piątek, 28 października 2016

Jednorazówka – Nie ma alternatywy

Witajcie! Za nami pierwsze 25 notek. Postanowiłam zrobić takie małe podsumowanie na 1/4 historii. Miało być Q&A, ale coś nie wyszło, bo mój ask milczy.
Na chwilę obecną mam dwie stałe czytelniczki, które super komentują mi notki. Bardzo dziękuję, że ze mną jesteście i mam nadzieję, że zostaniecie do końca. A jeśli zobaczę jeszcze nowe loginy i i stare, które mnie opuściły, będę wniebowzięta, bo wiadomo, że chciałabym, że moje notki trafiały do jak największej liczby fanów.
A teraz...

KRÓTKA STATYSTYKA
Jak dotąd zyskałam 7 obserwatorów i ponad 4 110 wyświetleń (stan na wczoraj). Najwięcej odsłon osiągnęła notka „03. Atena”, czyli ta, z której byłam najbardziej dumna, chociaż zaraz po opublikowaniu nie cieszyła się zbyt wielkim zainteresowaniem.
Najwięcej komentarzy ma notka pierwsza, czyli dziewięć, razem z moimi odpowiedziami. Razem wszystkich komentarzy jest 117 (jest odcinek Teen Wolfa "117", chodziło o 117 milionów w obligacjach skradzionych ze skarbca Hale'ów.) 
Krócej nie mogłam, tak jest najkrócej. 
A teraz zapraszam Was na jednorazówkę... Dedykuję ją wszystkim, którzy są ze mną na tym blogu, bo na prawdę wkładam w niego całe serce. Próbuję przygotować coś nowego, ale teraz nie mam w zasadzie nic, bo weny brak. 

A/N: Opowiadanie ma dziwne przeskoki. Wiem, że powinnam to podzielić, ale nie potrafię. Historia jest na zasadzie wspomnień, jakby główny bohater opowiadał o swoich przeżyciach.

Jednorazówka – Nie ma alternatywy
Może życie było raczej monotonne. Praca, dom, praca, dom... czasami spotkania z przyjaciółmi na mieście. Ale pewnego dnia pojawiła się ona. Mary.
Poznaliśmy się na imprezie. Najbardziej banalny sposób na rozpoczęcie nowej znajomości. Szybki taniec na parkiecie i wspólna noc w motelu naprzeciwko. Po pijaku, bez miłości. Miłość nie przychodzi do ludzi tak po prostu. To musi się rozwinąć. Po kilku dniach od pierwszego spotkania poprosiłem ją, żeby się do mnie wprowadziła. Zgodziła się.
-Mam coś dla Ciebie. - powiedziała, kiedy pewnego dnia wróciłem z pracy. - Pokażę Ci.
Pociągnęła mnie do kuchni i postawiła na stole wielki półmisek z kurczakiem z warzywami. Wyglądała na dumną z siebie. Spojrzała na mnie z wyczekiwaniem i uśmiechnęła się szeroko.
-W końcu udało mi się go zrobić jak należy. Za piętnastym razem. - mówiła uradowana. - Nie spaliłam go, ani nie dopiekłam. Jest idealny. Udało mi się ustalić odpowiedni czas pieczenia dla Twojego piekarnika!
-Brawo. - uśmiechnąłem się do niej szeroko.
-James... - zaczęła, kiedy przyciągnąłem ją do siebie. - Nie chciałam Ci o tym mówić, ale on mnie znalazł. Jest źle i boję się, że on Cię może skrzywdzić.
Spojrzałem na nią z zaskoczeniem. Jej urocza twarz zmieniała się jak w kalejdoskopie. Ne wiem, czemu najpierw była taka uradowana, a w mgnieniu oka zmienił się jej wyraz twarzy i wystraszona mówiła mi o jakimś nim.
-O kim mówisz? - zapytałem, patrząc na nią z uwagą. - Kto Cię znalazł?
-Davis. - odpowiedziała, przełykając ślinę. - Mój były. To psychopata! Jest niebezpieczny.
Odchrząknąłem i pokręciłem głową. Dla mnie do za dużo. Musiałem się z tym oswoić. Poukładać sobie to wszystko. Jej były... wiem, miała ich wielu, ale chyba żaden się na niej jeszcze nie poznał.
-Będę musiał z nim porozmawiać. - powiedziałem po dłuższej chwili.
-Nie! - zawołała, kręcąc głową. - Nie możesz, nie chcę, żeby Cie skrzywdził.
Wziąłem głęboki oddech i poszedłem do sypialni. Zostawiłem tam kilka rzeczy, które zaraz będą mi potrzebne. Otworzyłem szufladę w stoliku nocnym i wyciągnąłem teczkę ze starymi dokumentami.
-Nic mi nie będzie. - zapewniłem ją, kiedy próbowała mnie dogonić. - Potrafię się obronić przed agresorem. Załatwię to ugodowo.
-Nie. - pokręciła głową. Niemal płakała. - Nie możesz. Musimy się od niego odciąć. To jedyne wyjście. Uwierz mi.
Spojrzałem jej w oczy. Chciałem jej wierzyć. Chciałem dla niej zrobić wszystko, ale nie mogłem zostawić przyjaciół bez słowa pożegnania. Nie mogłem porzucić pracy. Miałem tyle niezałatwionych spraw.
Następnego dnia normalnie poszedłem do biura. Wyszedłem z mieszkania, zanim Mary w ogóle się obudziła. Wolałbym, żeby nie wychodziła teraz z domu. Tak dla bezpieczeństwa.
-Co jest? - zapytałem po dłuższej chwili, kiedy Logan nie przestawał się na mnie gapić.
-Nic. - odpowiedział wymijająco.
Logan to mój wieloletni przyjaciel. Znamy się jeszcze ze studiów. Obracaliśmy się w tych samych kręgach, uczyliśmy się w jednej grupie na architekturze, a nawet byliśmy w jednym bractwie. A teraz mieliśmy biurka naprzeciwko siebie. Znałem go od lat, ale nigdy nie zachowywał się tak jak dzisiaj. Musiałem się dowiedzieć, co było nie tak.
-Logan... - spojrzałem na niego spode łba. - Co się dzieje? Przecież jesteśmy przyjaciółmi.
Zerknął na mnie niechętnie. Oczywiście, nie chciał o tym rozmawiać. Widziałem to w jego oczach. Szantaż emocjonalny? Zawsze skuteczny.
-Zużyłeś cały papier do projektów. - odpowiedział w końcu, usilnie unikając tematu. - Pójdę do magazynu po nową ryzę.
-Logan! - zawołałem, wstając z fotela. - Co Ty wyprawiasz? Po prostu powiedz co jest grane.
Logan zawahał się na chwilę i zagryzł wargę. Zastanawiałem się, dlaczego właściwie się peszy. Nigdy wcześniej nie mieliśmy przed sobą tajemnic.
-Było u mnie dwóch kolesi. - oznajmił, zamykając drzwi na korytarz. - Właściwie, chcieli rozmawiać z Tobą, ale kiedy im powiedziałem, że jesteśmy przyjaciółmi, opowiedzieli mi o wszystkim. Miałem, Ci do powiedzieć dopiero po pracy, ale skoro już o to zapytałeś to... Stwierdzili, że prędzej uwierzysz mnie, niż im. Byli przekonujący, wierz mi.
Zmarszczyłem brwi. Taka rozmowa nie zaczęła się zbyt zachęcająco. O co do jasnej cholery może chodzić? Logan nigdy nie pośredniczył żadnej rozmowie.
-Czego chcieli? - wymamrotałem rzeczowo.
-Powiedzieli, że są byłymi tej twojej Mary. - ciągnął dalej i nagle wszystko zaczęło mi się układać. - Stary, ta Twoja nowa laska to jakaś pieprzona Femme Fatale...
-Nie mów tak o niej. - pokręciłem głową, ale Logan tylko uciszył mnie dłonią.
-Ona zwodzi facetów. - oznajmił, trochę ściszając głos. - Jeden z nich był policjantem w wydziale śledczym. Wdał się z nią w romans. Namówiła go na wynoszenie dowodów. Sprawy zaszły za daleko i go wylali. Teraz jest skończony, rozumiesz? Zniszczyła mu całe życie. Wcześniej miał żonę, dziecko i świetne widoki na przyszłość. Teraz nie ma nic.
-Nie mów tak. - powtórzyłem. - On jest po prostu zazdrosny.
-To nie chodzi o zwykłą zadość. - pokręcił głową. - Lepiej trzymaj się od niej z daleka, rozumiesz? Nie wiadomo, jak z Tobą może zagrać.
Nie uwierzyłem mu. Oczywiście, że mu nie uwierzyłem. Ostrzegał mnie i dzień w dzień w dzień wracał do tego tematu, jakby wierzył, że w ten sposób uratuje mi życie. Zacząłem się od niego oddalać. Widywaliśmy się na imprezach, ale za bardzo ze sobą nie rozmailiśmy.
-Możesz mi wytłumaczyć, o co chodzi z tą Mary? - zapytał Carlos, kiedy piliśmy przy barze. - Logan twierdzi, że jest niebezpieczna.
-Logan jest zbyt naiwny. - odpowiedziałem, przechylając kolejny kieliszek. - Zbyt łatwo uwierzył w historyjkę tych gości. Sądziłem, że Ty nie będziesz tak ufny.
-Bo jestem technikiem u detektywa? - zachichotał. - To klasyczna historia fatalnego zauroczenia. Wiesz jak mój szef nazywa takie kobiety? Rusałkami, bo zwodzą mężczyzn.
-To śmieszne. - prychnąłem.
-Wcale nie. - pokręcił głową. - Historia trzyma się kupy. Dobrze znasz mój kodeks i wiesz, że mogę działaś tylko na zlecenie kogoś, kto ma w tym interes. Poza tym... sam nie jestem detektywem, ale potrafię rozstawić sprzęt.
-Nie zaczynaj dochodzenia, dobra? - wywróciłem oczami. - Nie chcę, żebyś ją szkalował. Kocham Mary, rozumiesz? Nie pozwolę jej skrzywdzić. Dobra, ja już mam dość. Widzimy się w sobotę u Kendalla? Urządza kameralną imprezę. Chce przetestować nowego didżeja. Wiesz, drugi etap rozmowy kwalifikacyjnej. Muzyka nie za głośno, tylko grono przyjaciół...
-Pewnie. - uśmiechnąłem się do niego, ściskając jego dłoń. - Do soboty.
Wróciłem do domu taksówką niedługo po jego wyjściu. Już nic nie piłem. Zafundowałem sobie ostatniego drinka energetycznego, wierząc, że trochę mi się po tym przejaśni.
-Mary... - zawołałem. - Już jestem.
Mary wyszła do drzwi i bez słowa mnie pocałowała. Po chwili zwolniła. Miałem nadzieję, że to tylko chwilowe i zaraz do tego wróci. Kiedy przerwa była zbyt długa zrobiłem krok w jej kierunku i objąłem ją w pasie.
-Nie, nie tym razem. - pokręciła głową, konsekwentnie się ode mnie odsuwając. - Jesteś pijany, nie psuj wszystkiego.
Spojrzałem na nią zawiedziony, ale ona tylko wepchnęła mnie do łazienki zamknęła za mną drzwi. Kiedy się wykąpałem, już spała. Albo udawała, że śpi. Położyłem się obok niej i nawet nie wiem, kiedy zasnąłem.
Obudziłem się rano. Mary leżała na mnie i szeroko się uśmiechała. Jej włosy opadały na moją twarz. Odwzajemniłem jej uśmiech i założyłem jej kosmyk włosów za ucho.
-Hej... - wyszeptała. - Myślę, że teraz już wytrzeźwiałeś.
Pozwoliła mi się pocałować. Byłem szczęśliwy, mogąc zatopić się w jej ciele. Po udanym seksie wyszedłem do pracy. Bez Mary byłem poddenerwowany. Logan nie odzywał się do mnie ani słowem. Wziąłem głęboki oddech i złożyłem jeden z ostatnich gotowych projektów.
-Nowy most na Zombie Street. - oznajmiłem, kładąc szefowi wszystkie dokumenty na biurku. - Trzeba będzie zamknąć przejście. Władze miasta na pewno się już tym zajęły.
-Na pewno. - pokiwał głową. - Widzę, że czegoś chcesz. O co chodzi?
-Chciałbym się teraz wcześniej urwać. - oznajmiłem. - Jeśli zajmę kolejkę za godzinę, wrócę do domu przed wieczorem.
-Kolejkę? - zmarszczył brwi.
-Ostatnio pobolewa mnie głowa. - odpowiedziałem, zgodnie z prawdą. - Zajrzę do szpitala, może dostanę jakieś leki, które pomogą. Wezmę ze sobą laptopa. Skończę w poczekalni projekt domu, który robię od trzech dni.
-Zgoda. - pokiwał głową. - Możesz iść.
-Dziękuję. - odpowiedziałem, wychodząc z jego gabinetu.
Wie, że jestem dobry i chce się mnie pozbywać. Tym bardziej jest gotowy na ustępstwa. W końcu to niska cena za zadowolenie klientów.
-To powinno panu pomóc. - odparł doktor Grey, wręczając mi receptę. - Nie więcej niż dwie tabletki dziennie. Środek jest silny i uzależniający.
-Pomaga na ból głowy i bezsenność? - zapytałem z zaskoczeniem, wpatrując się w krótką nazwę.
-Wypróbowałem na sobie. - rozłożył ręce. - Ten zapas powinien wystarczyć na cały miesiąc. Jeśli problemy nie ustąpią, proszę tu wrócić. Zaczniemy bardziej pracochłonną terapię. Proszę po nim nie prowadzić. Może pan zasnąć za kierownicą.
-Rozumiem. - pokiwałem głową. - Dziękuję panu bardzo.
Wyszedłem ze szpitala i wykupiłem receptę za rogiem. Powinno wystarczyć. Ostatnio mam dużo problemów. Ci kolesie... nawet ich nie widziałem, a czułem jak przez nich powoli rozwala się moje życie. Kawałek po kawałku.
-Mary... - zawołałem. - Wróciłem! Przepraszam, że tak późno. Byłem...
Nie dokończyłem, kiedy ją zobaczyłem. Wyszła z salonu w jedwabnym szlafroku. Uniosłem brwi i spojrzałem na nią z mieszaniną pożądania i zaskoczenia.
-Myślałem trochę o twoim byłym... - zacząłem, ale ona położyła mi palec na ustach.
-Ci... - szepnęła. - To nic. Odetnij się od tego. To nie jest nam do niczego potrzebne, tak? Liczymy się tylko my. Ja. I Ty.
Próbowałem coś powiedzieć, ale ona mnie ubiegła. Zamknęła mi usta pocałunkiem. Wiedziała, że zawsze tego pragnąłem. Pragnąłem tylko jej. To ona jest najważniejsza.
Dałem się zaciągnąć do sypialni, obejmując ją ramionami i pozwalając jej się rozebrać. Pachniała różami i mydłem morskim. Połykałem łapczywie ten zapach łapczywie, jakby tylko to pozwalało mi żyć. Tylko Mary potrzebowałem do życia.
-Jutro jest impreza w klubie Kendalla. - powiedziałem, gładząc ją po włosach. - Kiedyś mówiłaś, że lubisz takie małe imprezy w dużych przestrzeniach.
-Wiem. - odpowiedziała, jakby trochę nieprzytomnie. - Ale nie wiem, czy powinnam iść. Twoi przyjaciele mnie nie lubią.
-Polubią. - zapewniłem ją, całując ją w czubek głowy. - Nie przejmuj się, muszą Cię tylko lepiej poznać. Ta impreza to nasza szansa.
-Dobrze. - pokiwała w końcu głową. - Ale zrobię to tylko dla Ciebie.
Uśmiechnąłem się, nie przerywając głaskania jej po głowie. Wiem, że mi jej zazdroszczą. Mary to najwspanialsza kobieta na świecie. I teraz była moja. Może nie będą do niej tacy uprzedzeni, jeśli zobaczą, jaka jest w rzeczywistości. A ona z pewnością była tego wszystkiego warta. To nie byliśmy ja i ona. Byliśmy my. My.
-Idziemy? - zapytałem w sobotę wieczorem. - Jesteś gotowa?
-Tak. - uśmiechnęła się do mnie i założyła torebkę na ramię.
Wyprowadziłem ją do samochodu. Specjalnie nie brałem dzisiaj leków. Może nie dopadnie mnie dzisiaj ból głowy i wszyscy będziemy się dobrze bawić.
Zaparkowałem przed klubem Kendalla. Minęliśmy tabliczkę z napisem „Impreza Zamknięta” i wprowadziłem mary do środka. Wiedziałem, że nigdy tu nie była. Miałem nadzieję, że jej się spodoba. Klub Kendalla był super.
-A co ona tu robi? - usłyszałem głos Logana za swoimi plecami.
-Mary to moja dziewczyna. - przypomniałem mu, ale on tylko prychnął z lekceważeniem.
-Ta wredna suka? - zakaszlał, jakby chciał ukryć gorszą obelgę. - Niech się stąd wynosi. Już.
-Logan, odpuść. - Kendall pokręcił głową, kładąc mu dłoń na ramieniu.
-Nie, Kendall. - pokręcił głową. - Nie widzisz, co tu się dzieje? Ona go bałamuci.
Nie chciałem tego dłużej słuchać. Nie mogłem. To wszystko nie ważne. Mary zawsze mi to powtarzała. Liczymy się tylko my. Liczy się tylko ona.
-Chodź. - wymamrotałem, ciągnąc ją za rękę. - Nic tu po nas.
-Nic tu po niej! - zawołał za nami Logan. - Z nią się tu już nie pokazuj!
Wróciliśmy do domu. Znowu bolała mnie głowa. Wszedłem do kuchni i wziąłem dwie tabletki naraz. Chciałem, żeby to się już skończyło.
Skończyło.
Spaliliśmy za sobą wszystkie mosty. Liczyła się tylko na. Tylko Mary. Z dnia na dzień. Ubywało mi przyjaciół. Logan skutecznie wszystkich namówił, żeby odwrócili się od Mary, a co za tym idzie, ode mnie. Wziąłem głęboki oddech i chwyciłem resztę tabletek, które mi zostały. Nie brałem ich często, dlatego miałem ich jeszcze dużo. Spojrzałem na garść pigułek, które trzymałem w jednej dłoni i na szklankę rozcieńczonego alkoholu stojącą na stoliku.
Tylko w ten sposób Mary zawsze będzie moja. Połknąłem wszystko naraz i położyłem się obok śpiącej Mary. Wyglądała tak uroczo, kiedy spała.
Objąłem ją w pasie i wtuliłem twarz w jej włosy, wdychając zapach je szamponu. Powoli pogrążałem się we śnie, z którego już nie miałem się obudzić.

Opowiadanie jest luźną interpretacji piosenki „T.I.N.A.” Link w odnośniku. Przybierałam się do tej jednorazówki dwa lata i nie jestem zadowolona z efektu. Inaczej sobie to wyobrażałam. Zachowałam zarys fabuły i niektóre zdarzenia. Część przedstawiłam po swojemu. Wyszło jak wyszło. Jeśli autor piosenki to przeczytał, to przepraszam.


środa, 26 października 2016

25. Czasami to się zdarza

(Logan)
Dobrze, że się opanowałem... - westchnąłem, siadając na kanapie we własnym mieszkaniu. Byłem sam, zupełnie sam. I nie wiem, jak długo będę szukał nowego współlokatora. Chociaż współlokatorką też bym nie pogardził.
Przez kilka minut gapiłem się w sufit, starając się wymyślić treść ogłoszenia, który przyciągnie takiego samego zdesperowanego kretyna jak tamten. Było bardzo cicho. Nawet za bardzo.
W końcu podniosłem się z kanapy i przyciągnąłem do siebie komputer.
Poszukiwany współlokator/ka!
Wymagania i oczekiwania:
  1. Opłacanie połowy wartości rachunków.
  2. Podzielność korespondencyjna.
  3. Oddzielny komputer.
  4. Ograniczenie dostępu do kuchni i toalety (raz w miesiącu ustalamy grafik).”
Nie, ten punkt to już drobna przesada. Nikt nie odpowie. Lepiej to wykreślić i wpisać coś typowego i banalnego. Napisać, zastanowić się i iść dalej.
4. Kompromisowość współlokatorska.
  1. Zamienne gotowanie i uzupełnianie zapasów.
  2. Pomoc w organizowaniu i wykonywaniu prac domowych.”
Podniosłem głowę, spoglądając na porozrzucane ubrania. Uśmiechnąłem się na pół twarzy, wspominając sąsiadkę, która raz w tygodniu przynosi kawałek ciasta. Zawsze narzeka, że mam straszny bałagan. No cudownie... Czas to zakończyć.
Jeśli jesteś zainteresowany/a pytaj o dr Logana Hendersona w recepcji izby przyjęć i ortopedii. Wszystkie szczegóły ustalimy na osobności”
To powinno być okey. Kliknąłem, żeby się wydrukowało, ale po kilku sekundach zdałem sobie sprawę, że... drukarka stoi kompletnie rozwalona od jakichś trzech miesięcy. Zakląłem pod nosem i wyciągnąłem telefon z tylnej kieszeni. Przez chwilę zastanowiłem się do kogo zadzwonić. Ellie się nie zgodzi, a Abby nie lubi logować się na pocztę w pracy.
-Alexa, jesteś jeszcze w pracy? - zapytałem, kiedy usłyszałem jej głos po drugiej stronie.
-Przecież wiesz, że tak, dlaczego głupio pytasz? - zapytała, a ja wyczułem nutkę sarkazmu w jej głosie. - Czego chcesz?
Przez chwilę siedziałem z otwartymi ustami, zachodząc w głowę, czy na pewno zadzwoniłem w odpowiednim momencie.
-Widzisz, szukam współlokatora i...
-Nie zamieszam z Tobą! - zaprotestowała, a ja wywróciłem oczami.
-Nie o to chodzi. - jęknąłem. - Możemy zrobić tak, że... Wyślę Ci treść ogłoszenia, a Ty je dwa razy wydrukujesz i powiesisz na na tablicy głoszeń w izbie przyjęć i ortopedii. Może tak być?
Przez kilka sekund czekałem na jej odpowiedź. Nie wiedziałem, czy tylko się ze mną droczy, czy naprawdę się zastanawia.
-Może być. - rzuciła, a ja natychmiast wysłałem załącznik na jej adres mailowy.
-Dzięki! - zawołałem z szerokim uśmiechem.
(Lira)
-Co to jest? - zapytał Kendall, wskazując na torbę po chińszczyźnie.
-Chyba powinieneś wiedzieć. - oznajmiłam. - Znalazłam to pod Twoim łóżkiem.
-Sprzątałaś u mnie pod łóżkiem? - zmarszczył brwi, kręcąc głową.
Otworzyłam usta ze zdziwienia, próbując wymyślić jakieś miłe i prawdopodobne wytłumaczenie. Przecież nie mogłam mu tak po prostu mu powiedzieć, że od rana miałam wrażenie, że coś tam zdechło. To by go zraniło.
-Po prostu wydawało mi się, że jest tam trochę nieświeżo i dlatego musiałam odkryć tam wszystkie śmieci. - wyjaśniłam w miarę niewinnie.
-Dobra, i tak miałem tam posprzątać. - pokiwał głową, co mnie nieźle zaskoczyło. Żadnej awantury? Nic? Zupełnie.
-Kupię Ci kosz na śmieci do sypialni. - oznajmiłam, zastanawiając się, jak to jest, że całe mieszkanie z wyjątkiem pewnej przestrzeni pod łóżkiem jest najzwyczajniejszy śmietnik.
W końcu podniosłam jedną z kartek i rozłożyłam ją, widząc ośmio wersowy wierszyk. Parsknęłam śmiechem, widząc o czym on w ogóle jest.
Przyszedł Logan do Wagnera
i wykrzyczał „O cholera!”
W końcu złapał zapalniczkę
i podpalił sobie kiszkę.

Byłem wczoraj u Żurawia!
Niestety, akurat puścił pawia.”
Morał z tego taki przebiegany,
u Żurawia zawsze będziesz obrzygany.
-Co to jest? - zachichotałam, oddając mu kartkę. - Kim są „Żuraw” i Wagner?
Kendall tylko rzucił okiem na tekst i parsknął śmiechem, zwijając kartę w kuleczkę i ciskając ją do torby po chińskim żarciu.
-Zabawa ze studiów. - zachichotał, sięgając po nowy worek na śmieci. - Kiedyś ja i Logan pisaliśmy dla żartu takie śmieszne wierszyki. Kiepskie, ale mieliśmy frajdę.
-A kto to jest „Żuraw”? - zapytałam, wciąż chcąc się dowiedzieć.
-Taki kolega. - machnął ręką. - Dużo pił, dlaczego przezywaliśmy go „Żuraw”, sam nie wiem, skąd takie określenie. Chyba od tego, jak bardzo wyciągał szyję, kiedy przechylał kieliszek.
-A Wagner? - zmarszczyłam brwi, spodziewając się kolejnego dziwnego kolegi.
-Wykładowca. - wzruszył ramionami. - Na wszystkich zajęciach klną jak szewc.
(James)
Po skończeniu pracy pojechałem do Mary. Znowu byliśmy umówieni na seks. Tym razem starałem się tym zadowolić. Było trudno, ale na pewien czas musiałem odłożyć rozmowę o uczuciach. Ona tego nienawidzi. Nie wiem, skąd u niej taki stosunek do relacji damsko-męskich. Może to coś ze mną jest coś nie tak?
Oparłem się o zagłówek, wpatrując się w jej okno. Już dawno nauczyłem się wypatrywania jej sylwetki w cieniu. To jak miniaturowy porno-gif, którego nie można przybliżyć.
Wziąłem głęboki oddech i wysiadłem z samochodu. Zamykając drzwi, obserwowałem kobietę, która próbowała coś zrobić przy swoim zamku przy bagażniku samochodu.
-Może pomóc? - zaproponowałem, wkładając kluczyki do kieszeni marynarki.
-Dziękuję, bardzo pan miły. - powiedziała z nieśmiałym uśmiechem. - Czasami haczyk się zacina.
-Zdarza się, ale coś poradzimy. - powiedziałem, chwytając jedną ręką, rączkę do otwierania bagażnika. - Jeszcze będzie się pani z tego śmiać.
Pociągnąłem nie całkiem z całej siły, ale nie ustąpiło. Później wstrzymałem oddech i pociągnąłem trochę mocniej i bagażnik się otworzył.
-Proszę, gotowe. - uśmiechnąłem się do niej, cofając się o krok. - Może pani pójdzie z tym do serwisu? Mogę dać pani namiar na niezłego mechanika. Naprawi wszystko, co związane z motoryzacją.
-Nie, dziękuję. - pokręciła głową z uśmiechem. - Mam numer do mechanika, który by sobie z tym poradził, ale zupełnie nie mam czasu, żeby się do niego wybrać.
-Może pomyśli pani o weekendzie? - zaproponowałem. - Pomogę pani wnieść te torby. I tak idę na górę. Byłem umówiony.
-Po raz kolejny panu dziękuję. - zachichotała, kiedy wziąłem jedną z toreb. - Spotyka się pan tutaj z doktor Adams, prawda?
Zmroziło mnie. Kobieta musiała być dość bliską sąsiadką Mary, na którą wcześniej nie zwróciłem uwagi. Kurczę, muszę bardziej zwracać na to uwagę.
-Tak, pracujemy razem. - przytaknąłem, wnosząc torbę po schodach.
-Pan też jest lekarzem? - zagadała, patrząc na mnie przez ramię.
-Nie, prawnikiem. - odpowiedziałem.
Ta kobieta była całkiem miła. Jak mogłem wcześniej nie zwrócić na nią uwagi. To sąsiadka Mary, owszem, ale ona mnie jakimś cudem zauważyła.
(Carlos)
-Proszę. - powiedziała Alexa, stawiając przede mną kubek z kawą.
-Dzięki. - uśmiechnąłem się do niej szeroko. - Ciężki dzień, co?
Spojrzałem na nią z uśmiechem, odkładając kubek na swoją drugą stronę. Miałem jeszcze trochę papierkowej roboty. A Alexa była tak miła, że pozwoliła mi się przytulić w rejestracji. I jeszcze donosiła mi kolejne kubki kawy. W sumie nie było w tym nic dziwnego, bo traktowała tak każdego. Adama, Lirę, Matta, Logana, Kendalla... Nie byłem żadnym wyjątkiem z reguły. Ani trochę.
-Żebyś wiedział. - westchnęła, wkładając do stojaka jedną z podkładek. - Mam już tego dość.
-A jak Wendy? - zapytałem, przypominając sobie, że dwa dni temu wymiotowała.
-Dzięki, lepiej. - odpowiedziała. - Jeszcze przez dwa dni będzie miała grypę żołądkową. Zapłaciłam dziewczynie podwójnie, żeby się lepiej przyłożyła.
-A Twój budżet? - zmarszczyłem czoło z zaskoczenia. - Myślałem, ze musisz oszczędzać.
-Bo muszę. - przytaknęła, wpinają nową kartę do podkładki, która już przyszła z powrotem z kartoteki. - Ale na swoim dziecku oszczędzać nie zamierzam.
-A tak z ciekawości...
-Czuję, że szykuje się rozmowa z panem psychologiem, więc przejdź do rzeczy. - rzuciła, nie podnosząc głowy znad świeżo wyplutego faxu.
-Bo urodziłaś Wendy, kiedy miałaś dwadzieścia trzy lata. - zacząłem, wyrzucając z siebie to, co już od dawna mnie nurtowało. - Kiedy zaszłaś, pracowałaś w Świętym Mateuszu, ale rodziłaś tutaj. A to znaczy, że ojciec Wendy to ostatni padalec. W dodatku, nigdy nikomu nie powiedziałaś, kto to jest, więc...
-Powiedziałam Mattowi i Lirze. - wywróciła oczami. - I to wystarczy.
-Ale... - zacząłem, ale ona tylko uniosła dłoń, żeby mnie uciszyć.
-I masz rację. - dodała. - To jest padalec. Dlatego nie zajmuj się tą sprawą. Rozumiem, że chciałbyś się z nim spotkać, ale... on nawet nie wie, że ma córkę i tak powinno pozostać. Głównie dlatego zmieniłam pracę i nie powiedziałam mu o ciąży. Bo jest nieodpowiedzialnym dupkiem.
-A nie uważasz, że powinien się dowiedzieć? - zmarszczyłem brwi.
-Nie. - pokiwała głową. - A jeśli wszystko pójdzie tak, jak idzie do tej pory, to nigdy się tego nie dowie. Bo nie będzie takiej potrzeby.
-A jeśli Wendy będzie miała do Ciebie pretensje? - zauważyłem, na co ona zwiesiła głowę. - Bo nie powiedziałaś jej o ojcu.
-Wyjaśnię jej to wszystko. - odpowiedziała. - I zrozumie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kawałek z kiepskim wierszem potraktujcie z przymrużeniem oka. Tak samo, jak całkiem poważne ogłoszenie Logana. Ten wierszyk, a właściwie słabą i nie dokładną rymowankę napisałam ja i w przeciwieństwie do Chrisa poetką nie jestem. Chociaż on chyba dał sobie spokój, bo dawno go tu nie było i trochę zaczynam za nim tęsknić. Bardzo żenująco to zabrzmiało?
Wiecie co? Do zobaczenia w sobotę rano. Coś będzie.

No. jak zwykle mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 19 października 2016

24. Dla chcącego nic trudnego

(Kendall)
-I po wszystkim. - oznajmiłem, wyrzucając zużyte rękawiczki do kosza. - Jak się czujesz?
Podniosłem głowę, patrząc na Lizzie, która wpół spała. Zerknąłem na Alexę, która wciąż była w pokoju. Zrozumiała, co mam zamiar jej powiedzieć.
-Zwiększ przepływ tlenu do pięćdziesięciu. - odparłem cicho, spoglądając na monitor i obniżony wskaźnik saturacji. - I zmień rurki na maskę. Coś jest nie tak.
Zamrugałem, wkładając stetoskop i przykładając membranę do jej piersi. Zamknąłem oczy, biorąc głęboki oddech i zatrzymując powietrze w płucach. Nauczył mnie tego lekarz, który mnie szkolił. Mówił, że to pomaga się skupić i dzięki temu łatwiej dostrzec ledwo zauważalne zmiany.
-Kiedy ją osłuchiwałam, było w porządku. - Alexa wzruszyła ramionami, wkładając maskę na nos i usta Lizzie. - Coś się zmieniło?
-Kto zakładał dren? - zapytałem nagle, zdając sobie sprawę, że nie jest włożony do końca.
-Ellie. - odpowiedziała, kiedy wyjąłem nowy zestaw. - Dziewczyna chyba jeszcze trochę tu poleży.
-No co ty nie powiesz... - mruknąłem. - Wezwij Logana i nie wpuszczaj tu jej brata. Jeśli za kwadrans jej się nie poprawi, będę musiał ją zaintubować.
-Nie zrobisz tego od razu? - zrobiła wielkie oczy, podając standardowe znieczulenie.
-Dajmy młodej szansę. - oznajmiłem z westchnieniem, czekając aż znieczulenie zadziała.
-Pójdę po Logana. - powiedziała szybko, wybiegając z pokoju.
Odprowadziłem ją spojrzeniem i zabrałem się za wkładanie drugiego drenu. Często robiłem to samodzielnie. Właściwie... bardzo często. Nie miałem z tym problemu. Jak to chirurg. Chociaż większość kolegów z mojego oddziału nie pamięta jak to zrobić. Tak, da się zapomnieć o takich rzeczach. Chociaż i tak bywały chwile, kiedy nie potrafiłem pohamować emocji.
Kiedy skończyłem, spojrzałem na Lizzie, która teraz zdała się zupełnie stracić przytomność.
-Lizzie? - pochyliłem się nad nią, starając się ją jakoś dobudzić. - Hej, słyszysz mnie?
Nie usłyszałem żadnej reakcji i zakląłem pod nosem.
(Lira)
Jak wyszliśmy z mieszkania tego faceta, Carlos luzacko włożył dłonie do kieszeni spodni. Nie żałowałam, że pozwoliłam mu ze sobą jechać. Nudził się, jak sam określił, ale warto było.
-Muszę Ci pogratulować. - powiedziałam, kiedy wsiadaliśmy do mojego samochodu. - Nie sądziłam, że to zadziała.
-Sam w to nie wierzyłem. - wzruszył ramionami, zapinając pas. - Ale na szczęście ten facet okazał się kimś podatnym na sugestie.
Westchnął, odchylając głowę do tyłu. Schyliłam się, żeby odpalić silnik, a kiedy się wyprostowałam, patrzył na mnie... tak jakoś dziwnie.
-Co jest? - uniosłam brwi z zaskoczenia.
-Nic. - wzruszył ramionami. - Po prostu zastanawiałam się, jakim cudem Kendall namówił Cię na... powiem w stylu ogólniaka. Na chodzenie.
O Matko! Nie wierzę! Jak on zdołał się o tym dowiedzieć? Przecież byliśmy dyskretni. Nie powiedzieliśmy nikomu ani słowa o tym, że się spotykamy. Wiedział tylko Kevin. Tylko on. A on przecież nie rozmawia na co dzień z Loganem i Carlosem. Chyba. W tej chwili zdałam sobie sprawę, że zataiłam to nawet przed Alexą. Moją najlepszą przyjaciółką. Nie miałam pojęcia, jak zareaguje, kiedy się o tym dowie. Przecież się na mnie nie pogniewa. Prawda?
-Co? - pisnęłam, odwracając własne zaskoczenie do góry dnem. - Skąd Ci to przyszło do głowy?
-Kendall się uspokoił. - odparł, jakby to był prosty wniosek. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na niego z zaskoczeniem, zastanawiając się, co ma na myśli. - Zawsze mu się podobałaś. Odkąd tylko zaczęłaś pracę w szpitalu, gadał o Tobie w każdy wieczór w Nemetonie. A teraz... Byliśmy w klubie tydzień temu i nie odezwał się o Tobie ani słowem. A to oznacza, że przestał fantazjować, a ściślej rzecz ujmując jego fantazje stały się prawdą, co następuje...
Nie dokończył, bo zakryłam mu usta dłonią. On i te jego psychologowe gadki. Zacisnęłam zęby i wolną ręką zgasiłam silnik. Zmroziłam go chłodnym spojrzeniem.
-A teraz błagam Cię... - wycedziłam przez zaciśnięte zęby, opuszczając rękę. - Powiedz, że tylko Ty doszedłeś do takich wniosków.
-No wiesz... - cmoknął z zastanowieniem. - Biorąc pod uwagę, że Logan zbiera po szpitalu wszystkie możliwe ploty, a ja z nikim o tym nie rozmawiałem, nie wykluczam żadnej możliwości.
-A czy bierzesz pod uwagę możliwość wykopania Cię stąd na księżyc? - syknęłam sarkastycznie.
-Ale zdajesz sobie sprawę, że to fizycznie niemożliwe?
(Logan)
Wybiegłem na korytarz. Zaraz po tym, jak Alexa powiedziała mi, że coś się dzieje z pacjentką Kendalla, ta dostała telefon od spanikowanej opiekunki, że Wendy wymiotuje i żeby lepiej przyjechała do mieszkania, bo nie wie co ma zrobić.
-Co się dzieje? - zapytałem, stając po drugiej stronie łóżka.
-Spadło ciśnienie. - odpowiedział, kręcąc głową. - Nie wiem, jakim cudem. Byłem pewny, że wszystko będzie w porządku.
Spojrzałem na Kendalla ze współczuciem. Nawet z tej odległości mogłem zauważyć jak bardzo jest spanikowany. Mimo to, był w stanie zachować trzeźwość umysłu i nie pozwalał się sparaliżować strachowi.
-Co podałeś? - zapytałem, spoglądając na ostatnie wyniki badań. O dziwo były dobre. To na pewno ta sama piętnastolatka?
-Tylko epinefrynę i moramid przy zmianie drenu. - odpowiedział rzeczowo. - Wcześniej gentamycynę. Pogorszyło jej się w trakcie zabiegu. Nie zauważyłem, że prawie zemdlała.
-Po co? - zmarszczyłem brwi.
-Przeciw stanom zapalnym. - powiedział cicho, sięgając po aparat do USG.
-A nie lepszy byłby kortyzon? - podrzuciłem, oglądając świeżo zaczepiony worek z moczem.
-Lepszy, ale nielegalny. - rzucił, przybliżając twarz do monitora. - Dostaliśmy od Adams szlaban na kortyzon, po tym jak ktoś wyprowadził ze szpitala dwa pudła. Stwierdziła, że są za bardzo na widoku i zabrania go stosować. Poza tym, wcale go nie lubię. Niektórzy pacjenci po nim głupieją.
No, mogłem się tego domyślić. Jeśli ktoś kładzie nam szlaban ana najłatwiejsze rozwiązania, to właśnie Adams. Wprost uwielbiała mi to robić! Nam, to znaczy. Nam, rzecz jasna.
-Saturacja wraca do normy. - zauważyła Lilly, wskazując na jeden z odczytów.
-A wyniki morfologii? - zapytałem.
-Jeszcze nie ma. - pokręciła głową. - Mają zadzwonić, jak tylko czegoś się dowiedzą.
-Co zamierzasz? - zapytałem Kendalla, kiedy z wściekłością odepchnął aparat USG i wytarł dziewczynce brzuch.
-Spróbuję ją utrzymać w miarę stabilnie. - odpowiedział. - A potem... wyleczę ją. Tylko najpierw muszę wiedzieć co jej jest.
Westchnął, znowu ją osłuchując. Zamarł na ułamek sekundy i sięgnął po dopiero odrzucony ultrasonograf. Pośpiesznie posmarował główkę skanera żelem i przyłożył do odsłoniętej klatki dziewczynki. Zmarszczyłem brwi. Czyżby czegoś się dopatrzył?
-Co zauważyłeś na tym monitorze, czego ja wcześniej nie widziałem? - zapytałem, zdając sobie sprawę, że wcześniej gapił się na monitor.
-Spójrz na odczyt z EKG. - oznajmił, wskazując głową na zwiniętą karteczkę z tyłu aparatu. - Nie aktualny, tylko zapis. Przyjrzyj się i zastanów się, co widzisz.
Nienawidziłem, kiedy mnie tak traktował. Kazał samemu myśleć, jakby nie mógł mi tego po prostu powiedzieć. Zagryzłem wargę, patrząc na zapis z monitora.
-O w mordę... - jęknąłem. - Blok międzykomorowy? Serio?
-Nie regularny, tylko spontaniczny. - pokręcił głową.
Podskoczyłem, kiedy zadzwonił telefon. Lilly podbiegła i natychmiast wrzuciła na głośnik.
-Tu laboratorium. - powiedział głos po drugiej stronie. - Mamy wyniki Elizabeth Carmichael.
-Coś za mało? - zapytałem, chcąc to przyśpieszyć. - Czy raczej za dużo?
-Za dużo. - odpowiedział, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. - Za dużo potasu. Ktoś musiał jej to podać z jedzeniem. Nie jest tego za dużo, ale...
-Hiperkalemia. Podaj wapń i fosrenol. - powiedział Kendall do Lilly. - Zanim stanie jej serce.
Otworzyłem szeroko oczy i zdałem sobie sprawę, że sam bym na to nie wpadł. No oczywiście, przywieziono ją tu z urazem, a nie chorobą serca. Nikt by się tego nie domyślił.
Jednocześnie miałem ochotę przywalić Kendallowi. Tylko nie teraz. Wcześniej. Żałowałem, że na to nie wpadłem.
(Lira)
Siedziałam na kanapie w mieszkaniu Kendalla, oglądając powtórki "Teorii Wielkiego Podrywu". Patrzyłam jak Penny i Renald kładą się spać w jedym łóżku hotelowym, w trakcie, kiedy Sheldon spał, jakby był martwy. Nie bez powodu Penny twierdzi, że to jak kłaść się spać z Draculą.
Usłyszałam szczęk klucza w zamku i wyłączyłam telewizor. Kendall wrócił. No, trzeba mu podać kolację. W prawdzie nie byłam jego żoną, ale od czasu do czasu chyba mogę mu ugotować coś smaczniejszego niż klopsy ze słoika do ryżu.
Podeszłam do kuchenki i wyjęłam z piekarniki bitki w sosie własnym, które już zdążyły się zarunieć.
-Ładnie pachnie. - powiedział, całując mnie w policzek. - Nigdy czegoś takiego nie jadłem.
-Przepis dziadka. - wyjaśniłam. - I musimu poważnie porozmawiać.
Kendall zamarł, kiedy nakładałam dla niego jedną z porcji. Postawiłam przed nim talerz z jedzeniem i sama usiadłam naprzeciwko niego i wzięłam widelec do ręki.
-Nie za ciekawą masz minę. - zauważył, biorąc pierwszy kęs. - Zaczynam się bać.
-I słusznie. - odparłam. - Carlos się domyślił.
-Czego się domyślił? - zapytał, najwyraźniej tak wyczerpany, że nie mógł w stanie myśleć.
-Że się spotykamy. - odpowiedziałam z zniecierpliwieniem.
-Nie martw się. - machnął ręką. - Nikomu nie wygada... Poza tym, spotykamy się już od miesiąca i niejwyższy czas przygotować się, żeby ich o tym poinformować. Sam nie jestem jeszcze gotowy.
-Masz rację. - jęknęłam. - Ale wciąż się martwię. Nie powiedziałam nawet Alexie.
-Tak, czy siak, Alexę już mamy z głowy. - wzruszył niewinnie ramionami.
-Kendall...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Okey... chyba na tyle.

Nie ukrywam, że z przedziałem Liry miałam niezłą frajdę, bo spora część jest żartobliwa. Nie mam siły pisać notki autora. Dajcie znać, jak podała się dzisiejsza część. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 12 października 2016

23. Jak to w czwartek

(Kendall)
Logan czasami bywał nie do ogarnięcia. Niby wszystko było jasne, ale jakiś rok temu Aina przyszła odwiedzić Carlosa. Jest ładna, ubiera się... dosyć skąpo i nosi wysokie obcasy. Zobaczył ją pierwszy raz... i nazwał ją „niezłą szprychą”. A potem się okazało, że... jest siostrą Carlosa. I od tamtej pory nie zaprosił jej ani razu. Sam do niej jeździł.
Tym bardziej byłem zaskoczony, kiedy znalazłem w składziku rozsypany stosik jej zdjęć. Na początku pomyślałem, że Carlos tu z kimś rozmawiał i po prostu pogubił. Pośpiesznie je pozbierałem i schowałem do kieszeni fartucha, w której zwykle trzymałem drobiazgi. Jakieś strzykawki, zapasowe rękawiczki... Podniosłem gwałtownie głowę, kiedy do pomieszczenia weszła Alexa. Rzuciłem jej krótkie „Cześć”, ale ona zamiast odpowiedzieć, tylko rozglądała się po wyższych półkach. Dla niej to nawet było typowe.
-Kendall, czy możesz załatwić nam jakieś strzykawki? - poprosiła Alexa, zaglądając do szafki z zapasowym sprzętem. - Chyba się skończyły. Zostaje ostatnia setka.
-Jasne. - wymamrotałem. - A Co Ci się stało?
Alexa spojrzała na mnie z zawiedzeniem i pokręciła głową.
-Dzisiaj mieliśmy pocztę z wojska. - odpowiedziała z westchnieniem. - Jeden z listów jest do Matta. Z nałożonym priorytetem.
-Jego ojciec przewodniczył jednostką w Afganistanie. - przypomniałem sobie, marszcząc brwi. - Wezwanie do odebrania zwłok?
-Myślałam, że informują o tym osobiście, ale... jednak nie. - odparła, rzucając paczkę strzykawek do wózka. - Albo już wie.
Uśmiechnąłem się blado i sięgnąłem jeden z antybiotykiem z działaniem środka przeciwbólowego.
-Widziałaś gdzieś dozownik do leków w aerozolu? - zapytałem w końcu, przeglądając jedną z wyższych półek. - Byłem pewny, że trzymamy je tutaj.
-Eee... - zająknęła się na chwilę, mrugając szybko, jakby się nad czymś zastanawiała. - Też się skończyły. Abby już wysłała zamówienie. Ale strzykawki będą dopiero za dwa tygodnie.
-Idź na pediatrię. Tam mają strzykawki.
-Dzięki. - kiwnęła głową.
Wyszedłem na zewnątrz i wróciłem do pokoju w którym była Lizzy.
-Nasz pielęgniarz właśnie rozmawia z Twoim bratem. - odpowiedziałem wprost. - I mam dwie wiadomości. Jedną dobrą, drugą złą. Najpierw dobra.
Dziewczyna uniosła brwi i oparła się na przedramionach.
-Dobra jest taka, że nie trzeba operować. - odpowiedziałem, nie czekając na jej reakcję. - Rozmawialiśmy z doktor Adams i stwierdziliśmy, że ostrze nie narobiło szkód, a alej nie jest zbyt toksyczny, więc nie grozi Ci zakażenie. Ale...
-Ale co? - dopytała, kiedy siadałem naprzeciwko niej.
-Zaboli jak cholera. - powiedziałem, podając jej kolejną dawkę środka przeciwbólowego.
-Oj tam. - wymamrotała, kładąc się z powrotem. - Dwa razy miałam nastawianą kość. Nie boję się bólu. Mój brat nie cierpi, kiedy go boli. Mówi, że... czuje się, jakby rozrywano go na części.
-Nawet ma rację. - odpowiedziałem. - Byłaś kiedyś w cyrku?
-Przez rok mieszkałam w namiocie. - odparła z szerokim uśmiechem. - Przyjaźniłam się z tygrysem. A potem zachorował i nie można było go wyleczyć. Po tym mama przestawiła się na lwy.
-Jest treserką? - zapytałem, zakładając stetoskop.
-Najlepszą. - odpowiedziała z dumą, kiedy przyłożyłem membranę do jej plecy.
Posłuchałem przez chwilę i zmarszczyłem czoło. Coś było nie tak.
-Masz problemy z oddychaniem? - zapytałem w końcu.
-Miewam. - pokiwałam głową. - Tak jak przy astmie. Kolega oddał mi swój inhalator. Potem nauczył mnie, jak go używać i pomogło.
-Nie masz astmy. - pokręciłem głową, starając się na najbardziej poważną minę. - Tylko odmę. Mogłaś umrzeć ze śnie. Dlaczego nic nie powiedziałaś?
Lizzy pociągnęła nosem. Pokręciła głową i zaczerpnęła głęboki oddech.
-Nie mogłam. - odpowiedziała łamiącym się głosem. - Tydzień temu tata został zamordowany na oczach Chucka. Sprawca uciekł i do tej pory go nie złapali. Nie mogłam mu powiedzieć. Musiałam sobie z tym poradzić po swojemu. I wtedy ten mój kolega... podał mi swój inhalator. Ma je chyba wszędzie. W torbie, w szafce, w szkolnej łazience... oddał mi jeden. Uprzedzał, że to tylko chwilowe rozwiązanie i że muszę iść do lekarza... zanim lekarstwo się skończy. Wiem, jak działa. Sprawdziłam. Myślałam, ze to astma wysiłkowa.
-A jednak poszłaś na zawody. - zauważyłem.
-Przed wyjściem na parkiet sztachnęłam się dwa razy. - odpowiedziała, przełykając ślinę. - Przez adrenalinę nie dusiłam się przez ostatnią godzinę.
Uniosłem brwi, patrząc na nią z zaskoczeniem. Była zadziwiająco bystra.
-Starsza siostra jest neurologiem. - wyjaśniła szybko. - Czasami przeglądałam jej podręczniki. A to materiał podstawowy, więc... łatwo zapamiętać.
-I wszystko jasne... - westchnąłem.
(Lira)
Sięgnęłam po teczkę i włożyłam roboczą kopię akt byłego hazardzisty. Mam nadzieję, ze byłego. W końcu. Prowadzę tę sprawę od początku mojej pracy dla sądu. Co chwilę zabieramy facetowi trójkę dzieci. One do niego uciekają, ten obiecuje, że się poprawi, ale na nieszczęście dzieciaków... nie dotrzymuje słowa. Wtedy idą do ośrodka opiekuńczego, potem uciekają... Takie błędne koło.
-Wychodzisz? - zapytał Matt, wchodząc do pomieszczenia, w którym urzędowałam.
-Tak, mam wizytę domową. - odpowiedziałam, zapinając klamerkę.
-Zapowiedzianą? - zmarszczył brwi, przysiadając na krawędzi mojej kanapy.
-Nie. - pokręciłam głową. - Mam nadzieję, ze tym razem nie znajdę u niego żadnych żetonów, kwitów od bukmachera... czegokolwiek, co byłoby bezpośrednią podstawą do odebrania mu dzieci.
-Ta... - westchnął. - Dzieciaki go kochają, a on to olewa. Nie radzi sobie po śmierci żony.
-Miał czas na żałobę. - stwierdziłam bezlitośnie. - Teraz musi wziąć się w garść. Pokazać, że zasługuje na dzieci.
-Wiem. - pokiwał głową. - Czytałem akta wczoraj wieczorem.
-No to chyba dobrze zdajesz sobie sprawę, że sytuacja jest poważna. - odpowiedziałam, zabierając dodatkowy długopis i notatnik. - Następnym krokiem będzie pełne odebranie praw rodzicielskich i dzieciaki trafią do tak odległego ośrodka, że nie będzie mowy o ucieczce.
-No wiesz... - cmoknął z dezaprobatą. - Dla chcącego nic trudnego.
Spojrzałam na niego spode łba, kręcąc głową. No, tego jeszcze brakowało. Co on sobie myślał? Że tak po prostu zwieją z każdego miejsca w Stanach?
-Muszę iść. - powiedziałam krótko, zakładając torebkę na ramię. - Trzymaj się i pamiętaj, że masz zejść do Alexy, jak wszystko załatwisz.
-A co chce? - zamrugał, po raz kolejny zadając to samo pytanie.
-Nie wiem. - wzruszyłam ramionami. - Chce gadać z Tobą, a nie ze mną.
(Kendall)
Wyszedłem na podjazd, żeby powitać karetkę. Ziewnąłem, rozciągając się na chłodnym powietrzu. Nawet więcej niż chłodnym. Zaczynał się marzec, ale wciąż było bardzo zimno. Myślałem, że wytrzymam. Ale niestety. Odetchnąłem z ulgą, kiedy na podjazd zawitała karetka.
Ze środka wyskoczyła dwójka sanitariuszy. Adrian i Maggie. Maggie była nowa, ale całkiem niezła i wystarczająco miła, żeby można było z nią raz na jakiś czas pogadać w barze pod drugiej stronie ulicy. Wszyscy pracownicy szpitala chodzili tam na piwo, albo szybką kawę i meksykańskie jedzenie. Mają tam niezłego kucharza, a ich tortilla była po prostu niesamowita.
-Osiemdziesięcio latka, pensjonariuszka domu opieki. - relacjonował Adrian, przedstawiając przypadek. - Upadła w łazience i nie mogła się podnieść. Znalazł ją jeden z pracowników domu spokojnej starości.
-I powinniście mnie jak najszybciej tam odwieść. - powiedziała dość uparcie.
-O nie, najpierw badania. - pokręciłem głową z uśmiechem. - Nazywam się doktor Schmidt. Proszę się nie martwić. Na pewno ktoś po panią przyjedzie, kiedy postawimy panią na nogi.
-Już panu wierzę... - prychnęła i zaniosła się kaszlem. - Ostatnio słyszałam to samo.
Kiedy wjechaliśmy do środka, zacząłem badanie. W pewnym momencie poczułem przemieszczenie jednej z kości.
-Ała! - pisnęła i znowu zakaszlała. - Mógłby pan trochę bardziej uważać.
-Przepraszam. - skrzywiłem się lekko. - Prześwietlimy biodro. Chyba jest złamane.
-Chyba? - oburzyła się nagle. - Co z Pana za lekarz?
-Normalny. - odpowiedziałem wprost, podając dawkę środka przeciwbólowego, który miałem w kieszeni. Miał być dla Lizzy, ale zrobię jej drugie. - Roendgen miednicy, włącznie z biodrami, morfologia i gazometria.
-Gazometria? - Abby uniosła brwi.
-Z przyzwyczajenia. - odpowiedziałem, idąc tyłem do zabiegowego.
Wszedłem do środka, spoglądając na Lizzie, która pozbyła się już swojego kostiumu szermierczego. Teraz miała na sobie zapinaną z tyłu koszulę szpitalną i białe czyste skarpety. Obok niej stał mężczyzna przed trzydziestką. No tak, jej brat.
-To co? - uśmiechnąłem się do niej, odwracając się w stronę zlewu, żeby umyć ręce i włożyć czyste rękawiczki. - Zaczynamy?
-Nadal nie wiem, jak to się stało... - westchnął mężczyzna, siadając na krawędzi wózka, na tyle ostrożnie, żeby nie poruszyć drenu. - Ani kiedy...
-Też jestem ciekawy. - wymamrotałem.
-Pamiętasz jak kilka dni temu poszliśmy do kina z całą klasą? - odparła. - Wypchnęli mnie z autobusu i przycisnęli do ziemi.
-Wiesz, że takie coś mogło się skończyć znacznie gorzej? - uniosłem brwi i wskazałem Alexie miejsce obok siebie.
Lizzie nie odpowiedziała. Właściwie... Ja też bym nie chciał na coś takiego odpowiadać. No cóż... najwyższy czas wyciągnąć tę pieprzoną szpadę.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tytuł dzisiejszej notki jest zaczerpnięty z tytułu jednego z odcinków „Ostrego Dyżuru”. Właśnie przy tym odcinku wpadłam na sporą część tej notki. Nie wiem ile jeszcze notek będzie tym inspirowane, ale na pewno bardzo dużo, bo od samego początku trzynasty, czternasty i piętnasty sezon jest bardzo ważną bazą do tworzenia tego opowiadania. Pewnie już o tym wiecie, ale dzięki temu odcinkowi znalazło się miejsce dla Lizzie... którą znacie z drugiej historii „LA is Ours”.
I tak, wiem, że późno. Na śmierć zapomniałam.

Mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!

środa, 5 października 2016

22. Etyka zawodowa

(James)
-Chcesz powiedzieć, że... Henderson nas przyłapał i nawet nie raczyłeś mnie obudzić? - wyrzuciła z siebie Mary, kiedy powiedziałem jej o wczorajszym incydencie w socjalnym.
-Nie było powodu. - odparłem, wzruszając ramionami. - Obiecał, że nikomu nic nie powie.
-Hendreson? - uniosła brwi. - Jasne, już to widzę. Ta menda wypapla wszystko w mgnieniu oka i cały szpital, o ile nie dzielnica będzie wiedział o naszym romansie.
Pokręciłem głową na jej brak wiary we własnych pracowników. Wiem, że Logan ma swoje wady, ale to jeden z moich najlepszych przyjaciół. Dotrzyma słowa i jestem tego w zupełności pewny.
-Mary, wyluzuj. - westchnąłem. - Nie wiedziałem, że aż tak Ci na tym zależy. Wiem, że umawialiśmy się na tajemnicę, ale...
-Nic nie wiesz, Maslow. - wycedziła przez zaciśnięte zęby tym swoim ostrym tonem.
Rozległo się pukanie. Obróciłem się, żeby spojrzeć w kierunku drzwi.
-Co chcesz Adam? - zapytała umięśnionego pielęgniarza, który wychylił się zza drzwi.
-Doktor Schmidt wzywa panią na konsultację. - oznajmił zaskakująco śmiałym tonem. - Mówił, że woli pani osobiste wezwania, więc...
-W którym jest gabinecie? - zapytała, odzyskując już pełną równowagę. Przynajmniej na zewnątrz.
-W dwójcie. - odpowiedział, czekając na kolejne pytanie.
-Będę za cztery minuty. - odpowiedziała. - Powiedz mu, żeby przygotował przypadek do zaprezentowania.
-Oczywiście, pani doktor.
Skinął głową i wycofał się z powrotem na korytarz. Spojrzałem na Mary, która jak gdyby nigdy nic zabrała się za szukanie identyfikatora, po który przecież tu przyszła.
-Dlaczego nie chcesz, żebym powiedział o tym przyjaciołom? - zapytałem, nie dając za wygraną.
-Bo nie! - wrzasnęła. - A teraz wracaj do kancelarii. Teraz tylko pogarszasz sprawę.
(Lira)
-Ludzie! - podskoczyłam na krześle, kiedy drzwi otworzyły się z tak wielkim hukiem, że prawie odbiły się od ściany. - Mam zarąbistego newsa!
Logan wszedł do pokoju pracowników socjalnych uśmiechnęły od ucha do ucha. Chociaż to właściwie nie było wszystko. Wyglądał, jakby skręcał się ze zniecierpliwienia, czekając aż go zapytamy, co takiego ma nam do powiedzenia. Ale zarówno Matt, jak i ja nie raczyliśmy się nawet poruszyć. Jedyne, na co się odważyłam, to zmierzenie do spojrzeniem i ponowne pochylenie się nad klawiaturą.
-W prawdzie Alexa zabroniła mi o tym mówić, ale dla Was postanowiłem zrobić wyjątek. - powiedział powoli, przeciągając samogłoski, żeby jeszcze bardziej nas zachęcić.
Ale my nadal trzymaliśmy się twardo. Zamrugałam i w ramach protestu zaczęłam jeszcze mocniej stukać w klawisze.
-No dobra, przekonaliście mnie. - oznajmił po dłuższej chwili ciszy. - Maslow rżnie Adams gdzie popadnie! Trzy godziny temu nakryłem ich w socjalnym!
No dobra, Logan czasami ma skłonności do koloryzowania, ale tym razem przesadził.
-Super. - odparł Matt, spoglądając na niego znad okularów. - To co? Możemy wracać do pracy? Mamy nawał przepisywania protokołów do prokuratury.
-Wy mi nie wierzycie? - jęknął zawiedziony.
-Oczywiście, że nie. - parsknęłam, odsuwając od siebie klawiaturę i sięgając do butelki z mrożoną herbatą. - James i... i Adams? Człowieku, tym razem naprawdę za dużo tego wziąłeś.
-A ja uważam, że to nie jest możliwe. - dodał Matt. - Nie po tym co przeszła.
Adams coś przeszła? Ona ta twarda baba, która na moich oczach sprała gościa trzy razy większego od niej? W sumie... Nie za wiele o niej nie wiedziałam.
-Co masz na myśli? - zmarszczyłam brwi z zaskoczeniem. - Co takiego przeszła Adams?
-Nie powinienem mówić. - pokręcił głową. - To nie jest etycznie.
-Mów. - pogonił go Logan.
-Nie przy tobie. - zachichotał, zwracając się do Logana. - Zapomnij.
-Obiecuję, że nic nie powiem. - odpowiedział, unosząc dwa palce ponad swoje ramię.
Matt zawahał się na chwilę. W końcu wstał i wyciągnął z dna szuflady zwykłą, szarą teczkę.
-Adams została zgwałcona w wieku czternastu lat. - oznajmił w końcu i i rzucił mi ta teczkę na biurko. - Dowiedziałem się rok temu. Znalazłem jej stare papiery. Nawet ona nie ma o tym pojęcia. Skopiowałem i schowałem. Na wszelki wypadek.
Uniosłam brwi i otworzyłem folder. Westchnęłam, przeglądając skserowane papiery.
-Na prawdę. - odparłam, podnosząc głowę. - Przez dwa lata jeden z nauczycieli dopuszczał się na uczennicach nadużyć seksualnych. Sprawa wyszła, kiedy Sprawca gwałcił Adams przed obiektywem jednej z kamer przemysłowych. Przy okazji wyszło, że była ofiarą przemocy domowej. Była pod opieką trzech psychologów. Kiedy zakończono terapię, zaczęła trenować sztuki walki.
Logan wyrwał mi teczkę i nerwowo zaczął wertować dokumenty. Odchyliłam się na krześle, próbując to jakoś ogarnąć.
-Nie! - pokręcił głową, jakby nie wierzył w to, co usłyszał. - Jak mogłeś nic nie mówić? Stary, przecież nas oszukałeś!
-Nie mogłem. - odpowiedział. - I wy też nie możecie nikomu powiedzieć!
-Jasna sprawa. - pokiwałam głową.
-Tobie wierzę, ale jak Logan komuś wygada, będę musiał go ukatrupić w kretyńskim wypadku na parkingu. - powiedział, wciąż mierząc Logana spojrzeniem.
(Kendall)
-Co mamy? - usłyszałem głos Adams i odsłoniłem parawan za którym leżała dziewczyna w stroju do szermierki.
-Dzień dobry. - pokiwała głową.
-Łał... - powiedziała przeciągle, spoglądając na szpadę wbitą naprze wylot w jej udo. - Dziewczyno, jak to się stało?
Dziewczynka wywróciła oczami i uniosła się na przedramionach. Wzięła głęboki oddech, żeby jakoś zebrać słowa.
-Czy wszyscy muszą tak reagować? - jęknęła. - Pojedynkowaliśmy się, jak to było ustalone, ale nikt z nas nie przewidział, że ta kretynka posmaruje szpadę olejem. I jakoś tak się ześlizgnęło przy blokowaniu. Prawie wygrałam!
-A nie mogliście wziąć ćwiczebnych szpad? - zapytała Adams, zakładając rękawiczki, żeby zbadać zranienie. - Byłoby bezpieczniej.
-Niby tak, ale prawdziwe są lepsze. - wzruszyła ramionami. - Lepiej wyważone i znacznie cieńsze. Nie cierpię gumowych floretów. Są do bani. Wyrosłam z nich w podstawówce.
-Od jak dawna trenujesz? - zagadałem, pomagając jej usiąść.
-Od dwunastu lat. - odpowiedziała. - Miałam trzy latka, kiedy wujek zaprowadził mnie na pierwsze zajęcia, a rok później dostałam swoją pierwszą szpadę. Nie prawdziwą. Drewnianą, ale doskonałą miniaturę. Szkoda, że zginęło przy przeprowadzce.
-A jak masz na imię? - zapytała, nakładając drugi opatrunek.
-Lizzie. - odpowiedziała. - Dodzwoniliście się do mojego brata?
Zapytała z nadzieją.
-Jeszcze nie. - pokręciłem głową. - Jego komórka nie odpowiada.
-A próbowaliście na służbowy?
-Nie. A czym zajmuje się Twój brat? - zapytałem, podając jej kolejną dawkę mieszanki leków przeciwbólowych.
-Pracuje w serwisie. - Odpowiedziała. - Znaczy... naprawia elektronikę. Jest najlepszy w sklepie. Naprawi każdy komputer w mniej niż godzinę.
(Logan)
No ja pierdzielę! Adams zgwałcona? Tego jeszcze nie było. Może i stara sprawa, ale nie miałem o tym pojęcia. Po tym jak Matt skutecznie mnie zastraszył, nie miałem ochoty z nikim o tym rozmawiać. Nawet Alexie. Chociaż, ciekawe, czy James o tym wie? Przecież mógłbym go zapytać. Przecież za to Matt nie powiesi mnie na jajach. Bo jeśli James już o tym wie, to nie będzie się liczyło. A jeśli nie wie... trudno. Może wtedy nie będzie się dawał Adams tak wykorzystywać.
Tak! Taka jest prawda! Adams wykorzystuje Maslowa. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Uprawia z nim seks. A może nie tylko seks? Może to już regularny romans z prawdziwego zdarzenia? Tylko po cholerę im ta przyczajka? Przecież, jakby powiedzieli, że lubią się od czasu do czasu pobrykać po kontach. Może przez kilka dni byłaby to jakaś sensacja, ale nie skandal na światową skalę. Po pewnym czasie ludzie by się przyzwyczaili.
-Logan, możesz... - wymamrotała Alexa, przywołując mnie do siebie.
Zmarszczyłem brwi, podchodząc do niej bliżej.
-Masz. - powiedziała w końcu. - Musisz coś zobaczyć.
Zmarszczyłem brwi i zabrałem jej kopertę. Otworzyłem usta na widok adresu jednostki wojskowej.
-Nie... - pokręciłem głową.
-Trzeba powiedzieć Mattowi. - wymamrotałem.
Taki list dostał członek rodziny żołnierza, kiedy ten umierał. A to znaczy, że jego ojciec nie żyje.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

No, to już wiadomo, o co chodzi z tą Adams. Ręce w górę, kto się domyślał. 
Nie mam siły nic pisać, głównie przez gorączkę. Jakby komuś się nudziło na Stadzie i na Szkole dla mutantów pojawiły się nowe notki. Wiele tam nie ma i z łatwością można nadrobić. Smutno mi, bo nikt się nie odzywa. 
No i mam nadzieję, że ta notka się Wam podobała. Zachęcam do komentowania. To niewiele, ale dla mnie dużo znaczy. Nie ma, że boli, bo to nie boli. Ja komentuję ile mogę na blogach, które czytam. Nie ukrywam, że jest mi przykro, kiedy ktoś czyta, a nie komentuje bo mu się nie chce, czy coś tam. Dlatego proszę... poświęć się i daj mi trochę tej radości. To tylko kilka kliknięć. 
Trzymajcie się! Cześć!