środa, 30 listopada 2016

30. Nie wiem, co mam robić

Uwaga! W ostatnim akapicie jest łagodna scena erotyczna. Czytacie na własną odpowiedzialność.
(Carlos)
Dzień jak co dzień. No, niezupełnie. Mimo, że to moje ulubione powiedzonko, teraz nie mogłem go tak po prostu używać. Powód był jeden. A na imię mu Aina. I jest moją siostrą. Nie mogłem nic powiedzieć przyjaciołom, a szczególnie Loganowi, który chętnie by się z nią przespał.
-Mogłabyś się ubierać trochę skromniej. - powiedziałem, kiedy wyszła z łazienki. - Chyba nie zamierzasz tak wyjść na ulicę.
-Carlos, nie jesteś moim ojcem. - pokręciła głową, spoglądając na mnie z zażenowaniem. - Będę się ubierać, jak mi się podoba.
-Wiem, że nie jestem Twoim ojcem, ale mimo to mam zamiar Cię chronić. - odpowiedziałem, wbrew swoim myślom, z całych sił zachowując to dla siebie.
Chciałem powiedzieć coś innego. Że po śmierci taty to ja mam za zadanie się nią opiekować. Problem w tym, że ona tego nie ogarnia i nadal chce decydować o sobie. Szczerze nie pochwalam jej wyborów. Aina skończyła Harvart. Wydział informatyki. Jeden z najlepszych wyników z perspektywami na szeroką karierę. A co robi? Jest prostytutką. Nie jestem z tego dumny, bo wiem, że stać ją na więcej. Przez pierwsze trzy lata trułem jej do dupy, że można to jeszcze odkręcić, że... mogę jej pomóc zdobyć dobrą pracę. Że dam jej kontakty do firm, które poszukują specjalistów z wysokimi kwalifikacjami, gdzie ona byłaby idealnym kandydatem. Odmawiała. Za każdym razem. To było takie nużące, że w końcu się poddałem. Nie chciałem tracić z nią kontaktu, bo to jedyny członek rodziny, jaki mi pozostał. Dlatego odpuściłem sobie kłótnię, która mogłaby prowadzić do szerokiego konfliktu. Znałem jej upór i wiedziałem, że nie dałaby mi się przekonać.
-To co zamierzasz dzisiaj robić? - zapytałem, pakując swoją torbę.
-Może pochodzę po mieście... - wzruszyła ramionami, zerkając na ekran mojego laptopa. - A na przerwie obiadowej wpadnę do Ciebie do szpitala.
Zacisnąłem zęby, podnosząc głowę. Tego było już za wiele. Nie mogła pójść dzisiaj do szpitala. Logan nie może jej zobaczyć. Dokładnie przestudiowałem jego grafik. Ma dzisiaj podwójny dyżur na Izbie przyjęć. Czasami zastanawiałem się, co jest gorsze. Mój przyjaciel obmacujący moją siostrę, czy mój przyjaciel obmacujący kobietę, którą obmacuje niezliczona ilość mężczyzn. I to każdej nocy.
-Nie opłaca się. I tak kończę przed lunchem. - skłamałem.
-Kręcisz. - powiedziała natychmiast, nawet nie podnosząc głowy znad klawiatury.
-Wciąż cie to kręci, prawda? - zapytałem, spoglądając jej przez ramię.
-Masz nieważną licencję na antywirusa. - wyjaśniła, otwierając przeglądarkę. - Zainstaluję Ci nowego, który sam się aktualizuje.
-Pewnie kosztuje. - oznajmiłem, podskakując do jednej z wyższych półek. - A ja mam wyczyszczone konto na play'u.
-Jest darmowy. - uśmiechnęła się szeroko. - To już nie moja działka, ale wciąż znam hasła do branżowych stronek.
-Nie kusiło Cię, żeby wrócić do zawodu?
-Jestem w swoim zawodzie. - uniosła ręce, jakby to był nudny temat. - Lubię seks. I lubię, kiedy mi za to płacą. Proste. I aż się dziwię, że nie potrafisz tego pojąć.
(Lira)
-To dla Ciebie. - powiedział Leon, podając mi kartkę z odręcznym adresem. - Adres matki Jonathana. Podobno u niej mieszka, ale ona... unika tematu.
-Dzięki. - uśmiechnęłam się do niego. - Jest już opinia psychiatry z ośrodka opiekuńczego?
-Nie. - pokręcił głową.
Pożałowałam, że przestałam się interesować jego sprawą. Kiedy przekazałam jego papiery dalej, byłam pewna, że się nim zajmą. Że dojdzie do siebie. Że dostanie się jeszcze na studia. Może nie na Akademię Sztuki, ale na przykład na Literaturoznawstwo, albo do Filmówki w Kalifornii. A może nie powinnam tak łatwo się poddawać.
-Coś nie tak? - zapytał, spoglądając mi w twarz. - Znam tę minę.
-Wszystko gra, tylko... mam wrażenie, że za szybko odpuściłam. - odparłam, opierając się o ścianę w korytarzu. - A teraz... zupełnie nie wiem, co mam robić.
-Na pewno wiesz, co masz zrobić. - powiedział z pełnym przekonaniem. - Zwykle podejmujesz dobre decyzje.
-Zwykle, ale nie zawsze. - zauważyłam. - To trudna sprawa i ty dobrze o tym wiesz. Jedna z najtrudniejszych. Znasz akta. Wiesz, co zawsze robię. Pokazujemy sobie wszystko, odkąd tu przyjechałeś. Wiesz, co mam za uszami.
-Nic nie masz. - wywrócił oczami. - Wiem, że kilka razy zdarzyło Ci się popełnić błąd, ale działałaś w dobrej wierze.
-Właśnie. - powiedziałam, spoglądając mu w oczy. - Może Adams ma rację? Za bardzo wierzę w ludzi. I chyba już nie raz się na tym przejechałam. A Ty dobrze o tym wiesz. Tylko wmawiasz mi, że robię co mogę i nie chcesz powiedzieć prawdy.
-Może to zabrzmi dziecinnie, ale... właśnie to najbardziej w Tobie lubię. - uśmiechnął się, ale natychmiast zrzedła mu mina. - Krew Ci leci.
-Co? - zmarszczyłam brwi, podnosząc dłoń do buzi. Poczułam ciepłą ciecz na palcach.
-Znowu to samo. - westchnął, obejmując mnie ramieniem. - Chodź, musisz się uspokoić.
Krew z nosa. Od dziecka tak reaguję. Lekarze nie wiedzą co to jest, ale kiedy za bardzo się stresuję, zmniejsza mi się krzepliwość krwi i dlatego krew mi cieknie z nosa. Wie o tym tylko Leon. I tak powinno pozostać. Nie wiem... może kiedyś powiem o tym Kendallowi, ale teraz nie chcę go martwić. To tylko od stresu. Przynajmniej wszyscy tak twierdzą.
-Proszę. - powiedział, pomagając mi usiąść na krześle i jednocześnie podając plastikowy kubek z wodą. - Może zawiozę Cię do domu.
-Nie ma mowy. - pokręciłam głową. - Muszę się tylko uspokoić.
(James)
-Wszystko gra? - zapytała Mary, stawiając szklankę soku na stoliku do kawy.
-Nie. - pokręciłem głową.
Nie wiedziałem, czy mam to powiedzieć. Nie miałem siły, ani tym bardziej czasu. Pomimo, że straciłem przez nią wszystko, to wciąż mnie do niej ciągnęło.
-Dowiem się, co jest grane? - zapytała, siadając naprzeciwko mnie.
-Wylali mnie z kancelarii. - walnąłem prosto z mostu. - Mecenas powiedział, że skoro ma mi płacić za charytatywne sprawy karne, to woli mnie już wcale nie widzieć.
Mary nie wyglądała na wzruszoną, jakby niewiele ją to obchodziło. Zamrugałem z niepokojem i obróciłem się do niewielkiego telewizora plazmowego.
-Tylko o to poszło? - usłyszałem jej pytanie. - O sprawy, które Ci podrzucam?
-Po prostu przestałem mu się opłacać. - wzruszyłem ramionami, nie spuszczając wzroku z Amy Rush, która codziennie prowadziła wiadomości na lokalnym kanale. - Twierdzi, że od jakiegoś czasu więcej na mnie wydaje niż zarabia. I dlatego szuka teraz kogoś na moje miejsce.
-Można coś z tym zrobić?
-Nie.
-A co zrobisz teraz? - zapytała tym samym, rzeczowym tonem.
-Zakładam własną kancelarię. - odpowiedziałem, spoglądając jej w oczy. - Jeśli się uda... jeśli dostanę rekomendację od Ciebie i Liry, jako współpracowniczek... uda mi się otrzymać status fundacji prawnej, a co za tym idzie, dofinansowanie pozarządowe, które pozwoli mi znaleźć sponsorów. Może nawet opieka sądownicza jakoś mnie wesprze.
Mary parsknęła śmiechem, na co uniosłem brwi z zaskoczenia. Tego się po niej nie spodziewałem. Nawet teraz, kiedy straciłem tak dużo.
-Twój plan brzmi dobrze, ale jeśli chcesz wsparcia od szefostwa Forte i Orny'ego, lepiej wykreśl ten punkt ze swojego biznesplanu. - oznajmiła bezwzględnie. - To Ci się nigdy nie uda. Z resztą... fundacja prawna? Skąd ten pomysł?
-Wiem, jaką popularnością cieszą się takie jednostki w Kalifornii. - wzruszyłem ramionami. - A ten rejon nie ma żadnej takiej organizacji, poza tym widzę ile roboty mają Lira i Matt. A to pomoże sporej części miasta. A przynajmniej slamsom, którym zależy na przyszłości dzieciaków. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele nastolatków próbuje się wyrwać z patologii uczciwymi metodami.
-Jak na prawnika, jesteś niewiarygodnie naiwny, Maslow. - westchnęła, odstawiając swoją szklankę soku na stolik do kawy. - Ale zwróć uwagę na kwestię materialną. Wiesz, że to już nie będzie taka sama kasa?
-Wiem. - pokiwałem głową. - Na początku będzie ciężko, ale po jakimś czasie uda mi się wypracować jakąś normę.
-To co? Zajmiemy się Tym, co wychodzi nam najlepiej? - zapytała, zalotnie zmieniając temat.
Mary wstała i podeszła do mnie bliżej. Powoli, chytrze się uśmiechając, usiadła w rozkroku na moich kolanach. Przebiegłem spojrzeniem po jej odsłoniętym dekolcie.
-Na co czekasz? - wymruczała, jakby chciała mnie jeszcze bardziej skusić.
-Na nic. - odpowiedziałem i lekko wbrew sobie objąłem jej talię.
Powoli całowałem ją po szyi, piersiach... jej pomruki zachwytu dawały mi do zrozumienia, że delektuje się każdym moim ruchem. Muśnięciem ust, ruchem dłoni wzdłuż jej kręgosłupa.
Poczułem, jak obejmuje dłońmi moją szyję, wbijając paznokcie w kark, jakby chciała spenetrować moje wspomina jak wilkołak alfa*. Podniosłem głowę, spoglądając jej w oczy.
-Masz jakieś wątpliwości? - zapytała, jakby czytała w moich myślach.
-Nie. - pokręciłem głową. - Tylko wciąż myślę o tych dzieciakach, które reprezentowałem za darmo. Wiesz, co mam na myśli. Nie każde ugrało wszystko, na co zasługują. Na przykład ta dziewczynka, której Kendall amputował stopy.
-Przecież ma rentę państwową. - zauważyła. - Pieniądze pokrywają wszystkie koszty leczenia i rehabilitacji. Z czasem nie będzie pamiętała jak je straciła. Pewnie rodzice jej wmówią, że to był nieszczęśliwy wypadek.
-A są jakieś szczęśliwe wypadki? - zapytałem, marszcząc brwi.
-Ja jestem szczęśliwym wypadkiem. - uśmiechnęła się do mnie zalotnie i krótko pocałowała mnie po szyi. - Już Ci opowiadałam.
Parsknąłem śmiechem. Trudno uwierzyć, że ktoś taki jak Mary Adams, ordynator izby przyjęć w szpitalu okręgowym jest dzieckiem ze slamsów. W dodatku z wpadki.
-I to nie raz. - odwzajemniłem jej uśmiech. - Jeszcze rozpracują tą mafię. Jeszcze zobaczysz.

*Pokusa była zbyt silna.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wiem, że ta łagodna scena erotyczna, to właściwie samo całowanie, ale nie byłam w stanie napisać czegoś bardziej ostrego. To takie małe oczko do Chrisa (właśnie, cieszę się, że wróciłeś, bo kiedy to pisałam, jeszcze nie odszedłeś) i po części do Weroniki, ale nie mam pewności, czy się domyśli, dlaczego. Ja Ci nie powiem, musisz się sama domyślić.
Poza tym, ostatnio ciężko mi idzie i mam masę roboty. Od tygodnia napisałam ledwo pół rozdziału. Wiem, że miałam się nie śpieszyć, ale dobrze by było zobaczyć jakieś postępy.

Dobra, już nie truję. Mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 23 listopada 2016

29. Z ojca na syna

(Kendall)
W sumie nie było tak źle. Odkąd wszyscy się dowiedzieli, że spotykam się z Lirą, nic wielkiego się nie zmieniło. Może z wyjątkiem Logana, który teraz był coraz gorszy.
-Stary, dosiadłeś rudej! - powtarzał kilka razy dziennie. - Powiedz jak to jest? Tak jak mówili Wolverine i Peter Parker?
-Człowieku, nawet nie wiem, kim jest ten Preter Parker! - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Jak już mówisz o ludziach, których nie znam, to przynajmniej mów o kim mowa.
-Człowieku Peter Parker to Spider-Man! - zawołał, jakbym popełnił jakieś przestępstwo. - Ile razy mam Ci to powtarzać? To jak? Rude naprawdę są najlepsze w te klocki?
I tak było cały dzień. Nie miałem nerw, żeby to znosić. Zwykle się wykręcałem, że mam dużo pracy i wychodziłem do poczekalni na spławianie. W prawdzie nigdy nie prześcignę Logana, ale lepsze to niż jego nawijanie o seksie.
Poza tym... dopiero poznawałem Lirę. Sposób w jaki się kąpała, jak wlewała żel pod prysznic do dziurawej gąbki. Albo jak rozkłada akta każdego wieczora na stoliku do kawy, żeby dobrze wszystko zapamiętać przed pójściem spać. Jest niesamowita.
-Skończyłaś? - zapytałem, kiedy wstała z kanapy.
-Prawie. - odpowiedziała, sięgając po jedną ze swoich szpitalnych koszulek. - Chciałabym się tylko wykąpać. Nie lubię się kłaść brudna spać.
-Wiem. - uśmiechnąłem się do niej, wstawiając czajnik na gaz. - Wchodź śmiało. Zostawiło jeszcze całkiem sporo ciepłej wody.
-W końcu pochwalasz tylko szybkie prysznice. - zachichotała.
Pokręciłem głową, otwierając gazetę z programem telewizyjnym. Przebiegłem wzrokiem po rubrykach, zastanawiając się, co możemy dzisiaj obejrzeć.
-Dają dzisiaj coś ciekawego? - zawołała zza drzwi łazienki.
-Tylko „Zimowego Żołnierza” na Disney'u o dziesiątej. - odpowiedziałem. - I powtórki „Tajemnic Smallville” na CW. Chyba puszczają to od początku. Wiem, że kiedyś to oglądałaś.
-Kiedyś była w sieci petycja. - odkrzyknęła, ale natychmiast zagłuszył ją szum wody z kranu. Poczekałem, aż zakręci. - Fani chcieli sobie nagrać cały serial na pamiątkę. Oficjalna wersja brzmi, że chcą sobie przypomnieć całą fabułę. A tak naprawdę nie każdego stać na własny komplet DVD. Ci z Worner Bros zgodzili się na udzielenie prawa do ponownej emisji baz żadnego problemu. Nawet byli zadowoleni, że serial cieszy się taką popularnością.
Nie odpowiedziałem, wiedząc, że taka rozmowa przez drzwi nie jest najlepsza.
-Ciekaw jestem, skąd to wszystko wiesz. - zacząłem, kiedy wyszła w piżamie.
-Kiedyś powstała fanowska strona. - oznajmiła, siadając w fotelu i zbierając wszystkie papiery do teczki. - Zbierała wszystkie newsy ze sprawdzonych źródeł. W liceum byłam jednym z redaktorów. Zaczęłam, kiedy telewizja emitowała szósty sezon. Później zaproponowano mi rejestrację na niewidzialnym forum. Jedyne miejsce, gdzie fani na prawdę są szczerzy. Posty wciąż się tam pojawiają. Jest komiks i wspomnienia. W zeszłym miesiącu przybyło pięciu nowych. Mogę Ci pokazać, jeśli chcesz.
-Pewnie, że chcę. - uśmiechnąłem się szeroko.
(Logan)
Uwielbiałem zostawać sam wśród ludzi, których nie znałem. W prawdzie wrzesień był dawno temu, ale i tak nie kojarzyłem imion większości praktykantów. Podniosłem głowę, spoglądając na dziewczynę z wiecznie mokrymi włosami, która rozmawiała z chłopakiem w okularach z czerwonymi oprawkami. Widywałem ich od pół roku, prawie codziennie, ale wciąż nie wiedziałem jak mają na imię.
-Doktorze Henderson! - zawołał Adam, klepiąc puste miejsce obok siebie na biurku, żeby zwrócić na siebie moją uwagę. - Wiozą do nas dwudziestopięciolatka z urazem głowy.
-Dobra, już idę. - powiedziałem, podnosząc się z krzesła.
Ta noc była całkiem ciepła. Nie wiedziałem, co jest złego w chodzeniu bez fartucha, w samej koszuli. Uwielbiam tą pracę, ale nie cierpię swojego fartucha. Jest... zbyt luźny. Zawsze dają mi o rozmiar za duży.
Stałem naprzeciwko podjazdu, krzyżując ramiona na piersiach. Przeklęta noc. Miałem nadzieję, że to nie będzie ciężki przypadek. Przynajmniej przez chwilę warto się połudzić.
Karetka podjechała na stałe stanowisko. Dzień w dzień, kilka razy dziennie ta sama karetka stawała w dokładnie tym samym miejscu. Przez jakiś czas wierzyłem, że Adrian byłby w stanie najechać tu z zamkniętymi oczami. Ale niestety, zakład przegrany i dwie duże donice rozwalone razem ze zderzakiem ambulansu.
-Co przywiozłeś? - zapytałem i trudem powstrzymałem jęk, kiedy zauważyłem, że koleś na noszach ma mózg na wierzchu (no dobra, przesadzam), jest zaintubowany, a Jeff w najlepsze na nim siedzi i uciska mu klatkę. No tak, głupi jestem. Po co w ogóle pytam?
-Dwudziestopięciolatek, został napadnięty na drugiej ulicy. - krzyczał, żeby dotrzeć do mnie przez warkot kilkunastu silników, które wyły jak na złość. - Tętno agonalne. Obiecaliśmy jego matce, że zrobimy wszystko, co możemy. Jest kilkaset metrów dalej. Powiedziała, że dotrze na piechotę. Pewnie będzie tu za kwadrans.
-Dobra, dajcie go do trójki. - jęknąłem.
Oczywiście wiedziałem, że facet już jest trupem. Nie miałem podstaw, żeby dalej go reanimować, ale skoro Jeff był na tyle głupi... pewnie powinien po prostu dać matce pożegnać się z synem.
-Podaj dwa miligramy epinefryny. - powiedziałem dziewczynie z mokrymi włosami, kiedy chłopak w okularach przejąc masaż serca.
-A potem? - zapytała, dysząc ciężko.
-Nie mam pojęcia. - westchnąłem, kręcąc głową.
Piętnaście minut później wciąż prowadziliśmy bezsensowną reanimację, ale odetchnąłem z ulgą, kiedy do sali weszła rozgorączkowana kobieta w średnim wieku.
-Mój synek... - szlochała. - Mój jedyny synek...
Adam przejął uciskanie klatki. Dałem mu znak ręką, ale nie przerywał. Jeszcze nie.
-Proszę pani... - zacząłem, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Obrażenia pani syna są bardzo ciężkie... robimy wszystko, żeby go uratować, ale...
-Michael wyzdrowieje, prawda? - zapytała z płaczem, patrząc na mnie z nadzieją.
Przez chwilę zrobiło mi się jej żal. Chciałem, powiedzieć, że przeżyje, że wszystko będzie dobrze... ale wiedziałem, że nie mogę, bo nie zostało nawet cienia złudzeń.
-Niestety... - pokręciłem głową. - Jego serce nie bije od ponad pół godziny, a to zdecydowanie za długo. Podajemy mu leki i prowadzimy resuscytację, ale bezskutecznie.
-Nie... - zaszlochała jeszcze głośniej.
-Przykro mi. - powiedziałem na wpół cicho. - Chce pani coś powiedzieć?
Kobieta nie powiedziała nic, tylko zapłakała, pochylając się nad twarzą chłopaka. Spojrzałem na dziewczynę z mokrymi włosami. Wyglądała, jakby sama miała ochotę się rozpłakać.
-Przerwać masaż. - zwróciłem się do niego.
Adam oderwał ręce od klatki chłopaka. Oblizałem usta, spoglądając na zegarek. Czemu nawet po tylu latach to jest takie trudne?
-Czas zgonu jedenasta zero trzy. - oznajmiłem bezlitosnym tonem.
(Lira)
Słyszałam przez sen dzwonek telefonu. Właściwie już się obudziłam, ale wiedziałam, że nie będę musiała iść do pracy, jeśli nie będę miała poważnego wezwania. A to znaczyło, że wystarczyło nie odbierać telefonów. To raczej niewiele jak na cały dzień w spokoju.
-Lira, telefon... - powiedział Kendall, podając mi moją własną, odebraną komórkę. - To Leon.
Przełknęłam ślinę i zabrałam komórkę, przykładając ją sobie głośnikiem do ucha.
-Tak? - ziewnęłam.
-Cześć, wiem, że ma Cię dzisiaj nie być w pracy, ale bez Ciebie chyba sobie nie poradzimy. - usłyszałam jego głos i natychmiast pożałowałam, że nie odepchnęłam jego ręki, kiedy miałam okazję. - Mam dziwną sprawę, ale... to, co już znalazłem jest jeszcze dziwniejsze.
-Mów, czego ode mnie chcesz. - wymamrotałam tak, że nawet dla mnie zabrzmiało to trochę niegrzecznie.
-Mam tu trupa, który... - zaczął, a natychmiast mu przerwałam.
-Nie zajmuję się trupami, jasne? - wymamrotałam. - Wiem, że wmawiasz sobie, że czasami jestem niezbędna, ale skończ z tym wreszcie, bo to się robi nudne.
-Podejrzany to Twój były podopieczny. - powiedział szybko. - Pamiętasz sprawę Jonathana Walla? Rozpój na egzaminatorze.
-Nie przypominaj mi tego nawet. - jęknęłam. - To był jakiś koszmar.
Wiedziałam, że chodzi o tego chłopaka, który nie dostał się do akademii sztuki, a potem próbował zamordować egzaminatora kijem do baseballa. Skończyło się na tym, że nakryła go ochrona i to ja byłam tym nieszczęśnikiem, który wprowadzi chłopaka w resocjalizację.
-Okazało się, że nadal czuje urazę. - odpowiedział.
-Co, znowu próbował zabić tego egzaminatora, który go nie przepuścił?
-Nie. Egzaminator dwa miesiące temu zmarł na zawał. Teraz zabił jego syna na oczach matki. Dosłownie rozwalił mu głowę aluminiowym kijem.
Na jego słowa natychmiast się ożywiłam. Tego jeszcze brakowało, żeby ten koleś znowu dał się we znaki. Całemu ośrodkowi wychowawczemu i systemowi sądownictwa, który i tak ma sporo do roboty. A ja jest jego częścią, a co za tym idzie, też mam sporo do roboty.
-Gdzie on teraz jest? - zapytałam, zakładając grube wełniane skarpety, które nosiłam zamiast kapci.
-W kostnicy. - odpowiedział, na co ja tylko wywróciłam oczami.
-Miałam na myśli Jonathana... - powiedziałam szybko.
-Nie wiemy. - odparł zrezygnowany. - Szuka go policja w całej dzielnicy. Przyjedziesz?
-Za godzinę. - odpowiedziałam, odrzucając telefon na poduszkę.
Obróciłam się przez ramię i zobaczyłam, że Kendall patrzy na mnie zrezygnowani i jakby nieco zbolały. Wiedziałam, że ma wolne i, że liczyliśmy, że ten dzień będzie cały dla nas.
-Muszę jechać. - skrzywiłam się na widok jego skrzywionej miny. - Jeden z najgorszych wychowanków chyba zamordował niewinnego chłopaka.
-Aż tak? - uniósł brwi. - Mam jechać z Tobą?
-Nie trzeba. - pokręciłam głową. - Dam sobie radę.
I pochyliłam się nad jego twarzą, żeby dać mu causa.
-Muszę się ubrać. - powiedziałam cicho. - Zadzwonię na przerwie obiadowej.
-Dobra. - odpowiedział, oblizując usta, jakby chciał wyczuć cały mój smak. - W razie czego, będę Ci przypominał.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Może są tu jakieś literówki, nie wiem, nie miałam siły sprawdzić. Jak są, to przepraszam. Ale pamiętam o czym to pisałam (brawo ja!) i... To miało być takie smutne. Oczywiście, dalszy ciąg sprawy będzie jeszcze w następnej notce za tydzień, ale tutaj już jest ta baza, na czym to ma być oparte. Jaka jest istota całej tej sprawy.
Poza tym zaczęłam powoli (bardzo powoli) pisać notki na nowy projekt. Na razie mam dopiero dwa rozdziały i wszystkie mają mieć objętość dwóch i pół strony, czyli trochę mniej niż ta notka. Historia będzie krótka, bo planuję około dwadzieścia pięć rozdziałów, a zakres czasu akcji to trzy miesiące. Coś wymyśliłam, teraz to realizuję, ale baardzo powoli. Bloga jeszcze nie ma. Założę go dopiero jak będę miała cały tekst, wszystkie dobrane zdjęcia, zrobiony nagłówek i szablon, a jak starczy sił, to może nawet zwiastun.

Dobra, już koniec tego... Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Liczę, że zostawicie pod spodem komentarz z opinią. Komentarz daje lepszego kopa niż energetyk, wierzcie mi. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 16 listopada 2016

28. Oliwa na wodzie

(Lira)
-Zgadnij co się stało. - westchnął Carlos, siadając na skraju mojego łóżka.
-Walnął Cię wielki, radioaktywny meteoryt, zyskałeś super moce i teraz będziesz bronił słabszych? - rzuciłam bez zastanowienia, nie podnosząc głowy znad komputera.
-Nie, ale byłoby fajnie. - pokręcił głową. - Znaleźli ją. I aresztowali.
-Kogo? - podniosłam głowę, unosząc brwi.
-Jak to kogo? - jęknął. - Tą całą Justice. Trochę się stawiała, ale nie jest niepoczytalna. Zrobiła zbyt wiele, żeby móc ją za taką uznać. Miała dość przemyślany plan.
Odłożyłam komputer na bok i oparłam się o wysoką ramę. Za dużo chciałam wiedzieć, żeby tak po prostu odpuścić. Zagryzłam wargę i wzięłam głęboki oddech. Zakaszlałam. Wciąż nie mogłem zaczerpnąć głębokiego tchu.
-Wszystko gra? - zaniepokoił się, wstając z krawędzi materaca. - Może zawołam Kendalla, albo...
-Nie, daj spokój. - pokręciłam głową i przytrzymałam go za rękaw. - Zdarza się. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić.
-Na pewno niedługo Ci przejdzie. - uśmiechnął się.
Spojrzał na mnie w ten swój badawczy sposób, którego nienawidziłam. Sprawiał wrażenie, jakby wiedział, co mi chodzi po głowie. Znał mnie już na tyle długo, żeby wiedzieć co jest grane.
-Co jest? - cmoknął z zastanowieniem. - Chcesz o coś zapytać, prawda?
-Ktoś jeszcze zginął? - przeszłam od razu do rzeczy.
Wiedziałam, że to pośrednio moja wina. Że gdybym nie dała się złapać, to nic by się nie stało i szpital nie przeżywałby teraz pożarnego oblężenia.
-Nastolatek. - odpowiedział potakując. - Został uwięziony w piwnicy. Nie miał żadnych szans. Dzieci, którymi się opiekował zapomniały, że zszedł po warzywa do spiżarni.
-To moja wina. - wymamrotałam, spuszczając głowę. - Gdybym to odwołała i została z Mattem... Nic by się nie stało.
-Nie mów tak... - powiedział, delikatnie klepiąc mnie po ramieniu. - To co się stało... Nie jest normalnie. Próbowałem stworzyć wstępny portret psychologiczny, ale pewnie jak wiesz...
-Potrzeba do tego jeszcze psychiatry z wyższej rangi. - dokończyłam za niego. - Wiem, znam procedury. Ale dlaczego mi to mówisz?
-Ona nie jest chora psychicznie. - pokręcił głową. - Tylko bezwzględna. Jej działania mają swój sens. Psychopatka. Nie odczuwa emocji, nie liczy się z emocjami innych. Może kiedyś odczuwała współczucie, ale teraz zapomniała jak się to robi. I to jej pomogło wspiąć się wyżej. Z zeszłym tygodniu praktycznie wytrzebiała klienta, który nie zapłacił. Dzisiaj podpaliła kamienicę. Nie liczy się z niczym, ani z nikim. Myśli tylko o własnym interesie.
(Logan)
Marzyłem, żeby ten dzień już się skończył. Oparłem się o ścianę w korytarzu, żeby trochę odetchnąć. Rozejrzałem się i zauważyłem Jamesa i Leona, którzy szli w moją stronę. Wyprostowałem się, licząc żeby nie zamęczyli mnie teraz pytaniami.
-Słyszałem, że Lira była w budynku. - Leon zaczął, nawet mnie nie witając. - Nic jej nie jest?
-Trochę się podtruła, ale z tego wyjdzie. - westchnąłem, przecierając oczy i bez słowa odwracając się w stronę socjalnego. - Kurde, jaki jestem śpiący.
Niestety, słyszałem jak za mną idą. Olałem to, wiedząc, że i tak nie odpuszczą.
-To może nam przynajmniej pokarzesz, gdzie ona jest? - zawołał James, nie dając za wygraną.
-Dobra, ale zaraz potem idę spać.
Odepchnąłem się od kanapy, do której ledwo zdążyłem dojść i poszedłem na urazówkę. Z daleka widziałem, że Kendall jest u Liry. Mało tego, nawet się nad nią pochylał. I chyba robił coś jeszcze. Coś bardzo... intymnego.
-O matko... - wyrwało się Jamesowi.
-To oni razem? - zawtórował mu Leon. - Zabiję gnoja!
I w ten oto sposób, zwykle potulny Leon dostał białej gorączki. Mało tego! Niemal zzieleniał ze złości jak Hulk w napadzie szału. Co brzmi logicznie, ale kiedyś był szary, a dokładnie w takim kolorze była twarz Leona. Zupełnie, jakby odpłynęła mu cała krew. Jak zacznie teraz wykrzykiwać „Leon wściekły! Leon nie życzy sobie takiego zachowania!” to już w ogóle będzie czad.
-Nawet nie wiedziałem. - wzruszyłem ramionami. - Fajnie, idę powiedzieć Alexie.
Odwróciłem się na pięcie, lekko się orzeźwiając. W sekundę zapomniałem o chęci do położenia się na kanapie i zapomnienia o całym świecie.
-Chyba żartujesz! - zawołał za mną James. - Nie uważasz, ze to oni powinni jej powiedzieć? Namówię ich na post na Facebooku. Będzie bezboleśnie.
-A Ty co? - obróciłem się, chcąc spojrzeć mu prosto w twarz, ale niechybnie zorientowałem się, że jest ode mnie o wiele wyższy. No, jak mogłem o tym zapomnieć. - Znasz to, co nie? Bo w końcu sypiasz z Adams. No i bądźmy szczerzy, takich rzeczy nie pisze się na facebooku.
-Mów ciszej. - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Obiecałem Mary, że to pozostanie tajemnicą. A Ty obiecałeś mi, że nic nikomu nie powiesz.
-Wiem. - pokiwałem głową. - Ale powiedz szczerze. Kochasz ją?
Jamesa zatkało. Po raz pierwszy wielki pan prawnik nie wiedział co powiedzieć. To dopiero nowość. Przez długą chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Wiem, że to mój przyjaciel, ale... czasami jego lewe poczucie sprawiedliwości doprowadzało mnie do szału.
-Nic nie masz do powiedzenia? - uniosłem brwi.
-Pogadamy, jak trochę oprzytomniejesz. - powiedział, odchodząc z powrotem w kierunku sali w której leżała Lira.
(Kendall)
Po tym, jak Leon zrobił mi karczemną awanturę i „wyprosił” z pokoju, czekałem, wpatrując się w okno. Oczywiście, nic nie słyszałem, ale mogłem śmiało wywnioskować, że oboje prowadzą spokojną rozmowę.
-I jak? - usłyszałem obok głos Jamesa. - Bardzo jest zły?
-Chyba nie. - wzruszyłem ramionami, jednocześnie okłamując samego siebie. - W każdym razie kolorki mu wróciły.
James parsknął śmiechem, kręcąc głową. On chyba nigdy nie tracił dobrego nastroju. Prawie. Za to był mistrzem zachowania powagi w krytycznych sytuacjach.
Wiecie jak to jest w kinie? Idziesz na komedię, chociaż wcale nie jest Ci do śmiechu. Siedzisz w tym fotelu. Jesz wafelki, kukurydzę... ale żarty ani trochę do Ciebie nie trafiają. Ale zaczynasz się śmiać, tylko dlatego, że osoba siedząca obok Ciebie śmieje się jak szalona. Śmiech jest jednym z najbardziej zaraźliwym wirusem. Tak samo było teraz. Nie wiedziałem z czego zacząłem się śmiać, ale się śmiałem, bo James się śmiał.
-Zastanawia mnie... od jak dawna?
-Od sprawy z handlem dziećmi. - odpowiedziałem, odruchowo krzyżując ramiona na piersi, jakbym się bał, że zaraz się rozpadnę. - Poniosły mnie emocje i... po raz pierwszy ją pocałowałem. A trzy tygodnie później po raz pierwszy poszliśmy do łóżka.
-A'propo spania... - westchnął, wprowadzając między nas jakieś dziwne, niezręczne napięcie. - Sypiam z Twoją szefową. Od półtora roku. Konkretnie, Wendy skończyła wtedy cztery miesiące i ciężko zachorowała. Mówię tak, żebyś miał pełny... obraz.
Otworzyłem szeroko oczy, spoglądając na niego z zaskoczeniem, ale on wciąż utrzymywał swój adwokacki wyraz twarzy. Ta... taki zestaw poker faceów każdego prawnika.
-Żartujesz sobie? - powiedziałem w końcu.
Z drugiej strony, ani ja ani Lira też nie pisnęliśmy o tym, że ze sobą chodzimy.
-Nie. - pokręcił głową. - Ale dla niej to tylko seks.
-A Ty chciałbyś, żeby to było coś więcej? - zapytałem, unosząc brwi.
-Ty byś nie chciał?
-Szczerze mówiąc... sądziłem, że Logan to sobie wymyślił.
(Lira)
Po całej rozmowie, nie spodziewałam się, że ta „rewelacja” zostanie przyjęta aż tak spokojnie. No może nie licząc Logana, który dostał szału, ze nic mu nie powiedzieliśmy. Leon na początku był zły, ale szybko mu przeszło, kiedy tylko mu przypomniałam, co sam mi mówił. Poza tym od trzech miesięcy nie zajrzałam do pamiętnika. Czyli odkąd zaczęłam pracę na najwyższych obrotach. Nie mam pojęcia, czy to... słuszne. Czy może już powinnam przestać się w to bawić.
-Jesteś pewna, że możesz iść do domu? - Kendall skrzywił się z niechęcią, kiedy pakowałam ostatnią torbę.
-Jestem pewna. - pokiwałam głową, zasuwając zamek błyskawiczny. - Ale jeśli przestanę oddychać... obok mnie będzie lekarz.
Kendall uśmiechnął się pod nosem. W dwie minuty przekonał mnie, że nie było się czego obawiać i że wszyscy przyjaciele nas wspierają na wszystkie możliwe sposoby.
-Myślisz, że powinnam coś z tym zrobić? - zapytałam, pośpiesznie mrugając, żeby się przypadkiem nie popłakać. Oczywiście wiedziałam, że wszystko mogę zrzucić na szczypanie od dymu, ale wolałam nie ryzykować.
-Przecież już załatwiłaś nowe mieszkania dawnym mieszkańcom kamienicy i przekonałaś ubezpieczyciela na błyskawiczną wypłatę odszkodowań. Czego chcesz więcej?
-Miałam na myśli pozostałości z tej agencji towarzyskiej. - powiedziałam szybko.
-Tym nie musisz się martwić. - powiedział, siadając obok mnie i obejmując ramieniem. - James obiecał pomóc prokuratorowi. Urząd imigracyjny obiecał odesłać dziewczyny do domu, a tym, które wolą zostać, pomogą załatwić legalny pobyt i znaleźć jakąś normalną pracę. Zapewniam, że nie masz już nic do roboty.
Poczułam, jak Kendall całuje mnie w czubek głowy. Uśmiechnąłem się przez wypływające łzy i wtuliłam się w niego jeszcze mocniej.
-Będzie dobrze. - pogładził mnie po ramieniu. - A teraz jako lekarz i Twój chłopak udzielam Ci szlabanu na wszelką pracę. Masz zostać w domu i odpocząć. W pełni zasłużyłaś.
Zaśmiałam się, nie mogąc tego powstrzymać. Tylko ona potrafił tak uroczo poinformować kogoś, ze przez kilka najbliższych dni będzie musiał leżeć plackiem w domu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I jak? Wiem, że wyszło trochę krótko, ale chciałam zamknąć sprawę pożaru. I poinformować paczkę o związku Liry i Kendalla.
I to jest dowód na to... że Leon jest dziwny. Lubicie te komiksowe metafory? Leon jak Hulk... Chyba byłam po "Czasie Ultrona", a może po prostu pisałam to w marcu? W sumie w listopadzie też jest Hulk na kalendarzu, ale nie taki na całą stronę. Inni też się musieli zmieścić.
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Do zobaczenia za tydzień. Cześć!

PS. Wczoraj trochę szwankował mi internet i bałam się, że dzisiaj nie będzie notki, ale jak widać, udało mi się to ogarnąć.  

środa, 9 listopada 2016

27. Spontaniczna zemsta

(Kendall)
Kiedy Lira dokładniej wyjaśniła mi, czym dokładnie zajmuje się naganiaczka stwierdziłem, że lepiej ostrzec wszystkich, którzy mają jakikolwiek związek z Mariną Korczenko. Właściwie nie wiem, jakim cudem powstrzymałem Lilę od zadzwonienia do Leona. Tak naprawdę, gdyby to od niej zależało, natychmiast zamknęłaby ją w więzieniu z seryjnymi morderczyniami odpornymi na wszelką resocjalizację. Co ciekawe, ta wiadomość była tak szokująca dla Logana, że sam byłem zaskoczony jego reakcją.
-Lira twierdzi, że w naszym mieście jest podziemny burdel? - podsumował o wiele dosadniejszym zwrotem, niż ten, który mi przyszedł do głowy. - Ale odlot!
-Człowieku, czy ty się słyszysz? - syknąłem, na tyle cicho, żeby nikt nie zwrócił na nas uwagi. - To jest poważna sprawa. Zmuszanie do prostytucji niewinnych dziewczyn to nie są przelewki.
-Chyba chciałeś powiedzieć niewinnych, uroczych i gorących europejek. - odparł nieco nieprzytomnie, ale kiedy klasnąłem mu dłońmi przed twarzą, już nieco się opanował. - A co na to Lira? Wezwała policję?
-Prawie. - odpowiedziałem, sięgając po teczkę, którą dla niego zostawiła i wyciągnąłem rękę w jego stronę, żeby mógł ją ode mnie odebrać. - To chyba dla Ciebie.
-Dzięki. - kiwnął głową, zaglądając do środka. - A gdzie ona teraz jest?
-Poszła na inspekcję, czy coś... - wzruszyłem ramionami. - Nie była za bardzo wylewna. Z resztą, od kiedy się nią interesujesz? Książkę piszesz, czy co?
-Nie, ale to całkiem niezły pomysł. - zauważył. - Myślisz, że tytuł „Mayday Parker z opieki społecznej” byłby w porządku?
-Stary, nawet nie mam pojęcia, kim jest ta Mayday Parker. - jęknąłem, wyjmując z szuflady świeżą podkładkę na kartę i przypinając do niej aktualny blankiet.
-Córka Spider-Mana. - odpowiedział, ale ja i tak nie zrozumiałem, co mu chodzi po głowie.
-Nadal nie kumam, co to ma wspólnego z Lirą. - pokręciłem głową, wiedząc, jak bardzo go to denerwuje. To, że naprawdę tego nie ogarniałem, było jeszcze lepsze, bo nie musiałem nic udawać.
-Też jest ruda. - rzucił, jakby to było coś oczywistego. - Poza tym Lira uwielbia komiksy ze Spider-Manem. A ponieważ ja też je czytałem...
-Skończ już dobra? - odparłem, przeżuwając świeżą gumę, którą w międzyczasie włożyłem do buzi.
Zmarszczyłem brwi, rozglądając się po poczekalni. Coś było nie tak. Niespodziewanie ogarnęło mnie dziwne poczucie, że dzieje się coś złego. Coś było mnie tak. Miałem wrażenie, że niedługo stanie się coś złego. Coś bardzo, bardzo złego.
-Hej, Alexa... - zaczepiłem ją, kiedy szła w kierunku gabinetów zabiegowych. - Nie wiesz, gdzie zniknęła ta kobieta, o której mówiliśmy Ci z Lirą?
-Powiedziała mi, że wyszła na papierosa jakieś pół godziny temu. - odpowiedziała, wolną ręką zabierając ze stolika przygotowane przeze mnie karty.
-Zaraz... - powiedziałem powoli. - Przecież Lira wyszła pół godziny temu.
-A co to ma do rzeczy? - wzruszył ramionami, jakby tym razem on nic nie kumał.
-To, że... to Lira rozpoznała w niej kobietę ze zdjęcia w komisariacie. - powiedziałem bardzo cicho.
(Lira)
Nie podobało mi się, że w takiej chwili muszę wyjść ze szpitala, ale nie miałam innego wyjścia. Kiedy w końcu dojechałam do starej kamienicy, zamknęłam samochód. Jeszcze by brakowało, żeby ktoś obrabował mi Hudsona. O nie! Co to to nie! Jak w pięćdziesiątym drugim jacyś debile wybili okno i i rozwalili całą deskę rozdzielczą, to jeszcze uszło w tłumie, bo wciąż produkowali takie same, ale teraz nie dam się tak łatwo wmanewrować. Jak mówił kiedyś Logan „Wypierdalaj na zwłoki mojej babci”. Cokolwiek to miało znaczyć.
-No no no... - usłyszałam za swoimi plecami żeński głos. - Nie rozumiem skąd wiesz, kim jestem, ale... Nie ukrywam, że możesz mi zaszkodzić.
-Skąd wiesz, że już nie zaszkodziłam? - zapytałam, spoglądając na Justice w pełni wyprostowana. - Kiedy ktoś szkodzi społeczeństwu... ja mam za zadanie coś z tym zrobić.
-Dziwne... - skrzywiła się z dezaprobatą. - Nie wyglądasz na glinę.
-Bo wcale nie jestem z policji. - odpowiedziałam takim tonem, jakbym wszystkiego się spodziewała. - Wiesz jak to jest. Upadasz i wstajesz. Nie ma innego wyjścia. A to jak wstaniesz, zależy tylko od Ciebie.
-W takim razie, skąd... - wycedziła przez zaciśnięte zęby,
-Po prostu wiem. - pokiwałam głową. - To, że policja nie ma dowodów na Twoją mroczną działalność, nie znaczy, że o niej nie wiedzą.
Tylko nie mogę jej podpowiedzieć, że najlepsza wtyka w policji to mój kuzyn.
-Wiesz, że nie mam innego wyjścia. - wymamrotała, wkładając rękę do kieszeni żakietu.
Wyjmie broń? Nie wiedziałam czego się spodziewać, tym bardziej byłam zaskoczona, kiedy wyjęła z kieszeni klucze i zapalniczkę.
-I co z tym teraz zrobisz? - uniosłam brwi, nieświadoma zagrożenia, jakie mogła przygotować.
Nie mogłam dojść na myśli, co jej przyszło jej do głowy. Podpali mnie?
-To zabawne zrządzenie losu... - zachichotała z oznakami wyższości na twarzy. - Że moja matka mieszka akurat w tej kamienicy.
Stała za daleko. Za blisko drzwi. Błyskawicznie wyszła na zewnątrz.
-Hej! - wrzasnęłam podbiegając do drzwi, ale nie zdążyłam, bo już zdążyła je zatrzasnąć.
-Masz pecha. - usłyszałam jej stłumiony głos. - Drzwi wymienione w zeszłym tygodniu. A otwór pokryty siarką... Jest wśród zbutwiałej warstwy desek. Nawet nie zauważysz, kiedy zajmie się ogniem. Nie dasz rady tego powstrzymać. Nie znam Cię, ale mam przeczucie, że nie masz doświadczenia strażackiego.
Zaklęłam pod nosem, zbiegając po schodach. Spojrzałam na wyświetlacz telefon, ale ten nawet nie chciał się włączyć. Nie miałam pewności, czy trafię na kogoś z wyjątkiem dzieciaków. W dodatku... Niewielu ludzi miało w tym budynku telefony. A ta wariatka właśnie podpaliła cały budynek.
(Logan)
-Kendall, rusz się! - zawołałem, kiedy tylko się dowiedziałem. - Wiozą nam ofiary z pożaru w kamienicy. A jak nie chcesz przyjmować, to przynajmniej postaraj się o kilka wolnych łóżek.
-Mamy dziesięć wolnych łóżek! - odkrzyknął Dylan, odrzucając kilka wypełnionych kart. - Dopiero co spławiłem niezłą grupkę.
Westchnąłem, wychodząc na zimno. Wziąłem głęboki oddech i uśmiechnąłem się pod nosem. To dobry dzień. Chociaż jestem padnięty i nie będę miał okazji, żeby odpocząć w najbliższym czasie.
Uniosłem głowę, słysząc stado syren karetek. Rozejrzałem się na boki, widząc obok swoich kolegów. Ellie rozciągała się jak do biegania, a Will wkładał nowe rękawiczki. Jego czarne oprawki wyjątkowo mocno siedziały na nosie, jakby je sobie jakoś przyczepił do głowy.
-Piętnastolatek! - zawołał jeden z ratowników, którego nawet nie kojarzyłem. - Nawdychał się dymu, ale włoski w nosie są całe.
-Do dwójki! - zawołałem, podchodząc do drugiej karetki i pomagając otworzyć drzwi.
-Sześciolatka, nawdychała się dymu i jest wystraszona. - powiedziała Shannon, przekazując mi nosze z małą dziewczynką. - Logan...
Odwróciłem głowę o dziewięćdziesiąt stopni. Shannon miała dość niepokojący wyraz twarzy.
-Co się dzieje? - krzyknąłem, ale ona tylko pokręciła głową.
-Wiozą nam Lirę. - powiedziała w końcu. - Jest trochę poparzona, ale nic jej nie będzie.
Kiwnąłem głową i pozwoliłem jej wsiąść do karetki. Przeklęty Kendall! To ta laska coś jej zrobiła? Była tak bezwzględna, że podpaliła całą kamienicę.
-Henderson do środka! - krzyk Adams wytrącił mnie z zamyślenia. - Zajmij się tymi, co już przyjechali. Rusz się!
Kiwnąłem sztywno głową i wbiegłem na izbę przyjęć. Zagryzłem wargę i zacisnąłem zęby. Moja przyjaciółka została poparzona. Prawdopodobnie przez miejscową burdelmamę, a przy okazji ucierpieli niewinni ludzie.
Wszedłem do pokoju zabiegowego i bez słowa pochyliłem się nad dziewczynką. Rozglądałem się po sąsiednich pomieszczeniach, ale nigdzie nie widziałem Liry.
(Lira)
Próbowałam to zgasić płaszczem, ale nie dawałam rady. Ogień rozprzestrzeniał się zbyt szybko, a straż pożarna zdawała się jechać całe wieki. Teraz, leżąc na noszach w karetce, wydychałam stuprocentowy tlen, kiedy Adrian opatrywał moje przedramię.
-Boli? - zapytał, kiedy zauważył, że się skrzywiłam.
-Nie, ale... - nie dokończyłam, zanosząc się kaszlem. Adrian zagryzł wargę i popchnął mnie na prowizoryczną poduszkę.
-Mówiłem Ci, żebyś się nie odzywała. - powiedział cierpliwie. - Już zawiadomiliśmy Leona.
Pokiwałam głową i poczułam, jak się zatrzymujemy. Zamrugałam, próbując jakoś pozbyć się łez, które piekły mnie nie mniej od dymu.
-Jesteśmy na miejscu. - powiedział Jeff, odbezpieczając drzwi z tyłu karetki.
Trzy otworzyły się i jaskrawe, popołudniowe słońce zaświeciło mi prosto w oczy.
-Światłowstręt. - powiedział, pomagając mnie wyprowadzić. - Będziesz tak miała jeszcze przez kilka godzin. Normalna reakcja spojówek na dym.
Poprowadzili mnie w stronę głównych drzwi. Przez chwilę starałam się nie zwracać uwagi na to, co się ze mną dzieje, tylko leżeć spokojnie na wózku, co Adran powtarzał mi, odkąd tylko mnie na nim położył. Musiałem tylko leżeć. Nic więcej, a na nerwy przyjdzie jeszcze czas.
-Lira? - usłyszałam przerażony głos Kendalla. - Co się stało? Miałaś jechać do podopiecznego.
Chciałam mu odpowiedzieć, ale nie mogłam się odzywać. Kiedy otworzyłam usta, poczułam ból w gardle, jakby ktoś przecisnął mi do płuc przez usta drut kolczasty, powodując przy okazji liczne skaleczenia.
Nic nie powiedziałam, ale cały czas układałam w myślach, to co powiem Że poszłam do podopiecznego, ale tam nie dotarłam. Że to on musiał zejść na dół, szukając działającego telefonu wśród sąsiadów. Że to ta wariatka podpaliła kamienicę, bojąc się, że jej ponury interes wyjdzie na wierzch. Że się poparzyłam, bezskutecznie próbując zgasić przynajmniej kawałek. I że zabiła własną matkę. Bo kobieta nie przeżyła.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kto podejrzewał, że mogło do czegoś takiego dość, ręka w górę... Chyba byłam po Ostrym Dyżurze, że coś takiego napisałam. Ostatnio pisanie not autorskich mi nie idzie, to nie przynudzam.

Mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam spodobała. Zostawicie, proszę komentarz? Plis, plis, lis... Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 2 listopada 2016

26. Groteskowe marnotrawstwo

Ostrożnie! Notka zawiera wzmianki erotyczne. Osoby poniżej osiemnastego roku życia są proszone o przewinięcie przedziału Logana.
(Lira)
-Powiedzmy im. - wypalił Kendall przy dzisiejszej kolacji.
-Ile razy będziemy o tym jeszcze rozmawiać? - wzruszyłam ramionami, odkładając widelec. - Bo ja naprawdę mam dosyć tego tematu.
Kendall patrzył na mnie, jakby wciąż byłby pewny swego. Jakby nawet nie zamierzał odpuścić. Splotłam dłonie na piersiach, odchylając się na krześle.
-To przynajmniej ustalmy sobie jedno. - powiedział szybko, chcąc jakoś mnie powstrzymać od wykrzyczenia na niego całej swojej złości. - Jakiś... termin bezpieczeństwa.
-Termin bezpieczeństwa? - zmarszczyłam brwi, zastanawiając się co właściwie ma na myśli.
-Czyli taki dzień do którego mamy powiedzieć przyjaciołom, że ze sobą spotykamy. - wyjaśnił dość rzeczowym tonem. - Na przykład... do końca tego miesiąca.
-Jeśli już to przyszłego. - rzuciłam, zabierając się z powrotem za jedzenie.
-Zgoda. - pokiwał głową, nie przerywając grzebania w swoim gulaszu.
-Carlos i Alexa mają dzisiaj nockę? - zapytałam, zmieniając temat. Nie miałam ochoty na wysłuchiwanie wywodów, które nazywałam „w końcu im powiedzmy”.
-Cyba tak. - odparł, przełykając mieszankę warzyw. - Ale Carlos wyjdzie już jak uzupełni dokumentację. Trochę to potrwa.
-Chyba, że będzie chciał dotrzymać Alexie towarzystwa. - wzruszyłam ramionami, opierając się łokciem o kraniec stołu. Wiem, ze to niegrzeczne, ale Kendall nie zwracał na to uwagi.
-Coś sugerujesz? - zmarszczył brwi z zaskoczeniem.
-Nie. - pokręciłam głową. - Po prostu wiem, ze bardzo się lubią. Wiem, że kilka razy Carlos zostawiał z Wendy, a w tym nie ma nic dziwnego. Sam z nią kiedyś siedziałeś.
Kendall zamilkł, wracając do jedzenia. Przełknął kawałek klopsa z ryżem okręcając talerz, żeby nabrać na widelec trochę kaszy. Zacisnęłam zęby, mając już dość, że powtarza po mnie oddzielania porcji na talerzu.
-Możesz przestać mnie przedrzeźniać? - poprosiłam. - Jakoś Ci to nie przyszło do głowy, zanim nie zobaczyłeś, że ja tak jem.
-Nie no, weź... chciałem zobaczyć jak to jest.
(Logan)
Zaczynałem nocny dyżur. Zaliczę nockę, potem załatwię kolejną dobę i mogę iść do domu. No cudnie! Przeklęta Adams, która ściągnęła mnie w ostatniej chwili.
-Osiemnastolatka. - powiedział Jeff, wysuwając nosze z karetki. - Spadła z łóżka w trakcie stosunku. Penis partnera rozerwał jej pochwę. Z nerwów podskoczyło jej ciśnienie. Dostała ativan i morfinę. Nawodniona, ale straciła dużo krwi.
-Dajcie ją do dwójki. - oznajmiłem, przywołując do siebie Nancy i Alexę. - Nazywam się Logan Henderson i będę Twoim lekarzem.
Dziewczyna była spokojna. Za spokojna. Leżała z beznamiętnym wyrazem twarzy. Nie wiedziałem, dlaczego nie odpowiada. Wydawała się jakaś... nieobecna.
-Pobierz proszę, krew na gazometrię, morfologię i toksykologię. - powiedziałem do Nancy, odkrywając cienki koc. - I przygotuj świeże opatrunki.
-Sądzisz, że jest pod wpływem? - Alexa uniosła brwi, podając kolejną dawkę środka przeciwbólowego.
-Tak mi się wydaje. - odparłem, delikatnie przetaczając ją na bok, żeby móc obejrzeć jej plecy.
Otworzyłem szeroko oczy na widok sporych szram na całej objętości jej tylnej części cała.
-Ja pierdzielę... - wyrwało mi się, aż Abby spojrzała mi przez ramię. - Widziałem takie coś tylko na „Piratach z Karaibów”. To od bicza?
-Raczej batu. - wtrąciła. - I chyba z ostrymi końcami.
-No dobra, zmieniam zdanie. - westchnąłem. - Chyba będę potrzebował więcej środka odkażającego.
(Kendall)
Rano przyszliśmy do pracy razem. Po cichu miałem nadzieję, że nikt nie zwróci na to uwagi.
-To ja lecę na trzecie piętro! - oznajmiła Lira, idąc tyłem do windy. - Widzimy się na przerwie obiadowej zaraz po dwunastej.
-Dobra, ale nie wezmę Ci oranżady. - odpowiedziałem, wchodząc do szatni w głębi izby przyjęć.
Nikt nas nie zaczepiał, nikt nic nie mówił. Wszystko toczyło się jak zawsze. Nie chciałem, żeby Lira się denerwowała, szczególnie, że sam twierdziłem, że najlepiej by było bez tego całego ukrywania. To na pewno ułatwiłoby nam życie.
-Co robisz? - zapytałem Ellie, która siedziała na kanapie z laptopem na kolanach.
-Jakaś parka od miesiąca bzyka się po kontach. - odpowiedziała, nie podnosząc głowy znad monitora. - Obstawiamy zakładki, kto to jest.
-Nie macie co robić? - zmarszczyłem czoło, wyciągając z szafki fartuch i swój stetoskop.
-Ale weź, zobacz, może poznasz. - poprosiła.
Pokręciłem głową, ciężko wzdychając. Nie miałem pojęcia, co oni widzą w tych tanich rozrywkach. Z drugiej strony... Lira nałogowo oglądała „Teorię Wielkiego Podrywu”.
-Co Cię obchodzi jakaś parka? Marnujesz czas. - rzuciłem. - Zrób to co Lira. Co tydzień oglądaj „Niech żyje Król Julian” i zastanawiaj się, jakie niesie przesłanie.
-A jakie niosą „Pingwiny z Madagaskaru”? - odpysknęła, zatrzaskując komputer.
-Mówi, że to uczy współpracy. - odpowiedziałem jej. - Zauważyła, że tylko jak działają razem, wszystko im w miarę wychodzi, a jak próbują działać na własną rękę, wychodziła katastrofa.
-Nawet nie wiedziałam. - wzruszyła ramionami. - Wiesz, że Logan dzisiaj mnie wzywał do rozerwanej pochwy?
-Co? - uniosłem brwi, wychylając się znad niewielkich dźwigaczek.
-Przywieźli osiemnastolatkę. Miała wypadek w trakcie bara-bara. - odpowiedziała tym samym obojętnym tonem, jak to miała w zwyczaju. - Godzinę temu skończyłam ją zszywać. Trochę mi zeszło, ale coś jest z nią nie tak, bo była pod wpływem narkotyków. Logan próbuje się dowiedzieć, co jej podali, ale chyba jeszcze mu się zejdzie, bo wyczerpał już większość pomysłów.
Mówiła tak dalej, a ja dopiero później coś sobie uświadomiłem. Co Logan robił dzisiaj w nocy w szpitalu? Nie miałem pojęcia, co mogło go ściągnąć do szpitala. Może go wezwała? Albo przeciwnie. Sam z siebie wziął za kogoś dyżur, ale szczerze powiedziawszy, to mało prawdopodobne.
-Nie wiedziałem, że Logan dzisiaj pracował. - odparłem, zatrzaskując kłódkę. - Byłem pewny, że obżera się pizzą i ogląda Disney Channel.
-Nawet nie wiedziałam, że ma taki zwyczaj. - zamrugała.
-Dobra, ja lecę przyjmować. - oznajmiłem, wychodząc z pomieszczenia.
Było dość spokojnie. Bieg pracy przebiegał w stałym, niezaburzonym rytmie. To raczej rzadkie zjawisko, ale i tak musiałem się rzucić w „szpitalne tornado”, jak na to mówiła Alexa.
-Przepraszam pana. - usłyszałem za sobą niski kobiecy głos. - Szukam Mariny Korczenko. Przywieźli ją tu w nocy.
Obróciłem się i zobaczyłem wysoką, szczupłą brunetkę przed czterdziestką.
-Przykro mi, ale dopiero przyszedłem do pracy. - odpowiedziałem uprzejmie. - Nie wie pani przypadkiem, jak nazywa się jej lekarz?
-Henderson, czy jakoś tak... - rzuciła obojętnie, jakby niewiele ją to obchodziło.
-Zaraz powinien przyjść. - odparłem, spoglądając na tablicę. - Pani jest kimś z rodziny?
-Tak, jestem jej ciotką. - pokiwała głową, ale jakoś jej nie uwierzyłem. Z niewiadomych przyczyn nie wzbudzała mojego zaufania.
-Pani nazwisko?
-Słucham?
-Musimy legitymować wszystkich gości. - wyjaśniłem, znajdując odpowiedni blankiet. - Zarządzenie naszej szefowej. Jak się pani nazywa?
-Victoria Justice. - usłyszałem za plecami głos Liry.
Kobieta wyglądała na zaskoczoną. Lira zmroziła ją spojrzeniem, przez co poczułem się nieco zdezorientowany.
-Proszę wybaczyć, ale nie pamiętam, żebyśmy się poznały. - powiedziała do Liry, ale teraz już nieco zdenerwowana. - Skąd pani zna moje nazwisko?
-Pani mnie nie zna. - odpowiedziała nadzwyczaj profesjonalnie. - Ale ja znam panią. A czy mogłaby pani zaczekać trochę dalej? Chciałabym na osobności zamienić słowo z doktorem Schmidtem.
Kobieta okręciła się na pięcie i usiadła na oddalonym w poczekalni krześle. Lira chwyciła mnie za ramię z poważnym wyrazem twarzy.
-Co to ma być? Nic nie rozumiem. - zmarszczyłem brwi, zauważając, że ta Justice bacznie nas obserwuje. - Skąd ją znasz?
-Przyszła do pacjentki Logana? - zapytała szybko.
-Tak, skąd wiesz? - odpowiedziałem z zaskoczeniem.
-Nic jej nie mów. - zastrzegła ostro. - Ani nie wpuszczaj do dziewczyny. Nie zostawiaj bez nadzoru, rozumiesz? Jej zdjęcie wisi w każdym posterunku policji w tym mieście.
Otworzyłem szeroko oczy. Lira rzuciła na blat stolika przyniesione teczki i przylepiła jedną z żółtych karteczek. Sięgnęła po długopis, ale nastąpiłem jej drogę, oczekując dalszych wyjaśnień.
-Zdjęcie na liście gończej?
-Nie na liście gończej. - zaprzeczyła. - Tylko na tablicy z ostrzeżeniami. Wierz mi, cały czas się starają, żeby wystawić za nią list gończy.
-Co zrobiła?
-Po prostu przekaż Loganowi, że wbrew nazwisku nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością. - oznajmiła twardo i rzeczowo. - To naganiaczka.
-Co? - zmarszczyłem brwi, nie łapiąc o czym mówi.
-To znaczy, że wyszukuje młode dziewczyny w potrzebie, przeważnie z uchodźstwa i zmusza je do prostytucji.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Muszę mówić, że nie będzie łagodnie? Bo nie będzie. Lira kogoś kojarzy, a na dodatek traktuję tę osobę tak a nie inaczej już o czymś świadczy. Jak sądzicie, jak daleko to się posunie?
I dzięki, że podobała Wam się jednorazówka. Mnie, szczerze powiedziawszy wciąż się ona nie podoba, bo chciałam to zrobić trochę inaczej.

Mam nadzieję, że ta notka też się Wam podobała. Koniecznie napiszcie co myślicie. A ja już się z Wami żegnam! I do następnej środy! Cześć!