc z bólu, ale wyczuwałam dziwną pewność siebie w jego głosie. - Znasz statystki. I jeszcze jedno... Nie masz dowodów.
Miał rację. Nie miałam.
(Carlos)
-Coś nowego? - zawołałem, zaglądając do Kendalla i Logana.
-Nic. - Logan pokręcił głową, odkładając segregator na miejsce. - Powoli zaczyna mi się udzielać paranoja Kendalla. W sumie dobrze, że wyszedł.
Odruchowo rozejrzałem się po pokoju i zdałem sobie sprawę, że Kendalla naprawdę tu nie ma. No, może to i lepiej. Nie powinien tego usłyszeć.
-Czytasz archiwa? - uniosłem brwi, widząc, co przeglądał.
-Próbuję wybadać co poszło nie tak. Jakie wcześniej popełniano błędy i tym razem zaproponować lepsze wyjście.
-Zwykle Kendall tak robi. - zauważyłem cicho.
-Wiem. - pokiwał głową. - I właśnie to mnie przeraża, bo... widzę, że coś jest nie tak i nie mogę nic zrobić, żeby było lepiej. Mogę się tylko przyglądać, ale zamiast tego wolę przeglądać stare dokumenty i myśleć jak pieprzony doktor House.
Wiedziałem, co on myśli o tym serialu. Wiedziałem, że praca lekarza tak nie wygląda i zwykle w szpitalach jest większy ruch.
-Jakieś pomysły? - zapytałem w końcu.
-Jeden. - przyznał, przełykając ślinę. - W dwóch przypadkach nawalili przy powtórce laparotomii. Zrobiono zbyt duże nacięcie i przez opatrunek dostało się trochę bakterii z otoczenia. Pomyślałem, że... może, gdyby zrobić zabieg endoskopem, uniknęlibyśmy tych komplikacji.
-A co na to Kendall? - zapytałem w końcu, unosząc brwi.
-Zgadza się. - oznajmił. - Właściwie, to był jego pomysł. Na razie nie powiedziałem mu, że go popieram. Najpierw muszę sprawdzić jeszcze kilka przypadków. Może uda się znaleźć jakiegoś, który przeżył.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kto się śmiał na kawałek o geju, ręka w górę. Kto wyzwał Logana od perfidnych kłamców, ręka w górę. Wiem, nie mam pojęcia co mi odwaliło. Poza tym znowu się zawiesiłam i nie wiem, co dalej pisać. I to zła wiadomość. Ale jest jeszcze jedno. Mam strrrasznie dużo roboty, więc muszę spasować z pisaniem. Sorki.
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!

I witamy Rose wśród czytelników!  

środa, 4 października 2017

66. W imię zdrowia

(Logan)
-Wszystko gra? - zapytał Kendall, wchodząc do pokoju lekarzy.
-Jasne. - pokiwałem głową. - A dlaczego pytasz?
-A dlatego, że siedzisz tutaj zupełnie sam i nawet nie próbujesz do nikogo zagadywać. - odparł, zdejmując z regału jeden z masywnych segregatorów. - A to już jest mega dziwne.
-Po prostu chcę się jakoś wyciszyć. - wzruszyłem ramionami. - Czeka mnie jeszcze dwanaście godzin mordobicia. Sam też tak robisz.
-Masz rację. - pokiwał głową, ale nie wyglądał, jakby przyznawał mi rację. - Ja tak robię. Problem w tym, że Ty nigdy tak nie robiłeś.
Nie odpowiedziałem. Zamiast tego wstałem i spojrzałem na niego zaskoczony, ale on tylko pochylił się nad dokumentami. Nie wiedziałem, czego szuka i coś mi podpowiadało, żeby się tym teraz nie interesować. Podniosłem spojrzenie na półkę, z której brak dokumenty. Zmarszczyłem brwi, widząc wyraźny nagłówek.
ZGONY – 2007-2014
Po co oglądał te papiery? Podszedłem do niego bliżej i wyjąłem mu segregator z rąk. Położyłem sobie to na kolanach i przerzuciłem kartkę do tyłu, żeby zobaczyć czyją metrykę czyta.
-Hej, co Ty wyprawiasz? - zawołał, próbując mi to odebrać, ale sprytnie się obroniłem.
-Czekaj... - powiedziałem cicho.
Imiona i nazwisko: Peter Owen Hale
Zawód: Strażak
Wiek w chwili śmierci: 48 lat
Przebiegłem spojrzeniem po tekście i zatrzymałem się na ostatnim wpisie. „Pacjenta przywieziono z rozległymi poparzeniami klatki piersiowej i dróg oddechowych. W ciągu dwóch tygodniu był w stanie śpiączki farmakologicznej. Pomimo silnych starań lekarzy z oddziału oparzeniowego, pacjent zmarł”. Nie było wzmianki o chorobach. Nie rozumiałem, dlaczego...
-To ojciec Dereka i Scotta. - wyjaśnił cicho. - Próbuję znaleźć odpowiedź, skąd się wzięła jego astma. Tak zaostrzone objawy nie mogły się wziąć z błahego uczulenia na oliwki.
-Po co to czytasz? - wzruszyłem ramionami. - Zmarł wskutek obrażeń. Z tego co tu piszą był okazem zdrowia.
-Teraz widzę, ale kiedy James znalazł takie dokumenty u Adams... stwierdziłem, że muszę je przejrzeć. Wątpię, czy palenie papierosów w mieszkaniu było jedynym powodem.
-Jego ojciec palił przy nim papierosy? - przerwałem mu, powoli przestając coś z tego zrozumieć.
-Nie, jego matka. - pokręcił głową. - Nikotyna dostała się w mleku matki. Pewnego dnia Derek znalazł Scotta nieoddychającego w kołysce. Zaczął go reanimować. Całe szczęście się udało. Mały spędził trzy tygodnie pod respiratorem. Zrobili mu szczegółowe badania.
-I wtedy wyszło, że ma astmę? - dokończyłem za niego, a on przytaknął.
-Tak, tylko normalnie jej efekty nie utrzymują się tak długo. - powiedział cicho, zabierając mi segregator. - A chłopak trafia na izbę przyjęć co najmniej dwa razy na miesiąc w ciągu tygodnia. Objawy już powinny powoli ustępować. A one się nie zmieniają.
-To jak bomba zegarowa. - stwierdziłem. - Nigdy nie wiadomo, kiedy dostanie kolejnego ataku i jak bardzo będzie silny. To co? Uważasz, że jest jakieś inne źródło? Może matka?
-Paląca astmatyczka już dawno powinna nie żyć. - stwierdził, odkładając segregator na miejsce. - Prześledziłem jego drzewo genealogiczne z obu stron trzy pokolenia wstecz. Nic nie znalazłem.
-Stary... odpuść. - uniosłem dłonie chcąc go uspokoić. - Wiem, ile wycierpiał ten dzieciak, ale w ten sposób mu nie pomożesz. Myślisz, że jego poprzedni lekarz nie próbował? Na pewno. Z resztą co jego akta tu w ogóle robią?
Kendall nie odpowiedział, odkładając swój identyfikator na stolik do kawy.
Usłyszeliśmy pukanie do drzwi i do środka zajrzała Alexa. Spodziewałem się, że coś powie, ale ona tylko kiwnęła głową, żebyśmy poszli za nią.
-Powiesz nam co się dzieje? - zapytał Kendall, doganiając ją na korytarzu.
-Lepiej, jeśli sami zobaczycie. - powiedziała cicho, wskazując nam drzwi do dwójki.
Zmarszczyłem brwi i wszedłem do środka. Spojrzałem na mężczyznę, który leżał na wózku. Poczułem oszałamiające zawroty głowy, zanim zdołałem cokolwiek zrobić.
-O Boże... - westchnąłem.
(Lira)
Nie powiem, żebym miała dzisiaj dobry nastrój. Przeciwnie. Był okropny. Może się myliłam, ale wszystko, co się tu działo nie było dziełem przypadku.
-Skończyłam! - powiedziałam Mattowi, wchodząc do jego części biura. - Wiem, że i tak jedziesz do sądu. Możesz zawieźć to temu bubkowi? Chyba nie zniosę, jak go dzisiaj zobaczysz. Dzisiaj czuję się, jakbym miała ochotę rozszarpać go gołymi rękami.
-A co Ty? - prychnął, zszywając dwie kartki do kupy. - W ciąży jesteś? Bo tak Ci buzują hormony, że...
Nie zdołał dokończyć, bo strzeliłam go w tył głowy otwartą dłonią. Uniosłam ręce, ale on tylko odsunął się w geście obronnym.
-Nie bij! - jęknął.
Westchnęłam, odchodząc na kilka kroków i usłyszałam śmiech Carlosa, który właśnie wszedł do naszej kanciapy na trzecim piętrze. Pokręciłam głową, rozsiadając się w jednym z dwóch foteli.
-Po prostu to zanieś i zwiej, zanim da mi znowu coś do roboty, dobra? - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Nie mam ochoty wypruwać sobie żył. A po tym urlopie już na pewno nie będę wyczekiwać z nim spotkania.
Carlos ponownie się zaśmiał i podał mi moją własną komórkę.
-Zostawiłaś na psychiatrii. - wyjaśnił, kiedy spojrzałam na niego z zaskoczeniem. - Albo ktoś Ci go ukradł. Tak, czy siak czekają trzy raporty. Nie wiem, na ile Cię naciągnęli.
Chrząknęłam, otwierając pierwszą wiadomość od sieci. Nie lubiłam ich czytać. I nie tylko dlatego, że to było pewnego rodzaju rachunkiem.
-Prawie dycha. - oznajmiłam, siadając trochę prościej. - Nie tak źle. Ostatnio było prawie trzydzieści dolców.
-Jednak potrafisz dzisiaj tryskać optymizmem. - odparł Matt, kiedy Carlos bez żadnego ostrzeżenia zaczął grzebać w naszym systemowym telefonie.
-Jest wiadomość od Alexy. - powiedział, pokazując nam stacjonarnego SMSa. - Mamy koniecznie dodzwonić się do Adams, mówi że to ważne.
Wstałam, wychodząc z pokoju. Matt podniósł się w jednej sekundzie i nadzwyczaj szybko zjawił się obok mnie.
-Gdzie idziesz? - zawołał, kiedy wbiegłam na schody.
-Do szefa! - odpowiedziałam. - Z jego telefonu na pewno odbierze.
(Kendall)
Nie mogłem uwierzyć w to, co właśnie się działo. Może i potrafiłem zachować trzeźwość umysłu przy stole operacyjnym, ale... nie dzisiaj.
-Ellie... - zacząłem, zwracając się do niej, chociaż już powinna wyjść z pracy. - Zastąp mnie, błagam. Nie dam rady go tak po prostu...
Ellie spojrzała na mnie ze współczuciem i poklepała pocieszająco po ramieniu.
-Dobrze. - kiwnęła głową. - Artuhr... będziesz mi asystował.
Nie byłem do końca pewny, czy chciałem powierzyć życie swojego przyjaciela studentowi, ale ufałem Ellie. Razem operowaliśmy, uczyliśmy się i... ona dała kosza mojemu starszemu bratu. Tak, z pewnością nie ma się czym przejmować.
-I co? - zapytał Logan, kiedy wszedłem do sali obserwacji.
-Nie wiem. - wzruszyłem ramionami. - Pocisk nie uszkodził żadnych organów wewnętrznym. Chyba, ze doszło do rozwarstwienia tkanki... Ale sam wiesz, jak ciężko to wykryć. A ty dowiedziałeś się, jak to się stało?
Logan zagryzł wargę, zanim się odezwał. Widziałem, że będzie mu ciężko o tym opowiadać.
-Więc... to zrobił właściciel sklepu z kosmetykami. - oznajmił, aja zmarszczyłem brwi z zaskoczeniem. - Pamiętasz pacjentkę, której bronił? Kradła kosmetyki, żeby wynudzić pieniądze z reklamacji i mieć na leki dla swojej ciężko chorej córki.
-No i? - spojrzałem na niego z wyczekiwaniem.
-Wywalczył dla niej unieważnienie długu w imię ochrony zdrowia. - odpowiedział. - tamtego faceta na trochę skasowało. Kiedy się dowiedział, jaka jest kwota, wpadł w szał... i wtedy postrzelił Jamesa w sądzie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Próbowałam zbudować napięcie. Udało się? Czy nie bardzo? Zastanawiałam się, jak to zrobić, żeby było najlepiej i zdecydowałam, że najlepiej będzie unikać imienia Jamesa do ostatniej chwili. Na razie nie powiem, jaki mam na to plan.
Dobra, a teraz idę odpowiadać na ostatnie pytania do koniczynki i pisać pożegnanie. Wiem, trochę to przedłużyłam.
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!
I jeszcze małe ogłoszenie. Zaraz po opublikowaniu postu, zabieram się za uaktualnienie kolumny z polecanymi blogami. Usunęłam te, co już są porzucone, a wstawiłam te, które są bieżące. Dużo tego nie ma. A jeśli ktoś, będzie powracał do pisania na tych blogach, których linki wykreśliłam i będzie dalej czytał tego bloga, z pewnością to zauważę, bo jest jeszcze pełna lista blogów, do której link znajduje się z boku.  

środa, 27 września 2017

65. Salon Weselny

(Logan)
Miałem załatwić miejsce, w które moglibyśmy pojechać i... nawet nie zacząłem się rozglądać. Nie miałem jakoś za specjalnie ochoty, żeby wydzwaniać po pensjonatach za miastem. W prawdzie przymusowy urlop Liry to tylko pretekst, ale ten jest dobry jak każdy inny.
-Przygotowałam wypisy. - oznajmiła Alexa, wręczając mi plik kartek. - Wystarczy, że podpiszesz i oddasz pacjentom razem z zaleceniami.
-Dobra, dzięki. - uśmiechnąłem się do niej, odbierając papiery. - Zaraz to zrobię. Daj mi tylko chwilę. Najpierw muszę przejść do zabiegowego i dopilnować gipsu.
-To leć. - odparła, a ja włożyłem kartki pod spód i wyszedłem z poczekalni.
Szedłem dość długo. W końcu zastałem Kendalla w całkiem niezłym humorze. Uśmiechnąłem się do niego i dałem mu kilka wypisów od Alexy.
-Chyba się nudzisz. - stwierdziłem. - Słuchaj, możesz to za mnie załatwić? Mam tego strasznie dużo, a muszę jeszcze oblecieć kilka połamanych kończyn.
-Jasne, nie ma sprawy. - pokiwał głową.
I tak to się robi!
Z satysfakcją poszedłem dalej, już się tak nie ociągając. Szybko pogratulowałem sobie własnego sprytu i wszedłem do jednego z pokoi zabiegowych.
-To co, kończymy? - zapytałem nastolatkę z rozłożoną na kolanach książką.
-Wreszcie! - westchnęła, składając książkę i odkładając ją na bok.
-Aż tak się stęskniłaś? - zaśmiałem się do niej i pokręciłem głową. - Dobra, pokaż to.
Ostrożnie zacząłem oglądać jej rękę, sprawdzając, czy masa gipsowa się wystarczająco związała. Popatrzyłem na nią, ale ta wciąż wyglądała na znudzoną.
-Dobra, wszystko wydaje się w porządku. - stwierdziłem, wypisując receptę. - To są dodatkowe preparaty na wzmocnienie kości. Mają długi termin ważności, więc możesz zrobić sobie zapas.
Pokiwała głową, sama wkładając sobie temblak na szyje i przewlekając przez niego rękę.
-Proszę. - uśmiechnąłem się do niej, a na włożyła papier do złożonej książki i zeskoczyła ze szpitalnego leżaka.
-Dziękuję. - pokiwała głową, wychodząc z pokoju.
Kiedy zamknęła za sobą drzwi, zacząłem robić małe porządki. Wiem, że miałem jeszcze dużo roboty, ale musiałem jakoś oprzątnąć ten bałagan, który tu został.
Kiedy skończyłem, zajrzałem do wypisów. Wychodząc do poczekalni widziałem, że pacjentów robi się coraz mniej. I to właśnie jest tempo Kendalla.
(James)
Kończąc pracę, odłączyłem telefon, nie chcąc, żeby ktoś jeszcze do mnie dzwonił. Na kilka maili mogłem odpisać, ale nic poza tym.
-To co? - zapytała Mary, wchodząc do mojego gabinetu. - Możemy już iść.
-Tylko wyłączę komputer. - powiedziałem szybko. - I tak płacę astronomiczne rachunki za prąd.
Mary wywróciła oczami, ale pozwoliła mi jeszcze zająć chwilę. Kiedy byłem już gotowy, założyłem płaszcz i wyszedłem do niej do przedpokoju.
-Więc to wesele twojej dawnej koleżanki ze szkoły? - zapytałem, zamykając za nami drzwi do mieszkania. - Myślałem, że nie utrzymujesz kontaktu z dawnymi znajomymi.
-Tak, ale ona jest jeszcze moją kuzynką. - wzruszyła ramionami. - Praktycznie przyrodnią siostrą bo w tej rodzinie to ja jestem bękartem, ale to długa historia. Normalnie się do tego nie przyznajmy. Wiesz, nasz ojciec jest Burmistrzem sąsiedniego miasta i taka nowina mogłaby mu zniszczyć reputację.
-Utrzymujesz z nim kontakt? - zapytałem, czekając, aż wsiądzie.
Okrążyłem samochód i włożyłem kluczyki do stacyjki.
-Z ojcem nie. - pokręciła głową, zapinając pas. - Mama nie chciała go znać, odkąd puścił się z tamtą szmatą. Publicznie nie podano prawdziwego powodu rozstania. Wiesz jak jest w takich rodzinach. Liczą się wpływy i nic więcej. Lepiej porzucić rodzinę dla kochanki i nowego dziecka, niż płacić alimenty na noworodka. Znaczy... ona jest w porządku, ale ojca i tak nie chcę znać. Tak to już jest. A teraz muszę Ci kopić garnitur, który będzie pasował mi do sukienki.
Pokiwałem samochód i ruszyłem z parkingu. Lubiłem, kiedy Mary zachowywała się jak moja... dziewczyna. Pomimo licealnego brzmienia tak się właśnie przy niej czułem, jak się tak zachowywała.
-Minąłeś sklep. - stwierdziła, kiedy pojechałem dalej.
-Wiem. - odparłem, skręcając w lewo. - Znalazłem inny. Sporo tańszy z towarem podobnej jakości. Zobaczysz, że też jest całkiem przyzwoity.
Stanąłem na parkingu przed salonem weselnym i usłyszałem głośny śmiech Mary.
-O ja nie mogę! - wrzasnęła. - To salon z sukniami ślubnymi! I to drugorzędny!
-Wiem. - przyznałem. - Ale mają całkiem dobre garnitury. Logan mi pokazał. Chodź, sama zobaczysz.
Mary dość niechętnie wysiadła z samochodu i przeszła na ganek pokaźnego gmachu sklepu. Weszliśmy na górę, ale zachowując chłodny dystans. Wiedziałem, że wolałaby, żeby nie brali nas za przyszłych nowożeńców. Tego Mary w życiu by mi nie wybaczyła.
Podeszliśmy do jednej z ekspedientek. Ona spojrzała na nas oceniającym okiem i zmarszczyła brwi intensywnie się nad czymś zastanawiając.
-Przepraszam, chcielibyśmy... - zacząłem, ale ona uniosła rękę, nie dając mi dość do słowa.
-Spora różnica wieku, ale coś dla Was wybierzemy, kochani... - oznajmiła, zamaszyście prowadząc nas do rzędu przymierzalni.
-Ale my nie bierzemy ślubu! - zawołała Za nią Mary, ale najwyraźniej na tamtej nie wywołało to żadnego wrażenia.
-Czyli drużba. - oznajmiła, skręcając do sąsiedniej alejki. - W takim razie idziemy w tę stronę.
-A czy... - zaczęła Mary, przerywając jej entuzjazm. - Nie moglibyśmy się obsłużyć sami?
-Niestety, ale jeśli szuka pani czegoś dla panny młodej, mamy spora kolekcję niebieskich podwiązek.
(Lira)
Przewróciłam stronę akt sądowych, przepisując ich treść do komputera. Kurcze, kto jeszcze korzysta z maszyny do pisania? Sądziłam, że tylko zadeklarowani pisarze.
-Lira, skończyłaś już? - zawołał Matt, wchodząc do naszego pokoju.
-Jeszcze nie! - odkrzyknęłam. - I przepraszam, że Vipera chce mnie zniszczyć papierową robotą.
-Nie przesadzaj, co? - jęknął, przebiegając przez część wspólną. - Ja nie narzekałem, kiedy to ja byłem zawalony taką robotą.
-Oj błagam... - mruknęłam, wiedząc, że i tak tego nie usłyszy. - Jesteś znacznie lepszy w katalogowaniu ode mnie.
-Coś mówiłaś? - zawołał, kiedy pochyliłam się z powrotem nad klawiaturą.
-Nie, nic. - odkrzyknęłam, kręcąc głową. - Wiesz co? Może się zamienimy?
-Mnie w to nie mieszaj! - zawołał.
Wzruszyłam ramionami i wróciłam do swojej roboty. Wiedziałem, że tak łatwo go w to nie wkręcę, bo ma tego powyżej uszu.
Usłyszałam powiadomienie ze skrzynki Mailowej. Oderwałam się na chwilę od przepisywania i otworzyłam nową kartę. Zagryzłam wargę, widząc że to od Jamesa. Kliknęłam w temat i zobaczyłam od niego bardzo krótką wiadomość.
Właśnie dostałem odpowiedź z sądu. Znaleźli prokuratora, który wystąpi z wnioskiem o ściganie ich obu. Udało się, dzięki.
Przynajmniej to wyszło. Uśmiechnąłem się pod nosem i wróciłam do strony głównej, żeby teraz niczego nie przegapić, jeśli takie coś jeszcze przyjdzie.
-Jestem wesoły Romek! - wrzasnął Carlos, wpadając z hukiem do środka.
Rzucił mi na teczkę i tak obładowaną papierami, kolejne papiery. Spojrzałam spode łba na jego szeroko uśmiechniętą twarz.
-Może przynajmniej mi wyjaśnisz co to jest? - powiedziałam, ledwo powstrzymując wściekłość.
-No, opinie z naszych dokumentacji. - wyjaśnił, rzucając się na naszą kanapę. - Podobno miałaś dołączyć do akt, bo sąd odtwarza pół archiwum z ostatniego półrocza.
-Kto Ci tak powiedział? - zmarszczyłam brwi, unosząc dłonie z frustracji.
-Vipera. - wzruszył ramionami.
Na to jedno z pozoru zwyczajne słowo, miałam ochotę przejść się do sądu i wykrzyczeć szafowi całą swoją złość. W sumie mogłam się tego spodziewać, szczególnie, że przez kilka ostatnich tygodni robi wszystko, żeby uprzykrzyć mi życie aż do urlopu, który sam mi zarządził.
-Dobra, najwyżej zostanę po godzinach. - westchnęłam, odkładając cały plik dokumentów za siebie.
Lepiej, jeśli zrobię to później, a teraz skończę to tutaj.
-Kendall ma Cię odebrać po dyżurze. - oznajmił Carlos, wciąż nie zmieniając swojej pozycji na kanapie.
-Wiem, ale wrócę sama po kilku godzinach. - machnęłam ręką. - Jak się zawezmę, może uda mi się to skończyć jeszcze dzisiaj.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I jak Wam się podobają licealne chwile Jamesa i Adams. Nie powiem, jak całość się skończy, mimo że dobrze to pamiętam. I tak jak podejrzewano. W tym urlopie jest jakiś haczyk.
No... Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!



środa, 20 września 2017

64. Łapówka

(Logan)
-Przyda się jeszcze jakiś praktykant do pomocy. - powiedziałem, kiedy Kendall ustawiał grafik na przyszły tydzień.
-Mogę Ci wpisać Violet, albo Sebastiana. - oznajmił, przekręcając kartkę na jednej z podkładek, na których zgłaszano ewentualne życzenia co do czasu pracy.
-Wolę Violet. - powiedziałem, odkładając książkę telefoniczną na regał. - Tak samo niekumata, ale przynajmniej ładna.
Zobaczyłem kontem oka jak wpisuje coś do komputera i klika coś myszką. Zmarszczyłem brwi, kiedy podszedł do drukarki i wyciągnął kilka kartek.
-To jest dla Ciebie. - odpowiedział, wręczając mi jedną z kartek. - Zapamiętaj i postaraj się tego nie zgubić. W przyszłym tygodniu ty go układasz.
-Jasne. - pokiwałem głową i spojrzałem na żółtą karteczkę, którą przygotowałem już wcześniej. - Dzwonić do niego?
Kendall spojrzał na mnie zaskoczenia i tylko wzruszył ramionami, jakby niewiele go to obchodziło. Pewnie sam nie chciał.
-Jeśli musisz, to dzwoń. Znalazłeś numer, to teraz pozostaje Ci tylko zadzwonić. - odparł, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego. - Daj spokój, to tylko zwykła kancelaria notarialna. Powie Ci o której masz tam być, podpiszesz kilka ostatnich papierów i wrócisz.
Wiedziałem, że ma rację. Wiedziałem, że nie mam się co oszukiwać. To nie moja wina, ani jego wina, że ojciec miał z dziesięć mieszkań i umiejscowił wszystko u różnych notariuszy. Kiedy umarł i się o wszystkim dowiedziałem, chciałem tylko wszystko posprzedawać, pospłacać długi, resztę wpłacić na jakąś lokatę i mieć to z głowy. Nie miałem zamiaru kupować nowego mieszkania. Wolałem zostać tutaj z współlokatorem na głowie.
-Wiesz co? - zacząłem po długim namyśle. - Połowę tego co mi zostanie przekażę Jamesowi na fundację. Będzie miał na ostatnią łapówkę. Chociaż tym razem łapówka będzie w słusznej sprawie.
Kendall tylko wzruszył ramionami. Znowu. Miałem już dość jego obojętności. Wiedziałem, że zwykle miał rację, a teraz nawet nie chciał się podzielić swoimi przemyśleniami.
-Dobra! - prychnąłem, kiedy wstał jak gdyby nigdy nic. - Dzięki za dobrą radę. Której nie było!
(James)
-Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? - zapytała Lira, kiedy jeszcze siedzieliśmy w samochodzie. - To dość ryzykowny plan.
-Wiem i jako ekspertka od demaskowania oszustów w świecie ochrony prawa powinnaś być trochę bardziej optymistycznie nastawiona.
-No dobra. - wywróciła oczami.- Może i udało mi się to kilka razy, ale nie jestem specem. Kamerka powinna wystarczyć. Nie jestem pewna, czy wie, że jestem z Tobą, ale lepiej, żeby nie wiedział. Guzik w marynarce powinien wystarczyć. Nagrywa i dźwięki i obraz, więc postaraj się za bardzo tym nie trząść.
-Jasne. - pokiwałem głową. - A jeśli się wyłączy?
-Bateria jest pełna. - zapewniła mnie, kiedy spojrzałem na nią ze zdziwieniem. - Z pewnością się uda. Musisz się tylko zachować... normalnie.
-Czy Ty słyszysz, co mówisz? - wytrzeszczyłem oczy. - Idę tam z ogromną walizką pieniędzy. Wiem, że już ich nie odzyskam, ale nie to mnie boli. Chodzi o to, że...
-Nie ma ale! - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - A teraz rusz się i do roboty. Cały czas będę miała podgląd na monitorze. Wyjdzie, zobaczysz.
Wzruszyłem ramionami i wysiadłem z samochodu. Uśmiechnąłem się pod nosem, niosąc elegancką walizkę. Zamknąłem Lirę w samochodzie i poszedłem na górę. Bogu dzięki, wymyślono przyciemniane szyby.
Wspiąłem się po schodach i wszedłem do gabinetu, mijając sekretarkę bez słowa. Chciałem po prostu mieć to już za sobą.
-Mecenas Maslow... - zaczął przeciągle. - Spodziewałem się pana, ale nie wiedziałem, że przyjdzie pan przed czasem.
-Ja zawsze dotrzymuję słowa. - oznajmiłem, wymownie stawiając walizkę na biurku. - Pytanie, czy pan dotrzymuje.
Spojrzał na walizkę i uśmiechnął się chytrze. Oczywiście nie jest tak głupi, żeby przyznać się od razu. Musiałem być trochę bardziej cierpliwy.
-Ile? - zapytał, wskazując palcem na stalową teczkę.
-Dwa miliony. - oznajmiłem wprost.
-No, no... - cmoknął, jakby się jeszcze nad czym zastanawiał, a przynajmniej chciał sprawiać takie wrażenie. - Nie sądziłem, że przebije pan ofertę prokuratora Collinsa, a jednak życie jest pełne niespodzianek.
A może jednak jest?
-Chce tylko, żeby go pan wsadził. - powiedziałem, konsekwentnie nie opuszczając pokerowego wyrazu twarzy. - Na długie lata.
-I co będę z tego miał? - westchnął, zakładając nogę na nogę.
-Już pan ma. - powiedziałem, wymownie przechylając głowę na bok. - I dobrze pan o tym wie. Zbyt długo ukrywał pan jego grzeszki.
-Grzeszki prokuratora to teraz jego problem. - oznajmił, rozkładając ręce, jakby pozbywał się odpowiedzialności. - Od teraz prokurator Collins radzi sobie sam.
Uśmiechnąłem się do niego, wstając z krzesła. Podszedłem do drzwi i skinąłem mu na pożegnanie.
-A teraz przepraszam. - powiedziałem, naciskając klamkę. - Mam jeszcze jedno spotkanie.
Zbiegłem na dół i w miarę spokojnie wsiadłem do samochodu. Obróciłem się do Liry, a ona uśmiechnęła się szeroko.
-Masz? - zapytałem, chcąc się tego upewnić.
-Pewnie. - pokiwała głową. - Świetnie się spisałeś. Mamy wszystko na taśmie. Teraz tylko muszę to zgrać na płytę. To co? Teraz do sędziego?
-Do sędziego. - pokiwałem głową, odpalając silnik.
(Carlos)
-Co teraz? - zapytałem, siadając naprzeciwko naczelnego psychiatry szpitala.
-Ty mnie pytasz? - wykrztusił z niedowierzaniem. - Nikt Cię nie wzywa? Zawsze nie mogłeś nadążyć za zlecaniami.
-A teraz nie mam co robić? - rozłożyłem dłonie z niedowierzaniem. - Dziwne uczucie, nie?
Ale on nie odpowiedział. Patrzył tylko na mnie jak na kretyna, a ja nie mogłem go teraz za to zbesztać. W sumie... wcale go nie mogłem besztać. Praktycznie jest moim szefem.
-Nie powinieneś teraz tutaj siedzieć. Wiem, że twoi przyjaciele wybierają się na urlop i chcą pojechać za miasto. - oznajmił, jakby to miało coś do rzeczy.
-I co z tego? - wzruszyłem ramionami. - Wiem, że się zmówili, żeby wziąć dwa tygodnie wolnego w tym samym czasie, ale...
-Nie chcesz pojechać razem z nimi? - uniósł brwi.
-Chcę, tylko... nie mogę zostawić siostry samej na tak długo. To aż dwa tygodnie, a jej nie przysługuje jeszcze urlop.
-Twoja siostra jest dorosła, Pena. - powiedział, rzeczowo ściągając czoło. - Poradzi sobie. Nic wielkiego się nie może stać.
-Niby tak, ale pan jej nie zna. - pokręciłem głową. - Nie wie pan, jakie głupie rzeczy jest w stanie robić. Nie mogę jej teraz na żadne pozwolić, szczególnie że dopiero teraz zaczęła wychodzić na prostą. Pan z pewnością zachowałby się tak samo.
-Nie wiem, ale powiem Ci jedno. - zrobił krótka pauzę, jakbym miał się szczególnie przygotować do usłyszenia czegoś bardzo ważnego. - Trochę zaufania, Carlos. W końcu to Twoja rodzina. A jeśli chcesz, żeby z Tobą pojechała... postaram się, żeby ona też dostała wolne. A Ty będziesz miał urlop. Przyda Ci się, szczególnie, że to był bardzo ciężki rok.
(Kendall)
Kiedy Lira wróciła do domu, było już ciemno. Nie gasiłem światła, bo wiedziałem, że ma jakieś sprawy do załatwienia z Jamesem. Najzwyczajniej w świecie olałem całe te ceregiele, ugotowałem kolację i usiałem w fotelu przy biurowej lampie.
-Myślałem, że będziesz wcześniej. - stwierdziłem, kiedy weszła do niewielkiego salonu. - Ale najwyraźniej trochę Wam zeszło.
-Prawie skończyliśmy. - powiedziała z szerokim uśmiechem. - Kiedy jeden i drugi poniesie odpowiedzialność, to wszystko się skończy. Obiecuję.
Zapewniła mnie, a ja chwyciłem ją za rękę, kołysząc lekko nasze dłonie. Uśmiechnęła się delikatnie i dała mi się przyciągnąć bliżej.
-Chodź tutaj. - wyszeptałem, sadzając ją sobie na kolanach.
Pochyliła się nade mną, a ja uniosłem głowę. Pocałowałem ją na początku delikatnie, potem coraz intensywniej, aż do jej cichego chichotu.
-Moja bohaterka. - wymruczałem, układając ją sobie na kolanach i jednostajnie podnosząc z fotela i niosąc do sypialni.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przegięłam? Oby nie. No, ale jak się okazało, szef Carlosa jest całkiem w porządku. Spokojnie można go nazywać „Bezimiennym psychiatrą”, bo nawet nie chciało mi się wymyślać nazwiska. A jak ktoś czytał „Koniczynkę”, to czeka tam na Was post zbierający pytania na Q&A, albo wywiad z bohaterami. Jak wolicie. Dlatego mam nadzieję, że napiszecie mi kilka słów komentarza, a potem zadacie kilka pytań postaciom z „Koniczynki”, żebym miała na co odpisywać.

Trzymajcie się! Cześć!

środa, 13 września 2017

63. Decyzyjność

(Kendall)
Miałem zamiar wracać do domu. Wciąż miałem kłopoty ze znalezieniem odpowiedniego rozwiązania z tej sytuacji. Było to utrudnione, szczególnie dlatego, że Adams nie odzywała się do nas ani słowem. Teraz było to bardzo dziwne, bo nie gadała nawet z Jamesem. Nawet nie pytała go, czy ich spotkanie jest dalej aktualne. Nie wiem, co ją ugryzło. Nie mieliśmy żadnego pacjenta specjalnej troski, więc dziwne, że odzywała się do nas tylko pół słówkami. np. wydawała krótkie polecenia Alexie, takie jak „Przekaż Hendersonowi, że jego pacjent jest już na bloku” albo „Przygotuj chłopaka spod dwójki na punkcję lędźwiową”. Było dziwacznie. Nawet przerażająco dziwacznie. Nie wiedziałem co robić. Z Lirą było normalnie, ale nie wiedziałem, czy to długo potrwa, bo wokół niej rosło tajemnicze napięcie.
-Idziesz do pracy? - zapytałem ją, kiedy weszła do kuchni.
-Nie, dzisiaj nie. - pokręciła głową. - Muszę tylko zajrzeć po południu do sądu. Ale nie martw się, Matt obiecał, że mnie zastąpi.
Pokiwałem głową i popchnąłem w jej stronę kubek z herbatą. Wciąż miała na sobie słuchawki od komputera. Zmarszczyłem brwi, wyciągając jej jedną z ucha.
-Co Ty tam słuchasz? - zmarszczyłem brwi, próbując posłuchać, ale było tam tylko jakieś gadanie.
-Jakieś pogłoski o wielkiej stopie. - powiedziała, wzruszając ramionami. - Pewnie jakieś bzdury, ale chyba warto czasami się wyluzować. Nawet mają jakiś filmik.
-Później obejrzę. - powiedziałem, kładąc jej dłonie na ramionach. Pomasowałem jej ramiona i pozwoliłem, żeby oparła się o mnie plecami.
-Jest do bani. - westchnęła z rezygnacją. - Wiesz co powiedział Vipera? Że chce mnie wysłać w lipcu na przymusowy urlop. Kompletnie zwariował.
-Skąd wiesz, że zwariował? - zachichotałem, obejmując ją za szyję. - Może to nie taki zły pomysł? Od dawna nie byłaś na urlopie.
-A w zeszłym miesiącu?
-Leżałaś na neurologii, a i tak pracowałaś. - wypomniałem jej, kiedy spuściła głowę w dół. - Tym bardziej się nie liczy.
Lira wydała z siebie cichy jęk, jakby nie tego się spodziewała. Podobał mi się ten pomysł, więc co miałem zrobić? Powiedzieć, że facetowi już do reszty odbiło, mimo że sam popierałem ten pomysł?
-To co? - zapytałem, siadając naprzeciwko niej. - Może ja też pójdę do Adams i poproszę ją, żeby mi udzieliła urlopu w tym samym czasie, co? Pojedziemy gdzieś razem, odpoczniemy. Bardzo tego potrzebujesz. Nie zaprzeczaj, bo wiem, jak jest.
-A Ty nie? - prychnęła, unosząc brwi. - Potrzebujesz i to możliwe, że bardziej niż ja. Harujesz w szpitalu całymi dniami.
-Wiem, ale ja nie byłem chory. - zauważyłem, przyciągając ją do siebie. - Wiem, że zależy Ci na pracy, ale zastanów się, kiedy ostatnio byłaś na urlopie, co?
-Myślisz, ze pamiętam? - jęknęła. - Na takim urlopie-uropie ze trzy lata temu. Dobrze wiesz, że w tej robocie nie mogę sobie pozwolić na lenistwo.
-To kiedy chce Ci dać ten urlop? - zapytałem w końcu. - W przyszłym miesiącu?
(Logan)
Wymiękłem. Wiem, że to ja miałem powiedzieć facetowi o śmierci żony, ale za chiny nie potrafiłem się zdobyć na tę odwagę. Teraz obserwowałem Carlosa, który z nim o tym rozmawiał. Facet porostu rozpłakał się jak dziecko. Carlos poklepał go pocieszająco po ramieniu i wyszedł z pokoju.
-Dobrze, że mnie wezwałeś. - powiedział wprost. - Czasami lepiej zwalić na kogoś brudną robotę, niż samemu ryzykować.
-Bałem się, że nie zniosę jego reakcji. - odpowiedziałem, idąc z nim do pokoju lekarzy. - Słyszałem, jak mówi o swojej żonie. Gdybym mu powiedział, a on tak by zareagował... jak zareagował nie potrafiłbym się zachować.
-Wiem. - kiwnął głową. - Widziałem, jakie miałeś wyniki na psychiatrii. Już szczególnie, jak zacząłeś śpiewać „The Riddle” przed grupą wsparcia. Każdy myślał o samobójstwie, a Ty zacząłeś przed nimi tańczyć.
-Próbowałem im dać powód, żeby znowu zaczęli cieszyć się życiem. - wzruszyłem ramionami. - Tańczyłem nie najgorzej, a w śpiewaniu jestem niesamowity.
-Ale to zawsze ja muszę śpiewać kolędy na wieczorkach Bożonarodzeniowych. - zauważył z szerokim uśmiechną, jakby w ciągu kilku sekund obrócił przytyk w żart.
-Zwykle nie cierpiałeś za bardzo z tego powodu. - powiedziałem, wzruszając ramionami. - Miałem wrażenie, że sam się do tego wyrywałeś.
-Może to zabrzmi, jakbym sam sobie stawiał diagnozę, ale... - zaczął, otwierając drzwi do socjalnego. - To mi przypomina czasy, kiedy byłem dzieckiem. Tata nie za bardzo lubił śpiewać. Mama nauczyła kilku pieśni mnie i Ainę.
Kiwnąłem głową, wchodząc za nim do pokoju. Carlos włączył radio na jakąś argentyńską stację. Chyba Leon mu o niej powiedział. Mieli bardzo silny odbiornik, więc nie było żadnych zakłóceń.
Carlos odwrócił się w moją stronę i powiedział coś, czego nie zrozumiałem.
-Nie znam Hiszpańskiego. - pokręciłem głową. - Mógłbyś mówić po angielsku?
-Po co? - prychnął, wzruszając ramionami. - Kiedy mówię to po Hiszpańsku, Twoja mina jest znacznie bardziej zabawna.
(James)
-Na pewno chce pan przekazać nam te sprawy, mecenasie? - zapytał jeden z prokuratorów, do którego przyszedłem. - Są już rozwiązane.
-Na pewno. - zapewniłem go, kiwając głową. - Ja tylko odwaliłem za Was robotę. Powinniście się tym zająć już na początku, ale olaliście sprawę dla kilku zamożnych idiotów. Wiem, jak to wygląda, nie musi mnie pan poprawiać. A teraz dokończcie to, zbierzcie nagrody i wszyscy będą zadowoleni.
Rzuciłem mu jedno z tych odważnych spojrzeń, ale on tylko pokręcił głową, jakby podejrzewał, że chcę coś w zamian. I pewnie tak było.
-I to wszystko? - uniósł brwi z zaskoczeniem. - Nie oczekuje pan żadnych informacji?
-Nie... - pokręciłem głową. - Oczekuję tylko, że wsadzi pan tych drani za kratki na długie lata.
-Dziwny z Ciebie adwokat, Maslow. - oznajmił, wstając z krzesła i okrążając biurko. - Nie interesuje Cie prestiż, tylko dobro społeczeństwa. Co jest dziwne, bo nawet mnie na tym nie zależy.
-A powinno. - odparłem, mówiąc mu tę niezręczną prawdę. - Więc proszę ruszyć tyłek i przynajmniej doprowadzić to do końca. I na litość boską... jeśli tak bardzo lubi pan pieniądze, to zapłacę więcej niż ten łapówkarz.
-Zwykle płaci się za coś konkretnego. Tym razem za co?
-Za to, żeby go pan wsadził. Proszę przeczytać akta. To gwałciciel, a pan przymyka na niego oko już zdecydowanie za długo.
Gość przez chwilę wyglądał na wystraszonego, jakbym uderzył w jego czuły punkt.
-Nie mam pojęcia o czym pan mówi, mecenasie Maslow. - powiedział w końcu po długiej chwili milczenia. Drań.
-Doskonale pan wie. - powiedziałem odważnie, wbijając spojrzenie na widok za oknem. - Ma pan kilka dni na zastanowienie. A potem idę do prokuratora generalnego. To tylko pół dnia pociągiem w jedną stronę. Do widzenia.
Wybiegłem z jego biura, jakby się za mną paliło. Miałem nadzieję, że on na prawdę to przemyśli i stanie po odpowiedniej stronie. Taka korupcja wśród prokuratorów to już rzadkość, ale zawsze znajdzie się jakaś czarna owca, prawda?
Rozejrzałem się po okolicy i zauważyłem Lirę przy jednym ze stolików przed kawiarnią. Zapomniałem, że miała na mnie czekać.
-Jak poszło? - zapytała Lira, nie przerywając jedzenia wysokiego ciastka z kremem.
-Do bani. - westchnąłem, wyciągając z torebki butelkę niegazowanej wody. - Miałaś rację. To skorumpowany idiota. Myśli, że go nie przejrzałem.
-James... - zaczęła trochę innym tonem. Jakby chciała o coś zapytać.
-Tak? - obróciłem się, żeby na nią spojrzeć.
-Nie myślałeś, żeby wrócić na stołek prokuratora? - zmarszczyła brwi, machając nogami, które zwisały zza maskę samochodową.
-Nie. - pokręciłem głową. - Nie wszystkich sąd traktuje poważnie. Pamiętam, jak mnie traktowali, kiedy sam byłem prokuratorem. A to były tylko trzy miesiące. Na prawdę nie chcę do tego wracać.
-Już nie raz dałeś im popalić. - powiedziała z szerokim uśmiechem. - Możliwe, że mógłbyś zostać naszym szefem. Wiesz, moim i Matta.
-Nie. - pokręciłem głową, uśmiechając się do niej szeroko. - Nie potrafiłbym tam przeżyć.
-Czemu? - uniosła brwi z zaskoczeniem. - Nie byłoby tak źle. Poza tym dogadujesz się z Viperą, a to już coś. Z młodymi też sobie radzisz.
Pokręciłem głową ze zrezygnowaniem. Wiedziałem, do czego zmierza. Ale ja wiedziałem, że to się nie uda. Na pewno. To nie byłoby tak proste.
-Ale to nie moja bajka. - zaprzeczył. - Wiesz co się tam dzieje. Nie bez powodu zostałaś w szpitalu, gdzie masz właściwie wolną rękę.
-Człowieku, tu wcale nie chodzi o wolną rękę. - zaprzeczyła, kręcąc głową. - Wiem, że w szpitalu mam większe możliwości. Zajmuję się cięższymi przypadkami, niż dostawałabym od sądu. Nawet sama kieruje tam większość. Pomyśl, dlaczego szpital chciał mieć wydzielonych własnych kuratorów.
-Żeby mieć ich na wyłączność. - odpowiedziałem od razu.
-Właśnie. - kiwnęłam głową. - Oni myślą, że to ja jestem ich sługą. A tak naprawdę w ten sposób mam znacznie większe pole manewru. I to wcale nie oznacza wolnej ręki i Ty o tym dobrze wiesz.
-Dobra, niech już będzie na Twoje. - machnąłem ręką ze zrezygnowaniem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie pamiętam, jak długo planowałam ten kawałem z Jamesem u prokuratora, ale chciałam pokazać, jak potrafi się postawić przeciwko wszystkim.
No dobra... wiem, jestem nieznośna. Z okazji zakończenia Koniczynki, chyba będę pisała nową historyjkę, tylko najpierw muszę napisać to zaległe, a potem Wymyślić. Nie nie będę zakładać nowego bloga. Druga historia będzie na tym blogu. Tylko najpierw muszę skończyć tę. I nie, raczej nie będzie o lekarzach.

No dobra, mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 6 września 2017

62. Uczulenie

(Lira)
-Sprawdziłem wszystkie dokumenty i numery seryjne. - oznajmił James, wchodząc do pokoju kuratorów. - Wszystko kupione legalną drogą, na wszystko są papiery... Nikt się do tego nie przyczepi. To... przywieźć Ci to do domu?
-Nie. - pokręciłam głową, spoglądając na chwiejne drzwi wejściowe. - Na razie nie mam tego gdzie podziać. Może za kilka dni... nie wiem.
-Przecież masz pozwolenie na broń. - wzruszył ramionami, jakby to było coś oczywistego. - Broń też masz. Kilka sztuk więcej nie powinno Ci zrobić różnicy.
Kilka sztuk? Kilka sztuk? To jest przynajmniej Kilkanaście sztuk, jak nie więcej. I tak nie wiedziałam, co mam zrobić z tą bronią, co już mam. Normalnie nie wyrabiałabym tego pozwolenia, gdyby nie mi nie kazali w sądzie. A broń, która leży w biurku zawinięta w chusteczkę nie została użyta ani razu.
-Mam broń, ale jej nie używam. - powiedziałam, unosząc brwi. - Czy widziałeś mnie kiedyś biegającą z pistoletem?
-Ee... - otworzył szeroko usta. - Nie, chociaż bardzo bym chciał.
Zmierzyłam go spojrzeniem, ale w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami i pochylił się nad jednym z wydrukowanych przeze mnie dokumentów.
-Co to jest? - zapytał, przebiegając spojrzeniem po kartce papieru.
-Wniosek o odsunięcie od sprawy, zostaw. - machnęłam ręką, zabierając mu papierek i odkładając go na stosik innych.
-Chcesz odsunięcia od sprawy? - zmarszczył czoło ze zdziwienia. - Dlaczego?
-Coś za daleko to zaszło. - westchnęłam. - A dobrze wiesz, że w tej sytuacji najlepiej jest się wycofać. Po prostu chcę to zrobić zanim oni mnie uprzedzą.
-Wycofujesz się bez walki? - podsumował, wypowiadając tak druzgocące słowa. - Czemu?
-Już nawet nie chodzi o to, że mam dość tej rodziny, ale oni chyba też woleliby inną kuratorkę. Chłopcy coraz bardziej dają się we znaki. Na moje prośby coraz mniej reagują. Jedyny sposób to zmiana kuratora. Może ktoś inny dotrze do nich trochę lepiej niż ja.
-Może chcesz, żeby pogadał z nimi jakiś psycholog, co? - zaproponował, unosząc brwi. - Na przykład Carlos? Spróbować chyba nie zaszkodzi.
-Carlos już z nimi gadał. - Wywróciłam oczami. - Wiem, że próbujesz mi na siłę opchnąć jakiś pomysł, ale błagam Cię... odpuść. Rezygnuję i już. Będą inne sprawy. Ta najwyraźniej nie jest dla mnie. Nie wiem, dlaczego, ale chyba tak po prostu jest. Próbuję się porozumieć z tymi dzieciakami już od roku i nic. Sam widzisz.
-Lira, nigdy wcześniej się nie poddałaś. - zauważył.
-Najwyraźniej musiał przyjść ten pierwszy raz. - stwierdziłam cicho.
(Logan)
Karetka podjechała pod szpital. Nawet nie uprzedzali nas, że przyjadą. Nie zawsze tak robili. Zwykle dzwonili na recepcję, zanim nam kogoś podrzucili.
-Co macie? - zapytałem, podbiegając do ratowników.
-Dwudziestopięcioletni mężczyzna. - odkrzyknął Jeff, wyprowadzając nosze. - Podejrzenie złamania miednicy. Tętno osiemdziesiąt cztery, ciśnienie waha się w granicach normy.
-Dajcie go do jedynki. - odpowiedziałem, pochylając się nad facetem. - Dzień dobry, nazywam się Logan Henderson i jestem lekarzem. Jaki mamy dzień tygodnia?
-Jest środa. - wysapał ze zmęczeniem. - Moja... moja żona...
-Proszę się nie martwić. Jedzie w drugiej karetce. - uspokajał go ratownik, którego wcześniej nie widziałem. - Był wypadek. Dostawczy wjechał w zaparkowaną osobówkę. Kierowcy nic się nie stało. Patrol policyjny odwiózł go na izbę wytrzeźwień.
Spojrzałem na chłopaka, marszcząc brwi. Wciągnąłem gwałtownie powerze nosem, ale nie wyczułem nic z wyjątkiem portu.
-Nowy? - zapytałem go, kiedy pomagał mi przenieść pacjenta na wózek.
-Od tygodnia. - oznajmił, składając nosze, żeby można je było wprowadzić od razu do karetki. - Lloyd Daniels. Przyjechałem z Londynu.
-I jak się podoba Nebraska? - zagadałem, rozdając pielęgniarkom zadania na kartkach.
-Przynajmniej nie pada dzień w dzień. - stwierdził i wyszedł nie czekając na moją odpowiedź.
Rozejrzałem się po sali w poszukiwaniu jakiegoś wsparcia, ale w pokoju nikogo teraz nie było.
-No gdzie się wszyscy podziali? - zawołałem, „obmacując” tego faceta.
Przerwał mi jego okrzyk bólu, ale jako profesjonalista nic sobie z tego nie zrobiłem, więc brawa dla mnie. No i cudownie.
Podniosłem głowę, kiedy drzwi się otworzyły i do środka wszedł Adam, niosąc zestaw do pobierania krwi. Coś mało miał ampułek.
-Morfologia i gazometria. - rozkazałem mu, a ten posłusznie pokiwał głową.
-Boli jak cholera! - wykrzyczał. - Niech to diabli!
-Zaraz dostanie pan coś przeciwbólowego. - powiedziałem, próbując go tym uspokoić. - Woli pan valium, czy paracetamol.
-Jestem uczulony. - powiedział szybko. - Pełną listę ma moja żona. Sam nie pamiętam, co tam było, ale ratownicy nic mi nie podawali.
-Dobra, spróbujemy to trochę przyśpieszyć. - westchnąłem, otwierając pocztę elektroniczną. - Gdzie się pan leczy?
-W przychodni trzy ulice dalej. Na przeciwko jest taki duży plac zabaw. - wyjaśnił, wciąż stękając z bólu. - Podają tam takie karty oznaczone zielonym, niebieskim i czerwonym.
-Czyli na Frienship Street. - wymamrotałem, wybierając adres i wybierając formułkę z prośbą. - Pana nazwisko.
-John Collins. - wydyszał. - Urodzony w Kansas City.
Wpisałem jego wystarczające dane i wysłałem wiadomość. Wstałem z krzesła i podszedłem do niego, wciąż nie wygasając komputera, żeby zobaczyć kiedy przyjdzie odpowiedź.
-To już mamy. - odpowiedziałem, sięgając po jego kartę i wpisując nazwisko. - Czekamy na pańską kartotekę. Oznaczyłem wiadomość jako bardzo pilną, więc nie powinno być problemów.
Przynajmniej tak mi się wydawało. Nie powiedziałem tego głośno, bo wiedziałem, że facet tylko by spanikował. Nie potrzebne mu takie nerwy, szczególnie teraz, jak jest ranny. Pozostawało mi tylko czekać kartę.
Robiliśmy badania, nie podając żadnych leków. Kurde, musiał się trafić akurat cierpiący alergik. Jednak nie tylko to mnie martwiło. Minęło już pół godziny, a wciąż nie przywieziono jego żony. Przynajmniej odesłali nam jego kartę.
-Mam pańską listę alergenów. - powiedziałem szybko. - Dobra... Adam, podaj mu morfinę. Nie wiem co jeszcze będzie potrzebne, ale na szczęście nie widzę tu swoich ulubionych antybiotyków. Jak skończysz, dowiedz się, gdzie jest jego żona.
Adam skinął głową i wziął się do roboty. Przynajmniej teraz wiedziałem za co mogę się zabrać. Na szczęście po kilkunastu minutach dołączył do mnie Kendall, który tylko rzucił okiem na zdjęcie rentgenowskie z tą swoją zawodową miną.
-Będzie trzeba operować? - zapytałem, kiwając na niego głową.
-Co to za jeden? - zapytał ten mężczyzna, ale Kendall nawet się nie poruszył.
-Chirurg. - wyjaśniłem, a Kendall tylko się skrzywił.
-To dobrze, ze tak długo się gapi? - zapytał z niepokojem.
-Zazwyczaj nie bardzo. - powiedziałem na tyle cicho, że nie byłem pewny, czy mnie usłyszał.
(Kendall)
Było źle, ale się udało. Kiedy zobaczyłem zdjęcia tego faceta, wiedziałem, że trzeba będzie operować, ale zawiesiłem się, gapiąc się na tablicę.
-Co teraz? - zapytał mnie Logan, który do tej pory czekał w sali obserwacji. - Zabierasz go na chirurgię? Bo na izbie przyjęć raczej nie zostanie.
-I dlatego idzie na intensywną terapię. - oznajmiłem, kiedy ten poszedł za mną do łazienki. - Dowiedziałeś się, co z jego żoną?
-Niestety tak. - westchnął, spuszczając głowę ze smutkiem. - Zmarła w drodze. Odstawili ją do kostnicy zakładu pogrzebowego. Powiedzieli, że nie opłacało się wieźć jej do szpitala.
-A kto podpisał akt zgonu?
-Nie wiem, była z nimi jakaś lekarka ze szpitala miłosierdzia. Nie wiem, nie znam kobiety. - wzruszył ramionami, przysiadając na ławce naprzeciwko umywalek.
Nie odpowiedziałem, tylko ściągnąłem pobrudzony krwią fartuch i cisnąłem go do kosza. Czułem się brudny, zły i zmęczony. Jedyne o czym marzyłem to długi gorący prysznic. Tylko najpierw musiałbym skoczyć po żel do sklepu naprzeciwko.
-Trzeba go będzie jakoś poinformować. - powiedział Logan pustym, bezbarwnym głosem.
-Łatwo nie będzie. - wymamrotałem. - Zrobisz to? Przyjmowałeś go, kiedy go przywieźli.
-Jasne. - pokiwał głową – Dasz mi znać, kiedy się obudzi po zabiegu?
-Pewnie. A teraz muszę się wykąpać. Tylko szkoda, że nie mam płynu.
-Pożyczę Ci swój. - zaoferował szybko. - Skorzystaj jeszcze z łazienki ortopedów. Mamy genialne prysznice.
-Dzięki. - mruknąłem, kiwając głową.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

No dobra, nie mam siły, żeby teraz pisać Wam cokolwiek. Wiem, że zawsze się stara,.ale teraz wymiękam. Po prostu... zróbcie to za mnie i zostawcie mi, proszę po komentarzu. 
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!

środa, 30 sierpnia 2017

61. Magazyny

(Lira)
Kilka dni po otrzymaniu pisma, zabrałam ze sobą Leona i Jamesa, żeby się pofatygować do Nowego Meksyku. Nie znałam okolicy i tym bardziej chciałam się upewnić, że nie ma tam nic co mogłoby mi zaszkodzić.
-Nie podoba mi się tu. - stwierdził James, kiedy wysiedliśmy z samochodu.
-Nie gadaj tyle. - wycedził Leon przez zaciśnięte zęby. - Tylko uważaj.
Nie zwróciłam na nich uwagi. Niech gadają co chcą. W zupełności mi to nie przeszkadzało. Byli tutaj i dobra. Tylko to mi wystarczyło.
Podeszliśmy do pomieszczenia pracowników. Jako pierwsza odważyłam się wejść do środka. Chłopaki zostali za mną, stercząc jak dwa kołki. Tak, na nich zawsze można było liczyć.
-Dzień dobry, byłam umówiona z kierownikiem zmiany. - zaczęłam, zwracając na siebie uwagę rezydującego tam mężczyznę.
-Płaci pani, czy odbiera? - warknął na mnie, przez co miałam ochotę się wycofać.
-Najpierw wolałabym obejrzeć. - odpowiedziałam, czując się nieco onieśmielona. - Nawet nie wiem, co tam jest.
-To zaraz się pani dowie. A to co za jedni? Pani przydupasy?
Leon westchnął ze znudzeniem, odkrywając swoją kurtkę, żeby pokazać ukrytą broń za paskiem, ale na tym facecie nie zrobiło to żadnego wrażenia.
-Nazwisko! - wrzasnął, zabierając jakieś papiery.
-Lira Forte. - odpowiedziałam, idąc za nim rzędem kontenerów. - Magazyn wynajmował mój dziadek. Martin Forte.
-Już widzę... - powiedział przeciągle, jakby się nad czymś zastanawiał. - Klucz!
Zanim zdołałam się zorientować już podałam mu kluczyk, a tan pochylił się, żeby otworzyć kłódkę. Bez wahania pomogłam mu otworzyć bramkę.
-Dam pani pół godziny. - oznajmił, odwracając się do nas plecami. - Nasz ochroniarz będzie miał na Was oko.
Razem przekroczyliśmy próg schludnego kontenera. Chociaż do środka wstawiono prowizoryczne blaszane regały, towar był pokryty grubą warstwą kurzu.
-Co to jest? - wymamrotał James, wysuwając jedno z pudeł.
Rozejrzałam się po otoczeniu, zastanawiając się, co dziadek mógł tu schować. Co było zupełnie bez sensu, bo przecież wystarczyło zajrzeć do środka.
-Lira, chyba mamy problem. - zaczął Leon, pokazując mi zawartość jednego z pudeł.
Zajrzałam do środka i zmarszczyłam brwi, widząc pięć nienaruszonych sztuk krótkiej broni. Po krótkim zastanowieniu zajrzałam do kolejnego, a tam były tylko same naboje.
-Tu są kolejne. - powiedział James, pokazując mi zawartość kolejnego pudełka. - Jak myślisz, co to ma znaczyć?
-Nie wiem. - pokręciłam głową. - Może kolekcjonował broń i nikomu nie chciał nic powiedzieć?
Zamknęłam pudełko i sięgnęłam po kolejne. Nawet nie słuchałam Leona, który mówił coś o zabytkowej broni. wyciągnęłam z pudełka coś, co wyglądało jak...
-Kamizelka kuloodporna? - Leon zmarszczył brwi, zabierając ode mnie żółtawo-czarny materiał. - Starodawna. Co tu robi?
Nie miałam pojęcia, co tu robiła. Chociaż bardzo bym chciała, nie mogłam nic na to poradzić. Ten magazyn był pełen broni, ale... dlaczego...
-Mam wolną piwnicę. - oznajmił James po dłuższej ciszy. - Mogę Ci to przechować jak długo będziesz chciała. Ale... nigdy nie znalazłaś na to dokumentów?
-Może są w sejfie? - zaproponował Leon. - Przecież wciąż nie udało Ci się do niego dostać.
-Albo są nielegalne. - dodałam, mając nadzieję, że nie mam racji.
-Przestań. - jęknął Leon. - Nie poznałem dotąd bardziej prawego człowieka. I Ty dobrze o tym wiesz.
(Kendall)
Przyglądałem się Lirze, która już od dobrej godziny próbowała odgadnąć szyfr do sejfu. Na razie nie szło jej za dobrze i wolałem jej nie przeszkadzać.
-Jest! - zawołała uradowana po kilku minutach. - Data śmierci babci. Mogłam wcześniej na to wpaść.
Otworzyła go i włożyła rękę do środka. Jego zawartość to praktycznie same papiery. Nic nie powiedziałem, kiedy zaczęła dzielić je na dwie kupki.
-Co to? - zapytałem, zaglądając jej przez ramię.
-Obligacje długoterminowe. - odpowiedziała, odkładając kartki na jedną z kupek. - Dokumenty na broń i czek z konta babci na dwadzieścia tysięcy.
-Co z nim zrobisz? - uniosłem brwi, widząc, jak rwie go w drobny mak. - Dobra, będę udawał, że to wcale nie jest dziwne.
-I tak jest już nieważne. - machnęła ręką. - A jeśli ten ktoś się po to zgłosi, to najzwyczajniej w świecie mu te pieniądze wyślę. Przynajmniej zwrócę dług Jamesowi i może poszerzę sobie ubezpieczenie, bo z tego już mi nie wystarcza.
Wiedziałem, że teraz zaczęła żartować z ubezpieczania od ubezpieczenia, ale jakoś nie było mi do śmiechu. Szczególnie, że było w tym sporo prawdy.
-Wychodzisz gdzieś? - zapytałem, patrząc na nią z zastanowię. - Bo jeśli chcesz, to pójdziemy razem. I tak nie jestem zmęczony.
-Kiedy musisz iść do pracy? - zapytała, szukając w szufladzie jakiejś teczki.
-Jutro po południu. - odpowiedziałem, obejmując ją od tyłu. - Chyba zostanę na noc. Nie wiem, jaki jest grafik na czerwiec.
-Do końca miesiąca zostały jeszcze tylko dwa tygodnie. - odparła, wkładając dokumenty od broni do jednej z teczek. - Kto tak namieszał?
-Logan. - powiedziałem wprost, siadając na jednym z krzeseł. - Nie było tak źle. Chciał mi pomóc, a wyszło jak zwykle. Twierdzi, że powinienem więcej odpoczywać.
-Wiesz co? Nie wierzę, że to mówię, ale Logan ma rację. - powiedziała, odkręcając się do mnie przodem. - Na prawdę. Nawet ja widzę, że ledwo stoisz na nogach.
-Nic mi nie jest. - pokręciłem głową. - To minie. Po prostu zabrałem za dużo nocek.
-Przynajmniej w ciągu ostatnich dwóch tygodni. - westchnęła, wkładając teczkę do komody. - Wiesz, że Logan wierzy w zabobony?
-Jak to? - zmarszczyłem brwi.
-Wczoraj zbił u Carlosa lusterko łazienkowe i zaczął lamentować, że czeka go siedem lat nieszczęścia. - zachichotała, zatrzaskując drzwiczki sejfu. - Myślałam, że Carlos zsika się ze śmiechu, kiedy mi o tym opowiadał.
-Nie dziwię się. - pokręciłem głową.
(Carlos)
-Kawa dla Ciebie. - powiedziała Alexa, stawiając przede mną papierowy kubek z kawą. - Proszę. Przynieść Ci coś jeszcze?
-Nie, dzięki. - pokręciłem głową. - Na prawdę nie masz co robić, tylko donosić mi kawę?
-Mam co robić, ale wiem, że potrzebujesz trochę kofeiny, żeby się ogarnąć, dlatego... nie ma sprawy, nie musisz dziękować.
Uśmiechnęła się do mnie szeroko, na co parsknąłem śmiechem. Miałem naprawdę dużo pracy, a Alexa poświęcała dosłownie każdą wolną chwilę na donoszenie mi kawy. Kochana jest, ale nie wiedziałem, co jest głównym powodem, żeby się tak zachowywała. Pokręciłem głową i spojrzałem na nią z zastanowieniem. O co jej chodziło.
-A jak Ci się układa z Adamem? - zapytałem, odważając się na to dopiero po kilku dniach.
-Jest dobrze. - zapewniła mnie, kiwając głową. - Adam to... najlepszy facet, z jakim spotykałam się w ciągu ostatnich kilku lat. Jest po prostu wspaniały. Nie powiem, że jest źle, kiedy jest naprawdę dobrze. Nawet Wendy go polubiła, a wiesz, jak trudno jest zdobyć sobie jej sympatię.
-Wiem. - pokiwałem głową. - Ale brzmisz trochę niepewnie. Jesteś pewna, że wszystko jest z nim w porządku? Bo jeśli ten facet złamie Ci serce, to będzie miał ze mną do czynienia.
-A z kim ja będę miała do czynienia, jeśli to ja złamię mu serce? - zapytała lekko podłamanym głosem, chociaż wyraźnie starała się to ukryć.
Miała wątpliwości co do niego. Miała wątpliwości, czy Adam jest dla niej odpowiednim partnerem, ale nie chciała tego przyznać. Tylko dlaczego rzucała mi takie sugestie podprogowe? No, może to nie jest odpowiednie słowo, bo jak na coś tak wyraźnego...
-Dlaczego nic nie mówisz? - jęknęła, przerywając moje zamyślenie. - Miałam nadzieję, że coś mi poradzisz. Nie wiem... cokolwiek.
-Alexa, dobrze wiesz, że nie mogę. - pokręciłem głową. - Sama musisz z nim szczerze porozmawiać. A jakie wyciągniesz wnioski, to nie ma pojęcia.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I jak się podobało? Wiem, że pisałam to dawno, że w tym magazynie jest arsenał, ale nie pamiętałam o tej rozmowie Alexy i Carlosa.

Dobra... Muszę jeszcze brać się za ogarnienie materiałów z treningów. Nie pytajcie. Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 23 sierpnia 2017

60. Największy błąd życia

(Kendall)
Przez chwilę miałem wrażenie, że sytuacja z podrzucanymi dziećmi trochę wymyka się spod kontroli. James się tym nie przejmował. Przynajmniej nie w taki sposób, jak my wszyscy.
-Co teraz? - zapytałem, kiedy oderwał spojrzenie od ekranu komputera.
-Nic. - wzruszył ramionami. - Ty masz wolne, a nadal siedzisz w szpitalu. Dlaczego?
-Czekam na Lirę. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - I muszę się upewnić, że te dzieci trafią na pediatrię przed północą. Nie chcę tego przegapić.
-Kendall... - James wciągnął nagle powietrze. - Już i tak dużo zrobiłeś. Nie spałeś od siedemdziesięciu pięciu godzin... powinieneś odpocząć.
-Nie jestem zmęczony...
-Jakoś w to nie wierzę. - przerwał mi, kiedy chciałem jeszcze głośniej protestować. - Przebierz się. Zawiozę Cię do domu.
-Nie musisz. - odpowiedziałem. - Najpierw muszę się upewnić, że z tymi dziećmi wszystko gra.
-Alexa dopilnuje tego za Ciebie.
-Nie to, że jej nie ufam, ale... wolę to zrobić sam.
-Nigdy nie odpuszczasz, prawda? - zapytał cicho, ledwo słyszalnym głosem. - Zawsze musisz mieć pewność. Nie pójdziesz spać, dopóki wszystkiego nie dopilnujesz.
-Przecież Ty też musisz mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. - zauważyłem, podnosząc się z kanapy. - Dlaczego tak się dziwisz?
-Ja nie opuściłem rozmowy kwalifikacyjnej, tylko po to, żeby zostać na łataniu wątroby pięcioletniej dziewczynce. Zostałeś dla pacjenta, ale jednocześnie olałeś potencjalnego pracodawcę.
-Mam to gdzieś. - powiedziałem cicho.
-Wiem. - kiwnął głową. - Czasami się o to martwię.
(Logan)
-Co robimy? - zapytałem, wchodząc do gabinetu Adams.
-Ty wracasz do pracy. - powiedziała wyjątkowo ostro, nawet jak na nią. - Pozwólmy działać Forte i Maslowowi. Oni znają się na tym lepiej niż my wszyscy razem wzięci.
Nie poczułem się urażony. Wiedziałem, że wskazując na mnie, Kendalla, Alexę i Carlosa... Wiedziałem, że ma rację. Nie chciałem się z nią kłócić. Pewnie i tak bym jej nie przegadał.
-Dzieci są już na pediatrii. - oznajmił Kendall, krzyżując ramiona na piersi.
-A Ty nawet nie myśl o kolejnym dyżurze. - pogroziła mu palcem. - Dzisiaj idziesz spać. Nie odpuszczę Ci tego tak łatwo. Forte wraca za kwadrans i natychmiast zabierze Cię do domu.
-Ale... - zaczął, ale ona natychmiast zgasiła jego zapędy.
-Nie ma żadnego „ale” - pokręciła głową. - Jedziesz do domu i koniec.
Wzruszyłem ramionami i opadłem na kanapę w jej gabinecie. Cudownie. Wszystko układa się po naszej myśli. Nie miałem pojęcia, co tak naprawdę mogę powiedzieć. Do czego mam się posunąć.
-Henderson, upewnij się, że wejdzie do samochodu Forte. - zwróciła się do mnie, a ja pokiwałem głową. - Vega, zatroszcz się, żeby pediatria udzielała nam szczegółowych informacji odnośnie naszych noworodków. A Ty Pena... poproś swoją siostrę, żeby zablokowała pocztę z pediatrii do zarządu. Czas start.
Nie trzeba było nam dwa razy powtarzać. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, Carlos natychmiast złapał za telefon i wykręcił jakiś numer. Wciąż czekam, aż zgodzi się, żebyśmy mogli się razem przespać, ale wciąż idzie w zaparte. Nie zwracałem uwagi na Alexę. Zamiast tego chwyciłem Kendalla pod ramię i doprowadziłem go na parking.
-Lepiej? - zapytałem, widząc, jak zareagował na kontakt ze świeżym powietrzem.
-Tak. - pokiwał głową. - Nie zdawałem sobie sprawy, że jestem aż tak zmęczony.
-A jednak. - uśmiechnąłem się pod nosem, siadając obok niego na betonowym murku. - Wiesz co? Czasami jestem... zaskoczony, widząc Cię w takim stanie. Ledwo patrzysz na oczy, słaniasz się na nogach... A jednak jesteś wystarczająco zdeterminowany, żeby móc dalej pracować. Podziwiam Cię za to.
-Niepotrzebnie. - pokręciłem głową. - Pamiętasz dziewczynę od paralotni?
-Jasne. - prychnąłem. - Miała mnóstwo pogruchotanych kości uszkodzone narządy wewnętrzne... Obie operacje się udały, ale i tak zmarła po tygodniu na oiomie.
-Ale byłeś zdeterminowany. - wzruszył ramionami. - Bardziej niż kiedykolwiek. Wierzyłeś, że wyzdrowieje. Tylko ten jeden raz Cię takim widziałem.
-I więcej nie zobaczysz.
(Lira)
Kendall spał, a ja pracowałam. Nie ważne, co bym myślała, nie mogłam się od tego teraz oderwać. Po prostu nie potrafiłam, jakby to nie leżało w mojej naturze.
Usłyszałam dzwoniący telefon i podniosłam głowę. Nie chciałam, żeby ta wnerwiająca melodyjka obudziła Kendalla,ale on spał niedźwiedzim snem, jakby nic nie mogło mu teraz przeszkodzić w odpoczynku.
-Tak? - zapytałam, odbierając komórkę.
-Znaleźliśmy go! - zawołał James, niemal mnie ogłuszając.
-Kogo? - skrzywiłam się, próbując go jakoś uświadomić, że nie musi tak wrzeszczeć.
-Ojca Thora. - No tak, położne nazwały „Thor” jednego z niemowląt. - Wiesz co on zrobił? Zamordował swoją dziewczynę zaraz po narodzeniu dziecka.
-Co z nim? - wymamrotałam, siadając z wrażenia.
-Nie żyje. - powiedział, już chyba trochę się uspokajając, ale ja nie byłam w stanie się po tym otrząsnąć. - Popełnił samobójstwo. Znaleźliśmy przy ciałach list pożegnalny. Napisał, że nigdy sobie tego nie wybacz. Że oddaje Dustina. Mówi, że chłopiec jest niewinny, ale jest jego największym błędem życia. Reszty nie jestem w stanie odczytać. Litery się rozmazały.
-Dobra. - westchnęłam, mrużąc oczy, żeby się trochę uspokoić. - Jakaś inna rodzina?
-A kto by się tym przejmował. - jęknął. - Od razu zgłaszamy go do ośrodka adopcyjnego. Na pewno jakaś agencja będzie chciała się nim zająć.
-Dobra, zajmiesz się tym? - poprosiłam. - Vipera znalazł sobie niezbyt dogodny moment, żeby przypomnieć sobie o moim istnieniu.
-Nie ma problemu. - przytaknął, jakby nie mógł powiedzieć więcej ani słowa. - Jezusie, chyba zaraz zwymiotuję.
Nie było to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Po tym, co mi powiedział, sama miałam na to ochotę. Rozłączył się bez ostrzeżenia i odłożyłam komórkę na stolik w kuchni, zasłaniając sobie usta dłonią. Nie spodziewałam się tego. W życiu nie widziałam czegoś takiego, na co teraz patrzył James i coś mi mówiło, że nie chciałam zobaczyć.
Złożyłam teczkę z aktami. Wiedziałam, że to tylko kwestia czasu. Że prędzej, czy później odechce mi się pracować. Przynajmniej na dzisiaj.
Bez wahania położyłam się w łóżku i po niecałej godzinie udało mi się zasnąć.
Kiedy się obudziłam, było już ciemno, a Kendalla już przy mnie nie było. Nie zostawił też żadnej kartki. Może nie odszedł daleko? A może wyszedł tylko na ulicę, żeby się przewietrzyć?
Podniosłam się z łóżka i podeszłam do kuchennego stolika, ale tam tez nie widziałam żadnej kartki. Zamiast tego była koperta. Nie otwarta. Uniosłam brwi, rozrywając papier.
Od: Dzielnica magazynowa „Boxmax” w stanie Nowy Meksyk
Szanowna pani Forte!
Dotarła do nas informacja, że jeden z klientów korzystających z naszych usług magnetyzerskich zmarł osiem lat przed wygaśnięciem umowy. Otrzymaliśmy informację, że to pani dziedziczy cały jego majątek łącznie z zobowiązaniami.
W związku z tym proponujemy pani dwa rozwiązania. Pierwszy: Wynajmie pani u nas te same magazyny, tym samym przedłużając umowę. Drugi: Odbierze pani zalegające tam przedmioty w dogodnym dla nas terminie. Jeśli nie otrzymamy od pani żadnej informacji, ani przelewu, cała zawartość magazynów zostanie zlicytowana. Numer konta oraz adresy kontaktowe znajdują się na odwrocie pisma.
Z wyrazami głębokiego szacunku:
Peter Morgenstern
Właściciel dzielnicy magazynowej „Boxmax”.
Zwinęłam kartkę z powrotem do koperty. Dziadek miał wynajęte magazyny? Tylko po co? Przecież nie miał nic do ukrycia, prawda? A może wcale go nie znałam i dopiero teraz dowiem się o nim całej prawdy. Muszę tylko znaleźć klucz do kłódki.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I... jak? Przyznaję, trochę zaszalałam z tą notką, ale myślę, że to i lepiej. Postanowiłam trochę przybliżyć przyjaźń Logana i Kendalla. Dlatego wyszło coś takiego.
No... Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się ! Cześć!