środa, 31 sierpnia 2016

17. Nocka

(Lira)
-I to wszystko? - uniosłam brwi, kiedy James opowiedział mi cały przebieg rozmowy w Los Angeles. - Szczerze mówiąc liczyłam na coś więcej. Nie rozumiem, dlaczego nie chciała tego wysłać pocztą.
-Jest przewrażliwiona na punkcie hakerów. - odparł, podchodząc do naszego ekspresu do kawy. - Leon ma teorię, że sama robiła włamy, ale się tym nie chwali. Jest bardziej marchewkową wersją Ciebie, a podobno byłaś kiedyś harcerką.
-Nie, to Matt był hakerem. - pokręciłam głową, ale w duchu musiałam przyznać mu rację. - Ja zrobiłam tylko jeden włam dla jaj. I to wszystko.
-Tak, wiem, do głównej bazy wojskowej. - podsumował z szerokim uśmiechem. - Czyli byłaś hakerem. Wiem, ilu ludzi to potrafi.
-Skończyłam z tym. - wzruszyłam ramionami. - Kiedy ostatnio nielegalnie użyłam jakiegokolwiek łącza? Na studiach. Pewnie już tego nie potrafię.
-Przedwczoraj usunęłaś z YouTube link do filmiku z samobójstwem dziewczyny. - wypomniał, unosząc kubek do ust.
-Był zbyt brutalny. - zauważyłam, sięgając do jednego z segregatorów. - I nawet nie naniesiono na niego ograniczeń wiekowych. I jeśli mój czternastoletni podopieczny zdołał go obejrzeć, to każdy mógł go wyświetlić.
James tylko pokręcił głową i wlał sobie śmietanki do swojej kawy. Nie miałam pojęcia do czego zmierza. Wciąż miał wolne, ale i tak przychodził do pracy. Logan twierdzi, że to już jest pracoholizm. Może ma trochę racji.
(Kendall)
-Dzięki za odwalenie roboty. - usłyszałem głos Logana za swoimi plecami.
Obróciłem się i zobaczyłem go obok siebie. Poczekałem, aż mnie dogoni i ostanie obok mnie. Schowałem dłonie do kieszeni fartucha i zerknąłem na Alex, która wyraźnie kłóciła się z kimś przez telefon, żywo gestykulując.
-Co się z nią dzieje? - zapytałem, wskazując na nią i bacznie obserwując.
-Zamawia leki. - odpowiedział, krzyżując ramiona na piersiach. - Obdzwoniła już trzy hurtownie farmaceutyczne w pogoni za furosimidem.
-Chyba nie powinienem się tak na to skarżyć. - westchnąłem. - Chłopaki z karetek wszystko pozabierali. Wiesz, zawsze tak robią, a my musimy sobie radzić.
-Jasne. - zachichotał, wskazując na drzwi do dwójki. - Ale jeśli będziesz miły dla Ellie z chirurgii, ona i Abby zdradzą Ci swoje tajne schowki. Na razie wiem o składzie morfiny za respiratorem w zabiegowym i całym pudle ativanu pod opatrunkami w dwójce.
-Łał... - zamrugałem z wrażenia. - Nie miałem pojęcia.
Cmoknąłem, zerkając jeszcze raz na Alexę. Powoli zaczynały mnie męczyć wyrzuty sumienia. Nie powinienem tak na nią naskakiwać.
-Co jest? - zapytał z niepokojem.
-Chyba będę musiał ją przeprosić. - odparłem, zaglądając do karty i przekazując jedną z nich Loganowi. - Lekoman, jesteś najlepszy w spławianiu.
-Co? - zmarszczył brwi, spoglądając to na mnie, to na dokumentację. - Skąd wiesz?
-Widzę to nazwisko dwa razy w tygodniu. - odpowiedziałem. - Daj mu witaminę B w kroplówce i powiedz, że to morfina. Będziesz miał go z głowy do wtorku.
-Placebo? - uniósł brwi, chowając kartę za plecami. - Niezła myśl. Za trzecim parawanem jest nastolatka, która rzyga jak kot i ma problemy z oddychaniem. Podejrzewam przedawkowanie lidokainy. Wczoraj wyszła ze szpitala Dobrego Samarytanina. Masz jakiś pomysł?
-A dokumentacja i wypis? - zapytałem, marszcząc brwi. - Bo jeśli jest kardiologiczna, to może...
-Zwlekają z przysłaniem faxu.
-Sprawdź poziom żelaza i hemoglobiny. - odparłem. - Jak będą niskie, przetocz krew, a jak nie pomoże zarezerwuj jej miejsce w komorze hiperbarycznej.
-A błękit metylenowy w kroplówce? - zapytał, odkładając kartę na stolik i sięgając po jedną z pełnych butelek wody. - Jest skuteczniejszy.
-Zabrakło, bo z tego, co wiem resztki zabrała ginekologia. - oznajmiłem. - Byłeś może u Connie?
Zapytałem, już przez dłuższą chwilę się do tego przymierzając. Miałem ochotę sam tam iść, ale dyżur na chirurgii zaczynam dopiero za dwie godziny, a to kupa czasu.
-Nie wiem, ale Lira się nie odzywa, to chyba w porządku. - odparł obojętnie, jakby go to nie ruszało. - Wiesz, że Mark za parawanem uprawia seks przez telefon?
-Nie pierwszy raz. - wzruszyłem ramionami. - Ma dziewczynę w Australii.
-Wiedziałeś, że robił to wcześniej? - spojrzał na mnie z wyrzutem. - I nic nie mówiłeś?
Uśmiechnąłem się na pół twarzy, kręcąc głową. Tylko on potrafił mieć pretensje o nie poinformowanie go o sprawach osobistych kolegów z pracy. A najlepsze były dla niego oczywiście te pikantne. To jeden z moich najlepszych przyjaciół i w ogóle, ale nie będę mu donosił, że techniczny uprawiał seks w tomografie z Ariadną.
-Kendall? - usłyszałem obok siebie głos Alexy. - Lira na linni.
-Dobra, dzięki. - powiedziałem, zabierając od niej słuchawkę. - Tak?
-Dodzwoniłam się do potencjalnych rodziców Connie. - usłyszałem jej głos po drugiej stronie. - Dojadą późnym wieczorem. Weźmiesz ich na siebie?
-Jasne, nie ma sprawy. - odpowiedziałem, w duchu ciesząc się, że w końcu ich namierzyła. - A dlaczego wcześniej ich telefon nie odpowiadał?
-Zmienili numer, a tamtejsza policja przysłała mi go dopiero kilka godzin temu. Dwadzieścia minut temu zauważyłam, że coś przyszło.
-Dobra, to świetnie. - westchnąłem, tym razem z ulgą. - Uprzedzisz mnie, zanim ich do mnie wyślesz? Zanim dojdzie do identyfikacji, chciałbym uśpić małą.
-Nawet wiem, dlaczego. - odpowiedziała trochę zmęczonym głosem.
-Dobrze się czujesz? - zapytałem z troską.
-Jasne, brałam te tabletki na uspokojenie od Logana. Trochę się zdrzemnę.
-Dobra, to odpoczywaj. - pokiwałem, głową, chociaż ona nie mogła tego zobaczyć i odłożyłem słuchawkę.
(Carlos)
Jak miło jest wrócić na stałe... Jak fajnie zaczynać od razu od nocnej zmiany. To taki skok na głęboką wodę i to bez dmuchanych rękawków. Niby nic takiego, ale pierwszego dnia zwykle wydaje się bardziej gorąco niż trzeciego dnia.
-Carlos, pójdziesz do bulimiczki na oiomie? - Ellie zaczepiła mnie, kiedy wysiadłem z windy. - Katie Marquez. Wiem, że już z nią rozmawiałeś, a z nowym psychologiem nie będzie gadać.
-Nie ma sprawy. - odparłem. - Tylko daj mi piętnaście minut na przypomnienie przypadku. Dawno mnie tu nie było.
-Nie ma pośpiechu. - pokręciła głową ze zrozumieniem. - A mogę pożyczyć twoją teczkę na raporty? Podobno masz spory zapas kserówek.
-Czego Ci trzeba? - spytałem, otwierając „swoją szafkę” na korytarzu i wyciągnąłem teczkę z raportami. - Mam wypisy, akty zgonu, zaświadczenie o DNR...
-A odpis karty dla innego szpitala? - poprosiła. - Pacjentka zasłabła po wypisie i wyjechała do stolicy. Myślą, że spowodowałam przedawkowanie.
-Pewnie, trzymaj. - uśmiechnąłem się, podając jej dwie kartki. - Masz wciąż krawaty po teściu?
-Dzięki. Tak, ale Nico ich teraz używa. - pokiwała głową, odkładając formularze do karty. - Chcesz jakiś pożyczyć? Mogę z nim pogadać.
-Mam ślub siostry. - wyjaśniłem, odkładając teczkę na miejsce. - A mój ostatni krawat kupiłem na maturę. Miałam wtedy znacznie szczuplejszą szyję.
-Coś na ślub... - zastanowiła się uważnie. - Hmm... Nie jesteś drużbą co nie?
-Nie... - pokręciłem głową z uśmiechem. - Zwykłym gościem. Włożę ten swój garnitur z satynowym mankietem. Będziesz miała coś do tego?
-Mam jeden w paski. - odpowiedziała prawie natychmiast. - Czarno-fioltetowy. Wygląda, jakby był od kompletu, a Nico ich nie nosi.
-Dzięki. - kiwnąłem głową z uśmiechem. - Skorzystam jeszcze z komputera w recepcji?
-Pewnie, nie ma za co. - zaśmiała się, odwracając się na pięcie. - Do zobaczenia rano!
(Kendall)
-To państwa córka? - zapytałem, kiedy obydwoje wyszli z sali.
-Tak... - pani Hortence pokiwała głową ze łzami w oczach. - Tak bardzo panu dziękujemy, doktorze.. Gdyby nie pan, nasza córka mogłaby już nie żyć.
-Nie ma za co dziękować. - pokręciłem głową. - Taką mam pracę. Podziękowania należą się pani Forte. To ona stanęła na głowie, żeby państwa odnaleźć.
Uśmiechnąłem się blado, potrząsając dłonią pana Hortence. O dziwo wyglądał, jakby chciał mnie całować po kolanach. Pokiwałem głową i odszedłem do gabinetu. Zanim im wszystko wyjaśnię, lepiej, żeby trochę ochłonęli.
Wszedłem do pomieszczenia dla lekarzy i usiadłem obok Liry.
-Misja zakończona. - powiedziałem, kiedy się nie poruszyła.
-Nie do końca. - odpowiedziała trochę nieprzytomnie. - Wciąż musimy rozwiązać ten gang.
-Lira, zostaw to policji. - powiedziałem łagodnie. - Teraz to ich zadanie. Podsumowałaś wszystkie dowody, dzięki Tobie niewinna dziewczynka wróci do rodziców.
-Wciąż mam wrażenie, że robię coś za mało.
Pociągnęła nosem i spojrzała na mnie ze smutkiem. Chciałem ją jakoś pocieszyć. Powiedzieć jej, że wszystko będzie w porządku, że nie powinna się tym tak przejmować. Ale to co zrobiłem, było silniejsze ode mnie. Zbliżyłem się do niej i musnąłem jej usta swoimi wargami.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I co? Zadowoleni? Rodzice dziewczynki się... znaleźli. Teraz mam mało pomysłów, więc notki wychodzą bardzo ogólnikowe, ale staram się wymyślić jakiś wątek. Na razie jadę na prywacie. Może to dobrze, może nie, ale od dawna nie napisałam czegoś całkowicie medycznego.

No i to by było na tyle. Jestem dzisiaj gołosłowna. Mam nadzieję, że ta notka się Wam podobała. Dajcie znać, jak podobała Wam się notka. Komentarze motywują, wiecie? Trzymajcie się! Do zobaczenia za tydzień.  

środa, 24 sierpnia 2016

16. Zbieranie danych

(Kendall)
-Co teraz? - zapytałem Lirę, kiedy wychodziliśmy z pracy. - James mówił coś o Cariforni.
-Jutro jedzie z Leonem do Los Angeles. - wyjaśniłam, szukając kluczyków w torebce. - Jest tam fotoreporterka, która prowadzi śledztwo dziennikarskie. To znaczy, że albo jest jeden gang, albo kilka w porozumieniu. Przyjemniej tak Twierdzi policja. Odwiozę Cię do domu.
-Dzięki. - wymamrotałem, chowając dłonie do kieszeni. - A James tam po co? Szef go wysyła?
-Nie. - pokręciła głową. - James jedzie tam prywatnie. Jest teraz na urlopie. Kancelaria nie płaci za jego bilety, ale bardzo się zaangażował.
-Dawno go takim nie widziałem. - stwierdziłem, kiedy odblokowała drzwi. - Tym razem to coś wielkiego. Handel dziećmi to poważne zagrożenie.
-Handel... - prychnęła, kręcąc głową, kiedy za sobą drzwi. - Brzmi, jakby traktowali dzieci jak towar do hipermarketu.
-Też tego nie rozumiem. - odparłem cicho, opierając się o drzwi. - I nie chcę zrozumieć.
Lira pokręciła głową, odpalając silnik. Lekko pobolewała mnie głowa i miałem ochotę pójść spać. Ta operacja dała mi w kość, a potem nie mogłem zasnąć.
-Jutro masz podwójną zmianę? - zapytała, zmieniając temat.
-Tak, to będą ciężkie dwie doby. - westchnąłem, spoglądając na szyld kawiarni za oknem. - Czternaście godzin w izbie przyjęć, później godzina na drzemkę, a potem mam być na chirurgii. Nie wiem, jak długo, ale będę doglądał Connie co pół godziny. Chyba, ze każą mi operować.
-Brzmi, jakbyś już coś takiego przeżył. - odparła, wjeżdżając na moją ulicę.
-Przeżyłem. - pokiwałem głową, zakładając torbę na ramię. - Przy Scott'cie. Wiem, że nie zauważyliście, ale... Kiedy leżał na izbie przyjęć po drugim pobiciu, czułem się za niego odpowiedzialny. Po operacji wciąż miałem wrażenie, że coś pójdzie nie tak. Nie wiem, czemu, ale musiałem dopilnować kilku spraw osobiście. Czułem, jakbym zawiódł.
-Nie zawiodłeś. - pokręciła głową. - Zrobiłeś co mogłeś.
(James)
Ja i Leon siedzieliśmy w jednym z przedziałów do LA. Jazda miała trwać niecałe osiem godzin. Z tej przyczyny zrzuciłem na laptopa prawie całą dokumentację i zabrałem dwie dodatkowe baterie. Trochę miałem tego sprzętu. Ładowałem je całą noc, kilka razy sprawdzając internet, żeby wi-fi na pewno działało.
-Jesteś pracoholikiem. - oznajmił Leon, stawiając przede mną na stoliku papierowy kubek z kawą. - Pracujesz nawet na urlopie. Poważnie, coś jest z Tobą nie tak.
Pokręciłem głową, szukając w kieszeni jednej z jednorazowych saszetek z zabielaczem. Otworzyłem go i wsypałem do kubeczka.
-Coś do Ciebie przyszło? - zapytałem, obserwując jak siada do swojego komputera i przylepia kolejną karteczkę do pulpitu z menu restauracji przy oknie.
-Nie. - pokręcił głową. - Ta dziewczyna nie odpowiada na wiadomości, a szef czeka na konkrety. A za godzinę Lira idzie na spotkanie z tą kobietą od bloga.
-To sam wiem. - mruknąłem pod nosem.
Nie mogłem uwierzyć, jak bardzo poczuł się w pociągu jak biurze policyjnym. Patrzyłem ze zdziwieniem, jak układa miniaturową mapę myślową i stopniowo przenosi całość do jednego z większych notesów. Wstawał co jakieś pół godziny i przynosił kawę, albo herbatę. Zależy o co poprosiłem. Ale tym razem przyniósł sobie coś czego się nie spodziewałem.
-Serio? - uniosłem brwi, kiedy usłyszałem dźwięk otwieranej puszki z napojem gazowanym. - Pepsi będziesz pił?
-Nie moja wina, że potrzebuję cukru, a czekolada będzie dopiero po trzeciej stacji. - odparł, jakbym sam miał się tego domyślić.
-Kupiłeś tą bez cukru. - zauważyłem.
Leon spojrzał na mnie trochę nieprzytomnie i zerknął na puszkę.
-Musiałeś mi mówić? - zapytał z lekką pretensją. - Człowieku, na aspartamie i innych słodzących szajsach też jakoś był uciągnął.
-Mówisz, jakby to chodziło o tylko o Twoją świadomość. - zauważyłem.
-Nie wykluczone, że właśnie tak jest. - wzruszył ramionami.
(Lira)
Kiedy odwiozłam Kendalla do domu, pojechałam na spotkanie z tą kobietą. Zaproponowałam jej kawiarnię w centrum, a ona się zgodziła.
-Pani Jennifer Jenko? - zapytałam, podchodząc do kobiety koło czterdziestki. - Lira Forte, kurator sądowy. Byłyśmy umówione.
-Tak, pamiętam. - pokiwała głową z szerokim uśmiechem. - Jestem spostrzegawcza.
-Cieszę się. - zaśmiałam się, wyjmując z kalendarza zdjęcie Connie. - Poznaje pani tą dziewczynkę?
Podsunęłam jej zdjęcie bliżej, żeby mogła się dobrze przyjrzeć. Sama nie miałam pojęcia, jakim cudem udało mi się nakłonić małą do tak dobrego zdjęcia.
-To jest to dziecko! - wykrzyczała. - To ta dziewczynka była u Collinsów.
-A pamięta pani może, w jakich okolicznościach ją ostatni raz widziała? - zapytałam, w nadziei, że udzieli mi w miarę rzetelnej odpowiedzi.
-Collinsowie wsadzali ją do samochodu. - odpowiedziała z niemałym przejęciem. - Dziewczynka była spokojna, ale miałam wrażenie, że Dora szarpała ją trochę agresywnie.
-Dora? - uniosłem brwi z zaskoczeniem.
-Żona Collinsa. On to Mark. - wyjaśniła pokrótce. - Młodzi, ale dziwni. Starali się o dziecko, ale bez skutków. Dora już dwa razy poroniła. Potem chcieli adoptować, ale źle wypadki przed komisją.
Co, ta kobieta ich podsłuchuje, czy jak? Wie bardzo dużo, nawet jak na wyjątkowo wścibską sąsiadkę. Miałam wrażenie, że to już powoli podchodzi pod szpiegostwo, ale chwilowo się tym nie przejmowałam. Chciałam tylko się czegoś dowiedzieć i jakoś z tym skończyć.
-A potem przyprowadzili to dziecko. - ciągnęła dalej. - Wydawało mi się to dziwne. A potem ją wywieźli. Nawet nie chcieli o niej rozmawiać. Nigdy nawet nie wypuszczali jej z domu, jakby...
-Chcieli ją ukryć przed świtem. - wpadłam jej w słowo, ale natychmiast otrząsnęłam się z chwilowego letargu. - A czy Collinsowie nadal mieszkają obok pani?
-Tak, ale raczej nie potrwa to zbyt długo. - machnęła ręką, jakby niewiele ją to obchodziło. - Chyba chcą się wyprowadzić, bo wystawili dom na sprzedaż. Wczoraj była nawet przedstawicielka agencji ubezpieczeniowej.
-Mogę dostać od pani ich adres? - poprosiłam. - Chciałabym z nimi osobiście porozmawiać.
-Oczywiście. - pokiwała głową z zadowoleniem.
(James)
Kidy dojechaliśmy do Los Angeles dochodziła trzecia po południu. Całkiem długo jak na expres. Wysiedliśmy na peronie, trzymając w rękach po jednej torbie. Co prawda wiele słyszałem o kalifornijskiej pogodzie, ale chociaż był styczeń, tutaj miałem wrażenie, jakby był środek przeciętnego lata.
-Nie wiem jak Ty, ale ja zamawiam wagon sypialny. - oznajmił Leon, kiedy szliśmy w stronę kamienicy, w której mieszkała ta fotoreporterka.
Czekaliśmy pod drzwiami, czekając, aż ktoś nam otworzy. W końcu w drzwiach stanęła lekko rozmemłana, ładna blondynka z nieco roztrzepanym wyrazem twarzy.
-Dzień dobry, ja nazywam się posterunkowy Leon Blanco, a to jest mec... - zaczął, ale ta laska kompletnie go zignorowała, odwracając się i robiąc w drzwiach tak duże miejsce, że obaj spokojnie byśmy się zmieścili.
-Aliana, znowu gliny do Ciebie! - zawołała. - Ale uważaj, bo tym razem są przystojni!
Przepuściła nas, wpuszczając do mieszkania, a z jednego z pomieszczeń wyszła rudowłosa dziewczyna w białej marynarce. Była znacznie szczuplejsza od Liry i miała tak czerwono-pomarańczowe włosy, że bardziej już chyba nie można.
-To z panami byłam umówiona? - uniosła znacząco brwi. - Koledzy z tutejszej policji mówili, że będzie jedna osoba.
-Eee... - otworzyłem usta z wrażenia. Nie spodziewałem się, że będzie tak dobrze poinformowana. - Kolega jest z policji. Ja jestem prawnikiem. Przyjechałem na własny koszt. James Maslow.
-Leon Blanco. - dodał, kiedy dziewczyna znacząco ściskała nam dłonie.
-Aliana Hamilton. - odpowiedziała uprzejmie. - Pracuję dla tygodnika publicystycznego. Współpracujemy z policją. Pomagamy im rozwiązać kilka spraw. Uczestniczymy w akcjach, pomagamy niektóre zaplanować.
-To dlatego ma pani zdjęcia z jednego z porwań? - zmarszczyłem brwi ze zdziwienia. - Jak to zaplanowaliście?
-Wykorzystaliśmy córkę jednego z tajniaków. - wyjaśniła, kiedy usiedliśmy przy stole w kuchni. - Tak się złożyło, że jej tatuś jest przewrażliwiony na punkcie swojej rodziny i wszczepił jej po skórę niewykrywalny czip. Na szczęście zadziałało.
-A jaki był przebieg? - dopytał Leon.
-Zamieściliśmy na jednej ze stron ogłoszenie. - odpowiedziała, pokazując kilkulinijkowy tekst w komputerze. - Podaliśmy opis owej dziewczynki. Odpowiedzieli natychmiast. Zgodziliśmy się na ich warunki. A oni połknęli haczyk. Części udało się zbiec, ale nie wyszliśmy z pustymi rękami.
Wyświetliła zdjęcie i wskazała na odbicie w tylnej szybie samochodu. Zważyłem powieki, żeby się lepiej przyjrzeć. Zauważyłem coś kolorowego na skórze tego gościa.
-Tatuaż? - Leon zmarszczył czoło.
-Tak, ale nie mamy zbyt wyraźnych zdjęć. I tak mieliśmy wrażenie, że wyszło za łatwo. - odparła, podając nam niepisaną płytę w kopercie.
-Zgrałam panom wszystkie zdjęcia. - powiedziała, zamykając laptopa. - Wszystko dokładnie opisałam i załączyłam kontakty. Do policji i do mojego wydawcy. Dla dobra sprawy zakazuje czegokolwiek publikować. A poczta może być szpiegowana.
-Jasne, rozumiemy. - Leon pokiwał głową. - A myśli pani, że będziemy mogli porozmawiać z tymi, których złapaliście?
-Może? - wzruszyła ramionami. - Z tym muszą panowie iść do prokuratora prowadzącego.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Mówiłam, że będzie niespodzianka? Pojawiła się... Aliana! Tylko epizodycznie, ale ci, co czytali pierwszą historię na LA wiedzą o kogo chodzi. Nawet ja mam do niej senteyment, mimo, że od roku nic o niej nie piszę. Właściwie od dwóch tygodni nic a nic nie napisałam. Weny wciąż brak, zostało mi dwadzieścia notek do setki (czyli prawdopodobnie do zakończenia), a nawet mi się to nie posuwa. Zamiast tego piszę głupie posty na "Stadzie", bo na nic innego nie mam ochoty. 
No cóż, mam nadzieję, że ta notka się Wam podobała. Kolejna za tydzień i koniecznie dajcie mi znać, co myślicie. Do następnej środy! trzymajcie się! Cześć! 

środa, 17 sierpnia 2016

15. Po nitce do kłębka

(Kendall)
To była ciężka operacja. Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałoby Wasze życie bez jednej stopy? Teraz to czeka tą uroczą ośmiolatkę. Oczywiście, jako dziecko kwalifikuje się do programu jednej z firm, produkującej i testującej protezy, ale takie coś wiąże się z podpisaniem trzydziesto stronicowej umowy, a to mogą zrobić tylko jej rodzice, albo prawni opiekunowie. Jeśli zgodziliby się na wykorzystywanie wyników badań i publikację w celach promocyjnych, mała miałaby zapewnioną opiekę medyczną, rehabilitację i trzy wymienne protezy całkowicie za darmo.
Kiedy skończyliśmy operację, byłem zadowolony, że nie musieliśmy ciąć wyżej, ale... Szef Logana i James szybko zgasili moją radość, kiedy okazało się, że ściągnęli do szpitala nie jej rodziców. No i cudownie... czekamy, aż Ci państwo raczą odebrać telefon.
-Jak się trzymasz? - zapytała Lira, wchodząc do pokoju lekarskiego, kiedy przekładałem strony w segregatorze. - Wiem, że Logan wrócił na dół.
-Tak, musi odrobić straconą godzinę. - westchnąłem, odkładając na bok szablony do ogłoszeń i odręcznych skierowań. - A jak Connie?
-Carlos z nią rozmawia. - odpowiedziała, siadając naprzeciwko mnie. - Teraz jej trochę bardziej rozmowna. Jutro rano zrobię jej zdjęcie i spotkam się z kobietą, która opisała przypadek, który ładnie pasuje do Connie. Zobacz.
Podała mi wydruk ze strony internetowej. Byle jaki, uproszczony, z notatkami odręcznymi na dole i kompletnie wygnieciony.
-Nie przejmuj się. - pokręciła głową, kiedy spojrzałam na nią z zaskoczeniem. Zwykle z szacunkiem obchodziła z dokumentami. - Pełna wersja razem z linkiem jest w biurze. Po prostu to przeczytaj. Wszystko zrozumiesz.
Przytaknąłem i pośpiesznie przebiegłem spojrzeniem po tekście. Potem zmarszczyłem brwi, czytając jej adnotacje.
-Myślisz, że została wyrzucona na ulicę, a wcześniej porwana? - uniosłem brwi, oddając jej kartkę, a ona tylko nieprzytomnie włożyła ją do notesu.
-Myślimy, że to całkiem prawdopodobne. - odparła, wstając i nalewając kawy z ekspresu do jednego z wolnych kubków.
-My? - uniosłem brwi, w międzyczasie zastanawiając się, co ją skłoniło, żeby dokopać się do tego pamiętnika.
-Ja, James i Leon. - wyjaśniła, podając mi jeden z kubków, który trzymała. - Wydział do spraw nieletnich prowadzi śledztwo „Dzieci na zamówienie”. Przejrzałam blogi z tej okolicy i znalazłam tą historię. Były jeszcze dwie podobne, ale z chłopcami. Wysłałam linki policji. Leon pomógł mi wydrążyć maila do tamtej kobiety i wysłałam do niej wiadomość. Odpisała po godzinie i zgodziła się na spotkanie. Ludzie miewają wścibskich sąsiadów i chwała im za to...
Zaśmiałem się bezgłośnie, unosząc do ust kubek z kawą. Pewnie nawet sama nie zdaje sobie sprawy z brzmienia tego zdania.
(Logan)
-Kolejni pacjenci. - oznajmiła Alexa, podając mi kilka podkładek z kartami. - A ja już skończyłam pracę. Skopiuję dokumenty Twoich dotychczasowych pacjentów. Opiekunka jest teraz z Wendy na spacerze, więc mam jeszcze pół godziny.
-Dzięki, jesteś wielka. - westchnąłem ciężko, a Abby przywołała mnie do siebie gestem dłoni.
-Chyba muszę iść. - powiedziałem, obejmując ramionami przekazane przez nią dokumenty. - Na razie. Zajrzę do ksero za dwadzieścia minut.
-Zdążę. - zaśmiała się, przechodząc do sąsiedniego komputera.
Uśmiechnąłem się pod nosem, podchodząc do Abby, która przylepiła żółtą kartkę z adresem, bez nazwiska. Uniosłem brwi, spoglądając na nią ze zdziwieniem.
-Musisz jechać do pacjentki. - odpowiedziała, opierając się o fotel. - Janinne Campbell.
-Przecież wczoraj tu była. - pokręciłem głową, zbity z tropu. - Wszystko było okey. W jakim celu mam tam jechać?
-Wypisania aktu zgonu. - wyjaśniła, na co opadła mi szczęka. - Poszła się zdrzemnąć, a potem jej wnuczek odkrył, że nie oddycha. Byli ratownicy, ale już nie żyła. Zadzwonili tutaj i poprosili, żeby przekazać Ci wiadomość. To koniecznie musisz być Ty. By jesteś...
-Jej lekarzem prowadzącym. - westchnąłem. - Wiem o tym.
Czułem się trochę głupio. Od dawna mówiłem pani Campbell, że jeszcze długo pożyje. A tu taka niespodzianka. Wszystko było z nią w porządku. Skończyła z paleniem, kardiologicznie bez upośledzeń. Była stara, zgodzę się z tym, ale to praktycznie okaz zdrowia. Może zapomniała o lekach? Może... nie zapomniała, ale aptekarz się pomylił. Tabletki, które jej przepisuję wyglądają jak witamina B12 w dziennych dawkach. Są tylko odrobinę mniejsze.
-Dobrze się czujesz? - usłyszałem za sobą głos Kendalla. - Jesteś jakiś nieswój.
-Wszystko gra. - zapewniłem go, obracając się na pięcie. - Chociaż... pamiętasz panią Campbell? Starsza Brytyjka, często przychodziła z takim małym pieskiem.
-Jasne, pamiętam. - pokiwał głową. - Sympatyczna babka.
-Muszę jechać do jej mieszkania, żeby stwierdzić zgon. - odpowiedziałem, wierząc, że mnie zrozumie. - Myślałem, że śpisz po operacji, jak zwykle. Co tu robisz?
-Nie mogłem spać. - odpowiedział. - Daj karty i jedź. Wiem, że takie rzeczy robić od razu. A jeśli chcesz, to idź do Liry. Może pożyczy Ci samochodu. Na razie nigdzie się nie wybiera.
(James)
-Mary, odbierz... - westchnęłam, kiedy znowu włączyła się jej poczta głosowa. - Wiem, że nie lubisz wyznań miłosnych, ale musimy w końcu o tym porozmawiać. Jak będziesz w mieście, oddzwoń. Wtedy spotkamy się u Ciebie.
Odłożyłem komórkę na biurko Matta. Ale ja jestem głupi! Przecież mogłem udawać, że wszystko jest okey. Że pasuje mi ten układ. Że... Poczułem nagłą ochotę, żeby walnąć dłonią w stół. To Lira na pewno by usłyszała. Była za ścianą. Pracowała i tak dalej. Nie miałem siły, żeby zadzwonić jeszcze raz. Chociaż miałem na to ogromną ochotę.
-James, możesz tu przyjść? - zawołała, wytrącając mnie z zamyślenia. - Mam Leona na telefonie. Ma coś w sprawie Connie.
-Już idę. - zawałem, podnosząc się z fotela biurowego.
Podszedłem do drzwi pokoju w którym pracowała. Opierała się o krawędź biurka.
-No, jestem. - powiedziałem, zamykając za sobą drzwi. - Czego się dowiedziałeś?
-Lira, miałaś rację. - powiedział natychmiast. - Udało nam się namierzyć Carol. Jeśli porwał ją ten gang, co Connie, będziemy o krok bliżej do schwytania kilku tych typów. Wysłałem Wam link strony, z której skorzystała nowa rodzina Carol.
-I to wszystko? - Lira wzruszyła ramionami.
-Niezupełnie. Pamiętasz tą dziewczynę, która ją znalazła? Nazywa się Susan Howlett. Studiuje pielęgniarstwo. - powiedział szybko, ale nikt z nas nie skumał o co chodzi. - Jej ojciec prowadzi ośrodek dla dzieci po przejściach. Mają tam niezłych psychologów, finansują leczenie i tak dalej.
-I? - pogoniłem go jeszcze bardziej się niecierpliwiąc.
-Powiedziała nam, że Connie nie jest jedyna. Od jednego chłopca, który przechodzi u nich terapię mamy dość dokładny rysopis kobiety i kilka rysunków. Ale to nie wszystko. - wyjaśnił szybko. - Jest jedna fotoreporterka w Los Angeles. Jej wizytówkę też Wam wysłałem mailem. Zajmuje się tam tym samym problemem. Ma zdjęcia z jednego z porwań, ale nie mamy pewności, czy jest tylko jedna ekipa porywaczy. Elektronicznie nic nam nie przekaże.
-Co to za kobieta? - zmarszczyłem brwi, podchodząc o krok bliżej. - Musimy się z nią spotkać.
-Nie. - zaprzeczył. - Ja pojadę do LA. Jutro rano mam pociąg. Jak dobrze pójdzie, to małymi kroczkami trafimy do wszystkich dzieciaków.
-Mogę się z Wami zabrać? - powiedziałem szybko.
-Tylko, jeśli zapłacisz z własnej kieszeni. - odparł, na co odetchnąłem z ulgą. - Policji raczej nie stać na bilet dla adwokata. Właściwie szef za bardzo nie przepada za Twoim fachem, więc rozumiesz, co mam na myśli. Poza tym, za bardzo nie ufa ludziom, którzy bronią tych złych.
-Z tym akurat nie będzie problemu. - wzruszyłem ramionami. - Tylko wyślij kolejnego maila, na który kurs mam wykupić bilet. Poza tym zajmuję się głównie sprawami rodzinnymi.
-Jasne, jasne... - usłyszałem, jak chichocze po drugiej stronie. - Dla niego to jedno i to samo. To na razie. Widzimy się jutro na dworcu.
-Cześć. - powiedzieliśmy niemal jednocześnie, zanim się rozłączył.
Lira podniosła słuchawkę telefonu, żeby później upuścić ją bez żadnej delikatności. Patrzyła na mnie ze zdziwieniem.
-Myślałam, że jutro masz zmianę w kancelarii. - odpowiedziała na moje niezadane pytanie.
-Mam wolne do końca tygodnia. - odpowiedziałem, jakby nie było w tym nic dziwnego. Opadłem na kanapę w jej gabinecie.
-Na twoim miejscu wyskoczyłabym, do kina. - odparła obojętnie. - Wiesz, na jakieś fanatsy. Dużo ludzi chodzi na takie filmy samemu. Wiem, bo widziałam, co się działo na „Hobbicie”. Ani jednej migdalającej się pary. Jes!
Wykonała ruch, jakby była z czegoś nadzwyczaj zadowolona. Pokręciłem głową, obserwując, jak chowa prosto poskładane papiery do jednej z aktowych teczek.
-To chyba nie dla mnie. - skrzywiłem się z niechęcią. - Ale jak tylko znajdziemy rodziców Connie, zaleję się w trupa w Nemetonie.
-Nie możesz. - pokręciła głową.
-A to niby dlaczego? - zmarszczyłem brwi.
-Pa nitce do kłębka. - oznajmiła pozornie obojętnie. - Twój szef wymaga, żebyś cieszył się nieposzlakowaną opinią, a nie tylko my chodzimy do Nemetonu i dobrze o tym wiesz.
-Masz rację. - skrzywiłem się z niechęcią. - Ale mam ochotę wyskoczyć do jakiegoś klubu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Susan Howlett. Mówi Wam to coś? Pozdro dla kumatych. Pewnie się nie spodziewaliście, co nie? A co, jeśli Wam powiem, że to jeszcze nie koniec znajomych nazwisk? Więcej będzie... za tydzień.
Jeśli chodzi o mnie, to nadal cierpię na kryzys twórczy, bo drugi tydzień i ani słowa. Może dzisiaj uda mi się coś z tym zrobić, ale nie robię sobie za bardzo nadziei. Musze się wziąć do roboty. Na razie siedzę w piżamie. Za pół godziny może się jakoś pozbieram.

Dobra... mam nadzieję, że dzisiejsza notka Wam się podobała. Koniecznie (zachęcam) napiszcie mi o tym w komentarzach. A teraz lecę oglądać filmiki na YT i do zobaczenia za tydzień. Trzymajcie się!  

środa, 10 sierpnia 2016

14. Pościg za nieznanym

(Lira)
-Wszystko gra? - zapytałam Alexę, która wyjmowała z szafki paczkę płatków.
-Tak, tylko muszę pomyśleć o tych studentkach. - westchnęła, wlewając mleko do rondelka. - Może zatrudnię kilka dziewczyn z różnych kierunków? Jak dotąd to była ostateczność.
-Mogę popytać dziewczyn. - powiedziałam szybko. - Wiem, że kilka z nich szuka pracy. Uczy się zaocznie. Wiesz, błędy młodości, musi skończyć szkołę średnią, żeby pojechać do innego miasta.
Westchnęła, kręcąc głową, jakby już nie chciała o tym słuchać. Pokręciłam głową i wyciągnęłam notes z torebki.
-Dam Ci numer do jednej z nich. - oznajmiłam, wyrywając jedną z czystych kartek i przepisując ciąg cyfr. - Nazywa się Marie Japsen. Już opiekowała się dziećmi i była całkiem niezła. Jak chcesz, mam w gabinecie oceny od jej pracodawców.
-Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś? - zmarszczyła brwi.
-Nie pamiętałam. - wzruszyłam ramionami, odkładając notes do torebki.
Zastanawiałam się, jak długo jeden facet może siedzieć w łazience. A raczej, jak długo po zsumowało się te wszystkie osiem razy. Bo dokładnie tyle razy Kendall biegał do toalety.
-Musimy jechać. - powiedział, wracając do kuchni. - Wzywają nas do szpitala. I... Logan wezwał Jamesa. Carlos ma związane ręce.
-Nieletni z rozboju? - zapytałam, marszcząc brwi i znając wszystkie procedury Logana.
Logan uwielbia działać. Wiem, że jako dzieciak napadł na budę z fast foodem (długa historia) i teraz jest przewrażliwiony na tym punkcie. Najpierw dzwoni do Carlosa, który odgrywa „dobrego glinę”, jak to nie działa, czas na „złego glinę”, czyli Jamesa. James jako spec od prawa, gada o ewentualnych konsekwencjach popełnionego przestępstwa.
-Nie tym razem. - pokręcił głową. - Bezdomna dziewczynka. Trzeba znaleźć jej rodziców.
Kiedy odebrałam już swojego Hudsona, pojechaliśmy do szpitala. No, świetnie. Nie miałam siły, żeby się z nim kłócić, bo z uwagi, że od jego ostatniej wizyty w moim samochodzie, zmieniło się kilka szczegółów (np. nowe radio z odtwarzaczem i pluszak po prawej stronie przedniej szyby) nie mogłam się uwolnić od jego komentarzy.
-To Alex z „Madagaskaru”? - zapytał, próbując jakoś ogarnąć grzywę szeroko uśmiechniętego lwa. – Bo wiesz, w kreskówce miał bardziej kwadratową grzywę.
-Nie wiem. –zmarszczyłam czoło ze zniecierpliwieniem. – Dostałam to przed świętami od pięciolatka. Wyobraź sobie.
-Dobra, ale tak szczerze… - odparł, kiedy staliśmy nas krzyżowaniu. – Sama go kupiłaś?
-Nie! – zawołałam, naciskając pedał gazu, kiedy światło zmieniło się na zielone. – Daj mi w końcu spokój, człowieku, jedziemy do pracy. Mamy ważniejsze sprawy na głowie.
-Tak, masz rację… - westchnął ciężko z udawanym cierpieniem. – My jedziemy do pracy, kiedy cały dzień powinniśmy się lenić.
(James)
Zszedłem na dół, widząc, że Lira i Kendall już zdołali dotrzeć. Naprzeciwko nich stał Logan, trzymając w dłoniach jedną z podkładek.
-…mam jeszcze pięciu pacjentów. – oznajmił, krzyżując ramiona na piersiach. – Musicie przez jakiś czas radzić sobie beze mnie.
Kendall jako pierwszy zauważył, że przyszedłem. Podniósł głowę, a reszta poszła za jego przykładem Oparłem się o jeden z foteli, a Logan kiwnął na mnie głową.
-No mów, bo muszę iść do pacjentów. - powiedział szybko.
-Udało mi się postawić na nogi jeden z poszukiwawczych oddziałów. - oznajmiłem. - Dowiedziałem się, że rok temu zaginęły trzy dziewczynki, które pasują do rysopisu tej Connie. Ale... żadna z nich nie ma tak na imię.
-To znaczy, że to nie oni? - zapytał Kendall, wzruszając ramionami.
-Niekoniecznie. - zauważyła Lira. - To mała dziewczynka. Jej imię mogło się zniekształcić już po kilku miesiącach. Każdy wołał do niej inaczej.
-Mam nawet kandydatkę. - powiedziałem, wpadając jej w słowo. - Carol Marphy. Imię brzmi podobnie. Jej rodzice będą tu za dwie godziny.
-Za długo. - Kendall pokręcił głową. - Do tej pory zakażenie przejdzie powyżej kolana. Nawet nie wiemy, czy to jej rodzice. Trzeba operować natychmiast.
-Nie czekasz na zgodę? - Carlos zmarszczył brwi, a ja spojrzałem na Kendalla z zaskoczeniem.
-Dwa podpisy? - zapytałem, domyślając się o co mu chodzi.
Nazywaliśmy tak procedurę zgodę na leczenie dziecka z podpisami dwóch lekarzy. Kiedyś dzwoniono do sądu, kiedy rodzice z własnej głupoty nie wyrażali zgody, ale później wprowadzono coś takiego, żeby to usprawnić. Co nie ukrywam, prawnikom bardzo ułatwiło życie. Przy dwóch podpisach można olać brak zgody. Kendall był raczej przeciwny, ale czasami nie miał innego wyjścia.
-Jeśli będę musiał. - oznajmił lekko zrezygnowany. - Jest źle, mówię Wam... Mogę sam podjąć decyzję. Jeśli zdążę... Mała straci tylko stopę.
(Logan)
-Coś nowego? - zapytałem, siadając na jednym z wolnych krzeseł za plecami Liry i Jamesa.
-Nic. - Lira pokręciła głową, a James tylko przewrócił stronę grubej książki. - Ale znaleźliśmy kolejnych potencjalnych rodziców Connie.
-W Minnesocie jest małżeństwo, któremu uprowadzono dziecko z parkingu jakieś dwa lata temu. - Dodał James, przysuwając sobie laptopa. - Odwrócili się na kilka sekund, żeby schować pudło z dokumentami do bagażnika. Przy wsiadaniu do samochodu zauważyli, że nie ma już dziewczynki na tylnym siedzeniu. Nazywała się Connie.
Pokręciłem głową, jakby temu nie dowierzając. Do Minnesoty był kawał drogi. Wiem, że to prawie sąsiedni stan, ale komunikacja z tego miasta jest znacznie utrudniona i o dziwo łatwiej znaleźć bezpośredni kurs autobusowy do Kanady niż do sąsiedniego stanu.
-Nie wierzysz? - Lira uniosła brwi, mówiąc to takim tonem, jakby miała jakiegoś asa w rękawie. - Mamy zdjęcie. Patrz.
Kiedy wyświetliła jakiś załącznik do maila, otworzyłem szeroko czy. To było zdjęcie zdjęcia w standardowej przedszkolnej ramce. Kiedy zobaczyłem twarz pogodnej dziewczynki tulącej misia, zamrugałem ze zdumienia.
-O w mordę, jaka podobna. - wymsknęło mi się, jak przybliżyłem twarz do monitora. - Myślicie, ze to ona? Niby jak miałaby się tu znaleźć z Minnesoty?
Spojrzałem to na jedno to na drugie. O dziwo oboje mieli miny, jakby wiedzieli coś, z czego ja nie miałem nawet pojęcia. I wyglądali, jakby ani trochę nie byli z tego zadowoleni.
-Co jest? - rzuciłem z niepokojem.
-Ty mu powiedz. - wymamrotała Lira, podsuwając Jamesowi nudną szarą teczkę bez opisu.
-Lira prowadzi taką sprawę... - zaczął niechętnie. - Właściwie nie ona, tylko Leon, ale sporo pomaga. To się nazywa „Dziecko na zamówienie”. Tu są najnowsze postępy w śledztwie. Lira sprawdza rodziny. Gdzie chodzili, gdzie mogli ich wypatrzyć i tak dalej. W kraju jest kilka gangów, którzy porywają dzieciaki. Najczęściej rozglądają się w innych stanach, żeby sprawa szybko nie wyszła na jaw. Żeby sprawić wrażenie, że dziecko, które dopiero się pojawiło nie ma nic wspólnego z porwaniem, które miało miejsce w tym samym czasie.
-Wszystko doskonale planują. - dodała Lira. - Na prawdę trudno ich przyłapać i znaleźć konkretne dowody. Connie prawdopodobnie miała być w takiej nielegalnej adopcji.
-Znaleźliśmy jedną poszlakę. - oznajmił James, przeglądając jakąś brązową stronę w internecie. - Tutaj kobieta pisze, że białe małżeństwo półtora roku temu miało adoptować ciemnoskórą dziewczynkę. Rysopis znowu pasuje do Connie. Podobno oddali ją z powrotem do ośrodka po kilku tygodniach. Kiedy sąsiadka próbowała ich o nią dopytać, unikali tematu.
-I co z tego? - wzruszyłem ramionami, nie rozumieć, co to ma do rzeczy.
-Podejrzewamy, że mała się nie sprawdziła i wyrzucono ją na ulicę. - oznajmiła Lira, z bólem w głosie. - Jakby dziecko było zabawką.
(James)
Czekaliśmy pod salą operacyjną z rodzicami małej Carol. Lira próbowała się dodzwonić do rodziców Connie, ale bez żadnego odzewu, jakby zmienili numer telefonu. Oczywiście Logan bezlitośnie zaznaczył, że jeśli to nie jest ich córeczka (a tak najprawdopodobniej jest), to czeka ich gigantyczne rozczarowanie.
-Dlaczego to tak długo trwa... - kobieta wstała z krzesła, aż Logan podskoczył na krzesełku, co w innych okolicznościach byłoby śmieszne.
-To poważny zabieg. - zauważył, zanim zdążyłem zareagować. - Musi długo trwać.
Oczywiście chodziło tylko o identyfikację. Prawdopodobnie mylną, ale zawsze coś. Spojrzałem na Lirę, która siedziała z laptopem na kolanach.
-Co ty tak zawzięcie robisz? - syknąłem do niej, a ona w odpowiedzi podsunęła mi swój komputer.
Witam, nazywam się Lira Forte. Jestem kuratorem sądowym i pracownikiem opieki społecznej z siedzibą w szpitalu okręgowym...”
-Ta blogera? - wyszeptałem, a ona tylko pokiwała głową. - Myślisz, że...
-Pokażę jej zdjęcie. - odpowiedziała równie cicho. - Poproszę o spotkanie i zobaczymy co mi powie. Może nawet da się zaciągnąć na policję do złożenia oficjalnych zeznań. O ile to jest ta dziewczynka.
-Masz niezły plan. - odparłem. - Tylko trochę ryzykowny.
-Wiem. - westchnęła. - I o to się martwię.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kompletnie straciłam wenę. W tym tygodniu nie napisałam dosłownie nic. Miałam nadzieję, że uda mi się dokończyć historię do końca miesiąca, ale nici z tego.
Ostatnio nie mam na nic siły. Jakoś kręcę dalej te trzy blogi, bo sobie to obiecałam, ale nie wiem, czy jestem tak zmęczona, czy tak beznadziejna. Z trudem piszę dwa zdania.

Więc... bądźcie tak mili i zostawcie mi po komentarzu, bo to naprawdę daje mi siłę do pisania. Bardzo Was o to proszę. Może marudzę, ale taka jest prawda. Mam nadzieję, że notka Wam się podobała. Trzymajcie się! Do przyszłego tygodnia!  

środa, 3 sierpnia 2016

13. Lekkie rozczarowanie

(Lira)
Rano obudził mnie płacz małego dziecka. Leżałam na kanapie obok Kendalla. Tak, jasne... Oglądaliśmy kreskówki na Nicku i zasnęliśmy. Chyba nie tego Alexa się spodziewała.
-Kendall, wstań do niej. - jęknęłam. - Mnie się tak nie chce...
-Dobra, zaraz. - usłyszałam jego senny głos obok siebie.
-Proszę, proszę... - zachichotała Alexa z satysfakcją. - Spędziliście ze sobą dopiero jedną noc, a już gadacie jak stare małżeństwo. No, super.
Westchnęłam, podnosząc się do pozycji siedzącej i odgarnęłam włosy z oczu.
-A tak w ogóle, to gdzie zaparkowałaś? - zapytał Kendall, wkładając swoją bluzę, która została na jednym z bocznych oparć.
-Nigdzie. - wzruszyłam ramionami. - Zostawiłam na noc w płatnym garażu. Wiem, że czasami gówniarze rozwalają zabytkowe samochody. Mój poprzedni Merkury był cały porysowany i obklejony w ptasich piórach. Kiedy go odnowili, to już nie był ten sam samochód. Musiałam go sprzedać. Nie chcę po raz drugi przez to przechodzić.
-Lira, daj spokój... - odparła Alexa, kiedy wkładałam swoje buty. - Opowieść o Twoim biednym samochodzie słyszałam już miliony razy. Chociaż technicznie rzecz biorąc, to był samochód Twojego dziadka. Tak samo jak Twój Hornet.
-Mój dziadek uwielbiał samochody z epoki Elvisa i co? Nic. A babcia zgodziła się nie sprzedawać ich od razu tylko dlatego, że nimi jeździłam i utrzymywałam z własnej kieszeni.
-Studiowałaś, jeszcze długo po śmierci swojej babci. - zauważył Kendall. - Jak utrzymywałaś dwa takie samochody?
-Byłam kelnerką i sprzedawałam wypracowania z angielskiego bogatym dzieciakom. - odpowiedziałam, jakby to nie było nic dziwnego. - Jeden esej o "Ani z Zielonego Wzgórza" dałam radę sprzedać trzy razy. To chyba mój rekord.
Kendall i Alexa patrzyli na mnie z zaciekawieniem. To stara sprawa. Poza tym no błagam... Co trzeci mózgowiec dorabia w podobny sposób.
-A, jak Ci płacili? - odezwał się Kendall, który po minucie odważył się zadać to pytanie na głos.
-Na rachunek bankowy. - Odpowiedziałam, jakby to było coś normalnego. Znowu. - Mam konto do piętnastego roku życia.
-Założyłaś je, kiedy interes z lewymi wypracowaniami kwitł w najlepsze? - zapytała Alexa, podając Wendy maskotkę.
-Skąd wiesz? - zawołałam, zatrzaskując za sobą drzwi łazienki.
-Żartowałam. - westchnęła i mogłabym przysiąc, że słyszę śmiech Kendalla.
(Logan)
-Zbadasz poparzoną dziewczynkę z odmrożeniami? - poprosiła Abby, kiedy złożyłem wypełnione karty spławionych pacjentów.
-Poparzenia i odmrożenia jednocześnie? - zmarszczyłem brwi. - To w ogóle możliwe?
-Ma odmrożone stopy i poparzone dłonie. - wyjaśniła, unosząc długopis do ust. - Mała nie jest zbyt rozmowna. Powiedziała, że chłopcy zabrali jej buciki, a później upadła na niedopałek ze sztucznych ogni. Rano została znaleziona przez parę nastolatków, wracających z koncertu na przedmieściach.
-Co, pijani? - rzuciłem, zanim zdążyłem się nad tym zastanowić.
-Nie, zupełnie trzeźwi, bo na motocyklach. - odpowiedziała. - Idź już do niej, dobra? - poprosiła. - I przepisz jej jakiś lepszy środek przeciwbólowy, bo ibuprofen nie jest dla niej najlepszy.
-Co z nim nie tak? - zapytałem trochę zbity z tropu.
-Ma po nim biegunkę. - wyjaśniła. - Jak nie będzie chciała z Tobą rozmawiać, poproś tamtą dziewczynę. Jak dotąd tylko do niej się odzywała.
Wskazała na małolatę, którą stała kilka metrów od nas. Miała na sobie ocieplaną skórzaną kurtkę i grube jeansy. Rozmawiała z jakimś chłopakiem, który był ubrany podobnie.
-To oni ją znaleźli? - zapytałem, patrząc z zaciekawieniem na tą dziwną parę, tak odstającą od otoczenia.
-Tak. - przytaknęła, odkładając długopis że zdenerwowaniem. - Mała powiedziała jej, że na na imię Connie. To wszystko, co o niej wiemy.
-A kiedy Carlos, Lisa i Matt będą w pracy? - zapytałem. - Chciałbym, żeby się nią zajęli.
-Carlos i Lira będą dopiero po południa, a Matt nawet nie odbiera telefonu.
-Dobra, ale powiedz im o dziewczynce, kiedy tylko dotrą, dobra?
-Jasne, powiem, że to pilne.
Uśmiechnąłem się do niej blado i zabrałem kartę dziewczynki. Biedne dziecko. Ta dziewczynka nie powinna przez to przechodzić. Właściwie... Nikt nie powinien. Zajrzałem za jeden z parawanów i zobaczyłem dziewczynkę w brudnym i podartym ubraniu.
-Część, królewno... - zacząłem, żeby jakoś ją zachęcić do różowy. - Jestem lekarzem, rozumiesz? Pomogę Ci, tylko muszę najpierw Cię zbadać, dobrze?
W odpowiedzi mała tylko pokiwała głową, spoglądając na mnie z przerażeniem. Próbowałem to sobie tłumaczyć, że boi się nowego miejsca, czy coś... Że po prostu pochyla się nad nią obcy facet i nie wie, czego się spodziewać.
-Jesteś Connie, prawda? Zapytałem, zakładając stetoskop na uszy. - Byłaś bez bucików przez całą drogę?
Mała znowu pokiwała głową. Przyłożyłem membranę stetoskopu do jej małych plecy. Zakaszlała i niemal natychmiast skrzywiłem się, słysząc nieprzyjemne szmery w płucach.
-Lilly... - zawołałem jedną z pielęgniarek. - Możesz podać małej ten nowy lek od pediatrii na stany zapalne dróg oddechowych? Podobno dzieciaki dobrze na niego reagują.
-Oczywiście, doktorze. - przytaknęła, jak to miała w zwyczaju.
-Ja muszę wpisać jej do karty zapalenie płuc. - westchnąłem. - Ładny kwiatek.
Zawołałem za nią, mając na myśli jej spinkę.
-Dziękuję, doktorze. - kiwnęła głową, nie tracąc swojego sztywnego tonu.
Pokręciłem głową z uśmiechem, siadając z powrotem obok dziewczynki.
-Powiesz coś? - zapytałem, przyglądając się poparzeniom na jej rączkach.
Mała nie odpowiedziała. Zupełny brak odzewu. Cisza.
(Kendall)
-Muszę poszukać tańszej niani. - westchnęła Alexa, siedząc przed komputerem, kiedy robiłem trzy duże kawy. - Przy tej zbankrutuję.
-Może poszukasz wśród studentek? - podsunąłem, stawiając przed nią jeden z kubków. - Wiesz, na przykład na tablicy uniwersyteckiej jest ze dwadzieścia ogłoszeń.
-Odpada. - pokręciła głową. - Wiem, że studentki są najtańsze, ale to rozwiązanie na kilka godzin w tygodniu. A nie na kilkadziesiąt dziennie. Żadna się tego nie podejmie.
Pokręciła głową, unosząc kubek do ust.
-A gdzie się podziała Lira? - zapytałem, marszcząc brwi.
-Na balkonie, suszy sobie spodnie. - odpowiedziała. - Wiesz, te, które Wendy obsikała dziesięć, minut temu... Sam się z tego śmiałeś.
Wzruszyłem ramionami i usiadłem naprzeciwko niej. Nawet nie wyglądała na zmęczoną, jakby nafaszerowała się kofeiną jeszcze przed wyjściem z pracy. A to było naprawdę dziwne.
(Carlos)
Wyszedłem z sali tej małej dziewczynki i niemal natychmiast podszedłem do Logana, który stał przed lampą do zdjęć rentgenowskich.
-I co? - zapytał, wyłączając podświetlenie. - Dowiedziałeś się czegoś?
-Niczego. - odpowiedziałem, opierając się o jeden z przykręconych foteli pod ścianą. - Dziewczynka się boi. Wystarczy jedno słowo o rodzicach i już muszę zaczynać wszystko od nowa. James się odzywał?
-Nie. - pokręcił głową. - A co, masz jakiś pomysł?
-Jeden tak. - odparłem, stając prosto. - Pamiętasz chłopczyka z zeszłego roku? Nieprzytomny, hipotermia, znaleziony w krzakach.
-No, pamiętam. - pokiwał ze zrozumieniem głową. - James poprosił swojego szefa, żeby przyśpieszył poszukiwania jego rodziców.
-Facet postawił na nogi cały oddział policji. - dodałem.
-W końcu dowiedział się, że mały zaginął w supermarkecie półtora roku wcześniej. - podsumował. - Myślisz, że zdoła to dla nas powtórzyć?
-Mam taką nadzieję. Po tym, jak Adams dwa razy wymusiła na nim wolontariat... Nie wiem, czy jest sens próbować.
Westchnąłem, opadając na krzesło. Spojrzałem na kartę, którą trzymał.
-Wezwałeś chirurga? - zapytałem, patrząc na listę konsultacji. - Aż tak źle?
-Stary, nawet na moje oko, ten palec u nogi jest tak odmrożony, że trzeba będzie amputować. - pokręcił głową. - A zwykle to ja przywracam kończyny do życia. Może szef Kendalla coś wymyśli. Z resztą, po co się oszukiwać. W najgorszym wypadku utną poniżej kolana.
-A potem? - uniosłem brwi, widząc, że zaciska zęby na sam dźwięk tego pytania.
-Człowieku, nie wiem, co potem. - wyrzucił z siebie ze złością. - Jak znajdą się jej rodzice, to rehabilitacja. Jak nie, trafi do domu dziecka, a tam będzie zdana na łaskę i niełaskę fundacji i wychowawców.
-A może... - zacząłem, ale Logan natychmiast mi przerwał.
-Nikt jej nie adoptuje. - oznajmił stanowczo. - Kiedy miałem praktyki na neonatologii widziałem rodziców, który zostawiali bez słowa swoje dzieci tylko dlatego, że były tak ciężko chore, że nie byliby w stanie ich utrzymać. Kojarzysz małego Darvina z porażeniem mózgowym? Jego zdjęcie wisi na bilbordzie na rogu piątej ulicy.
-Ten słodki śpiewający dzieciak z reklamy? - uniosłem brwi.
-Urodził się u nas. - odpowiedział, na co natychmiast zrzedła mu mina. - Matka nawet nie chciał go do siebie przytulić, kiedy pediatra powiedział jej, jakie ma szanse na samo chodzenie. Jest maszynką do robienia pieniędzy dla sierocińca. A ile on z tego ma? Nic. Stary, zrozum... z nią będzie tak samo, jeśli nie znajdziemy jej rodziców.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Oglądanie kreskówek na Nicku, to takie oczko. Trzecia sprawa jest trochę kulawa. Wyciągnęłam najgorszą patologię i wyszło takie coś. I oczywiście nie ma nic wspólnego z prawdą.

No i co? Zadowoleni? Pewnie nie bardzo, bo Kendall i Lira wciąż... i chyba sami dokończycie. Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Do przyszłego tygodnia. Przypominam o Szkole dla Mutantów i Stadzie (w ten piątek nowa notka). Cześć!