środa, 28 września 2016

21. Tajemnica wyjdzie na jaw

(James)
Miałem już tego dość. Nie chciałem już tego ukrywać. A jednak działałem wbrew sobie i za każdym razem pozwalałem jej się do mnie dobrać. Nawet w tak dziwnym miejscu, jak socjalny w izbie przyjęć. Piąta po południu to godzina, w której to pomieszczenie jest wolne. Wszyscy piją kawę o czwartej po południu, albo wychodzą do marketu obok. Zawsze obok szpitala jest jakiś sklep. Co z tego, że każdy szpital ma bufet. Właściwie się nie dziwię. Dają tam ohydną kawę.
Po udanym seksie Mary zasnęła w moich ramionach. Lubiłem te momenty. Wtedy nic nie mówiła, a kiedy mówiłem, że ją kocham, nie odpowiadała, że postradałem zmysły, czy coś, jak to robi zazwyczaj. Wtedy wyobrażałem sobie, że daje mi to, czego dać mi nie chce.
Niemal podskoczyłem, kiedy przez dotąd zamknięte drzwi wypłynęła wiązka światła. Poczułem panikę i radość jednocześnie. Znaczy... chciałem, żeby ludzie się o nas dowiedzieli, ale bałem się, że się dowiedzą, Mary odstawi mnie nawet jako darmową męską prostytutkę. Spójrzmy prawdzie w oczy... Właśnie tak mnie traktowała.
-Wezmę tylko butelkę mrożonej herbaty i wracam... - zawołał Logan, wchodząc do pokoju tyłem.
Zacisnąłem zęby, przygotowując się na wielki wybuch. To zaraz się zacznie...
-Łał... - podsumował krótko, patrząc, jak leżymy ściśnięci na kanapie. - Ty i... Adams? To tak na serio? Stary, od jak dawna?
-Ani słowa... - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - I spadaj...
Logan wciąż gapił się na nas, sięgając po butelkę Nestea. Potem cicho się wycofał i zamknął za sobą drzwi. A Mary wciąż spała w najlepsze. Jedno dobre.
(Lira)
Weszliśmy do mieszkania Kendalla. Byłam w nim wcześniej tylko dwa razy. Było całkiem przytulnie, tylko tym razem... było znacznie czyściej.
-Posprzątałeś. - stwierdziłam, zdejmując kurtkę i zawieszając ją na jednym z haczyków.
-I tak się nie starałem. - odpowiedział, wzruszając ramionami. - To Kenneth jest pedantem. Kevin to fleja. Ale zawsze muszę sprzątać na jego przyjazd, bo zawsze robi mi syf. Gdybym nie posprzątał, nie mógłbym później dojść do ładu.
-Jasne... - westchnęłam. - Mówisz jak Leon. Jego przyrodnia młodsza siostra jest nie do ogarnięcia. Nadaje dosłownie przez cały czas.
-Poznałaś ją? - uniósł brwi, wyciągając z zamrażalki dwie duże pizze do mikrofalówki.
-Pewnie. - uśmiechnęłam się szeroko. - Kiedyś zabrał mnie do Argentyny. Przedstawił całej rodzinie. A jego rodzina... jest całkiem spora.
-To miło z jego strony. -odparł, nastawiając podgrzewanie na kilka minut.
-Wiesz, że możesz podwyższyć temperaturę i będzie się grzała szybciej?
-Wiem, ale chcę ją tylko rozmrozić. Nie ma nic gorszego niż pizza z mikrofalówki. Wyciągniesz dwie płaskie blachy? - poprosił.
-Jasne. - odpowiedziałam, zaglądając do piekarnika.
(Kendall)
-Czujesz się dobrze? - zapytał Kevin, patrząc na Lirę podczas kolacji.
-Jasne. - odpowiedziała, kiwając głową. - Po prostu jestem zaskoczona, bo nie wiedziałam, że Kendall ma brata.
Pokręciłem głową, krojąc kolejny kawałek dla Kevina. Ten to miał apetyt...
-Dwóch braci. - zauważył. - Jest jeszcze Kenneth.
-Jasne. - westchnęła ciężko. - Wybacz, wciąż trawię te informacje.
Zapadła cisza. Nawet trochę niezręczna. Popatrzyłem z niepokojem na Kevina, który tylko uniósł dłoń z niepokojem.
-Czyli... Pracujesz w opiece społecznej? - zagadał do niej.
-Tak. - pokiwała głową. - Głównie działamy na izbie przyjęć, chirurgii i psychiatrii... Wiesz, tam gdzie trzeba więcej pogadać.
-Lira jest jeszcze kuratorem sądowym. - dodałem, odkładając widelec na bok. - Ma wielu podopiecznych. Kilku z nich pomogła znaleźć pracę.
-To bardzo fajnie. - pokiwał głową. - Gratuluję, masz pracę z misją. Też bym tak chciał.
-A czym Ty się zajmujesz?
Po pytaniu Liry Kevin spłonął rumieńcem tak bardzo, że nawet uszy miał czerwone. Wiedziałem, że wstydzi się swojej pracy, chociaż miał zupełnie inne plany.
-Kevin gra na klawiszach. - odpowiedziałem za niego, widząc, ze przez gardło mu to nie przejdzie. - W kapeli weselnej. A chciał zostać gwiazdą rocka.
Lira uniosła brwi, spoglądając na niego z zaskoczeniem.
-Jest Ci głupio? - zauważyła. - Nie potrzebnie. Żadna praca nie hańbi.
-Bracie... - zwrócił się do mnie. - Co jak co, ale na dziewczynę trafiłeś świetną. Nie wyśmiała mnie!
(Carlos)
-Nie uwierzycie! Nie uwierzycie! - zawołał Logan, wpadając do biura Liry i Matta.
Podniosłem głowę znad biurka i spojrzałam z nadzieją na Matta, który siedział na kanapie. Nie chciałem wiedzieć, jakie „nowiny” tym razem przynosi.
-Nawet nie chcemy słuchać. - odpowiedział z pełną powagą.
-Maslow puka Adams! - wrzasnął mi do ucha. - Ale bądźcie z tym raczej dyskretni, bo zabronił mi mówić. Wiecie, tajemnica.
Popatrzyłem na niego spode łba. Nie uwierzyłem w ani jedno jego słowo.
-Wymyśliłeś to na poczekaniu, prawda? - zapytał Matt, z bezlitośnie obojętnym wyrazem twarzy.
-Ty mi nie wierzysz? - jęknął, jakby jeden z nas przynajmniej przeleciał jego matkę.
-Ja tez Ci nie wierzę.- dodałem, kręcąc głową. - To najprawdziwsza prawda!
-To samo mówiłeś, kiedy dałeś dzieciakowi z koszmarami syrop klonowy rozpuszczony z mrożonej herbacie dla dietetyków i powiedziałeś, że to „Eliksir spokojnego snu”.
-Ale zadziałało! - zawołał. - To się nazywa efekt placebo!
Prychnąłem, kręcąc głową. Byłem przeciwny takim fortelom, ale miałem głęboko gdzieś co się dzieje między Jamesem a Adams. Adams to dość atrakcyjna kobieta w dojrzałym wieku, ale wszyscy wiedzą, że to zagorzała feministka. I pewnie od lat nie uprawiała seksu. No... przynajmniej się porządnie wysypia.
(Lira)
-Było fatalnie. - jęknęłam, kiedy za Kevinem zamknęły się drzwi.
-Coś ty. - objąłem ją ramieniem. - Polubił Cię. A jeśli mam Cię pocieszyć, to wiedz, że Kenneth jest znacznie bardziej taktowny od Kevina.
-A on kiedy przyjeżdża? - zapytałam, spoglądając na niego z dołu.
-W lipcu. - odpowiedziałem. - Ale tym razem z noclegiem.
Jęknęłam jeszcze raz, dając się poprowadzić do pokoju. Szczerze mówiąc, inaczej wyobrażałam sobie poznanie rodziny Kendalla. Właściwie to wcześniej nie miałam pojęcia, że wciąż jeszcze jakąś ma.
-Dlaczego nie powiedziałeś, że masz dwóch braci? - zapytałam, zabierając ze stołu brudne talerze. Razem z rysunkiem Kevina na serwetce, przedstawiającą pewną nieprzyzwoitą scenkę. - czemu zrobiłeś z tego taką wielką tajemnicę?
-Nie zrobiłem z tego tajemnicy. - pokręcił głową, wkładając naczynia do zmywarki. - Po prostu nie widziałem potrzeby, żeby o tym mówić.
-Ktoś wiedział wcześniej? - zapytałam, nie chcąc żeby zabrzmiało to jak oskarżenie.
-Logan i Adams. - odpowiedział, podnosząc głowę. - Logan dowiedział się na studiach, kiedy wrócił wcześniej z randki, a Adams... przekazywała mi wiadomość, że Kevin miał wypadek i był w ciężkim stanie. Jakoś za specjalnie jej to nie obchodziło, ale bez problemu dała mi urlop, żebym mógł pojechać do Kansas.
-Nawet tego nie pamiętam. - odparłam.
-Nie znaliśmy się wtedy jeszcze. - pokręcił głową z delikatnym uśmiechem. - Byłem wtedy praktykantem. W sumie, to nie było takie złe. Żyłem na luzie. Nic mnie nie obchodziło. Może z wyjątkiem tego, że chciałem być najlepszy.
-Jeszcze kiedyś będziesz najlepszy. - powiedziałam łagodnie.
-Już powoli przestałem się łudzić. - odparł, wkładając do zmywarki kapsułkę. - Teraz mogę być już tylko dobry.
-Już jesteś dobry. Później będziesz lepszy.
(Logan)
-No weź mi powiedz, dlaczego nikt mi nie wierzy? - jęknąłem, siedząc naprzeciwko Alexy.
-Pewnie dlatego, że nikogo to nie obchodzi. - odpowiedziała wprost. - Wiesz, jak to jest... Całymi dniami wypatrujesz jakiejś intrygi, a jak ją znajdziesz, to rozgłaszasz o tym po całym szpitalu. A to nie jest fajne.
Spojrzałem na nią spode łba i wywróciłem oczami.
-Ty też mi nie wierzysz, prawda? - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Nie wymyśliłem sobie tego, przysięgam.
-Logan, ale ja Ci wierzę. - odpowiedział matczynym tonem. - Tylko zostaw tą sprawę w spokoju, bo to nie jest Twój interes.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No i w ten sposób Lira poznała Kevina. Myślicie, że Lira ma prawo się czuć tak, jak się właśnie czuje, czy powinna się trochę rozluźnić? A Logan... nakrył Jamesa i Adams. No trochę dziwnie to wyszło, ale nie trudno się domyślić co Logan teraz zrobi.

Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 21 września 2016

20. Trening czyni mistrza

(Kendall)
Od pierwszego pocałunku od pierwszego pocałunku minął już tydzień. Nawet wyszło nam to na dobre, bo... Lira też mnie kocha. W prawdzie na razie wolimy się z tym nie odnosić, ale mieliśmy prawdziwego farta, bo korytarz był wtedy pusty.
-Kendall! - zawołała Alexa, wbiegając do pokoju lekarzy. - Będziesz potrzebny na izbie przyjęć! Wiozą nam grupę dzieciaków, którzy grali w hokeja na niezabezpieczonym lodzie. Wszyscy wpadli do rzeki. Trzeba szybko działać.
Podniosłem się z kanapy i wziąłem ostatni łyk kawy. Odstawiłem kubek na stolik przy którym czytałem gazetę. Żaden magazyn medyczny. Zwykłe czasopismo z recenzjami. I to przez kilku lat.
Wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Przez chwilę miałem wrażenie, że Alexa o czymś wie. A przecież Lira mówiła o tym tylko Leonowi, chociaż może i nie. Czy Alexie też o tym wspomniała? Może...
-Ilu poszkodowanych? - zapytałem, wychodząc z nią na zewnątrz i wkładając jednorazowe rękawiczki, które miałem w kieszeni.
-Sześciu. - odpowiedziała, stając na mrozie. - Ośmiolatki. Grali trzech na trzech, po drugiej rundzie lód się pod nimi załamał. Dwóch wydostało się samodzielnie. Później próbowali wyciągnąć kolegów. Wołali o pomoc. Zareagowało dwóch bezdomnych. Wyciągnęli resztę. Kiedy przechodnie zorientowali się co jest grane wezwali pomoc.
Zamrugałem z wrażenia. Nie spodziewałem się czegoś takiego ze strony bezdomnych. Tacy ludzie zwykle dostają od życia najmocniejszego kopa i maja gdzieś co się wokół nich dzieje.
-A ci bezdomni? - zapytałem z cieniem troski i ciekawości. - Wszystko z nimi w porządku?
-Trochę przemarznięci. - odpowiedziała. - Mieszkają pod mostem. Podobno uodpornili się na zimno. Lira szuka dla nich ośrodka z wolnymi miejscami. W najbliższym się kąpią i piorą im ubrania. Posiedzą w świetlicy, pooglądają telewizję... i dostaną ogromną porcję gorącej zupy.
-Skąd wiesz? - zachichotałem.
-Dyspozytorka wszystko mi streściła. Pamiętasz Mandy? Kiedyś była tu recepcjonistką...
-Pamiętam. - odpowiedziałem, cicho się śmiejąc. - Wyleciała za wdanie się w bójkę z pacjentem.
-To była akcja! - przyznała ze śmiechem.
Nie zdążyliśmy powiedzieć nic więcej, bo podjechały dwie karetki. Tych miałem wziąć na siebie. A jak ich w miarę ogarnę... Zająć się resztą.
Jak dotąd mój rekord, to ośmiu pacjentów przyjętych równolegle. Nigdy więcej takiej powtórki. Jeśli Adams mi tak każe, otwarcie mówię, że nie dam rady. Jako lekarz mam pomagać. A nie szkodzić. Tamtego dnia umarło pięć osób z tych ośmiu, a ja męczyłem się wyrzutami sumienia, że nie zrobiłem wszystkiego co mogłem, żeby ich uratować. Teraz, kiedy ktoś mi umiera, przynajmniej mam pewność, że zrobiłem wszystko, co byłem w stanie, żeby tego kogoś uratować.
Kiedy podjechała pierwsza z karetek, wyprzedziłem Alexę i pomogłem otworzyć drzwi. Ratownicy wyprowadzili na noszach chłopca zmarzniętego niemal na kość.
-Ten wydostał się samodzielnie! - zawołał Adrian. - Hipotermia, świszczący oddech i wyrywkowe zaburzenia świadomości. Zorientowany.
Czyli nie jest tak źle.
Pomogłem go popchnąć w kierunku izby przyjęć i w międzyczasie obróciłem się, żeby sprawdzić co z tym drugim.
-Temperatura głęboka trzydzieści jeden, zaintubowany, akcja serca spowolniona... - krzyczała Marey, oddając go Alexie, a ona razem z Adamem wprowadziła go do jednej z urazówek.
Adam pracuje tu od wczoraj. Alexa, Abby i Ellie mówią, że to „niezłe ciacho”, w czym nie było nic dziwnego. Facet był dość atrakcyjny. Był wysoki, miał gęste czarne włosy, a jego scrub ledwo mieścił bicepsy. Co było jednym z powodów do obstawianiu zakładów wśród lekarek: „która pielęgniarka wyrwie go pierwsza”. A, przepraszam... lekarek i Logana. Postawił dwadzieścia dolców na Lily. Jedno dobre, że mnie w to nie miesza.
-Ściągnijcie dwie aparatury do krążenia pozaustrojowego i trzy dmuchawy. - zawołałem, widząc jak do pokoju obok wjeżdża dwóch w podobnym stanie. - Miało być sześciu, gdzie dwóch pozostałych?
-Zostawiliśmy ich w Szpitalu Dobrego Samarytanina. - odpowiedziała Marley. - Byli w lżejszym stanie. Nie wiem, co z nimi, jak będą nalegać, to zdzwońcie.
Bez słowa sięgnąłem po podkładkę ze świeżą kartą i rozejrzałem się po pomieszczeniu. No jasne, dlaczego byłem zaskoczony?
-Czy ktoś mi może powiedzieć, gdzie się podziewa Logan?!
(Lira)
-Jedziesz do tego przytułku? - zapytał Leon, idąc tyłem przez ośnieżony chodnik.
-Tak, osobiście załatwię tym bezdomnym gorącą zupę przynajmniej tylko do końca zimy. - odpowiedziałam, odkręcając go, żeby znowu szedł normalnie.
Byliśmy na miejscu, zabierając rzeczy chłopców, którzy już zostali zabrani do szpitala. Nie wiedzieliśmy jak się nazywają, a musieliśmy powiadomić ich rodziców.
-Czujesz się dobrze? - zagadał w samochodzie, kiedy przeszukiwaliśmy jeden z plecaków.
-Jasne. - mruknęłam. - O, jest zdjęcie. Ten trafił do nas.
-Do nas? - uniósł brwi, jak wertowałam zeszyt w poszukiwaniu numeru telefonu.
-Do naszego szpitala. - wyjaśniłam, znajdując rząd cyfr w rubryczce na numer do rodziców. - Dzisiaj Kendall i Logan mają wspólny dyżur. Znowu... Nie mam pojęcia, kto tak układa te grafiki.
-Dobra, daj... - wymamrotał, zabierając mi zeszyt i wykręcając numer we własnym telefonie.
Obserwowałam, jak czeka na połączenie i jednocześnie ścisza radio niemal do zera. No tak, Elvis Presley to nie jest najlepszy soundtrack do informowania matki o urazie synka.
(Logan)
Kiedy podłączyliśmy wszystkie sprzęty do tych dzieciaków mieliśmy chwilę spokoju. Znaczy prawie, bo musieliśmy jeszcze poinformować rodziców.
-Będzie dobrze. - powiedział Kendall, zanim jedna z matek zdołała się odezwać. - Za godzinę chłopcy odzyskają przytomność.
-Dzięki Bogu. - westchnęła jedna z nich. - Wallie zawsze powtarza, że trening czyni mistrza.
-Już wcześniej chodzili na to lodowisko i nie działo się nic złego. - powiedziała druga obecna mama. - Nie mam pojęcia, dlaczego lód załamał się właśnie teraz.
-Tej nocy było ponad czterdzieści stopni poniżej zera. - zauważyłem. - Lód mógł trochę skruszeć. Ale to nie zmienia faktu, że dzieci nie powinni chodzić na takie „lodowiska”. W mieście są profesjonalne ośrodki, gdzie dzieciaki mogłyby trenować.
Trzy mamy popatrzyły po sobie z zastanowiłem i z lekką niezręcznością. Zmarszczyłem brwi, widząc, że jest im głupio.
-Nie możemy. - powiedziała w końcu ta druga. - Wszystkie lodowiska są drogie. Trzeba zapłacić krocie za kawałek wolnej przestrzeni, a wśród jeżdżących nie mogą trenować.
-A dom kultury? - zauważyłem. - Z tego co wiem, tam lodowisko jest za darmo.
-A ponieważ wystarczy im kawałek zamarzniętej rzeki, trzy ławki i oblodzone boisko też powinno być okey. - dodał Kendall.
-Jeszcze o tym porozmawiamy. - powiedziała trzecia mama, która do tej pory się nie odzywała. - Ale teraz chłopcy muszą wrócić do zdrowia.
Skinęliśmy głowami i oddaliliśmy się w stronę pokoju dla lekarzy.
(Kendall)
To nie był zwyczajny dyżur. Przynajmniej do pewnego momentu. Praca przy czterech chłopcach jednocześnie, nawet przy pomocy Logana i pięciu pielęgniarek to niezła harówka.
-Czytałeś? - Logan podniósł ze stolika gazetę, którą przeglądałem. - Recenzja „Wilka z Wall Street”? Myślałem, że nie lubisz takich filmów.
-Nie wiem, czy lubię, ale dzisiaj będzie emisja, a Kevin będzie chciał to oglądać. - oznajmiłem, dopijając swoją kawę, która przez ten czas już całkiem ostygła.
-Właśnie, powiedziałeś już Lirze, że masz dwóch braci? - zapytał, jakby to było coś niewinnego.
Niemal natychmiast zgromiłem go spojrzeniem. Czy on zawsze musi zauważać te rzeczy, które są dla mnie tak bardzo niewygodne? To mój najlepszy przyjaciel, uwielbiam go, ale czasami doprowadzał mnie do szału. Jego zdaniem to BYŁO coś niewinnego. Właściwie tylko on wiedział, że mam dwóch starszych braci. Wydało się, kiedy Kenneth wpadł bez zapowiedzi, a wtedy mieszkaliśmy razem. Tak na marginesie... Logan jest okropnym lokatorem. Wszędzie zostawia brudne ciuchy, a jakby tego było mało, jest w stanie nie zmywać nawet przez miesiąc i jakoś go nie interesowały naczynia, które tylko przekładał z miejsca na miejsce i hodował na nich pleśń.
-Dlaczego miałbym jej to teraz powiedzieć? - wymamrotałem, pochylając się nad komodą i wyjmując z szuflady nowy wkład do ekspresu.
-Czy ja wiem? - wzruszył ramionami. - Pewnie dlatego, że jest teraz Twoją dziewczyną!
Ostatnie zdanie wykrzyczał tak głośno, że miałem ochotę na niego wskoczyć i zakryć mu usta dłonią. Jeszcze tego by brakowało, żeby teraz się wydało. O nie, to jeszcze musiałem obgadać z Lirą. Bez jej zdania nie mogę nikomu powiedzieć.
-Skąd to wiesz? - wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
-No wiesz... przez trzy miesiące nie odzywaliście się do Ciebie ani słowem, a potem BACH! I znowu jest normalnie!
(Lira)
-Cześć skarbie. - usłyszałam cichy głos Kendalla, który wszedł do mojego mieszkania, kiedy kroiłam warzywa. - Może przeniesiemy się do mnie?
-Do Ciebie? - uniosłam brwi, odsuwając się na kilka centymetrów z jego objęć. - A coś nie tak z moim mieszkaniem?
Musiałam przyznać, że po powrocie ze szpitala zachowywał się przynajmniej dziwnie. Mogłabym przysiąc, ze jego policzek był gorący, chociaż nos wydawał się lodowaty.
-Nic nie jest nie tak. - pokręcił głową, siadając na skraju blatu. - Po prostu... Chciałbym Ci kogoś przedstawić.
-Kogo? - zapytałam powoli, zaczynając się bać.
-Mojego brata. - odpowiedział z taką miną, jakby spodziewał się, że zaraz uderzę go w twarz.
-Co? - otworzyłam szeroko oczy, nie wierząc własnym uszom. - To Ty masz brata?
-Tak właściwe mam dwóch braci.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Namyśliłam się. Kendall jednak zachowa braci. Ale opis zostanie taki jak jest, bo sam Kenny robi w szpitalu wielką tajemnicę. A Wy jak myślicie? Jak zareaguje Lira, kiedy pozna Kevina?
Na razie związek jest dość skromny, ale cierpliwości. To jest za czasów, kiedy pisałam notkę dziennie, więc to się dłuży.
Poza tym, teraz piszę notkę nr 90. Dziesięć do końca. Wszystkie moje większe opowiadania mają po sto notek. To będzie jedno z tych trzech. Publikować będę normalnie przez cały rok, ale kiedy skończę, zabiorę się za jednorazówkę. Skończę jednorazówkę, zacznę obmyślać nowy projekt. Nie wiem, ile będzie miał notek, ale raczej nie sto. To jest taki mój ramowy plan działania. Wydaje mi się, że wystarczy mi na to pięć tygodni, żeby móc opublikować jednorazówkę na ćwierć opublikowanych notek. Potem jeszcze będzie o tym oddzielny post, więc nic już nie gadam, bo to na razie tylko plan. Nie powiem teraz, co będzie na półmetku, ale cały post jest już praktycznie gotowy. Brakuje tylko skróconej statystyki.

Mam nadzieję, że ta notka się Wam podobała. Przypominam o Stadzie i o Szkole dla Mutantów. Nie zostało tym blogom za wiele czasu, ale też jest mi smutno, że jest takie skromne zainteresowanie. Komentujcie, proszę, bo to na prawdę daje siłę do dalszego pisania. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 14 września 2016

19. W obliczu najgorszego

(Kendall)
Minęły już trzy miesiące, a Lira wciąż odzywała się do mnie tylko wtedy, jeśli to było naprawdę konieczne. Wszelkie moje próby jakiegokolwiek porozumienia urywała i uciekała zbywając byle jaką wymówką w stylu „Wybacz, muszę znaleźć Carlosa.” albo „Obiecałam Alexsie cappuchino z cukierni obok, będę za kwadrans”, a ja musiałem przyznać, że powoli miałem tego dość.
-Kendall, są wyniki morfologii tego komika, który się śpieszy na występ. - oznajmiła Alexa, niespodziewanie kładąc przede mną białą kartkę papieru z pieczątką laboratorium.
Przebiegłem spojrzeniem po tekście i ukryłem twarz w dłoniach. No świetnie, musiałem powiedzieć facetowi, że umiera. Po prostu cudownie.
-Muszę iść. - powiedziałem, szybko zgarniając z biurka wyniki badań i pośpiesznie podpinając je do podkładki. - Dzięki.
Nie usłyszałem jej odpowiedzi. Wybiegłem na urazówkę, rozglądając się po żaluźnianych oknach. Mark coś wspominał, że przeniesie go do innej sali. Ale na szczęście nie zdążył, bo facet leżał tam, gdzie wcześniej. Wszedłem do środka zamykając za sobą drzwi.
Bałem się, okropnie się bałem. Jeśli miałem wyznać co w pracy lekarza jest najgorsze, to właśnie jedno: informowanie ludzi o śmiertelnych chorobach. Niby powinienem się przyzwyczaić, czy coś, ale nie potrafiłem. Jeśli miałbym się zamienić, już wolałbym dziewiędziesięciosześcio godzinny dyżur na izbie przyjęć. Ale wiedziałem, że taka zamiana jest niemożliwa. Oczywiście nie można pominąć tej sprawy, kiedy w pokoju ratujemy człowieka i wiemy, że nie da się nic więcej zrobić, a obok stoi jego rodzina. Ale to była dla mnie inna kategoria.
-Panie Roberts, muszę panu coś powiedzieć. - oznajmiłem, stając naprzeciwko niego.
Facet wciąż był przeraźliwie blady i miał czerwone, podkrążone powieki. Ale ja musiałem zachować zimną krew. Wyprostowana pozycja, pewne spojrzenie, na tyle blisko łóżka, żeby móc poklepać go po ramieniu. Tak jak uczyli na szkoleniu.
-Proszę mówić. - oznajmił takim tonem, jak zawodowy aktor teatralny podczas przedstawienia. - Jestem przygotowany... na najgorsze.
-Jest pan chory na białaczkę. - powiedziałem wprost, gotowy, żeby go jakoś pocieszyć, ale jego reakcja przerosła moje najśmielsze oczekiwania.
-Dzięki Bogu! - zawołał z nadnaturalnym entuzjazmem. - Już się bałem, że to rak.
Spojrzałem na niego z zaskoczeniem. Kompletnie mnie zatkało. Ludzie zwykle inaczej reagują na taką wiadomość. A tutaj miałem klasyczny przykład wyparcia z elementami udawanej niewiedzy. Może powinienem wezwać Carlosa? Albo Lirę. Wiem, że to nie jej działka, ale każdy powód jest dobry, żeby podjąć jakąkolwiek próbę rozmowy w nadziei, że temat zejdzie na mój nocny wybryk.
-Ale białaczka to rak. - wyjaśniłem, idąc w zaparte. - Rak krwi.
-Przecież wiem. - odparł, wciąż wydając się jeszcze bardziej zmęczony niż jeszcze kilka sekund temu. - Nie przechodzę przez to po raz pierwszy. Może być pan pewny.
Czyli nici z wzywania Liry... To szukamy innej wymówki.
(Lira)
-Tu masz dokumenty Lucy. - oznajmiłam, podając Leonowi szarą teczkę. - A tu jest zbiór materiałów prasowych o dziwnych zaginięciach dzieci z ostatnich trzech lat. Wybrałam te, które są nierozwiązane i pasują do schematu waszej sprawy.
Rzuciłam mu na wyciągnięte ręce dość pokaźny skoroszyt, który tak naprawdę miał trzy części, które były spięte ze sobą aksamitną wstążką.
-Łał... - uniósł brwi z podziwu. - Kiedy zdążyłaś to wszystko zrobić?
-Wiesz, jak się odpuszcza kilka imprez, to ma się czas na pracę. - odpowiedziałam.
Prawda była taka, że unikałam Kendalla na wszelkie możliwe sposoby. Kiedy wszyscy szli do Nemetonu, ja wciskałam Alexie i Loganowi kit, że muszę popracować i zostawałam w biurze. Oni nie nalegali. Głównie dzięki Alexie, która wiedziała, że nie lubię, kiedy mnie się zniechęca od pracy. Kochana...
-Właśnie, dlaczego nie chcesz chodzić do klubu? - zapytał, siadając na skraju stolika do rozmów z rodzinami. - Jeszcze z nim nie gadałaś, co nie?
-Nie. - odpowiedziała krótko, odkręcając się do niego plecami i wyciągając z segregatora jedną z teczek z sądu. - I nie mam zamiaru, dopóki oboje nie ochłoniemy.
-Tak naprawdę, to chciałbym, żebyś powiedziała mu, że prokuratura chce go powołać jako biegłego w sprawie Lucy.
-Co? - pisnęłam oburzona. Musiało to mi wyjść na tyle głośno, że Matt podniósł głowę znad swojego zaległego protokołu. A podobno nasze pokoje nie przepuszczają dźwięków. Ta... jedna wielka bujda. Adams sama mi mówiła, że drzwi kosztowały pięćdziesiąt dolców i to z zamkiem. - Chyba sobie żartujesz?
-Nie. - pokręcił bezlitośnie głową. - Ty jesteś od kontaktów prokuratora z lekarzami. A ja osobiście wolałbym, żebyś to Ty pogadała z prokuratorem.
-Może się powtórzę... - zaczęłam, siląc się na spokój. - Ale dlaczego właśnie ja?
-A no dlatego, że prokurator, który prowadzi tę sprawę jest tępym bubkiem bez kręgosłupa moralnego. - wyjaśnił zadziwiająco spokojnie, wyciągając z kieszeni ten swój latynoski akcent. - Mówiąc delikatnie, nie specjalnie za sobą przepadamy.
Spojrzał an mnie wtedy tymi swoimi wielkimi oczami. Co to ma być? Czy on mnie błagał, żebym odwaliła za niego robotę z człowiekiem, którego nie znosi? Ygh! A coś mi mówiło, je jeszcze pożałuję tego pierwszego razu, kiedy mnie w coś takiego elegancko wplątał.
-Dobra. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - dawaj to wezwanie i przestań na mnie tak patrzeć.
-Dzięki. - odpowiedział z szerokim, bezczelnym uśmiechem.
(Kendall)
-Wie pan co jest najlepsze w białaczce? - zagadał pan Roberts, kiedy zmieniałem mu worek z krwią. - Wszyscy Cię odwiedzają. Ostatnio wpadł trener z mojego liceum, a później była ta ładna dziewczyna z warzywniaka, która zawsze mi się podobała.
Nie odpowiedziałem, wciąż snując się po sali, sprawdzając, czy wszystko działa. Nie miałem jakoś ochoty na rozmowę, byłem pogrążony we własnych myślach. Przez chwilę było tak cicho, że podskoczyłem, kiedy drzwi otworzyły się z trzaskiem.
Do pokoju wpadła Alexa, trzymając tzw. „kaczkę”. O tak, teraz dopiero będzie zabawnie. Oczywiście poczucie humoru jest bardziej niż względne.
-Trzeba pobrać próbkę moczu. - oznajmiła, stawiając pojemnik na mocz na stoliku obok kardiomonitora i odwracając się bokiem, udając, że nie patrzy.
-Nie ma mowy. - pokręcił głową z nadzwyczajną powagą. - Siusiam na stojąco odkąd tylko pamiętam. Nie będę sikał na łóżku! Nie ma mowy!
Alexa spojrzała na mnie błagalnie, jakby chciała, żebym interweniował. Ale ja tylko pokręciłem głową, przystając na rację Robertsa.
-Możemy rozstawić parawany. - zaproponowałem, wskazując na zasłony w rogu pomieszczenia.
-Dziękuję! - wykrzyczał, unosząc ręce, jakby właśnie przebiegł maraton i jako pierwszy przerwał wstęgę. - Odzyskałem swoją męskość.
Pokręciłem głową z lekkim uśmiechem, kiedy Alexa pomagała mi rozstawić parawan. Facet na prawdę miał dar do rozśmieszania ludzi. Nawet nie chciało mi się myśleć o tym, jaki to jestem nieszczęśliwy.
Oboje pomogliśmy mu wstać i zająć to miejsce na terenie prowizorycznej toalety, którą przed chwilą wspólnie przygotowaliśmy.
-Naleję wody, żeby mógł pan umyć ręce. - powiedziała łagodnie, sięgając po jedną z większych nerek, do której zwykle się wymiotowało.
-Jest pani aniołem, nie kobietą. - odkrzyknął takim tonem, jakby właśnie się masturbował. - W końcu czuję się jak prawdziwy mężczyzna!
Pokręciłem głową, splatając ramiona na piersi. Nagle poczułem, jak ktoś zderza się z moimi plecami, a potem Rogers osunął się na podłogę tuż obok mnie. Odruchowo chwyciłem go za ramię, a Alexa w jednej sekundzie znalazła się obok mnie.
-Na łóżko? - rzuciła, jakby to było coś oczywistego i chwyciła go za drugie ramię.
-Na trzy. - oznajmiłem, trzymając go na tyle stabilnie, żeby znowu mi nie upadł. - Raz, dwa... trzy.
Wspólnymi siłami położyliśmy go na łóżku, który w rzeczy samej był wózkiem, ale na tylko zaścielonym, żeby móc na niego mówić „łóżko”. - Panie Rogers, słyszy mnie pan?
Potrząsnąłem go za ramię, żeby jakoś zmusić go do otwarcia oczu.
-Co się stało? - wymamrotał w końcu, wciąż trochę nieprzytomnie.
-Trochę się panu przysnęło. - odpowiedziała z życzliwym uśmiechem. - Pójdę odnieść próbkę do laboratorium. Na szczęście nie rozlało się zbyt dużo.
Wyszła, kiedy aplikowałem do kroplówki zawartość strzykawki z rozcieńczoną adrenaliną. To powinno poprawić jego samopoczucie przynajmniej na chwilę.
-Od razu mi lepiej, doktorze. - powiedział, podnosząc głowę.
-Wiem. - uśmiechnąłem się do niego, kręcąc głową. - I koniec z sikaniem na stojąco. To nie był najlepszy pomysł.
-Jak to? To jak ja teraz będę sikał? - zapytał łamiącym się głosem.
-Przez cewnik. - wzruszyłem ramionami, klepiąc go pocieszająco po ramieniu. - Poproszę Lily, żeby założyła. Jest jedną z najlepszych pielęgniarek. Z pewnością nie będzie bolało.
Podszedłem do szafki i wyciągnąłem jeden z zestawów do nakłucia. Trzeba poprawić wypadające wkłucie. Natychmiast.
Rozległo się ciche pukanie i do środka zajrzała Lira, jak zwykle trzymając pod pachą swoją bordową podkładkę.
-Możemy pogadać? - zapytała nieśmiało.
-Jasne. - pokiwałem głową, odkładając nieotworzony zestaw i ściągając jedną gumową rękawiczkę, którą zdążyłem założyć.
Zamigotała iskierka nadziei. Lira... chce pogadać. Ze mną.
-Całuj ją! Całuj ją! - zawołał Roberts, wymachując pięścią, jakby dopingował ofiarę „całuśnej kamery” na przerwie w meczu.
Pokręciłem głową, wychodząc na zewnątrz.
-Lira, jeśli chodzi o... - zacząłem, ale ona bez słowa podsunęła mi jakiś papier.
-Wezwanie do sądu. - oznajmiła, jakbym się nie odzywał.
I zgasła ta iskierka.
Chociaż może...
Co mi szkodzi? Olać rady Logana!
-Lira, kocham Cię! - powiedziałem na tyle poważnie, że wyciągnęła szyję, jakby chciała się upewnić, czy na pewno dobrze dosłyszała.
-Co? - wykrztusiła, ale ja nie odpowiedziałem. Tym razem pocałowałem ją tak naprawdę.
I jakie było moje zaskoczenie, kiedy poczułem, że to odwzajemnia.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nie wiem, czy kojarzycie, ale komik z białaczką pojawił się w „Ostrym Dyżurze”. Nawet pożyczyłam sobie kilka tekstów.
Dzisiejsza notka trochę na wesoło, ale myślę, że kilka osób powinno być zadowolonych. Jak Wrażenia? Komentujcie, komentujcie, bo dawno nic nie napisałam. I tym razem proszę Was, żebyście zinterpretowali tytuł, jak już skomentujecie. Po prostu jak napiszecie koma, to przed opublikowaniem, czy coś zastanówcie się, co może oznaczać tytuł notki. Proszę Was o to, ponieważ tą notkę czytały przed publikacją trzy osoby i każda z nich inaczej go postrzegała i jestem ciekawa, jak Wy go rozumiecie. 
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Jakby ktoś był ciekawy, to w piątek notka na Stadzie, a w poniedziałek rozdział na Szkole dla Mutantów. Obie te historie zostaną ukończone jeszcze przed końcem tego roku kalendarzowego i dla mnie byłoby fajnie, gdyby ktoś jeszcze się tam napatoczył. 
To już na tyle z mojej strony. Czekam na Wasze komentarze. Trzymajcie się! Cześć! 

środa, 7 września 2016

18. Czekolada

(James)
-Mary? - zacząłem, wchodząc do jej gabinetu przy izbie przyjęć.
-Proszę, nie zaczynaj. - wywróciła oczami, rzucając torebkę na biurko. - Dobrze wiesz, że nie będę z Tobą na ten temat rozmawiać. Najlepiej byłoby, żebyśmy zapomnieli o tym incydencie.
Incydencie? To, że wyznałem jej swoje uczucia nazywa incydentem? Nie mogę... Wiem, że rzadko mówi do mnie po nazwisku i nie chce przyznać, że tak naprawdę nie jest królową śniegu.
-Nie możemy udawać, że nic się nie stało. - zaprzeczyłem, zamykając za sobą drzwi. - Porozmawiajmy o tym chociaż ten jeden raz.
-Nie. - odpowiedziała nadzwyczaj spokojnie. - Nie mam zamiaru w tym grzebać.
-W takim razie za mnie wyjdź. - wypaliłem, zanim zdołałem się powstrzymać.
-Co? - zmarszczyła brwi. - Żartujesz sobie?
-Nie. - pokręciłem głową. - Wyjdź za mnie, choćby zaraz. Znam urzędnika, który...
Mary zmroziła mnie spojrzeniem. Widziałem, jak zaciska zęby, jak... płoną jej oczy. Starałem się zachować powagę, nie spuszczać z tonu, żeby ją przekonać, że ja tak na poważnie. Co ja mogłem zrobić? Chciałem sobie z nią ułożyć życie.
-Jesteś żałosny. - wykrztusiła w końcu. - Wyjdź stąd. I ochłoń, bo ja już nie mogę z Tobą wytrzymać. Zobaczymy się jutro wieczorem.
Zacisnąłem zęby i wyszedłem na zewnątrz. Nie miałem już do tego siły. Oparłem się o ścianę, wpatrując się w żaluzje za którymi stało biurko Mary. Jestem kretynem. Po prostu kretynem.
(Lira)
-Młoda nie powinnaś być w pracy? - zapytał Leon, siadając obok mnie na łóżku.
Nie miałam ochoty z nim rozmawiać. W ogóle nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Może to dziwne, ale po wczorajszym wieczorze...
-Możesz tak na mnie nie mówić? - wymamrotałam, chowając twarz pod kołdrę. - Jestem od Ciebie tylko trzy miesiące młodsza.
-Wiem, ale dla mnie zawsze będziesz „młodą”. - odparł, nie dając za wygraną. - No już, wstawaj. Już jesteś spóźniona.
-Nie jadę, wzięłam dzień wolny. - powiedziałam, z całych sił trzymając kołdrę na głowie.
-Dowiem się, co jest nie tak? - usłyszałam jego zmartwiony głos. - Ostatni raz wzięłaś wolny dzień, kiedy umarł mój ojczym. Co jest grane?
-Nic, mam okres. - wymamrotałam. Spod kołdry mój głos musiał być o wiele bardziej stłumiony.
Nie okłamałam go. Na prawdę dostałam okresu. Rzadko miałam boleści, ale tym razem się bez nich obyło. Po raz pierwszy używałam tego jako wymówki.
-Nie, no weź... - jęknął. - Zwykle wymiana podpasek ze śluzem łonowym i niewielką ilością krwi nie koliduje z Twoim planem zajęć.
-Znowu czytałeś poradnik dla młodych małżeństw, co nie? - zapytałam, odkrywając twarz i w końcu na niego spoglądając. - Oj, proszę Cię... Dlaczego po prostu nie oddałeś tej książki do antykwariatu? Byłby spokój.
-Czy ja wiem? - wzruszył ramionami. - To co tak naprawdę się stało?
I dlatego odkrycie koca z głowy było błędem, bo od lat Leon miał na mnie jeden nadzwyczaj skuteczny sposób. Spojrzenie. To przeklęte spojrzenie.
-Pocałował mnie. - rzuciłam bezlitośnie.
-Kto? - zmarszczył brwi z zaskoczenia. Możliwe, że miał podobną minę, jak ja wczoraj, kiedy wychodziłam z pracy.
-Kendall, a kto inny? - odparłam, siadając na łóżku. - Nie chcę go widzieć. Nie teraz. Nie potrafiłabym spojrzeć mu w oczy. Dzisiaj na pewno nie będę gotowa się z tym zmierzyć.
-Myślałem, że Ci się podoba. - zauważył.
-Bo podoba. - przyznałam mu rację, opuszczając stopy na podłogę. - Ale nie spodziewałam się, że tak zrobi. Nigdy w życiu. Na to nie byłam gotowa.
-A kiedy byś była, co? - zapytał łagodnie. Wciąż czułam na sobie jego spojrzenie. Ani myślałam się odwrócić i spojrzeć mu w oczy.
(Logan)
-Czyli... pocałowałeś ją? - otworzyłem szeroko oczy, kiedy Kendall opowiedział mi o tym, co się stało wczorajszej nocy.
-Tak, ale nie wiem, co mnie do tego skłoniło. - wzruszył ramionami, sięgając po jeden z kubków kawy i trzy pakowane drożdżówki, przekazując sprzedawcy dwa jednodolarowe banknoty.
Przekazał mi papierowy kubek i zabrał drugi, dla siebie. Staliśmy na ulicy, jak zawsze w trakcie popołudniowej przerwy piliśmy kawę od faceta pod szpitalem. Tutaj gość kosił niezłą kasę.
-Stary, wiedziałeś, że to się kiedyś wydarzy. - zauważył, idąc spacerkiem w stronę głównego wyjścia, obok którego Ellie paliła papierosa.
-Ale nie tak. - pokręcił głową z ciężkim westchnieniem. - Chciałem ją zaprosić do jakiegoś mniej ciemnego i głośnego miejsca niż Nemeton. Żeby było... wiesz? Romantycznie.
-Twoje marzenie o romantycznym pocałunku już sobie zaprzepaściłeś, ale to jeszcze nie koniec. - zauważyłem, stając naprzeciwko niego.
-Co Ty gadasz? - uniósł brwi, siadając na jednej z ławek. - Wszystko popsułem jednym głupim wybrykiem.
-Nie wszystko. - pokręciłem głową z satysfakcją. - Wciąż nie powiedziałeś jej, że ją kochasz.
Pokręcił głową, jakby już całkiem się poddał. Nie wiedziałem, dlaczego jest takim pesymistą. Chociaż to było lepsze od całej tablicy syfów w poczekalni.
-Logan, twój pacjent znowu krwawi! - zawołała Alexa, wychylając głowę zza głównych drzwi. - Nie możemy zatamować. Ruszysz się.
-Jasne! - odkrzyknąłem, wychylając zawartość kubka za jednym zamachem. - Dopij kawę i wracamy do roboty.
-Dokończę przy wypełnianiu papierów. - odpowiedział, idąc za mną. - Masz flamaster? Muszę podpisać kubek.
-Pewnie, trzymaj. - odwróciłem się, podając mu w biegu czarny marker, który trzymam w kieszeni fartucha. - Ale dołącz do mnie zaraz, bo sam sobie nie poradzę.
(Lira)
Po południu wyszłam z domu. Kiedy wysprzątałam całe mieszkanie na błysk, zdałam sobie sprawę, że zabrakło mi podpasek. Oczywiście, że nikt ich za mnie nie kupi, ale odruchowo pojechałam do marketu naprzeciwko szpitala. Kiedy wypełniłam całą reklamówkę, poszłam do cukierni. Miałam ochotę na gorącą czekoladę. I tak naprawdę...
-Czekolada? - usłyszałam za swoimi plecami głos Alexy. - I to w dzień wolny.
Usiadła naprzeciwko mnie. Wciąż miała na sobie niebieski Scrub a na szyi dyndał jej ten śmieszny wisiorek z gwiazdką.
-Kendall wygadał się Loganowi. - oznajmiła ostro, stawiając przed sobą papierowy kupek z cappuchino. Wiedziałam, że to coś jest w kubeczku, bo przychodzi tutaj tylko po to coś.
-Błagam... - jęknęłam. - Kto jeszcze wie?
-Carlos i Abby. - odpowiedziała, splatając dłonie na kolanach. - Nie przejmuj się, wymusiłyśmy na nich śluby milczenia. Dopóki wszystkiego sobie nie wyjaśnicie, nie pisną ani słowa.
-Łatwo Ci mówić... - wymamrotałam. - To samo powiedział mi Leon. Twierdzi, że nie ucieknę od problemów. Że prędzej, czy później będę musiała się z tym zmierzyć.
-Leon ma rację. - oznajmiła łagodnie, pochylając się trochę do przodu. - Lira, daj spokój... Rok temu powiedziałaś mi, że kochasz się w Kendallu. I co z tym robiłaś?
-Zupełnie nic. - pokręciłam głową. - Na kilka miesięcy udało mi się o tym zapomnieć. Normalnie z nim pracowałam. Skupiałam się na przypadkach. Dopiero przy Scottcie się zbliżyliśmy. Byłam tak blisko i wszystko zepsułam.
-A jak było? - zapytała, patrząc na mnie z wyczekiwaniem.
-Żartujesz sobie? Zwiałam po trzech sekundach.
(Kendall)
-Bombonierka i kwiaty? - rzucił Logan, spoglądając na rachunek z firmy kurierskiej. - Stary, o co Ci chodzi? Myślisz, że to w czymś pomoże?
-Na pewno muszę ją przeprosić. - oznajmiłem, zabierając mu kartkę i wciskając do szuflady. - Nie powinienem jej tak zaskakiwać.
-Z zaskoczenia, czy normalnie? - wzruszył ramionami, jakby niewiele go to obchodziło. - Co za różnica? Stało się i już.
Zignorowałem go i wyszedłem na korytarz. Nie obchodziło mnie, czy wyciągnie ten rachunek, czy nie. Nie chciałem z nim o tym rozmawiać. Najpierw sam chciałem to ogarnąć. Musiałem pójść do pacjentów z pożaru.
-Schmidt! - zawołała doktor Adams. - Pozwól do mnie na chwilę!
-Mam pacjenta. - odpowiedziałem natychmiast. - Muszę najpierw...
-Henderson Cię zastąpi. - przerwała mi, zanim zdołałem się całkiem wypowiedzieć. - Do mojego gabinetu! Już!
Zrezygnowałem z dalszych protestów i w końcu dałem się zaprosić do jej uroczego gabinetu. Ona zamknęła za nami drzwi. Nie odważyłem się odezwać. Szczególnie jak ZAMKNĘŁA DRZWI. Dla prywatności. To znaczy, że jest źle.
Natychmiast moje myśli powędrowały wstecz, ale nie zdołałem sobie przypomnieć niczego istotnego. Boże, co ja tym razem zrobiłem nie tak?
-Connie Hortence. - oznajmiła, patrząc na mnie wyzywająco. - Operowałeś ją?
-Tak.
-I amputowałeś stopę?
-Tak.
-Ponieważ?
-Zbyt długo była odmrożona. Wdała się martwica. - wyjaśniłem, zastanawiając się, do czego ona zmierza. - Taka martwica zwykle prowadzi do postępującego zakażenia i...
-Dobra, już... - uniosła rękę, żeby mi przerwać. - Znam dokumentację. A możesz mi wytłumaczyć, dlaczego rodzice przenoszą ją do szpitala w Minnesocie?
-Pewnie chcą, żeby leżała bliżej domu. - wzruszyłem ramionami. - Nie wiem, tak podejrzewam. Nie miałem nawet pojęcia, że gdziekolwiek ją przenoszą.
-Zrobiłeś wszystko co mogłeś? - zapytała nieco ciszej. - Jesteś pewien?
-Tak, jestem pewien. - pokiwałem głową. - Sprawę porwania prowadzi policja. Wszyscy zostaliśmy już odsunięcie od tej sprawy.
-Rozumiem. - pokiwała głową. - A dałeś mi kopię całej dokumentacji?
-Nie załączyłem odpisu z karty dla drugiego szpitala. - zauważyłem. - Ale myślałem, że to nieistotne. To tylko streszczenie jej pobytu u nas.
-W porządku. - pokiwała głową i usiadła na kanapie. - Możesz już iść do pacjentów.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jeśli ktoś był pewny, że po tym incydencie Lira rzuci się Kendallowi w ramiona... to się grubo mylił. Wiadomo dlaczego. Lira dosyć osobliwie zareagowała na ten pocałunek, bo po prostu zwiała. Co będzie dalej... nie powiem. Musicie się sami przekonać. 
I tak, znowu straciłam wenę. Pisałam już o tym na "Szkole dla Mutantów", ale powtórzę jeszcze raz: ponieważ zaczęła się szkoła, mam dużo pracy i zero chęci do napisania kolejnej notki. Dzisiaj biorę się za prezentację, jak uda mi się ją skończyć, jutro będzie wypracowanie. 
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach. To do przyszłego tygodnia. Trzymajcie się! Cześć!