środa, 16 sierpnia 2017

59. Nie ma nic za darmo

(James)
Odłożyłem na stolik teczkę z wydrukowanymi dokumentami i przysiadłem na skraju łóżka w mieszkaniu Mary. Wiedziałem, że za wiele to nie pomoże, ale co mi szkodziło spróbować.
-Będę miał prośbę. - oznajmiłem cicho, kiedy weszła do pomieszczenia. - Chodzi o udostępnienie pełnej karty medycznej.
-Jakiegoś konkretnego pacjenta? - zapytała, unosząc brwi. - Jeśli masz pozwolenie, to nie widzę problemu.
-Chodzi o to, że nie mam. - cmoknąłem z przekąsem. - Jest jeden chłopak. Jest pełnoletni, więc nie ma szans, żeby jego matka mogła to dla mnie zrobić. Ale Ty... możesz wszystko.
-Jeśli nie masz żadnej podstawy, możesz o tym od razu zapomnieć. - pokręciła głową, siadając naprzeciwko mnie.
-Chłopak może być ojcem jednego z podrzuconych dzieci. - oznajmiłem. - Jego matka mi to powiedziała. Właściwie Lirze, a ja tylko...
-Przejdź do rzeczy. - pogoniła mnie, kiedy zacząłem się plątać.
-Chłopak ma schizofrenię. - oznajmiłem. - Od dłuższego czasu radzi sobie samodzielnie, ale pojawiły się podejrzenia, że jego życie wymknęło się spod kontroli.
-Na tyle, żeby doszło do zbliżenia z siedemnastolatką? - zachichotała, kiedy pokiwałem głową. - Bez sensu. Ale pokażę Ci te dokumenty.
-Serio? - uśmiechnąłem się z zadowoleniem.
-Będziesz mógł je przeczytać, ale nie wynieść. - zastrzegła. - Tylko przeczytać.
-To i tak sporo.
-I dlatego tego nie zmarnuj.
(Kendall)
-Na prawdę musimy wychodzić dzisiaj do pracy? - zapytałem, leżąc obok Liry. - Najchętniej spędziłbym tu z Tobą cały dzień.
-Nie ma szans. - pokręciła głową. - Wciąż mamy jedną nierozwiązaną sprawę. A wiesz, jakie to ważne. Z resztą wiesz, jaki jest Vipera. Nie odpuści, jeśli zobaczy, że nie mam co robić.
-Z jednego dnia wolnego już zrezygnowałaś. - - wzruszyłem ramionami. - I co będzie dalej?
-Nic. - odpowiedziała krótko. - Ale wiem, że na urlop będę musiała trochę poczekać.
Westchnęła, odrzucając koc na bok. Tutaj robi się coraz dziwniej. Wcześniej jakoś nie przywiązywaliśmy wagi do rozpatrywanych przypadków. Po Scottcie wszystko się zmieniło. Zaczęliśmy się podnosić z łóżka i przeszliśmy do łazienki.
-Wspólna kąpiel? - zapytałem, kiedy Lira rzuciła mi żel pod prysznic.
-Pewnie. - pokiwała głową. - Logan założył mi wodoodporny opatrunek.
-Wyświadczył mi przysługę. - uśmiechnąłem się szeroko i ściągnąłem lekką koszulkę, którą Lira zakładała do spania. - Gotowa?
-Pewnie. A Ty? - odwzajemniła mój uśmiech.
Kiedy skończyliśmy, wyszliśmy z dużej kabiny przepasani ręcznikami. Lira podniosła swoją komórkę i spojrzała na wyświetlacz.
-Coś nie tak? - zmarszczyłem brwi, podchodząc do niej bliżej.
-Wszystko gra, ale... Pamiętasz jak Logan zakładał w internecie profil na portalu aukcyjnym? - powiedziała powoli, wciąż wpatrując się w wyświetlacz. - Wtedy zaczęłam go obserwować.
-Zamieścił nowe ogłoszenie? - zdziwiłem się, wycierając sobie włosy. - Sądziłem, że sprzedał już wszystkie rupiecie ze starego mieszkania.
-Tak, zamieścił ogłoszenie, ale... w dziale nieruchomości.
-Sprzedaje swoje mieszkanie?
-Nie... - pokręciła głową. - Willę w Kansas.
-Tam mieszkał jego ojciec. - przypomniałem sobie po długiej chwili. - Nie sądziłem, że przyjmie spadek. Myślałem, że...
-To Logan. - przerwała mi, przełykając ślinę. - Pewnie po prostu potrzebuje kasy. Jak zawsze.
Pojechaliśmy do szpitala. Na ulicach nie było zbyt wielu ludzi, ale musieliśmy trochę poczekać. Chyba były jakieś utrudnienia. Nawet policja musiała kierować ruchem.
Kiedy weszliśmy do poczekalni, zauważyłem Scotta siedzącego na jednym z krzeseł.
-Scott? - zmarszczyłem brwi, widząc, że Lira poszła tylnym wejściem. - Co tu robisz?
-Potrzebuję recepty. - powiedział, wstając na równe nogi. - Wczoraj poginęły nam wszystkie leki. Było włamanie. Skradziono całą apteczkę, zawartość sejfu i kilka antyków. Da się przeżyć, policja już to sprawdza.
-Apteczkę? - powtórzyłem, marszcząc brwi.
-Przeciwbólowe i przeciwgorączkowe Derek może kupić bez recepty, ale reszta...
-Wiem. - kiwnąłem głową, przechodząc za ladę. - Przepiszę wszystko na astmę i wypiszę Ci jeszcze jedną receptę na zapas. Zostały Ci jeszcze jakieś zapasy? Może w szkole?
-Tylko dwa inhalatory. - odpowiedział wzruszając ramionami. - Jeden w szafce i jeden u Lydii.
-U Lydii? - uniosłem brwi, spoglądając na niego z zaskoczeniem. - Lydia trzyma dla Ciebie jeden inhalator?
-Derek ją poprosił. - wyjaśnił. - Czasami zdarza mi się o nim zapominać.
-Proszę. - powiedziałem, przekazując mu dwa podłużne arkusze. - Znasz dawkowanie. Dlaczego skradziono leki?
-Dziękuję. - pokiwał głową. - Amm... kiedyś czytałem, że te, które przyjmuję przy odpowiednim dawkowaniu mogą działać jak środki dopingujące. Może to tylko jakiś nieuczciwy sportowiec?
-Albo ktoś rozprowadza je na czarnym rynku. - uniosłem brwi, chowając pod ladę pozostałe blankiety. - Masz rację. Mogą być sposobem dopingu, ale nie są wystarczająco skuteczne. Tak naprawdę... trzeba je wziąć tuż przed rozgrywkami. Niektóre działają natychmiast, a tabletki mają lekko opóźniony zapłon. Ale o tym wiesz. I wiesz, że nikt, a szczególnie ktoś zdrowy nie może z nimi przesadzić. Dlaczego?
-Oskrzela mogą się rozszerzyć na tyle mocno, że mogą popękać. - wyjaśnił, wzruszając ramionami. - Tak środek działa na zdrowych ludzi.
-I wiesz, co to znaczy. - pokiwałem głowę. - Zadzwonię, jeśli znajdziemy przy kimś Twoje leki.
(Logan)
-Znaleźliśmy tylko jedną parę rodziców. - westchnąłem. - A pozostałe szpitale nie są chętne do współpracy. To już jest szczyt.
Carlos parsknął śmiechem, na co obdarzyłem go gromkim spojrzeniem. To nie było ani trochę śmieszne. W stu procentach.
-Stary, zawsze kiedy oni czegoś potrzebują, my musimy im pomagać. Wiesz, co to znaczy? To znaczy, że mają nas w dupie.
-Dobra, już zrozumiałem. - przerwał mi James. - Wiesz co? Wszyscy robimy co możemy, ale za wiele to nie daje, Możemy tylko zbierać informacje. Nie mamy władzy sądu, dobrze o tym wiesz.
-Wiem i wielka szkoda. - jęknąłem, wstając z kanapy i spojrzałem na otwierające się drzwi. - Omawiamy ważne sprawy. Spieprzaj.
Ellie uniosła dłonie w geście obronnym i wycofała się z powrotem na korytarz.
-Stary... - jęknął Kendall, tonem, jakby chciał mnie zbesztać. - Tak się nie robi.
-Robi, robi. Nie pamiętasz, co zrobiła Kevinowi?
-Kim jest Kevin? - Carlos zmarszczył brwi.
-Nie interesuj się, dobra? - wycedziłem przez zaciśnięte żeby. - Zacznijmy od początku. Podrzucono nam troje dzieci. Każde w wieku od trzech do sześciu miesięcy. Jedno urodziło się w domu. Wiemy to po pępowinie zawiązanej sznurkiem...
-Twoje zdolności detektywistyczne są okropne. - odparł James, wyraźnie sugerując, że nie chce tego słuchać. - Wiemy niewiele, ale przynajmniej jedno z dzieci szybciej trafi do rodziny zastępczej. Patrz na pozytywy.
-Pewnie bym na nie patrzył, gdyby negatywów nie było aż tak dużo. - warknąłem na niego. - Łażenie z domu do domu nic nie da. Co innego, gdybyśmy byli pastorami zbierającymi datki na kościół. A to jest wykluczone.
Carlos uśmiechnął się chytrze, jakby właśnie wpadł na jakiś dobry pomysł, ale żaden z nas nie odważył się odezwać jako pierwszy.
-A może i nie? - pisnął z zadowoleniem. - Ostatnio Aina ma kontakty z jednym pastorem. Moglibyśmy go nakłonić, żeby sprawdził to czego szukamy, ale w bardziej... tradycyjny sposób.
-Mów dalej, zaczyna mi się podobać. - powiedziałem, nachylając się bliżej, żeby posłuchać.
-Poprosimy go, żeby przy najbliższych wizytach domowych popytał parafianów o dziewczyny w ciąży i jak się uda, to znikające dzieci. Ale nie jestem pewny, czy zrobi to za darmo.
-Wydam nie więcej niż dziesięć tysięcy. - powiedział szybko James. - W tym miesiącu oszczędzałem, ale i tak mam ograniczony budżet.
-Pięć powinno wystarczyć. - powiedział, jakby nikt mu nie przerywał. - Musimy mu tylko powiedzieć wystarczająco dużo, żeby się zgodził.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dobra, dzisiaj bez spoilerowania, bo mi się nie chce. Poza tym, wciąż się jaram momentem z „Teen Wolfa”, kiedy Malia zabierała Scottowi ból. Nadal nie popieram ich potencjalnego związku, ale tamten moment był bardzo ładny.
No, a jak się Wam podobała notka? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach. Trzymajcie się! Cześć!



środa, 9 sierpnia 2017

58. Dzieci nie spadają z nieba

(Lira)
-Mamy na izbie przyjęć kolejnego noworodka. - oznajmiła Alexa, doganiając mnie na korytarzu. - Ktoś podrzucił nam ją pod drzwi.
-A monitoring? - zapytałam, unosząc brwi.
-Czysty. - pokręciła głową. - Widać tylko jakąś bardzo szczupłą osobę ubraną jak dementor.
Nie ukrywam, że to brzmiało bardzo dziwnie. Słyszałam o podkładaniu dzieci do śmietników, do kościołów... Ale nie pod drzwi szpitala. Zwykle zostawiano noworodki w środku. Czasami dziewczyny kłamały, że znalazły je w drodze do pracy, albo szkoły, ale większość z nas wie, że to były ich matki. Tylko nie chciały się przyznać.
-Mogę poprosić Leona, żeby przeszukał bazy danych. Jeśli dziecko urodziło się w jakimkolwiek szpitalu, na pewno znajdziemy jego odciski. - odparłam, skręcając do damskiej łazienki. - A w jakim jest stanie? Co jej dolega?
-Nic, oprócz wyziębienia. - wzruszyła ramionami.
-Jest lato! - zawołałam, zamykając za sobą drzwi. - Musiałaby długo leżeć na betonie.
-Bo prawdopodobnie leżała. - odpowiedziała, opierając się o drzwi plecami. - Trafi na pediatrię szybciej niż ten chłopiec.
-Jeszcze tam jest? - uniosłam brwi, chociaż ona nie mogła tego zobaczyć. - Byłam pewna, że już go do siebie zabrali.
Ściągnęłam majtki, kucając nad sedesem. Wiedziałam, że tak łatwo nie ma. Że najpierw będzie to żmudne szukanie rodziny, a dopiero później będzie można skierować dziecko do ośrodka adopcyjnego. I zwykle właśnie tam trzeba je oddać.
-Mówią, że ma nikłe szanse na przeżycie. - odkrzyknęła, kiedy zaczęłam sikać. - Nie mieliby czasu się nim opiekować. Mają teraz za dużo wcześniaków.
-I brakuje personelu. - dokończyłam, wpadając jej w słowo. - Wiem, ciągle to powtarzacie. Dlaczego nie zatrudnią więcej lekarzy? Praktykanci sobie z tym nie poradzą. Szczególnie, że muszą być pod stałą obserwacją lekarzy.
-Wiem. - jęknęła, kiedy skończyłam i otworzyłam drzwi, żeby wyjść i umyć ręce. - Nie mogą nikogo zatrudnić. Adams podobno za dużo wydaje.
Bardziej byłam zainteresowana zdaniem dwóch naszych ulubionych lekarzy. Logan miał na głowie chyba dwudziestu praktykantów, a Kendall utknął na bloku operacyjnym. Tak, to było do bani i dobrze o tym wiedziałam.
-Zawsze możecie iść do Adams i poprosić ją o zatrudnienie kilku nowych. - usłyszałyśmy męski głos z drugiego końca łazienki.
-Carlos? - zawołała Alexa ze zdziwieniem. - Co Ty wyprawiasz? To jest damska toaleta!
-Wiem. - odkrzyknął, chyba z kabiny w rogu. - Męska jest pełna dzieciaków. Tu znacznie łatwiej poczytać gazetę w spokoju.
(Logan)
-Wszystko dobrze? - zapytałem, kiedy Kendall wszedł smętny do pokoju lekarskiego.
-Nie przeżył. - westchnął, opadając na kanapę. - Czasami zastanawiałem się, co było z nim nie tak. Wiesz, może to ja popełniłem błąd?
Jęknąłem, ale z wyraźnym zadowoleniem. Poczułem na sobie wściekłe spojrzenie Kendalla, ale za bardzo się tym nie przejmowałem.
-Co teraz? - zapytałem, próbując na nim wymusić jakieś newsy z chirurgii. - Jedzie na transplantologię?
-Nie... - pokręcił głową z wyraźnym przekąsem. - Narządy są zbyt wyniszczone. Musiał pić przynajmniej od kilku lat.
-Szkoda. Liczyłem, że przynajmniej częściowo odkupi swoje winy, ale widzę, ze nici z tego. Jakieś wieści od trzeciego piętra?
-Nie... - pokręcił głową, wyciągając z szafki torebkę herbaty ekspresowej. - Nie byłem u nich od dłuższego czasu. Stażyści są przy dziecku?
-Przy dzieciach. - uściśliłem. - Podrzucono nam kolejne. Jeszcze dwójka i pobijemy rekord ostatniej dekady. Lira i Matt namówili Leona, żeby poszukał ich odcisków w bazach danych.
-Troje noworodków na oddziale w tym samym czasie. - powiedział, jakby się nad czymś zastanawiał. - To jakaś plaga. Przecież dzieci nie spadają z nieba.
-Wiem. - odpowiedziałem, podchodząc do lodówki i wyjmując ze środka puszkę koli. - Lira wysłała po mailu do szkół średnich, pytając o nazwiska i adresy nastolatek, które były w ciąży w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Ma zamiar przejść się do nich dzisiaj wieczorem.
-Nic mi o tym nie mówiła. - odparł, przechylając czajnik, żeby zalać torebkę wrzątkiem. - Byłem pewien, ze mówi mi o wszystkim.
-Bo mówi. - usiadłem z powrotem na kanapie, otwierając puszkę. Odczekałem chwilę, żeby wyszło trochę gazu. Nie lubiłem, kiedy bąbelki uderzały mi do nosa. -Ale wtedy operowałeś i nie chciała Ci przeszkadzać. Wie, jak bardzo przywiązujesz wagę do tych spraw.
Kendall tylko wzruszył ramionami i usiadł w fotelu, obejmując kubek w obu dłoniach. Wiedziałem, że wolałby, żeby ten drań przeżył i poniósł konsekwencje, ale... Tak było lepiej dla wszystkich. Miałem cichą nadzieję, że jego organy będą się nadawały do przeszczepów, bo skoro z taką łatwością uśmiercił grupę ludzi, to może przynajmniej pomoże uratować kilku innych. Ale teraz widziałem, że nici z tego.
Rozległo się pukanie i do środka wszedł Matt. Podszedł do stolika i położył na nim kilka spiętych kartek. Przysiadł na jednym z naramienników fotela Kendalla.
-Dotychczasowe odpowiedzi od szkół. - wyjaśnił po dłuższej chwili milczenia. - Są cztery dziewczyny, który kończyły rok w zaawansowanej ciąży. I jedna, która urodziła tuż przed zakończeniem semestru. Możecie sprawdzić, czy któraś nie jest Waszą pacjentką?
-Możemy popytać na ginekologii, ale szczerze wątpię, czy podrzuciłaby dziecko właśnie pod nas szpital. - stwierdziłem, podnosząc do ust otwartą puszkę. - To by było zbyt oczywiste.
-Spróbować chyba nie zaszkodzi. - wzruszył ramionami. - Wiecie, najciemniej pod latarnią. Mogły nabrać zaufania akurat do nas. Wysłaliśmy Maile do wszystkich dwudziestu ośmiu szkół w promieniu pięćdziesięciu kilometrów.
-I przyszło tylko to? - Kendall zamrugał z zaskoczeniem. - Mało.
-Są wakacje. Większość jest zamknięta. Niewiele dyżuruje przez cały tydzień.
-Niestety. - westchnął Kendall, wciąż nie zmieniając pozycji. - Wyślę te dane jeszcze do innych szpitali. Może coś wiedzą.
-Ale najpierw sprawdzimy u nas. - powiedziałem szybko.
-Lira przejdzie się po domach tych dziewczyn i sprawdzi, czy te dzieci rzeczywiście tam są. - oznajmił Matt tym swoim rzeczowym tonem. - Leon poszuka dzieci w bazach danych, a ja muszę być na usługi Vipery. Wziął mnie pod lupę i za bardzo Wam nie pomogę.
-Nie ma sprawy. - Kendall pokręcił głową. - Wiem, jak było z Lirą, kiedy to ją obserwował.
-To... każdy wie co ma robić i spotkamy się wieczorem?
-Na to wygląda.
(Carlos)
-Co tam? - zacząłem, wchodząc do mieszkania Jamesa. - Masz coś nowego w sprawie tych dzieciaków? Bo Kendall się trochę niecierpliwi.
-Wiem, dlatego robię co mogę, żeby na coś trafić. - odpowiedział, kiedy wszedłem do jego prowizorycznego biura.
Siedział w prezesowskim fotelu, z uwagą wpatrując się w monitor komputera. Nawet się nie poruszył, kiedy przeszedłem na drugi koniec pokoju i usiadłem przy miniaturowym stole konferencyjnym i rozłożyłem się z przyniesionymi papierami.
-A Ty coś masz? - zapytał, wciąż nie zmieniając pozycji.
-Nie. - pokręciłem głową. - Lira jest u tych dziewczyn, Matt ma swoje sprawy, Alexa sprawdza dane od szkół, a chłopaki są zawaleni robotą.
-Mary daje w kość? - uniósł brwi.
Nazwał ją po imieniu, czym kompletnie mnie rozwalił, bo wszyscy oprócz niego mówili na nią po nazwisku. Kilka razy prosiłem go, żeby przy nas nazywał ją „Adams”, ale za cholerę nie chciał posłuchać. No, cudownie. Głupio, kiedy kumpel sypia z babką, która pośrednio jest Twoją szefową, ale to jest James. Po nim i po Loganie można się spodziewać dosłownie wszystkiego. Jak nie wiedzieliśmy o ich przygodnych bara-bara, jeszcze dało się to znieść, ale teraz to już tragedia.
-Żebyś wiedział. - odpowiedziałem, darując sobie komentarz. - Wiesz, jaka ona jest. Wymagająca. Nie daje taryfy ulgowej. Sobie też nigdy nie odpuszcza.
-Taka już jest. - wzruszył ramionami. - Chyba coś znalazłem. Jedna z wymienionych dziewcząt była karana za napaści z bronią w ręku.
-Z bronią palną? - podniosłem się z krzesła i podszedłem do niego bliżej.
-Tego nie napisali. Równie dobrze mogła mieć nóż. Przebywa w otwartym ośrodku wychowawczym z lekkim rygorem.
-Szkoła podała Lirze zły adres? - uniosłem brwi, widząc, co jest napisane na elektronicznej stronie akt. - Podali adres domowy?
-Zwykle tak robią. Zadzwonię do Liry, zanim zaskoczy rodziców.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No okey... zastanawiam się nad specialnym postem z odpowiedziami na Wasze ostatnie komentarze. Wiecie, żeby się jakoś ogarnąć. Poza tym na serio muszę się ogarnąć. Jestem już na bieżąco z blogami i tak dalej... ale muszę się jeszcze nastroić.

Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Do zobaczenia za tydzień, albo w piątek na Koniczynce. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 2 sierpnia 2017

57. Noworodek

(Kendall)
Dzisiaj mieliśmy wolne. Siedzieliśmy na kanapie, oglądając jakiś serial w lokalnej telewizji. Nawet nie znałem jego tytułu. Ważne, że byliśmy razem.
-Chcesz przełączyć? - zapytała Lira, wciąż leżąc z głową na moich kolanach.
-Nie, może być to. - odpowiedziałem, delikatnie gładząc jej włosy.
Uniosłem głowę, widząc migający wyświetlacz komórki. Czy naprawdę musiał dzwonić właśnie teraz? Nie możemy spędzić razem przynajmniej tego jednego dnia?
Lira podniosła się do pozycji siedzącej i oparła się plecami o tylną część kanapy. Poprawiła włosy, doprowadzając rozpuszczone włosy do jakiegoś porządku.
-Coś ważnego?
-Tak, ze szpitala. - pokiwałem głową, widząc wyświetlany numer. - Chyba Adams dzwoni z prywatnego. Nie jestem pewien.
-Na pewno chcesz odebrać? - uniosła brwi, sięgając po własną komórkę, żeby ją sprawdzić. - Właściwie, czemu nie włączyłeś wibracji?
-Bo ich nie znoszę. - uśmiechnąłem się pod nosem, odbierając telefon. - Tak?
-Schmidt, wiem, że obiecałam Ci dzisiaj wolne, ale muszę Cię ściągnąć do szpitala. - usłyszałem głos Adams. - To bardzo ważne.
-Wypadek komunikacyjny? - zapytałem, rozglądając się za bluzą.
-Nie, ale potrzebujemy chirurga. - odparła, chyba gdzieś idąc, bo w tle słyszałem stukot obcasów. - Zbierasz się?
-Tak, będę za jakieś pół godziny.
-Nie dasz rady wcześniej? Henderson i tak się nie wyrabia.
-Postaram się, ale muszę jeszcze zabrać czysty fartuch. - odparłem, przekopując stertę świeżych ciuchów. Po drugiej stronie Adams zacmokała ze zniecierpliwieniem.
-Włożysz scrub. Lepiej się rusz, w zamian będziesz miał dwie wolne soboty.
-Dobra, już wychodzę.
Rozłączyłem się, wsuwając komórkę do kieszeni spodni. Lira patrzyła na mnie z lekką urazą. Spojrzałem na nią przepraszająco.
-Wybacz. Wiem, że to miał być nasz dzień. - usiadłem naprzeciwko niej. - Przełożymy to na przyszłą niedzielę? Wtedy też mam wolne.
-Dobra. - powiedziała z przekąsem. - Odwiozę Cię, będzie szybciej. Potem może pójdę do jakiegoś kina, czy coś... pewnie grając coś, na co nie będziesz chciał iść.
-Dobra. - uśmiechnąłem się smutno, pochylając się nad jej twarzą. - Nadrobimy to, obiecuję.
(Logan)
Dzisiejszy dzień był okropny. Adams już wezwała Kendalla, ale nie mam pewności, jak długo zajmie mu dojazd. Patrzyłem na kolegów naprzeciwko łóżeczka z noworodkiem, którego dopiero zdołaliśmy odratować. I... strasznie płakał. Nie znałem się za bardzo na dzieciach, więc nie miałem pojęcia co robić. Grupa praktykantów miała na twarzy dokładnie to samo uczucie co ja.
-Co tak stoicie? - zapytała Alexa, wchodząc do pokoju. - Nie widzicie, że jest głodny?
-Niby skąd mamy wiedzieć, że jest głodny? - wzruszyłem ramionami, ale zamiast tego Alexa wyciągnęła z inkubatora na koce butelkę z gotową odżywką.
-Idioci. - prychnęła. - Jak będzie mieli własne dzieci, to sami zobaczycie.
-Niedoczekanie Twoje. - wymamrotałem.
Ale Alexa nie zwróciła na to uwagi. Po prostu odepchnęła mnie na bok i bezceremonialnie podniosła dziecko, układając je sobie w ramionach. O dziwo chłopiec trochę się uspokoił, ale kiedy przyłożyła mu do buzi butelkę.
-Jak Ty to robisz? - uniosłem brwi z wrażenia.
-Mam córeczkę. - odpowiedziała, nie przerywając czynności. - Widzicie, od razu mu lepiej. Kiedy idzie na pediatrię?
-Nie wiem. - wzruszyłem ramionami. - Byłem pewny, że Ty nam powiesz.
-Nie mogę teraz nic zrobić. - pokręciła głową, siadając w fotelu w rogu pokoju. - Brakuje łóżek i personelu. A to dziecko jest w kiepskim stanie.
-Czyli jak zwykle. - westchnąłem. - No dobra... Ruszcie się, bo musimy iść do innych pacjentów. No już, szkoda czasu.
Wysłałem praktykantom gest, który miał ich trochę ponaglić, ale zamiast tego spojrzeli na mnie jak na idiotę i nawet się nie poruszyli.
-No błagam, robota się sama nie zrobi. - jęknąłem, otwierając drzwi i widząc Kendalla.
-Podobno potrzebujecie chirurga. - powiedział, przypinając w biegu identyfikator.
-Tak, ale chodź tam. - pociągnęłam go za koszulkę i poprowadziłem go do uśpionego mężczyzny. - To właściwie jest sprawca karambolu na szóstce, ale Adams powiedziała, że możesz z nim zrobić, co Ci się rzewnie podoba.
-Co? - zmarszczył brwi, spoglądając na niego ze zdziwieniem.
-Uratować i pozwolić mu żyć pośród normalnych ludzi, wysłać do kostnicy, niechcący przecinając główną tętnicę, rozebrać na części... Nie wiem, improwizuj, ale uważaj, bo facet ma prawie trzy promile alkoholu.
-I przeżył?
-On jeszcze tak, ale cztery inne osoby nie. - wzruszyłem ramionami, udając obojętność. - Wiem, że pięcioletniej dziewczynce uda się wyjść z tego po długiej rehabilitacji i żmudnym leczeniu, ale jej mama zginęła na miejscu.
-Sugerujesz coś? - uniósł brwi, patrząc na mnie ze zdziwieniem.
-Nie, ale jeśli byłbym Tobą, wybrałbym tę ostatnią opcję. - odparłem, mając nadzieję, że posłucha.
-Logan...
-Już wybrałeś? - zapytałem, patrząc na niego z nadzieją. - I wiedz, że w sali obok jest noworodek, który dopiero opuszczał szpital i już dorobił się kolejnego urazu. To chyba rekord świata. Jego matka zmarła przy porodzie, a ojciec zginął w karambolu. Coś mi się widzi, że bez Liry i Jamesa nie pojedzie...
-Nie wybieramy, kogo mamy ratować.
-No, niestety... w tym duecie to ja jestem na bakier z zawodowym kodeksem etycznym.
(James)
-Lira? - zawołałem, widząc ją ją przy kasie biletowej. - Co Ty tu robisz?
Lira zesztywniała i powoli obróciła się w moją stronę. Byłem pewny, że ma z Kendallem oglądać telewizję i iść do baru szybkiej obsługi jak licealiści na niskobudżetowej randce.
-Cześć... - przywitała się ze mną takim tonem, jakby chciała kupić trochę czasu. - A co tu robisz? Miałeś byś w sądzie i coś... załatwiać?
-Ale nie jestem. - zachichotałem. - No... co tu robisz bez Kendalla?
-Więc... - zaczęła trochę niepewnie. - Adams wezwała Kendalla, bo potrzebowała chirurga. A ja zostałam sama z całym dniem do niewykorzystania. Więc odwiozłam Kendalla do szpitala i przyszłam tutaj.
-Na co idziesz?
-Na „Toy Story” - odpowiedziała najzupełniej poważnie. - A Ty po co tu przyszedłeś?
-Śledzę klientkę. - wzruszyłem ramionami. - Wiesz, jedna z tych patologicznych rodzin. Obiecała, że będzie ze mną szczera i teraz to sprawdziłem.
-I była tutaj? - uniosła brwi z zaskoczenia.
-Tak. - pokiwałem głową. - I na szczęście, bo jakby mnie okłamała, pewnie przestałbym ją już reprezentować. A wiesz, jak nie lubię, kiedy mi kłamią.
-Na przykład Adelle Wilson? - spojrzała na mnie z wyczekiwaniem.
-Oj proszę Cię... drugi raz już tego błędu nie popełnię. - pokręcił głową. - Już nie będę bronić oskarżonych za przemyt.
-Jasne, już to wierzę... - prychnęła, odbierając bilet. - To gdzie teraz idziesz? Bo wiesz, że zawsze możesz sobie dokupić bilet i iść ze mną na film dla dzieci. Niestety, nie było „Potwory i Spółka”.
-Wiem, ten jest Twój ulubiony.
-To... dokupujesz ten bilet, czy mam tam iść sama?

-Dokupię. - uśmiechnąłem się szeroko. - Jasne, że dokupię.  

środa, 26 lipca 2017

56. Liście na wietrze

(Logan)
Po skończony dyżurze miałem jechać do domu. Mimo zapewnień Kendalla, że i tak zostaje jeszcze na dwanaście godzin w szpitalu.
-Lira pojechała do domu. - wzruszył ramionami. - Hale'om nic nie zagraża, więc możesz odpocząć.
Miał rację, ale nie bardzo chciałem się do tego przyznać. Lira słusznie zauważyła. Ten dzieciak powinien zachowywać się bardziej jak dzieciak. Teraz był zdecydowanie zbyt dojrzały jak na swoje szesnaście lat.
-Przygotowałem za Ciebie wypis dla Twojej pacjentki. - oznajmił, podając mi wypełnioną kartkę. - Musisz tylko podpisać i dodać zalecenia.
-Zupełnie o niej zapomniałem... - westchnąłem, kręcąc głową. - Dzięki. Odniesiesz jeszcze dokumenty do Adams?
-Jasne. - przytaknął.
-Jezu, co ta miłość robi z człowieka? - westchnąłem, podpisując kartkę i wkładając ją do kserokopiarki.
-Co, zazdrościsz? - zachichotał. - Mógłbyś się w końcu trochę ogarnąć.
-Po co? - wzruszyłem ramionami. - Małżeństwo ma tylko jeden plus. Regularne bzykanie na legalu.
-Co? - zmarszczył brwi, patrząc na mnie z zaskoczeniem. - Skąd Ci to przyszło do głowy?
-Jakieś trzy godziny temu Adams powiedziała coś takiego do Jamesa. - odpowiedziałem, siadając na krześle obok ksero.
-Nie wierzę, żeby użyła zwrotu „bzykać na legalu”. - zachichotał, kręcąc głową.
-Bo nie użyła. - przekrzyczałem jego śmiech. - Powiedziała to, ale innymi słowami.
-To wiele wyjaśnia. - posumował. - To nic, muszę wracać do pracy. I nie zapomnij dać pacjentce tego świstka, bo tylko wtedy pójdzie do domu.
I wyszedł, zostawiając mnie samego w ciasnej kanciapce. Dlaczego James jeszcze nie przekonał Adams do przestawienia się na dane cyfrowe? Chyba znacznie łatwiej oddawać skany niż papiery.
(James)
-Dziękuję, panie Mecenasie. - szczebiotała starsza kobieta. - Tak bardzo panu dziękuję.
-Nie ma za co. - uśmiechnąłem się do niej, przewieszając marynarkę przez ramię. - Cieszę się, że mogłem pomóc.
Odprowadziłem kobietę i wróciłem do domu. Wciąż miałem jedną wersję akt do przeskanowania.
I tak, wciąż nie wybiłem sobie w głowy tego małżeństwa. Ja i Mary byliśmy razem od dwóch lat. Przynajmniej dla mnie. Mary traktowała mnie jak rozrywkę. Chłoptasia do spania kilka razy w tygodniu. No dobra, przyznaję, że sam tak o tym myślałem, ale po kilkunastu nocach zacząłem się w niej zakochiwać. Wiem, jestem beznadziejny.
Odłożyłem teczkę na biurko i spojrzałem na zupełnie wyciszony telefon, który teraz tylko migał. Uniosłem brwi, widząc numer Alexy.
-Tak? - powiedziałem, przyciskając telefon do ucha i podtrzymując go ramieniem.
-Cześć, James. Tu Alexa.
-Coś się dzieje? - zapytałem, rozkładając dokumenty na stoliku.
-Mam prośbę. Mógłbyś zostać wieczorem z Wendy? Wiem, prosiłam Cię o to już dwa razy w tym miesiącu, ale nie mam kogo już poprosić. Kendall ma dyżur, a Lira wciąż jeszcze nie doszła do siebie. Zostaje jeszcze Adam, ale on się z nią nie dogaduje.
-Jasne, nie ma sprawy. - odpowiedziałem, zapinając z powrotem teczkę. - To co? Mam wpaść do Ciebie wieczorem.
-Tak, obiecałam Kate, że będzie wolna o ósmej. - potwierdziła, stukając w klawisze komputera. - dzięki James, ratujesz mi życie.
-Nie ma o czym mówić. Będę u Ciebie przed ósmą. Na razie.
Odłożyłem telefon na stolik i otworzyłem szafę, szukając czegoś luźniejszego na przebranie. Kiedy ma się osiemnaście garniturów, to nie jest wcale takie proste. Nie ubiorę się przecież jak do biegania, co nie? W końcu znalazłem koszulkę i jakieś jeansy. Kiedyś zakładałem to do grania w tenisa, ale już dawno wybiłem go sobie z głowy.
Do siódmej oglądałem telewizor, porządkowałem dokumenty i wprowadziłem ostatnie dane do komputera. Zajmowanie się jedną sprawą jest o niebo fajniejsze niż rozkręcanie ośmiu postępowań jednocześnie. W prawdzie nigdy nie myliłem dowodów, ale... tak jest po prostu lepiej.
Tuż przed czasem podjechałem pod blok Alexy. Miałem klucze i często zachowywałem się jak u siebie. Wiedziałem, gdzie co leży, czasami robiłem zakupy i nie raz przygotowywałem coś do jedzenia dla siebie i Wendy.
Wszedłem na górę i jak gdyby nigdy nic wszedłem do środka. Zawsze karze opiekunce zamykać się na cztery spusty. Normalka. Minąłem przedpokój i wszedłem do pokoju z dziecięcym łóżeczkiem.
-Ty jesteś Kate? - zapytałem młodą dziewczynę, która wyglądała, jakby już wybierała się do wyjścia. - Miałem Cię zmienić.
-Wiem, pani Vega mi mówiła. - kiwnęła głową. - Mogę już iść? Muszę jeszcze odwiedzić babcie w domu spokojnej starości.
-Jasne, jedź. - uśmiechnąłem się do niej i pokiwałem głową.
Kiedy wyszła, zauważyłem, że Wendy powoli wspina się po barierkach kojca i wyciąga ręce, żeby troch pochodzić.
-Chcesz na spacer? - uniosłem brwi, łapiąc ją pod pachami. - To gdzie idziemy, co?
-Wujek... - zaszczebiotała.
-Tak, tu wujek. - przytaknąłem. - To co? Chcesz do książeczki?
(Kendall)
Kiedy wróciłem rano do domu, zastałem Lirę drzemiącą na kanapie. Podszedłem bliżej, wyjmując jej z dłoni rozłożony komputer. Pewnie znowu pracowała w nocy.
-Kendall, to ty? - wymamrotała sennie.
-Tak, możesz spać dalej. - uśmiechnąłem się do niej, głaszcząc ją po policzku.
Ostrożnie podniosłem ją w ramionach i zaniosłem do sypialni. Dobrze, że jest niedziela. Rzadko wzywali ją w weekend. Ale i tak wolałem odnaleźć jej telefon i wyłączyć na wszelki wypadek.
Trzymając jej telefon w ręku, myślałem o Tym, co się ostatnio wydarzyło.
Coś mi mówiło, że zatrzymanie matki Hale'ów tylko uruchomi spiralę wypadków. Teraz wszystkim zajmie się policja, potem prokuratura. Nie mieliśmy przy tym już nic do roboty. To wszystko było niemożliwe do rozwiązania. Zupełnie jak tak scena w „Tom i Jerry”, kiedy w niebie pojawiają się trzy urocze kotki w worku, a kiedy dorastasz, uświadamiasz sobie, że ktoś je po prostu zabił po urodzeniu. Może tak jak do tego, musimy bardziej dojrzeć do odkrycia prawdy, zastanowić się dopiero po jakimś czasie, a dopiero wtedy ujrzymy pełny obraz.
Podniosłem głowę, widząc, że w oknie naprzeciwko ktoś stoi. I z pewnością nie jest to sąsiadka, której tyle razy pomagałem wnieść zakupy na górę. A może po prostu histeryzuję? I to jakaś jej wnuczka.
Wzruszyłem ramionami i odszedłem od okna. Chciałem się trochę przespać. Nie miałem na to szans na dyżurze, więc chwilę później położyłem się obok Liry i czekałem, aż zasnę.
Ale nie mogłem. Po prostu cały czas coś mi przeszkadzało. Na dodatek syn faceta mieszkającego piętro wyżej uporczywie ćwiczył grę na perkusji. Jedno trzeba mu było przyznać. Dzieciak był coraz lepszy i nie gubił rytmu co dwie minuty, jak to było tydzień temu.
-Próbujesz spać? - usłyszałem obok siebie głos Liry.
-Hej... - uśmiechnąłem się, pochylając się nad jej twarzą i delikatnie całując ją w usta. - Myślałem, że będziesz spała w nocy, ale nie pracowała w piżamie.
-Oj, nie pracowałam... - wywróciła oczami.
-Jasne... - prychnąłem. - Widziałem, co masz wyświetlone na komputerze.
-No dobra, może i trochę pracowałam, ale dosłownie tyle co nic. - przyznała, siadając na łóżku. - Tylko odpisywałam na służbowe Maile, a to się nie liczy. W telewizji dają tylko jakieś dramy, a ja mam tego wystarczająco powyżej uszu.
-Lepsze niż serial. - zaśmiałem się i obróciłem się na bok. - Słuchaj... Ta Twoja sąsiadka zza przeciwka, ma może jakieś wnuki?
-Wnuki? - zmarszczyła brwi. - Nie, ale ma córkę. Dość młodą. Ma prawie trzydzieści lat, ale wygląda jak szesnastka.
-To by wiele wyjaśniało. - wzruszyłem ramieniem. - W jej mieszkaniu kręci się jakaś dziewczyna.
-Pewnie ona. - odparła zupełnie obojętnie. - Wpada w każdą niedzielę.
Wstała i przeszła na bosaka do szafy, wyciągając koszulkę i zwiewną spódnicę. Uśmiechnąłem się na pół twarzy i zamrugałem.
-Dlaczego mi się tak przyglądasz? - zapytała.

-Po prostu lubię, kiedy wkładasz tę spódniczkę. - odpowiedziałem, na co ona szeroko się uśmiechnęła. 

czwartek, 20 lipca 2017

55. Słyszeć, a słuchać

(Kendall)
Kiedy udało nam się ustabilizować stan Lydii i Scotta poszedłem do pokoju lekarskiego. Musiałem trochę powisieć na telefonie. Lira sama sobie z tym nie poradzi.
Kiedy dotarłem po pokoju, Lira siedziała po turecku na kanapie, trzymając laptopa na kolanach.
-Znalazłaś coś? - zapytałem, wyciągając komórkę z kieszeni i rzucając ją na stolik.
-Niewiele. - pokręciła głową, nie odrywając dłoni od klawiatury. -Tylko mega zabezpieczoną stronę jakiegoś klubu miłośników demonów. Carlos poprosił o pomoc swoją siostrę. Spróbuje złamać jej zabezpieczenia. I... rodzice Lydii obiecali przynieść mi jej komputer. Sprawdzę, jakie strony odwiedzała.
-O ile nie używała trybu incognito. - westchnąłem, na co ona zgromiła mnie spojrzeniem.
-Mam nadzieję, że nie. - westchnęła. - Nie ukrywam, że to by mi bardzo ułatwiło sprawę. - A co z dzieciakami?
-Lydia jest po transfuzji, a Scott ma tylko niewielki uraz głowy. Niewielki, ale był w niezłym szoku, kiedy oberwał, dlatego zabrakło mu tchu. Wiesz, jakie to dla niego niebezpieczne. - odpowiedziałem, nalewając sobie trochę kawy do plastikowego kubka. - Kiedy odzyska przytomność będzie trochę zdezorientowany.
-Przynajmniej tyle. - westchnęła. - Poprosiłam Matta. Będzie głównym prowadzącym Lydii.
-A Ty? - uniosłem brwi, wyciągając z szuflady czystą kartkę.
-Mogę pomagać, bo technicznie Scott jest moim podopiecznym. - odpowiedziała, zatrzaskując laptopa. - Hej, co Ty właściwie robisz?
-Zastanawiam się, co powiedzieć Derekowi, jak już się do niego dodzwonię. - westchnąłem, skrobiąc ołówkiem po kartce, chociaż nie wychodziły z tego żadne sensowne słowa.
Lira podniosła się z kanapy i usiadła na krześle naprzeciwko mnie. Patrzyła mi przez chwilę w oczy i wyprostowała się na siedzeniu.
-Może poprosisz Abby, żeby zrobiła to za Ciebie, co? - zapytała łagodnie.
-Nie. - pokręciłem głową. - On musi się tego dowiedzieć ode mnie.
(Carlos)
Aina siedziała przy stole w kuchni z trzema rozłożonymi laptopami. Tak, trzema. Jednocześnie podpinając się pod sieć sąsiadów, którzy nie mieli o tym zielonego pojęcia.
-Coś Ci się udało? - zapytałem, zaglądając jej przez ramię.
-Niewiele. - wzruszyła ramionami. - Dawno tego nie robiłam, ale to jest jak jazda na rowerze. Tego się nie zapomina.
Tak, hakowania się nie zapomina. Przynajmniej ona nie zapomniała. Przynajmniej już nie wychodziła na ulicę. Nie byłem zadowolony kiedy dowiedziałem się, że pracuje w naszym szpitalu, ale lepsze to niż prostytucja.
Obróciłem się w stronę kuchni, ale musiałem znowu odwrócić się w jej stronę, bo z gardła Ainy wydobył się wściekły ryk.
-Co się dzieje? - zapytałem z niepokojem.
-Ledwie złamałam jedne zabezpieczenia, a już powitały mnie nowe! - warknęła z wściekłością. - Dzięki, w życiu tak bardzo się nie na starałam i co widzę? Kolejną zaporę! Dzięki! Dzięki! Dzięki! Muszę zaczynać wszystko od nowa.
-Poradzisz sobie. - powiedziałem, żeby ją pocieszyć. - Zawsze sobie radzisz. Chcesz kawy?
-Poproszę.
Uśmiechnąłem się pod nosem, wkładając świeży worek z fusami do naszego starego ekspresu. Widząc jej rosnącą frustrację, zabrałem jej kubek i postawiłem obok urządzenia do parzenia kawy.
-Muszę zaraz iść do pracy. - powiedziałem, zwracając na siebie jej uwagę.
-Yhym... - mruknęła.
-Wlejesz sobie tej kawy sama?
-Yhym...
Uniosłem brwi i wyszedłem na zewnątrz. Wiedziałem, że sobie poradzi, jak tylko usłyszy pikanie ekspresu. Kupiłem bilet i poszedłem na stację metra. Dzisiaj była ładna pogoda. Początek wakacji rządził się własnymi prawami. A w szpitalu sprawy... dużo spraw. Pewnie dlatego Lirze i Kendallowi tak dobrze się układało. Bo najzwyczajniej nie mieli czasu na kłopoty w związku (aut: czyli moja teoria prawie idealnego związki Sciry. Po co nam własne problemy? Mamy całą masę katastrof do zażegnania! Kurde, szkoda, że ona musiała zostać na pustyni!) i rozwiązywali cudze. O wiele poważniejsze, niż sami byli w stanie stworzyć.
Kiedy wysiadłem z kolejki, poszedłem prosto do szpitala. Wiedziałem, że w środku mają młyn. Nie wyrabiali się z robotą, przez co pacjenci musieli czekać. Nie ich wina. Czasami zastanawiam się, co jeszcze jest ukryte w słowie „pacjent”. Cierpliwość? Coś żałosnego. Uniosłem rękę, widząc Logana przy selekcji. Nie lubi tego etapu. Chociaż to głównie szybkie oglądanie i wypisywanie recept. W odpowiedzi, ten tylko wskazał ręką na głąb głównego korytarza. Skinąłem głową, domyślając się o co mu chodzi.
Poszedłem w tamtym kierunku, widząc Kendalla rozmawiającego z Derekiem i jakąś kobietą w średnim wieku.
-... teraz, to na pewno były mąż odbierze mi córkę. - powiedziała niemal płacząc. - Jak mogłam takie coś przeoczyć?
-Lydia kiedyś powiedziała Scottowi, że nie widziała się z ojcem przez pięć lat. - oznajmił Derek po dłuższej chwili. - Nie sądzę, żeby miał jakieś szanse.
-Dzień dobry. - powiedziałem, zwracając na siebie ich uwagę.
-Cześć. - Kendall kiwnął na mnie głową. - Pani Natalie Martin, mama Lydii. Carlos Pena, nasz tutejszy psycholog.
-To na pewno konieczne? - zapytała z niepokojem, nie dając mi dojść do słowa. - A jeżeli to będzie dla mojej córki zbyt wielki stres?
-Obiecuję, ze będę ostrożny. - powiedziałem, swoim najbardziej przekonującym głosem. - Dzięki temu dowiemy się, dlaczego tak się stało.
Unikałem niektórych zwrotów. Na przykład „dlaczego to zrobiła” zamieniałem na „dlaczego tak się stało”. Albo zamiast „próbowała popełnić samobójstwo” mówiłem „targnęła się na swoje życie”. Eufenizmy. Często musieliśmy ich używać. Oczywiście równie często trzeba było mówić wprost. Bo kiedyś, jak Logan bał się powiedzieć pewnej starszej pani, że jej wnuk nie żyje, oznajmił jej, że zasnął na wieki. Kobieta myślała, że zapadł w śpiączkę.
-Pytanie brzmi, czy to jest tego wszystkiego warte. - wzruszyła ramionami, wciąż trzymając dłoń na piersi. - nie chcę, żeby moja córka jeszcze bardziej cierpiała.
-Pani Martin... - zaczął Derek z westchnieniem. - Jeśli Lydia powie nam, kto ją w to wciągnął, uda nam się od tego uchronić całą masę nastolatków.
(Logan)
-Boli głowa? - zapytałem, wchodząc do pokoju Scotta.
-Nie, już nie. - zaprzeczył, wpatrując się w sufit. Wciąż był trochę blady, ale wydawało mi się, że czuje się już lepiej.
Przysiadłem na skraju jego łózka i przyjrzałem mu się uważniej. Wyglądał na zaniepokojonego, wystraszonego i zmartwionego jednocześnie.
-O czym myślisz? - zapytałem, opierając łokcie na kolanach.
-O Lydii. - odpowiedział bezbarwnym głosem. - Po prostu... jeśli przyszedłbym wcześniej, może udałoby się to powstrzymać.
-Lydia żyje i tylko dzięki Tobie. - zapewniłem go, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Zachowałeś się jak bohater i powinieneś być z siebie dumny.
-Żaden ze mnie bohater. - prychnął, wciąż na mnie nie patrząc. - Nie potrafiłem nawet ochronić najlepszej przyjaciółki.
-Zrobiłeś co mogłeś. - kiwnąłem głową, zmuszając go, żeby na mnie spojrzał. - Nie znam drugiego takiego chłopaka, który miałby taką odwagę.
Scott nie odpowiedział. Po uchylonych drzwiach łazienki wywnioskowałem, że nawet czuł tu się jak u siebie. Jego brat kiedyś wspomniał, że nie lubi, kiedy wszystkie drzwi są podmykane. Może tamten chory bydlak zamykał go na klucz? Może w ten sposób pozostawał sobie ewentualną drogę ucieczki? Odwróciłem głowę do oszklonej ściany z odsłoniętymi żaluzjami. Derek stał na środku korytarza, prowadząc jakąś ożywioną dyskusję z Lirą.
-Wiesz, co pani Forte powiedziała ostatnio doktorowi Schmidtowi? - zagadałem go po dłuższym milczeniu.
Scott pokręcił głową, spoglądając na mnie z zaskoczeniem.
-Że spędzasz tu zdecydowanie za dużo czasu. - odpowiedziałem, a on tylko uśmiechnął się pod nosem. - Nie martw się. Kiedyś zatęsknisz.
Drzwi otworzyły się na pól szerokości. Do środka zajrzała doktor Adams. Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, dlaczego nie wchodzi do środka.
-Cześć Scott. - powiedziała, a ten kiwnął głową. - Henderson, pozwól na chwilę, musimy zamienić kilka słów.
Skinąłem głową i wyszedłem na korytarz. Zmarszczyłem brwi, stając między Kendallem, a Carlosem. Coś się stało. Czułem to w kościach.
-Co jest? - zapytałem, żeby ich jakoś pogonić.
W odpowiedzi Lira wręczyła mi nieco pogięta kartkę papieru.
-Od jakiegoś czasu koledzy obserwują nasz dom. - zaczął Derek, krzyżując ramiona na piersiach. - Dzisiaj pojawiła się nasza matka. Kiedy weszli za nią, odkryli, że coś wsypuje naszej mąki. Powyciągała jeszcze wszystkie leki Scotta, jakby miała zamiar coś do nich dodać.
-Absolutnie wszystkie? - uniosłem brwi, przebiegając spojrzeniem po raporcie z zatrzymania.
-Tylko te z kuchni i jego pokoju. - odparł, kręcąc głową. - Mamy jeszcze zapasowe w łazience i jeden komplet w mojej sypialni. Na wszelki wypadek. Uznaliśmy, że głupio trzymać wszystkie zapasy w jednym miejscu.
-Je też trzeba będzie wymienić. - oznajmiła Adams, nie odpuszczając swojego służbialskiego tonu. - Przynajmniej na wszelki wypadek. Przywiozę Wam dwa nowe komplety jutro rano. Jeden postaraj się mieć zawsze przy sobie.

Adams rozdaje szpitalne zapasy. Łał... tego się nie spodziewałem.  

wtorek, 18 lipca 2017

54. Każdy dzień

(Kendall)
-I Ty mówisz mi o tym dopiero teraz? - ryknęła Lira, kiedy opowiedziałem jej o pogróżkach od matki braci Hale'ów. - Żartujesz sobie?
-Nie mogłem Ci tego powiedzieć wcześniej. - zacząłem się tłumaczyć. - Byłabyś wściekła.
-Teraz jestem wściekła.
Teraz już doszła do siebie. O ile mogę to tak nazywać, bo wciąż była trochę obolała, ale uzbrojona w dwa słoiczki Tylenolu twierdziła, że jakoś to przeżyje. I wróciła do pracy. Na razie tylko w szpitalu, bo Amanda nie pozwoliła jej jeszcze chodzić do podopiecznych.
-No to inaczej. - zaczęła od nowa. - Czy oni o tym w ogóle wiedzą?
-Chyba tak. - wzruszyłem ramionami, wcześniej się nad tym nie zastanawiałem. - Adams zaniosła liścik na policję. Myślę, że jakoś się musiał o tym dowiedzieć.
-Dobrze wiesz, że Scott i tak spędza w szpitalu za dużo czasu jak na nastolatka. - oznajmiła, wsadzając teczkę do swojej czarnej walizki na dokumenty. - W jego wieku chodziłam na koncerty i wystawy samochodów z lat pięćdziesiątych. On tez powinien się zabawić. Mecze baseballa to nie wszystko. I Ty dobrze o tym wiesz.
-Wiem, dzieciak ma przerąbane. - wywróciłem oczami. - Wiem, że nie wiesz, jak mu bardziej pomagać, ale wiem też, że Derek nieźle sobie radzi.
-Dobrze zdaję sobie z tego sprawę. - pokiwała głową. - Ale martwię się, że ich matka to wariatka i może im zrobić krzywdę.
-Rozmawiałaś z Jamesem? - zapytałem, podając jej telefon, żeby mogła go spakować.
-Niewiele. - odpowiedziała, zapinając walizkę. - Na razie przestał się widywać z Adams. Czeka, aż potrzeba seksu da jej o sobie znać i sama do niego przyjdzie.
Sypianie z podwładnymi nie jest czymś, na co komisje dyscyplinarne patrzą przychylnym okiem i dlatego nie mogła poprosić żadnego lekarza. Ani Adama. On już sypia z Alexą i ona dobrze o tym wie, chociaż kiedy to do niej dotarło, nie była zadowolona. Wezwała ich do siebie i po rozmowie i obietnicy, że to nie wpłynie na pracę, po prostu machnęła ręką.
-Tak, ale za to sypiać z prawnikiem nikt jej nie zabroni. - zaśmiała się, przechodząc na drugą stronę gabinetu.
Sięgnęła po jedną z prawniczych książek, stojących na półce. Kiedyś to był gabinet jej ojca, a teraz miała go urządzonego po swojemu. Szczerze mówiąc, współczesny sprzęt świetnie kontrastował ze staromodnymi meblami.
-Słuchaj, ja idę teraz do pracy. - powiedziała, odbijając jedną ze stron książki w domowym skanerze i chowając wydrukowaną kartkę do torebki. - Spróbuj trochę pospać przed nocna zmianą.
-Przecież wiesz, że nie można się wyspać na zapas. - zachichotałem.
-Wiem, ale wczoraj siedziałeś do późna przed telewizorem.
Zabrała z biurka torebkę i walizkę z dokumentami i pocałowała mnie w policzek.
-Zobaczymy się wieczorem. - oznajmiła, zabierając z regału kluczyki do samochodu. - Pozmywasz po śniadaniu?
-Pewnie, leć już. - uśmiechnąłem się, lekko ściskając ją za rękę. - Zobaczymy się wieczorem w szpitalu.
-To pa.
(Logan)
-Co, Ty kreskówki oglądasz? - zmarszczyłem brwi, widząc, co Alexa ogląda w pokoju lekarskim.
-Peter kupił to ostatnio Wendy. - odparła, wciąż z uwagą wpatrując się w telewizor. - Sprawdzam, czy to dla niej odpowiednie.
-Peter? - zmarszczyłem brwi, wlewając sobie kawy do papierowego kubka.
-Ojciec Wendy. - wyjaśniła szybko. - Ma trochę dziwne poczucie humoru i warto sprawdzić, co jej kupuje. Już raz jej kupił brutalną bajkę i wolałabym, żeby to się nie powtórzyło.
Zamrugałem, siadając obok niej i spojrzałem na ekran. Nie widziałem tu niczego niebezpiecznego. Chyba, że policzyć dwa przewracające się na śniegu niedźwiadki jako propagowanie przemocy wśród młodzieży.
-Ile ona ma? - wzruszyłem ramionami. - Półtora roku?
-Prawie dwa latka. - poprawiła mnie, kiedy mieszałem w swoim kubeczku i co chwilę sprawdzałem, czy cukier na pewno całkowicie się rozpuścił. - Ale dobrze przyswaja wiedzę.
Mówiła, jakby ją przepytywał. Nie chciałem się z nią kłócić. Zamrugałem, wyciągając komórkę z kieszeni. Mógłbym przysiąc, że poczułem, jak zawibrowała, ale chyba musiało mi się wydawać.
-Co jest? - zapytała, obracając się w moją stronę i wyciągając spod poduszki opakowanie po filmie DVD. - Kiepsko wyglądasz.
-Nie przejmuj się. - pokręciłem głową. - Jestem tylko zmęczony.
-Może wezwę kogoś, żeby Cię zastąpił? - zaproponowała. - Prześpisz się.
-Nie... I tak bym nie zasnął. - Pokręciłem głową, znowu unosząc kubek do ust. - Na dyżurze powinna być przynajmniej trójka lekarzy. Kendall dołączy do nas dopiero za dwie godziny. Napiję się kawy i będę jak nowy.
-Jasne... - prychnęła, wkładając płytę z powrotem do pudełka. - Dobra, to ja idę. Muszę już wracać. Odsapnij trochę, zanim pójdziesz na izbę przyjęć.
(Kendall)
-Chodź tu, Schmidt! - usłyszałem głos doktor Adams. - Pomożesz!
Ledwo zdołałem wejść na podjazd dla karetek i już mnie wzywa. Cudownie. Bez przebrania, bez wdrążenia... jak ja to uwielbiam...
-Co mamy? - zapytałem, pomagając wyprowadzić nosze.
-Nastolatkę z podciętymi żyłami. - oznajmił jeden z sanitariuszy. - Znalazł ją przyjaciel. Powiedział, że przyszedł do niej do pokoju, chociaż się nie umawiali. Nie powiedział za wiele. Kiedy przyjechaliśmy, leżał obok niej z rozwaloną głową.
Otworzyłem szeroko usta, poznając twarz dziewczyny. Koleżanka Scotta. Kiedyś go tu przywiozła. Adams pstryknęła palcami, chcąc zwrócić na siebie moją uwagę.
-Schmidt, o co chodzi? - zawołała, prowadząc nosze do szpitala. - Znasz ją?
Nie odpowiedziałem na jej pytanie. Moja ciekawość teraz wydawała mi się znacznie poważniejsza. Obróciłem się z powrotem do tego samego sanitariusza.
-A co z jej kolegą? - zapytałem.
-Wezwaliśmy do niego drugą karetkę. - wyjaśnił, wsiadając z powrotem do środka. - Przywiozą go tu za kilka minut.
-SCHMIDT! - warknęła Adams, a ja dobiegłem do niej w kilku susach. - Dowiem się, o co Ci chodzi? Dlaczego się tym tak interesujesz?
-To może być Scott Hale. - odpowiedziałem, pomagając ją przenieść.
-Co Ty pleciesz? - zmarszczyła brwi, robiąc miejsce Adamowi, żeby mógł założyć wkłucie. - Morfologia, gazometria i nawodnienie! Szybko!
-Wiem, że to jego przyjaciółka. Są ze sobą blisko. - odpowiedziałem. - Kiedy był tu w zeszłym miesiącu, czytał książki o okultyzmie. Powiedział, że ostatnio interesuje się tym Lydia i on się o nią martwi. To jest Lydia.
-Ma sens. - pokiwała głową, kiedy pomagałem jej ściągnąć bluzkę dziewczyny. - Pewnie padła ofiarą jakiejś sekty, a on sam niewiele wiedział.
-I teraz wiozą go z rozbitą głową. - wymamrotałem, zdejmując prowizoryczny opatrunek z jednego z nadgarstków Lydii. - Pewnie go przyłapali.
-Obyś się mylił Schmidt. - westchnęła. - Obyś się mylił.
(Lira)
Właśnie kończyłam zmianę. Kendall zaczyna swoją za kilka minut, ale pewnie już dotarł do szpitala. Zawsze przyjeżdżał trochę wcześniej. Poczekam na niego przy recepcji. Pożegnamy się przynajmniej. Właśnie tak myślałam przez kilka ostatnich minut, dopóki nie zobaczyłam go zalanego krwią.
-Co się stało? - zapytałam z niepokojem. - Przecież... nawet nie zacząłeś jeszcze zmiany.
-Już zacząłem. - wydyszał, idąc do szatni pracowników. - Zajrzyj przez żaluzje.
Nie wiedziałam, o co mu chodzi, ale zrozumiałam wszystko, kiedy zobaczyłam kto tam leży.
-Przecież to jest Scott! - wydyszałam, doganiając go na korytarzu. - Co mu się stało? Na atak astmy mi to raczej nie wygląda.
-Uraz głowy. - wyjaśnił, sięgając po zielony scrub. - Mocny zamach tępym narzędziem. Adams bierze go na tomografię. Ma problemy z oddychaniem. Muszę go zaintubować przed badaniami.
-Myślisz, że to przez jego matkę? - podrzuciłam i byłam nadzwyczaj zaskoczona, kiedy pokręcił głową, wkładając koszulkę na gołe ciało.
-Raczej nie. - zaprzeczył, zakładając stetoskop na szyję. - Przyszedł do przyjaciółki i znalazł ją z podciętymi żyłami. Na szczęście zdążył zadzwonić na pogotowie, zanim go nakryli, ale...
Przełknął ślinę, szukając w szafce swojego zapasowego fartucha.
-Ale co? - zachęcałam go, chcąc więcej od niego wyciągnąć.
-Ale obym się mylił. - dokończył, kręcąc głową. - Muszę do niego wracać, a ty jedź już do domu.
-Wiesz co? - powiedziałam bez żadnego zastanowienia. - Zostanę jeszcze trochę po godzinach.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Notki takiej długości będą jeszcze przez jakiś czas. Wiem, że kiepsko,ale tylko tyle daję radę z siebie wyciągnąć.
I wracamy do Scotta. Sama nie wiem, jak na to wpadłam, ale dobra. Tak już musi zostać. Domyślaliście się, że to może być coś poważniejszego? Czy nie?

A jak podobała Wam się notka? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach. Trzymajcie się! Cześć!

poniedziałek, 17 lipca 2017

Krótkie wyjaśnienia i Info!

Jak zauważyliście, w ciągu ostatniego tygodnia nie było notek, ani komentarzy. Oczywiście to nie jest moja wina, bo po prostu zepsuł mi się modem. A na dodatek, ten, który kupiliśmy też szwankuje i nie mamy pojęcia co z nim jest nie tak. Teraz mogę to zamieścić tylko dzięki czyjejś życzliwości. Dlatego:

  • Ustawiam notki, które zdążyłam sprawdzić na trzy tygodnie na przód. Oczywiście bez notek autorskich, ale mam nadzieję, że mimo że mnie nie będzie jeszcze nie wiem jak długo, będzie cie komentować te notki, które będą pojawiać się same. 
  • Będę czytać Wasze notki na telefonie, ale jak zdążyliście się zorientować, moje komentarze są dość długie, co trudno robić na telefonie, który nie dość, że ma z dziesięć lat, to jeszcze się zacina. Co chwilę. Dlatego piszcie i zamieszczajcie normalnie, a ja będę zapisywać swoje komentarze na komputerze, żeby je zamieścić jak wszystko ogarnę. 
  • Bez modemu nie ma internetu, więc muszę się zadowolić powolnym netem w telefonie. Mam operę i Gadu-Gadu, więc mniej cierpliwi mogą do mnie napisać maila na marcelinka3@poczta.onet.pl, albo na GG pod numer 49557362, ale to nadal nie zmienia taktu, że na pełną wersję komentarzy będziecie musieli trochę poczekać. Oczywiście, nie mam pojęcia jak długo. 
  • W planach mam napisanie trzech jednorazówek, bardzo krótkich. Nadal nie wiem, gdzie je zamieszczę, ani o czym będą, ale kiedy przyjdzie mi je opublikować, na pewno Wam o tym powiem. 

Dlatego do zobaczenia po przerwie. Trzymajcie się! Cześć.

środa, 5 lipca 2017

53. Zjednoczeni silniejsi

(Logan)
-Logan, wiozą nam ofiarę wypadku. - zawołała Alexa, odkładając słuchawkę na podstawkę telefonu. - Szykuj się!
-Już idę! - odkrzyknąłem, sięgając po jednorazowy fartuch i parę świeżych rękawiczek. - Znasz jakieś szczegóły?
-Nie, anonimowe zgłoszenie. - pokręciła głową. - Lepiej już wyjdź, bo jeszcze będziesz musiał biegać. A wiem, że tego nie lubisz.
Miała rację. Nie lubiłem. Zostawiłem ją chichoczącą na recepcji i wyszedłem na zewnątrz. Wolałbym, żeby wezwała jeszcze kogoś.
Odkąd Kendall niańczy Lirę w domu, jest coraz gorzej. Niby dobrze radzę sobie sam w pracy, mam nawet kolegów, ale to wciąż nie to samo, co Kendall.
-Wszystko gra? - zapytała doktor Adams, stając obok mnie. - Nie wyglądasz najlepiej.
-Wydaje się pani. - machnąłem ręką, zawiązując z tyłu jednorazowy fartuch. - Wszystko w porządku. Po prostu... czekam, aż wszystko wróci do normy.
-Pracujemy w szpitalu. - przypomniała. - Tutaj nigdy nic nie wróci do normy.
-Nie taką normę miałem na myśli. - pokręciłem głową. - Mówiłem raczej o Kendallu, z którym pracuje ramię w ramię. O Lirze, która robi wszystko, żeby uratować od strasznego losu, kogo tylko się da. James, który zjawia się zawsze, kiedy pani tego chce. O Carlosie, który biega po całym szpitalu, bo nie nadąża z wezwaniami...
-To akurat mogę Ci załatwić. - powiedziała szybko, nie dając mi dokończyć. - Friday jest do bani. Mogę go zwolnić chociaż za pięć minut.
-Nie wiedziałem, że ma pani taką władzę. - uniosłem brwi, bo psychologowie nie byli przecież w obrębie izby przyjęć.
-Bo nie mam. - odparła, jakby to nie mogło jej powstrzymać. - Ale kilka obraźliwych słów, Pena znów na stanowisku i facet sam odejdzie.
-Nie wierzę. - prychnąłem, zanim zdołałem się powstrzymać.
-Jeśli chcesz, możemy się przekonać. - wzruszyła ramionami. - Zapytam z ciekawości: Dlaczego Ci tak na tym zależy?
-To tak jak z superbohaterami, pani doktor. - wyjaśniłem, przytaczając jedną z komiksowych formułek. - Zwykle działają w pojedynkę, ale w kryzysowych sytuacjach muszą się zjednoczyć. I wtedy są silniejsi.
-Nie mam zielonego pojęcia, o czym mówisz. - oznajmiła, kiedy skończyłem.
Powiedzmy, że jakoś mnie to nie dziwi. Ale chciała, czy nie chciała... była dowódcą w naszej drużynie.
(Kendall)
-Jesteś pewien, że to wystarczy? - zapytałem, kiedy James przenosił dokumenty na swój prywatny komputer. - I tak będziesz musiał stworzyć cyfrową bazę danych, żeby działała wyszukiwarka.
-Wystarczy. Moja baza danych właśnie się tworzy. - odpowiedział, wyjmując jedną kartkę ze skanera i wkładając kolejną. - Mam program, który potrafi rozczytać wydrukowany tekst. Czasami robi literówki, ale to poprawię wieczorem.
-A co zrobisz z papierową wersją dokumentów? - zapytała Lira, unosząc brwi. - Cyfrowe dane ulegają przypadkowemu zniszczeniu częściej niż te papierowe.
-Wiem. - pokiwał głową. - I dlatego je zostawię. A w dniach, kiedy nie będę miał się czym zajęć, będę zajmował się archiwizacją.
-To akurat mogę załatwić. - powiedziała szybko, zszywając kolejny mały plik dokumentów i wkładając je do folderu. - I tak nie mam nic ciekawszego do roboty. Kendall, przypomnij mi, na ile mam jeszcze to zwolnienie...
Spojrzała na mnie wyczekująco, przez co wykręciłem oczami. Wiedziałem, że najchętniej spędzałaby ten tydzień w gabinecie i odpowiadała na telefony.
-Tydzień. - powiedziałem w końcu.
-Właśnie, tydzień jestem do Twojej dyspozycji.
Siedzieliśmy w mieszkaniu Jamesa, pomagając mu przy tworzeniu biura. Wiedziałem, że dokumentacja to sprawa kluczowa i nie spodziewałem się, że wpadnie na pomysł utworzenia takiej cacy-cyfrowej wersji. Po bardzo żmudnych namowach w końcu przekonałem Lirę, żeby wsiadła na wózek. Oczywiście po prawie godzinnej kłótni w końcu się zgodziła.
-Mam pomysł. - zacząłem po dłuższej chwili. - Może zatrudnisz siostrę Carlosa. Mówił, że jest w tym całkiem niezła. I jeszcze jedno. Powiedz nam wreszcie, co Cię trapi.
James zamarł przy wielofunkcyjnej drukarce. Nie wyglądał na zadowolonego. Prędzej na wystraszonego. Pewnie nie spodziewał się, że Kendall z czymś takim wyskoczy. Chociaż nie oszukujmy się, przecież to Kendall. Nigdy nie wiadomo, czego się po nim spodziewać. Tak, taki właśnie jestem.
James w końcu się poddał. Teraz już nie ukrywał przybicia, który tak bardzo próbował maskować, odkąd tylko tu przyszliśmy.
-Będę z Wami szczery. - westchnął ciężko. - Wczoraj oświadczyłem się Mary.
I co? Nie przyjęła? Do przewidzenia.
-Nie zgodziła się. - no proszę, jakbym zgadł. - W sumie, nie wiedziałem, co sobie myślałem. Ona nie chce się angażować. Umawialiśmy się tylko na seks dwa-trzy razy w tygodniu i ona się tego uparcie trzyma.
-I na to się godzisz? - uniosłem brwi, wciąż uważając, że to jest kiepski pomysł.
-To jedyny sposób, żebym mógł się do niej zbliżyć. - odpowiedział, jakby wciąż się tego kurczowo trzymał. - Na początku nawet mi to wystarczało, ale teraz... Sam już nie wiem.
Wzruszył ramionami, odwracając się z powrotem w stronę drukarki.
-Może potrzebuje czasu. - podsunęła Lira, układając kolejny folder w pudełku archiwizacyjnym. - Tak w ogóle, to jak długo się już spotykacie w ten sposób?
-Jakieś trzy lata. - odparł od niechcenia. - Wiem, jest źle. Nie komentujcie już tego i tak wiem, że jestem frajerem.
(Carlos)
Już kończył mi się urlop. Poświęciłem to, żeby popracować trochę dla Jamesa. Oczywiście Adams z resztą zarządu musiała kogoś znaleźć na moje stanowisko, przynajmniej na te kilka tygodni. Podobno gość jest beznadziejny, więc może mam szanse na drobne docenienie mojej ciężkiej pracy? Przynajmniej takie malutkie.
-Jak leci? - zapytała Aina, siadając naprzeciwko mnie na kanapie. - Wciąż jutro idziesz normalnie do pracy?
-Tak. - pokiwałem głową. - Nic się nie zmieniło przez ostatnie pół godziny.
-Nie pytam Cię o to co pół godziny. - pisnęła oburzona.
-Właśnie, że tak. - kiwnąłem głową. - Chcesz jajko? Bo będę sobie smażył.
-Jasne. - wzruszyła ramionami, uśmiechając się od swojego wyświetlacza w telefonie.
Nie wiedziałem, jak długo jeszcze zamierzała u mnie mieszkać i szczerze mówiąc, miałem to gdzieś. W sumie, nawet lepiej, że miałem ją przy sobie, bo przynajmniej miałem pod kontrolą to, co robiła na co dzień.
Podszedłem do części kuchennej i wyjąłem z szuflady umyta patelnię. Aina obróciła się w moją stronę i zmarszczyła brwi.
-Czekaj... powiedziała powoli, marszcząc brwi. - Jajka zwykle smaży się na śniadanie. A teraz zbliża się pora kolacji.
-To co? - wzruszyłem ramionami, rzucając na patelnię trochę masła. - Lubię jeść jajko na kolację.
-W sumie, czemu się dziwię. - znowu wzruszyła ramionami, opierając łokcie na kolanach. - Każdy psychiatra ma coś nie tak z głową.
-Aina, jestem psychologiem. - przypomniałem jej chyba po raz setny. - A to różnica.
-Dla mnie to jeden ciort. - odparła, sięgając po pilota od telewizora. - Poszukam czegoś ciekawego w telewizji. Gdzie trzymasz program?
-Nidzie, bo nie kupiłem. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
(Lira)
Wieczorem Kendall położył mnie (i to dosłownie) do łóżka. Oparłam się o puchową poduszkę i sięgnęłam po jedno z pism, które leżały przy stoliku nocnym prawie od miesiąca.
-O której jutro zaczynasz? - zapytałam go, kiedy położył się obok mnie.
-O dziesiątej. - odarł, opierając głowę o moje ramię. - Logan się ucieszy. Przez większość czasu musiał sam odwalać robotę. A teraz chyba nie dam sobie forów.
-Wiadomo, co ze Scottem i Derekiem? - zapytałam, przewracając kolorową stronę. - Nie dają znaku życia od pogrzebu.
-Miewają się dobrze. - odpowiedział trochę sennym głosem. - Myślisz, że James jest zwolennikiem teorii spiskowych?
Jego pytanie całkiem mnie rozwaliło. Wiem, że interesuje się pewnymi sprawami, ale nie musi znaczyć, że w nie wierzy. Dobrze zdawałem sobie w tego sprawę.
-Nie mam pojęcia? - rzuciłam, spoglądając na niego z zaskoczeniem. - A co? Znowu interesuje się sprawą bliźniaczych wierz i projektem „MK Ultra”?
-Nie, ale ma wątpliwości, czy McCall był wtedy w trumnie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dobra, na tyle powinno wystarczyć. Sama nie wiem, jak zdołałam zrobić to W TEN sposób Dobra, dobra. Koniec już z tym głupim gadaniem
Co myślicie o nastroju Jamesa? Czy rzucenie się w „wir pracy” to dobry pomysł? Oczywiście reszta pozostaje tą samą ekipą. No... może z wyjątkiem Logana, bo on stale się zmienia.

No dobra, mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Pa!  

środa, 28 czerwca 2017

52. Nasze zapisane kartki

(Logan)
Może trochę przesadziłem z wyzwaniem ojca od szatanów, ale nie powinien się pchać z buciorami w moje życie, szczególnie w takiej chwili. Jakoś mu nie wierzę, że wiedział o śmierci mamy zaraz po fakcie. Nawet nie było go na pogrzebie. Nawet nie zadzwonił.
-Wciąż się dąsasz? - zapytała Lira, kiedy przyszedłem do niej z pudełkiem ciasta. - Weź się może dogadaj z tym gościem, zamiast wyładowywać złość na całym otoczeniu.
-Dobra, kto naskarżył? - zapytałem, stawiając pudełko obok jej komputera.
-Alexa, Carlos i Amanda. - odpowiedziała, nawet nie zmieniając pozycji.
-A Kendall nic Ci nie mówił? - zmarszczyłem brwi, przysiadając na skraju jej łóżka.
-Napomknął słówko, czy dwa, ale nie był za wylewny. - odparła, odrywając dłonie od klawiatury. - Ale wiesz, że poważna rozmowa Cię raczej nie ominie?
-Pewnie nie, ale wolałbym to odwlec ile się da. - wzruszyłem ramionami, na co posunąłem jej kawałek ciasta. - Szarlotka, podobno dzisiaj najlepiej wyszła. A kiedy dostaniesz wypis?
-Za dwa dni i tylko dlatego, że Kendall obiecał Amber, że przykuje mnie kajdankami do łóżka.
-Nie wyglądasz, jakbyś się cieszyła. - zauważyłem.
-W domu nie będę mogła pracować. - wzruszyła ramionami. - Wiesz, że obejrzałam już wszystkie części Harry'ego Pottera, starą Trylogię „Spider-mana” i cztery sezony „Agentów NCIS”.
-Zaraz się cofniesz do „JAGa”. - mruknąłem.
-Aż tak zdesperowana nie jestem, ale jak nie będę mogła pracować, to nie wykluczam takiej możliwości. - odparła tonem, jakby nie dolegało jej nic poza błahym katarem.
Wziąłem głęboki oddech i wstałem z jej łóżka. Miała z okna ładny widok na miasto. Ulica o tej porze była spokojna. Zwykle taki spokój oznacza kraksę czołgu pod szpitalem, wybuch śmigłowca, czy coś równie groźnego.
-Cukierka? - zapytała, znowu przyciągając moją uwagę.
Obróciłem się i zobaczyłem, że trzyma w ręku torebkę gumisiów.
-Dzięki. - pokręciłem głową. - Wiesz, że po tym jak mama umarła... Zacząłem pisać do niej listy. Pisałem, co czuję, co się dzieje... wyładowywałem złość na ojca...
-Coś jak pamiętnik? - zmarszczyła brwi.
-Pamiętnik to zbyt babska nazwa, ale masz rację. - pokiwałem głową. - I wiesz co? W sumie tak było. Wciąż gdzieś je mam.
-Może oddasz je ojcu? - zaproponowała.
-To tylko zapisane kartki. - pokręciłem głową. - Mowy nie ma.
-Ale wtedy dowie się, co przeżywałeś, kiedy go nie było. - oznajmiła cicho. - Co Ci szkodzi?
(Kendall)
-Schmidt, do mnie! - zawołała Adams, kiedy szedłem korytarzem ze spojrzeniem wbitym w podkładkę z kartą. - Natychmiast!
-Już idę! - odkrzyknąłem, zostawiając podkładkę z kartą.
-Co Ty tam właściwie robisz? - zapytała, ciągnąc mnie za rękaw.
-Próbuję rozczytać pismo manikuta ze złamaną lewą ręką. - odpowiedziałem, a ona spojrzała na wpiętą kartkę. - Nie wiem, czy to jest „w”, czy podwójne „e”.
-Nie ważne... - pokręciła głową. - Muszę Ci coś pokazać.
Uniosłem brwi, ale poszedłem do jej gabinetu. Adams wyciągnęła z szuflady pudełko i rzeczowo wskazała palcem, żebym je otworzył.
Zamrugałem, otwierając wieko drżącymi dłońmi. Nie miałem pojęcia, co tam zastanę, ani w jakim stanie. Miałem ochotę parsknąć śmiechem, kiedy zobaczyłem obrzydliwą, ale nie przerażającą zawartość. No dobra, może to było trochę upiorne.
-Przecież to są włosy. - wzruszyłem ramionami, zamykając je z powrotem. - Dość nietypowy prezent, chyba, że są na tyle dobrej jakości, żeby zrobić z nich perukę.
-Schmidt... - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - To nie jest zabawne. Był do tego liścik. Matka Hale'ów grozi... że pozabija swoich synów.
-Myśli pani, że byłaby do tego zdolna? - powiedziałem, zanim zdążyłem się nad tym dobrze zastanowić. Spojrzałem na nią z niepokojem, ale ona wciąż pozostała niewzruszona. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać.
-Gdzie jest ten liścik? - zmarszczyłem brwi.
-Przekazałam policji. Nie martw się, nie kojarzy Waszych nazwisk. Już sprawdziłam. Zapytałam, czy rozmawiała o synu z Vegą, czy z Robertsem... powiedziała, że z Robertsem.
-Jest w szpitalu ktoś o nazwisku Roberts? - spojrzałem na nią z zaskoczeniem.
-Nie. - pokręciła głową. - Oboje wiemy, że rozmawiała z Forte. Ale nie wiadomo, kiedy może sobie przypomnieć jej nazwisko. To samo dotyczy Ciebie i Hendersona.
-Przecież jesteśmy tylko lekarzami. - zauważyłem, opadając na krzesło przed biurkiem. - Technicznie nie mieliśmy nic do gadania...
-Ty nakłoniłeś chłopaka do zeznań, a Henderson wydawał wstępne opinie. - przerwała mi, siadając naprzeciwko mnie. - Nie możesz mówić, że nie mieliście z tym nic wspólnego. Dobrze wiem, jak bardzo zaangażowaliście się w tę sprawę.
-Pani też. - zauważyłem. - Wydała pani na pobyt Scotta tyle, że można by za to wyleczyć trójkę pacjentów z wypadków komunikacyjnych.
-Chyba nie powiesz mi, że nie było warto. - pokręciła głową. - Może i jestem suką, ale nie potrafię być obojętna na krzywdę biednego dziecka.
Z wrażenia otworzyłem szeroko usta. Patrzyłem na nią przez chwilę, ale ona tylko wywróciła oczami i uderzyła w stolik otwartą dłonią.
-Nie bądź dzieckiem, Schmidt! - zawołała, żeby mnie jakoś wyciągnąć z szoku. - Dobrze wiem, jak mnie nazywacie za plecami.
Ja nie nazywam. Na pewno. - pomyślałem, chociaż nie wypowiedziałem tych słów na głos. Nie wiedziałem, dlaczego chciałem to przemilczeć, ale po prostu się nie odezwałem.
-Wiem, że Ty nie jesteś w tym gronie, ale nie musi Ci być wstyd za kolegów z pracy. Zapewniam, że nic do Ciebie nie mam. Wracaj do pracy.
Pokiwałem głową, wstając z krzesła i wyszedłem na zewnątrz. Adams zachowała się jak Adams. Pozostawiła mi do zadecydowania, czy mam powiedzieć o tym Lirze, czy nie.
(James)
Siedziałem na ławce przed blokiem Mary. Wiedziałem, że niedługo powinna wrócić i dlatego zachowywałem się jak pedofil. Tak. Jak pedofil. Siedziałem na ławce, wcinając bagietkę popijaną kefirem i gapiłem się przy tym na bawiące się dzieci.
-Nie sądziłam, że dzisiaj będziesz miał ochotę przyjść, Maslow. - usłyszałem jej głos za plecami.
Wstałem, obracając się w jej kierunku. Nie była ubrana jak rano, kiedy odwoziłem ją do pracy. Przeciwnie. Miała na sobie zielone szpitalne ubranko.
-Czemu się przebrałaś? - zapytałem, całując ją na powitanie w policzek. - Szkoda, luibę tamtą bluzkę. Bardzo Ci w niej ładnie.
-Przestań. - mruknęła, trochę mnie od siebie odpychając. - Tu jest pełno ludzi.
-Wiem. - pokiwałem głową. - Ale mówiłaś, że tylko w szpitalu musimy zachować dystans.
-Bo na szczęście Henderson nie zdołał rozpuścić tego na cały szpital. Publicznie przynajmniej moglibyśmy zachować dyskrecję.
Zignorowałem jej uwagę, pochylając się niżej, żeby pocałować ją w szyję.
-Tu roi się od dzieci i starszych ludzi. - wytknęła, jakby okazywanie uczuć pod własny blokiem było przynajmniej wykroczeniem.
-Nie jestem tego taki pewien. - pokazałem na parę namiętnie całujących się nastolatków.
-Może dałabym Ci się namówić... gdybym była w ich wieku. - prychnęła. - Chodźmy już na górę i zróbmy to, co wychodzi nam najlepiej.
-Jasne. - westchnąłem. - Ale najpierw... chciałbym Ci zadać jedno pytanie.
Zamrugałem, klękając na jedno kolano i wyciągając z kieszeni pierścionek kupiony dzisiejszego ranka. Może nie jestem mistrzem w podejmowaniu spontanicznych decyzji, ale tego byłem pewien na sto procent.
-Mary Adams. - zacząłem. - Jesteś kobietą mojego życia i chciałbym się przy Tobie zestarzeć. Dlatego pięknie proszę... Czy zgodzisz się zostać moją żoną?
Reakcja Mary była nie do przewidzenia nawet przez zawodowego jasnowidza. Mary zacisnęła zęby, kręcąc głową. Patrzyłem na niż wyczekująco, wierząc, ze to tylko reakcja szokowa.
-Chyba nie sądziłeś, że to się może udać? - zapytała cicho. - Nasza umowa jest prosta. Seks i nic więcej. Nie, nie spędzę z Tobą reszty życia. Nie jestem na to gotowa.
I minęła mnie bez słowa, zostawiając jak tego kretyna klęczącego na środku chodnika.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ostatnio kiepsko mi idzie, ale... jakoś idzie. Myślę, że komentować od siebie nie muszę, bo wiem, że Wy i tak zrobicie to lepiej.
No dobra, mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!

I nie, nie publikuję nic na wattapie.  

środa, 21 czerwca 2017

51. Pogrzeb palanta

(James)
Pogrzeb Roberta McCalla odbywał się w dość skromnej atmosferze. Nikt nie płakał, nikt nic nie mówił. Większość ludzi nawet nie pofatygowała się o jakiś bardziej stosowny strój. Rozglądając się po cmentarzu doznawałem coraz większego szoku, orientując się, że część z obecnych nawet nie ukrywała swojego wyrazu twarzy, które wręcz krzyczało: „Dobrze, że ten bydlak już zdechł”, a jeszcze inni pewnie przyszli tu z tego samego powodu, dla którego ja tutaj byłem. Chciałem się upewnić, że on na pewno nie żyje.
Przed całym przedsięwzięciem pojechałem po Dereka i Scotta. Nie ubrali się na czarno, ale przynajmniej starali się udawać żałobę. Scott miał taką granatową koszulę i klasyczne jeansy. Przez chwilę miałem wrażenie, że ssie na całą sprawę, ale kiedy wyciągnął z komody wypastowane pantofle, przekonałem się, że nie żartuje. Derek szedł w mundurze. Podobno nie będzie mu się chciało potem przebrać, bo idzie do pracy.
Wiedziałem, że w tajemnicy wszyscy „żałobnicy” cieszyli się, że Roberta McCalla nie ma już pośród nas, ale był jeszcze jeden powód, dla którego tu przyjechałem. Nie chciałem, żeby Derek i Scott byli sami. Szczególnie, że czuli się w niechcianym obowiązku, żeby pożegnać ojczyma.
-Chciałbym odwiedzić panią Forte. - powiedział Scott, kiedy wsiadaliśmy do mojego samochodu.
Spojrzałem pytająco na Dereka, ale on tylko wzruszy ramionami, jakby nie miał nic przeciwko temu. Właściwie sam miałem tam jechać, więc nie widziałem w tym problemu. Już szczególnie, że dzisiaj jest sobota i nie musiał jechać do szkoły.
-W porządku. - odpowiedziałem, zapalając silnik. - Tylko najpierw odwieziemy Dereka do pracy.
Posterunek był po drodze, więc nie widziałem żadnego problemu. W prawdzie, wiedziałem, że nie ma tam nic wielkiego do roboty, bo od karambolu w śródmieściu okolica znacznie się uspokoiła.
Rozejrzałem się po przejściu, zanim przebiegłem na druga stronę. Scott był tuż za mną, ściskając w dłoni biało-niebieski inhalator.
-Mam zwolnić? - zapytałem, obracając się w jego stronę.
-Nie trzeba. - pokręcił głową. - Myśli pani, że doktor Schmidt nie będzie się na mnie gniewał?
-Doktor Schmidt? - zmarszczyłem brwi, aż w końcu załapałem o co mu chodzi. - Z pewnością nie. Przecież wiesz, że to nie jest twoja wina. I on też o tym wie.
Scott nie wyglądał, jakbym go przekonał. Przeciwnie. Zastanawiałem się, dlaczego chce zobaczyć Lirę. Może po prostu się za nią stęsknił?
-Zostawię Cię tu na chwilę. - oznajmiłem, widząc Lirę, która siedziała przed laptopem rozłożonym na stoliku obiadowym z dużym kubkiem herbaty. - Porozmawiajcie trochę.
(Lira)
Kiedy Scott już wyszedł, zabrałam się znowu do roboty. Biedny dzieciak. Sporo przeszedł.
-Pracuje pani nawet w chorobie. - usłyszałam głos Vipery. - Doprawdy, imponujące, pani Forte.
Uniosłam spojrzenie, kierując je na drzwi. Vipera stał z dłońmi za plecami. Nie ukrywam, że w tej sytuacji chciałabym je widzieć. Wiem, co się stało z jego synem i głównie dlatego się go bałam.
-Odwiedza pan każdego podwładnego? - zapytałam, starając się nie tracić zimnej krwi.
-Nie, ale dla pani postanowiłem zrobić wyjątek. - odpowiedział, podchodząc bliżej. Z trudem opanowałam pokusę cofnięcia się o kilka centymetrów. Na szpitalnym łóżku byłoby to zbyt widoczne. - Słyszałem, że padła pani ofiarą pewnego prokuratora. Pomyślałem, że może... uda mi się panią nakłonić do zeznań.
-Skąd pan o tym wie? - uniosłam brwi.
-Jedna z pani koleżanek... nie wytrzymała i puściła farbę. Jednak nie mamy dowodów. Oboje wiemy, że pani jest zbyt sprytna, żeby takie coś przeoczyć.
Uniosłam brwi, widząc jego pewność siebie. Nie miałam pojęcia, co on kombinuje, ani skąd wie o tych matactwach. Sama obiecałam sobie, że nie użyję tego nagrania, jeśli to naprawdę będzie ostatni raz. Poza tym współpraca z Viperą nie nie była najprzyjemniejsza.
-W takim razie, dlaczego nie zajmie się tym sama?
-Jest sprawa, nie ma dowodów. - oznajmił, jakby zamierzał mi dać kolejny temat do rozpatrzenia. - Oboje wiemy, że w sądzie pani jest w tym najlepsza. Możliwe, że nawet pani coś na niego ma.
-Nic nie mam, nawet, gdybym bardzo chciała. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Proszę już wyjść. Zaraz zacznie się popołudniowy obchód.
-Do zobaczenia, pani Forte. - powiedział swoim dostojnym tonem. - Niedługo znowu panią odwiedzę.
Tym bardziej byłam zaskoczona, kiedy mijał się z Kendallem. On tylko odskoczył, żeby nie zderzyć się z nim ramieniem.
-Proszę dbać o swoją pacjentkę, doktorze. - dodał, przytrzymując drzwi. - Będzie mi jeszcze potrzebna.
I wyszedł. Kendall nie zbliżył się do mnie, dopóki Vipera nie zniknął na korytarzu.
-Kto to był? - zapytał, pochylając się, żeby mnie pocałować.
-Vipera. - odpowiedziałam. - Właśnie poznałeś mojego szefa. Milutki, co?
-Raczej nie bardzo. - prychnął. - Czego chciał?
-Służbowe sprawy. - oznajmiłam wymijająco. - Mogę wysłać maila z twojego telefonu?
-Jasne. - pokiwał głową, wręczając mi swoją komórkę.
Wzięłam ją do ręki i zauważyłam, że jest wilgotna. Uniosłam brwi, zauważając, że poplamiłam się krwią. Kendall parsknął śmiechem i poszedł do komody pod oknem i wyjął szuflady paczkę chusteczek antybakteryjnych.
-Wytrzyj. - powiedział, przysiadając na skraju łóżka. - Odruchowo włożyłem do kieszeni brudne rękawiczki. Będę musiał się przebrać.
-Mam udawać, że to całkiem normalne? - uniosłam brwi z zaskoczenia. - Bo wiesz, że nie ma sprawy? Już przyzwyczaiłam się do kilku Twoich nawyków.
Kendall pokręcił głową z szerokim uśmiechem i oparł się o ramę łóżka w nogach. Rozłożyłam chusteczkę i zaczęłam obmywać jego telefon i swoją rękę.
Bez ponawiania pytania weszłam w maile i wybrałam adres Carlosa. Napisałam: „Tu Lira, chyba mamy problem.” Wiedziałam, że bez problemu zrozumie, co mam na myśli.
-A Scott Hale? - zapytał w końcu.
-Co z nim? - zmarszczyłam czoło, na co on tylko wzruszył ramionami.
-O czym chciał z tobą rozmawiać? - zapytał w końcu. - Wiem, że tu był. James mi powiedział.
-Przepraszał mnie. - odpowiedziałam.
-On? - wybałuszył oczy ze zdziwienia. - Za co?
-Za to pobicie. - odparłam, chcąc już o tym zapomnieć. - Zachowa się tylko wpis w aktach. I podobno zostanie mi blizna pod włosami. O tutaj.
Wskazałam ogolone miejsce przykryte opatrunkiem. Kendall odepchnął się od oparcia i pocałował delikatnie to miejsce. Przytuliłam się do niego, a on odepchnął stolik obiadowy i pogładził mnie po plecach. Wzięłam głęboki oddech, wdychając zapach jego wody po goleniu.
-Chcesz, żebym jeszcze trochę został? - zapytał, pieszcząc dłonią mój kark. Pokiwałam głową, wciąż wtulona w jego ramię. - W takim razie zostanę.
(Logan)
Alexa usiadła naprzeciwko mnie, rozkładając się ze swoim burgerem. Uniosłem brwi patrząc na nią z zaskoczeniem.
-Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego człowiek podający się za Twojego ojca naskoczył na mnie, że Cię wykorzystuję? - zapytała, przekrajając sobie go na pół.
-Nie zwracaj uwagi. - machnąłem ręką, nie podnosząc głowy znad swojej zupy pomidorowej. - I tak nie chcę z nim rozmawiać.
-Czyli to prawda? - uniosła brwi. - On jest Twoim ojcem, a Ty przez ostatnie lata wmawiałeś nam, że nie żyje?
-Dla mnie nie żyje, rozumiesz? - uściśliłem. - Zostawił mnie i mamę bez dachu nad głową. Nawet wolałbym nie pamiętać jego nazwiska, ale wiele razy urząd odrzucił mój wniosek.
-Chciałeś zmienić nazwisko, wierząc, że dzięki temu nie będziesz pamiętał o ojcu?
-Szczerze? Już wolałbym się nazywać „Stank” niż nosić jego nazwisko. - oznajmiłem, wycierając sobie usta i sięgając po szklankę wody.
(Aut: „Stank” to znaczy „Smród”. To przez ostatniego Kapitana Amerykę. Kolejna głupia gra słów, udowadniająca, co Logan jest w stanie poświęcić, żeby zapomnieć o ojcu.)
-Logan... - próbowała mnie zatrzymać, kiedy wstałem.
-Skończyłem temat. - powiedziałem twardo.
-Ale ja nie! - zaprzeczyła. - Nie możesz wykorzystywać Wendy, żeby nie spotykać z ojcem.
-Alexa, odpuść... - jęknąłem. - Nie mam zamiaru się przed Tobą tłumaczyć. To moja sprawa, a Ty masz darmową opiekunkę do dziecka.
Minąłem ją, wyrywając się z jej słabszego już uścisku. Nie miałem ochoty z nią o tym gadać. W ogóle nie chciałem o tym rozmawiać. Może zastosuję się w metodę Kendalla? Według niego pracoholizm jest najlepszą formą zwalczania problemów. Tylko ciekawe, w czym to ma pomóc. Wracam do pracy, Muszę spalić nadwyżkę dzisiejszego obiadu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Logan kontynuuje swoje gierki, a Kendall aż za mocno wczuł się w rolę chłopaka Liry. Nie mam siły na pisanie tej jednorazówki. Taka ładna pogoda, więc wolne dni wolę spędzać w książką na leżaku i ze słuchawkami w uszach.
A Wy? Czujecie już wakacje?

No dobra, mam nadzieję, że notka się wam podobała. Koniecznie napiszcie mi po komentarzu, żebym miała na co odpisywać. Trzymajcie się! Cześć!