środa, 27 lipca 2016

12. Bardzo Cię lubię

(Kendall)
-Książka, o którą prosiłeś. - powiedziała Alexa, wręczając mi grupą kopertę. - Dopiero mi przysłali. Przy przeprowadzce wzięłam tylko "Księgę dżungli". Zayn'owi bardzo zależało na czasie.
-Dzięki. - uśmiechnąłem się do niej, widząc, jak Lira odprowadza do drzwi Lucy i jej mamę. - Chcesz pogadać o swoim byłym?
Zaproponowałem, widząc, że tego potrzebuje. Nie ukrywałem, że ta książka była mi potrzebna do publikacji, ale nie miałem pojęcia jak się za to wsiąść. Na pewno musiałem dokończyć uzupełnianie kart. I musiałem je skserować. Poważnie, niech Adam przerzuci się na dane cyfrowe. To nam wszystkim ułatwi życie.
-Wiesz, że nie? - pokręciła głową. - Już nawet mnie to tak nie boli. Tylko nie mogę się doczekać, aż odeśle mi wszystkie rzeczy do nowego mieszkania.
-To gdzie się przeprowadziłaś? - zapytałem, odkładając kartę na miejsce.
-Do Ellie z chirurgicznego. - wyjaśniła, opierając się o biurko w recepcji i sięgając po mój kubek z kawą. - Jest bardzo miła. Wystarczy, dopóki nie znajdę czegoś nowego. Umm... za słodkie.
Odłożyła kubek na miejsce, a ja zachichotałem, kręcąc głową. Wiedziałem, że słodziłem całkiem sporo, a Alexa mogła pić z każdej szklanki, o ile miała pewność, że nie ma na niej nic zakaźnego. Dość luźne podejście do higieny jak na pielęgniarkę.
-Zawsze dużo słodzę. - wzruszyłem ramionami. - Nie jest tak źle. A jak Wendy? Jak przechodzi przeprowadzkę?
-Lepiej niż się spodziewałam. - wzruszyła ramionami. - Dobrze śpi, nie budzi się w nocy. Wieczorne czytanie bardzo jej pomaga. To dobrze, jeden problem z głowy.
-Co zamierzasz? - zamrugałem z zaciekawieniem, opierając się o tylną część krzesła.
-Zamierzam odpuścić sobie facetów. Przynajmniej na jakiś czas. - dodała po chwili. - Słuchaj, będę miała prośbę. Oczywiście jak nie masz żadnych planów.
-Jasne, mów. - powiedziałem, zatrzaskując notes. - Nie wychodzę dzisiaj z domu.
-Zająłbyś się Wendy? - zapytała, składając ręce jak do papieża. - Pewnie będzie spała, będziesz miał telewizor dla siebie, mamy kablówkę...
-Jasne, nie ma sprawy. - przerwałem jej. - Wiesz, że uwielbiam Twoją córeczkę.
-Dzięki, kochany jesteś. - westchnęła z ulgą. - Po pracy dam Ci komplet kluczy.
(Lira)
Kiedy wracałam do biura, Kendall już skończył rozmowę z Alexą. Odebrali mi kuratelę nad Lucy, bo jej mama zadecydowała, że przeprowadzają się do innego stanu, a ja działam tylko na dwie dzielnice i szpital. Tutaj.
-Widzę, że ktoś ma wolne... - usłyszałam za plecami głos Logana. - Zazdroszczę.
-Nie ma czego. - zachichotałam. - Zaraz muszę być w sądzie, zostawić dokumenty w archiwum. - Jak co miesiąc.
-A wiesz? Ja nawet się cieszę, że w tym roku sylwester jest spokojny. - odparł, chowając ręce do kieszeni fartucha.- Przynajmniej dla mnie.
-Kendall nie wziął za Ciebie dyżuru. - przypomniałam mu bezlitośnie, na co on wydął buzię jak naburmuszone dziecko. - Przygotuj się na poparzenia w okolicach północy.
-Jesteś bez serca. - stwierdził, krzyżując ramiona na piersiach. - Czy szpitale to jedyne miejsca, w których się dzisiaj pracuje?
-No wiesz, zostają jeszcze sądy całodobowe, kawiarnie, restauracje, hipermarkety... - wymieniałam, odliczając na palcach. - Przecież pytałeś.
Zaśmiałam się, kręcąc głową. Szczerze mówiąc, nie miałam za wielkich planów na dzisiaj. Mam iść do Alexy i zająć się Wendy, bo sama Alexa zostaje tu na noc. Twierdzi, że z uwagi na brak chętnych do pracy więcej zarobi. I tak zostaną tylko trzy pielęgniarki na całą izbę przyjęć.
-Wiesz, że chirurgia jest prawie pusta? - zagadał, jakby zapomniał, że zaczęłam się nad nim mentalnie wyżywać. - Onkologia też.
-Za to ortopedia pęka w szwach. - zauważyłam, wyciągając z kieszeni telefon.
-Lira, ortopedia pęka w szwach przez calutką zimę. - powiedział takim tonem, jakbym niewiele na ten temat wiedziała. - Jakie plany na sylwestra? Takie same jak na Boże Narodzenie? A nie, czekaj, zapomniałem, że Boże Narodzenie spędziłaś tutaj, siedząc z Kendallem i dzieciakami.
-No weź, było bardzo miło! - zawołałam, chcąc przekrzyczeć jego śmiech. - Za rok też tak robimy. Wiem, że ostatnie kilka dni po świętach były bardzo... burzliwe, ale wolałam się nad tym nie rozwodzić, przynajmniej w tej chwili. Ostatnie trzy miesiące były... okropne. Wiem, że więcej czasu spędzałam z Kendallem i w ogóle... Moi przyjaciele dowiedzieli się, że mam w mieście kuzyna i tak dalej. Z resztą... nawet nie wiem, dlaczego im o tym nie wspomniałam. Ale pewnie z tych samych powodów, dla których nie widziałam powodu, żeby im o tym wspominać. Ale od sprawy ze Scottem wszystko się zmieniło. Jakby... zbliżamy się do siebie. Wszyscy.
-Oj Lira, Lira... - westchnął Logan, obejmując mnie ramieniem. - Sobie też mydlisz tak oczy? Przecież wkładanie na siebie kostiumu elfa nie jest miłe.
-Ale wiesz jak to jest? Czasami fajnie zrobić coś miłego dla kogoś innego. - powiedziałam, chcąc go do tego przekonać.
Prawda była taka, że Święta przebiegły niezauważalnie, jakbym wszystko przespała. Leon był u mamy w Buenos, moi rodzice od dawna nie żyją, a rodzeństwa nie mam. Oczywiście widziałam te wszystkie dekoracje na mieście, a tydzień przed gwiazdką chłopaki z "Route 66" założyli mi białe gumy, niby w prezencie gwiazdkowym, ale jakoś nie udzielił mi się ten klimat. Pewnie dlatego, że nie miałam go z kim spędzać.
Nie, no serio? To nie jest mój jedyny problem.
-Dobra, ty się baw na swoim podwórku, a ja muszę iść do sądu. - oznajmiłam, przerywając mini-tyradę Logana.
-Nie no, proszę Cię... - jęknął.
-Poważnie, muszę jechać i jeszcze obrócić na górę po wszystkie segregatory.
(Logan)
Kiedy Lira wyszła, byłem skazany na towarzystwo pacjentów i Alexy. Kendall jak zwykle gdzieś przepadł. Po cichu miałem nadzieję, że Carlos jednak zostanie zawrócony z lotniska i zdołam go namówić, zeby został ze mną na noc. Jeszcze tylko ściągnąłbym Jamesa i namówił Kendalla, żeby nie czytał żadnej książki (powaga, ostatniego Sylwestra spędził czytając "Księżyc w nowiu" ze słuchawkami na uszach) i jednak dam radę go namówić na "wolontariat", jak to nazywam nasze imprezy w szpitalu. Oczywiście między pacjentami.
-To dla Ciebie. - powiedziała Alexa, rzucając mi jedną z podkładek. - Coś w sam raz dla Ciebie.
Niechętnie zerknąłem na treść pierwszej stron. Wywróciłem oczami, opuszczając rękę.
-Nastolatka z baletu na lodzie? - jęknąłem. - Kolejna?
-Kolejna, kolejna... - zachichotała. - One się nie kończą, ale sam zobaczysz, jak ona wygląda. W życiu nie widziałam tak wykrzywionej stopy.
-Kto ją badał? - zapytałem, dając jej się prowadzić do jednego z parawanów.
-Adams. - odpowiedziała wprost. - Wiesz, rodzice są bogaci, prosili o szefową... A ona odesłała ją do Ciebie. A byłeś ostatnio w kadrach?
Jej pytanie wydawało mi się dziwne. Alexa przez całe trzy lata naszej znajomości zapytała mnie o Kadry tylko raz. Jak wymieniali niektóre etaty pielęgniarek. Może tym razem też robią cięcia dla nowych i boi się o posadę?
-Nie, a co? Mają przysłać nowych? - rzuciłem mimochodem.
-Podobno. - wzruszyła ramionami. - Mówią, że tylko uzupełniają miejsca po ostatnich zwolnieniach i żadna z nas nie ma się czego obawiać. A widziałaś, jak zareagowała Marie jak dostała rozwiązanie umowy? Była wściekła, groziła sądem i podobno była u Jamesa...
-James nawet nie chce się zbliżać do tej sprawy. - przerwałem jej, kręcąc głową. - Marie wynosiła leki na lewo. Przez nią trójka lekarzy stanęła przed komisją dyscyplinarną. W tym Kendall, bo odruchowo podpisał jej receptę bez czytania.
-Wiem, pamiętam, ale od tamtej pory nas obserwują. - powiedziała wciąż zmartwionym tonem. - Bardziej niż wcześniej.
-Mogę zerknąć, jak chcesz. - odpowiedziałem. - Masz dyżur? Bo Lira mówiła, że zajmuje się Wendy.
-Tak, Kendall też zajmuje się dzisiaj Wendy. - pokiwała głową. - Oboje zajmują się dzisiaj Wendy.
-A co ma do tego Kendall? - zmarszczyłem brwi. - Lira sobie sama nie poradzi?
-Żartujesz? Od pół roku próbuję ich wyswatać. - odpowiedziała, zamaszystym ruchem odsłaniając jeden z parawanów.
(Kendall)
Wieczorem stanąłem pod kamienicą, którą wskazała mi Alexa. Z westchnieniem wyciągałem z kieszeni kartkę z adresem, który mi dała, chcąc się upewnić.
W końcu wszedłem do środka i wspiąłem się na górę. Spoglądałem na wszystkie drzwi, chcąc znaleźć odpowiednie. W końcu trafiłem na odpowiedni numer i otworzyłem je swoim kluczem, które dostałem od Alexy. Czas zmienić nianię...
Wszedłem do środka i niemal natychmiast Lira wybiegła do przedpokoju. Lira?
-A co Ty tu robisz? - powiedzieliśmy niemal jednocześnie.
-Alexa prosiła mnie, żebym się zajęła Wendy. - odpowiedziała jako pierwsza.
-Nie... - pokręciłem głową. - To ja mam się zajmować Wendy.
-Czekaj, czy ona... - zaczęła, otwierając szeroko usta. - Aaa...
-A to wredna blondyna. - mruknąłem pod nosem.
O dziwi miniaturowa intryga Alexy nie zrobiła na nas żadnego wrażenia. Zamiast się burzyć i tak dalej Lira wyciągnęła z torebki dwa opakowania popcornu do mikrofali.
-Miałam zamiar się tym najeść i znaleźć jakiś film. - oznajmiła, otwierając jedną z paczek. - Skusisz się? Mam tego całkiem sporo, bez problemu się podzielimy.
-Bardzo chętnie. - uśmiechnąłem się, podnosząc małą Wendy i dając jej ciepłego mleka z butelki. Wciąż byłem ciekawy, kiedy nauczy się pić z kubeczka. - Potem poszukamy czegoś do oglądania.
Kiedy Wendy zasnęła, włączyliśmy telewizor i zaczęło się pstrykanie po kanałach.
-"Psychoza"? - rzuciłem, rozpoznając scenę z czarno-białego filmu.
-Dzięki, chcę dobrze spać w nocy. - odpowiedziała, stawiając na stoliku do kawy dwa wielkie kubki gorącej, aromatycznej herbaty i wielki kartonowy pojemnik z prażoną kukurydzą.
-"Pingwiny z Madagaskaru"? - uniosłem brwi, wchodząc do spisu programów. - I to cały maraton.
-Może być. - kiwnąłem głową, siadając obok mnie na kanapie. - Przynajmniej się pośmiejemy.
Odwzajemniłem jej uśmiech i spuściłem wzrok na wolną przestrzeń między nami.
-Co? - zapytała, jakby trochę zbita z tropu.
-Nic. - pokręciłem głową. - Po prostu bardzo Cię lubię.
-Ja też Cię lubię. - odpowiedziała. - Ale i tak mam ochotę zemścić się na Alexie.
-Razem na pewno coś na nią wymyślimy. - zachichotałem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie ukrywam, że sama z tej notki lubię rozmowę Liry i Logana. To pierwsza moja notka pisana na siłę i nie przejmujcie się, będą gorsze.
Co myślicie o tym, co kombinuje Alexa? Słusznie wzięła się za swatanie Liry i Kendalla, czy może powinna się za to trochę inaczej zabrać?

No, to by było na tyle. Koniecznie dajcie mi znać (to znaczy, zachęcam) jak podobała Wam się dzisiejsza notka. Trzymajcie się! I do zobaczenia w przyszłym tygodniu.  

sobota, 23 lipca 2016

11. Granitowa spódnica

(James)
Tego ranka obudziły mnie rześkie promienie słońca. Zamrugałem i zdałem sobie sprawę, że obok mnie leży Mary. Wtulona w moje ramię, śpiąca pani ordynator. To była jedna z tych spraw w moim życiu, do którego miałem dostęp tylko ja i ona. Seks wieczorem, wspólna pobudka i śniadanie. To są dokładnie te sprawy.
-Już nie śpisz? - jej senny mamrot wytrącił mnie z zamyślenia. - Która godzina?
-Siódma. - odpowiedziałem. - Możesz jeszcze spać. Jak wyjdziemy o dziewiątej, w zupełności wystarczy.
-Nie powinnam jechać do pracy od Ciebie. - powiedziała cicho. - Muszę jechać do domu się przebrać. Nie mogę wyjść do pracy w tych samych ciuchach, co wczoraj.
Zamrugałem, pozwalając jej wstać. Spojrzałem na radio budzik przy łóżku i leżące obok dokumenty, których jeszcze nie zdążyłem przeczytać.
-Coś Cię martwi? - zapytała, spoglądając na mnie przez ramię.
-Szef dał mi bana na sprawy ze szpitala. - westchnąłem, unosząc się na przedramionach. - Dał mi do przerobienia pięć rozwodów. Dzisiaj pewnie dostanę przynajmniej dwa. Nie wiem, jak dalej tak uciągnę. Jest źle. I nie mówię o samej kancelarii.
-A o czym? - rzuciła obojętnie.
-O nas. - odpowiedziałem, ma co ona zamarła z topem w połowie zakładania.
-Co masz na myśli? - zmarszczyła brwi, siadając na skraju mojego łóżka. - Mamy wygodny układ. Przecież nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że ze sobą sypiamy. Tak jest najlepiej.
Jasne... najlepszy układ pod słońcem. I takie przedmiotowe podejście nie za bardzo mi się podoba. Układ, który wymyśliła po naszej pierwszej niby-randce: Zero zobowiązań, do seksu nie potrzeba zabezpieczeń, bo jest bezpłodna, a w nasz romans i tak nikt nie uwierzy.
-Słuchaj, Maslow, jeśli po raz kolejny chcesz mi powiedzieć, że mnie kochasz, to lepiej odpuść. - niemal wykrzyczała, a kiedy lekko przytaknąłem, tylko zabrała swoją kurtkę, resztę ciuchów wepchnęła do torebki i wybiegła nie mówiąc nic więcej.
Brawo, Maslow, świetnie to rozegrałeś – usiadłem, biorąc głęboki oddech i przeczesując sobie włosy dłonią. Powoli odrzuciłem koc i podniosłem się z łóżka, podchodząc do ekspresu do kawy. Mary jest piękna, zimna, a jak uprawiamy seks i tak krzyczy do mnie po nazwisku. Gdyby tylko wiedziała, jak Logan z niej żartuje w „męskim gronie”, wywaliłaby z pracy nie tylko jego, ale jeszcze Carlosa, Kendalla, Adriana i Cody'ego, bo tego słuchali. A ponieważ ja też tego słuchałem, pewnie przestałaby się do mnie odzywać.
(Lira)
-Słucham? - zapytałam do słuchawki.
Teraz, kiedy czytałam zeznanie Lucy, zrozumiałam, co przeżyła po raz kolejny. Nie codziennie dziewczynka jest gwałcona przez kolegę ze szkoły. Nie ukrywam, że nieźle mnie to przeraziło. Na szczęście Leon na tyle wzbudził jej zaufanie, że wszystko mu powiedziała. Z resztą... Tajemnica, którą sam skrywa, jest dość makabryczna.
-Możesz zejść na dół. Na dół, znaczy na ginekologię. - usłyszałam głos Alexy po drugiej stronie.
-Jasne, a coś się stało? - zapytałam, marszcząc brwi.
-Przyszli przyjaciele Lucy. - wyjaśniła. - Mówiłaś, żeby Cię zawiadomić, kiedy przyjdą, bo chcesz z nimi pogadać zanim do niej przyjdą. Czy coś się zmieniło?
-Nie, już schodzę. - pokręciłam głową. - Gdzie mieli czekać?
-W barku. - odpowiedziała. - Dwie dziewczynki, jedna niewidoma. Szybko rozpoznasz.
-Jasne, dzięki. - pokiwałam głową.
Pośpiesznie zbiegłam po schodach i minęłam położniczy. Zawsze, kiedy rezygnowałam z windy, musiałam go minąć, idąc na ginekologię. Może nie mamy za bardzo rozwiniętego oddziałów ginekologiczno-położniczych, ale jakoś sobie radziliśmy.
Weszłam do środka, niemal natychmiast zauważając dwie dziewczyny, które widziałam już wcześniej w szkole. Powoli weszłam przed ławki, zastanawiając się, co mam powiedzieć.
-To pani? - zamrugała jedna z dziewczynek. - Była pani w szkole, tego dnia, kiedy...
-Wiem. - przerwałam jej, kiwając głową, że rozumiem. - Lira Forte, kurator sądowy. Chciałabym z Wami pogadać, zanim zobaczycie się z Lucy.
-Ja jestem Allison Stone, a to jest Kate Blake. - oznajmiła, wskazując na niewidomą dziewczynę. - Chłopczyca wspomniała nam o pani. Jesteśmy przyjaciółkami.
-Wiem. - kiwnęłam głową. - Dlatego najpierw muszę Wam powiedzieć, dlaczego, Lucy...
-Chciała się zabić? - zapytała Kate, „patrząc” w jeden punkt gdzieś na podłodze.
-Właśnie. - przytaknęłam. - To się Wam nie spodoba. Wasza koleżanka została zgwałcona.
Allison tylko otworzyła szeroko usta i przez chwilę wyglądała jak ryba wyciągnięta z wody.
-Wie pani, kto to zrobił? - zapytała z wyraźnym niepokojem.
-Lucy złożyła zeznania. - odpowiedziałam. - Wiecie kto to jest Tony Lanter?
-To on? - uniosła brwi, coraz bardziej przejęta. - Sukin...
-Allie... - powiedziała cicho Kate, ale natychmiast ją tym uspokoiła. - Tony Chodzi z Lucy na Angielski, a ze mną i Allie na Fizykę.
Pokiwałam głową, z podziwem, zapisując to w miniaturowym notesie.
-Możemy się z nią spotkać? - poprosiła po chwili ciszy.
-Jasne. - pokiwałam głową, wstając z krzesła. - Zaprowadzę Was.
(Carlos)
Obserwowałem, jak Lira przekazuje dokumenty jakiemuś facetowi w graniaku. Potem tylko uścisnęli sobie dłonie i poszli w dwie osobne strony.
-Dzięki, że nie pomogłeś. - usłyszałem za sobą głos Natalie.
-Słucham? - zmarszczyłem brwi, obracając się na pięcie.
Zobaczyłem naprzeciwko siebie jej uśmiechniętą twarz.
-Wiesz, jaki jest Logan. - zaczęła wyjaśniać, kiedy nie pokapowałem o co chodzi. - Powiedziałbyś mu to co chce, zaraz chciałby następne i tak dalej. To nie miałoby końca.
-Wiem. - przytaknąłem. - Dlatego nie chciałem z nim o tym rozmawiać. Z resztą to i tak nie jego sprawa. A co będzie z tą dziewczynką?
Zapytałem, marszcząc brwi. Byłem naprawdę ciekawy, jak będzie sobie teraz radzić, co będzie dalej, może nawet wyjedzie do innego miasta...
-Nie wiem. - pokręciła głową, wkładając dłonie do kieszeni fartucha. - Decyzja należy do jej matki, dziewczynka nie jeszcze szesnastu lat. Nie może o sobie decydować. Przynajmniej nie bezpośrednio. Znasz domyślny próg.
-Niestety... - wzruszyłem ramionami. - Ale sprawdzą był nieletni, myślałem, że...
-Będzie sądzony jak dorosły. - dokończyła za mnie. - Nawet się nie dziwię. Gdyby nie jej dwie przyjaciółki, prawie spróbowałaby po raz drugi. Wczoraj przyniosły jej taką ładną, granitową spódnicę, wiesz? Materiał jest taki fajny w dotyku.
(Lira)
-To, co? - zapytał Kendall, kiedy szliśmy do mojego samochodu. - Nemeton?
-Nemeton. - pokiwałam głową, otwierając przednie drzwi swojego Hudsona Hornera.
Kendall uśmiechnął się do mnie i pokręcił głową.
-Logan jest ciekawy, skąd bierzesz te retro opony. - zagadał, wsiadając na miejsce pasażera.
-To są normalne opony, ale przerobione. - odpowiedziałam z szerokim uśmiechem. - W warsztacie "Route 66" robią mi to gratis. Tylko na razie nie mów tego Loganowi.
-Jasna sprawa. - pokiwał głową.
Nemeton to nocny klub, w którym często się bawimy. To bardziej lajtowa dyskoteka, ale z dobrze zbilansowaną akustyką. na parkiecie muzyka dudni, aż boli głowa, a przy stolikach jest znacznie ciszej, co znacznie ułatwia rozmowy między sobą.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, większość już tam była. Uśmiechnęłam się i przywitałam się z Alexą, a potem spojrzałam na Leona, który jak gdyby nigdy nic rzucił "Czołem kuzynko", czym chyba wytrącił nieco z równowagi pozostałych.
-To... - zaczął Logan, unosząc brwi. - On jest Twoją rodziną?
Wszyscy patrzyli na nas ze zdziwieniem. Najzabawniejsza była chyba mina Carlosa, który znał nas oboje już wcześniej, zanim Logan i Kendall dowiedzieli się o istnieniu Leona. A przynajmniej poznali jego nazwisko, bo chyba widzieli nas kilka razy jak tu rozmawialiśmy.
-No tak. - pokiwałam głową, jakby to było coś oczywistego.
-Jesteśmy kuzynami. - dodał rzeczowo Leon, siadając na jednym z bocznych oparć fotela w którym siedziałam. - Chyba szóstego rzędu. Niezła historia.
-Kiedyś brat mojej babci był typem beztroskiego kawalera. - wyjaśniłam, z trudem pokonując wybuch śmiechu. - Wyjechał do Argentyny i zakochał się w dziewczynie, która śpiewała do kotleta w jednej knajpie. I zmajstrował jej prześliczną córeczkę.
-Czyli moją mamę. - wyjaśnił Logan, kiwając głową.
-Kiedy dziewczynka dorosła, wyszła za mąż i urodziła...
-Mnie. - dokończył, kiedy dałam mu długą pauzę.
Wszyscy patrzyli na nas ze zdziwieniem, a ja i Leon przykładnie daliśmy im czas na przetworzenie tej informacji w szarych komórkach.
-Mówiłem Ci, że on nie jest jej facetem. - wykrztusił w końcu z siebie Logan, chyba zwracając się do Kendalla.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I co, Chris? Nadal lubisz Adams? Przynajmniej się wyjaśniło. Ale teraz spamić nie zamierzam z jednego prostego powodu.
Dzisiaj wypada HAPPY WEEK. Nic nadzwyczajnego, ale zawsze coś. W prawdzie za bardzo mnie nie zmotywowaliście, ale dzisiaj jest ostatnia szansa. Nie zobaczycie notki w sobotę przez najbliższe PÓŁ ROKU. Powód jest jeden. Wznowienie „Stada” i „Szkoły dla Mutantów”. Kończenie obu opowiadań potrwa właśnie pół roku. Szczegóły w poprzedniej notce.

No dobra, mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Do zobaczenia w środę. Cześć!

środa, 20 lipca 2016

10. Wszystko zależy od reakcji

(Lira)
Kiedy dotarliśmy do szpitala, Logan i Kendall już na nas czekali. Poprosiliśmy doktor Adams, żeby zajęła się Lucy, dopóki nie przyjdzie inny lekarz.
-Możecie wezwać Natalie? - poprosiłam. - Chciałabym, żeby ją zbadała i przygotowała raport.
-Została zgwałcona? - Logan zmarszczył brwi.
-Jej, jak się domyśliłeś? - zakpił Kendall, unosząc ręce, jakby coś go zirytowało.
-A skąd Wy wiecie? - zmarszczyłam brwi.
-Poprosiłaś o wezwanie Natalie. - oznajmił Logan, jakby to było coś oczywistego. - Jest ginekologiem i masz do niej zaufanie, jako lekarki. Każesz ją wzywać zawsze, kiedy dostanie się pod Twoje ręce jakaś ofiara gwałtu.
-Poza tym trzymasz dziewczynę z dala od mężczyzn, a to już o czymś świadczy.
Dość szybko mnie rozszyfrowali. Chociaż mnie bardziej ciekawiło, dlaczego Kendall udaje, że jest na Logana śmiertelnie obrażony. Tak, udaje. Kendall jako przyjaciel nie potrafi się za długo gniewać, jakby to nie leżało w jego instrukcji obsługi. Jakby obrażanie się na kogoś było dla niego czymś nienaturalnym. Chyba, że Logan znowu mija się od roboty. To by wiele wyjaśniało.
-Dobra, ogarnijcie się. - pokręciłam głową. - Idę do biura i powiem Natalie, żeby zbadała Lucy ginekologicznie. Jak przyjdą do niej licealiści, najpierw zawiadom mnie. Chciałabym z nimi pogadać, zanim się z nią zobaczą.
-Jasne, nie ma sprawy. - Alexa pokiwała głową. - Mam wezwać Carlosa?
-Na razie nie. - pokręciłam głową, spoglądając na nią. - Policja podobno poprosi własnego psychologa. Pozwalają mi się zajmować tym przypadkiem tylko dlatego, że...
-Że Lucy to Twoja podopieczna? - dokończył Kendall.
-Właśnie. - przytaknęłam. - Mam tylko wrażenie, że nawaliłam. Mogłam zrobić coś więcej. Zaproponować inna szkołę, albo...
-Zrobiłaś wszystko co mogłaś. - Kendall położył mi dłoń na ramieniu, jakby miał zamiar mnie pocieszyć. Chwila, przecież on mnie pocieszał. Głupia.
Pokręciłam głową i machnęłam ręką.
-Teraz muszę to jakoś naprawić. - westchnęłam. - Na razie.
(Kendall)
-Możesz zlecić tomografię. - powiedział mi Logan, patrząc na zdjęcie głowy chłopaka, który spadł z roweru. - Ja tu nic nie widzę, ale jego dziewczyna mówi, że nieźle przywalił.
-Co szefowa ostatnio powiedziała? - wzruszyłem ramionami. - Że jeszcze jedno bezpodstawne badanie tomografem, a za każde następne będziemy płacili z pensji.
-Od kiedy obchodzi Cię, co mówi Adams? - prychnął. - Wiesz jaka jest. Szuka oszczędności, gdzie się da, ale jak przyjdzie co do czego, ma wszystko gdzieś i podprowadza fundusze z pediatrii i oiomu. Powiedz mi, kiedy ostatnio pediatria potrzebowała kasy?
Spojrzałem na niego spode łba i pokręciłem głową. Zdjąłem zdjęcie z płyty i rzuciłem kliszę na biurko. Musiałem się nad tym zastanowić.
-Weźmiesz go do siebie na oddział? - zapytałem go, sięgając po podkładkę z jego kartą. - Wiesz, na moje oko, tą kostkę trzeba nastawić w bardziej komfortowych warunkach.
-Jasne, masz rację. Sam dawno takiego skrętu nie widziałem. - pokiwał głową. - Co, już się nie gniewasz? Jeszcze godzinę temu na mnie warczałeś.
-Nie gniewam się na Ciebie. - odpowiedziałem. - Ale też nie mam zamiaru odwalać za Ciebie roboty. I dyżuru w sylwestra i Nowy Rok też za Ciebie nie wezmę.
-Nie no, z tym już się pogodziłem. - powiedział z pewnym bólem w głosie. - Jak się trzymasz?
-Co? - zmarszczyłem brwi, obracając się w jego stronę.
-Myślałeś, że się nie dowiem? - zapytał z lekkim wyrzutem. - Trzy miesiące temu umarła Twoja mama. Ostatni członek Twojej rodziny.
-Nic mi nie jest. - pokręciłem głową. - Zajmij się pacjentami, a nie mną.
Fakt. Mama była ostatnią z rodziny jaką miałem. Już nikt mi nie został. Logan i, Lira i Carlos mieli rodziny, ale bardzo daleko. Mam jeszcze dwóch braci, z którymi czasami się spotykałem, ale tu w szpitalu nikt z wyjątkiem Logana nie ma o tym pojęcia i wolałbym, żeby na razie tak zostało. Nie utrzymują ze sobą kontaktu, ale wiedzą, że gdzieś mają bliskich.
-Możesz zbadać dziewczynę ze stłuczki? - poprosiłem, zmieniając temat. - Jest za trzecim parawanem. Alexa ma jej kartę.
-Nie ma sprawy. - westchnął, wstając z kanapy. - Sprawdzę, jak radzi sobie Lira.
(Carlos)
-Carlos, masz chwilę? - usłyszałem za plecami głos Logana. - Musimy pogadać.
Obróciłem się i zobaczyłem, że biegnie w moją stronę. Zaczekałem, żeby mnie dogonił i zaczął iść na równi ze mną.
-Właśnie szedłem na przerwę. - odpowiedziałem, wychodząc z nim do najbliższej kawiarni. - A to coś ważnego?
Spojrzałem na niego, a on tylko zamrugał i wziął głęboki oddech.
-Wczoraj przywieziono nam dziewczynę, taką licealistkę... - zaczął wyjaśniać. - Ofiara gwałtu.
-Coś słyszałem. - odparłem. - Dziewczynka jest pod kuratelą Liry. A coś się stało? Policyjny psycholog nawalił?
-Nie nawalił. - cmoknął ze zniecierpliwieniem. - Ale wcale nie informuje lekarzy. Nawet Adams i Natalie olewa. Pomyślałem, że... mógłbyś go jakoś przekonać, żeby zaczął nas informować, co?
-I tak nic nie zdziałam. - pokręciłem głową, przytrzymując drzwi, żeby mógł wejść za mną. - Psycholog ma obowiązek informować sąd i policję, ale nie służby medyczne. Przynajmniej w takich delikatnych sprawach. Nie wierzysz, to zapytaj Jamesa.
-Wierzę, wierzę. - wymamrotał. - Natalie robi coś na własną rękę, ale wyniki daje tylko Lirze, a ona... Powtarza nam tylko to co najważniejsze. Podobno będzie konieczna operacja, bo Co chwila wzywają Kendalla na konsultacje.
-A on Ci nic nie powtarza? - zmarszczyłem brwi ze zdziwienia.
-Nie ma na to czasu. - wyjaśnił. - Wciąż się mijamy i ściągnęli Cody'ego z urlopu. A wiesz jaki jest Cody. Woli siedzieć w domu i opychać się płatkami, zamiast wyjechać do ciepłych krajów.
Zachichotałem, kręcąc głową. Cody Roberts – internista, którego najłatwiej ściągnąć z urlopu. Ten facet pewnego dnia ze złości utopi swój pegeer w kiblu.
(Lira)
Prywatnie Leon wyglądał zupełnie inaczej. Spokojnie można go pomylić z pierwszym lepszym studentem ze stypendium sportowym.
Jeansy, kurtka college i klasyczny T-shirt bez nadruków. To chyba jedne z jego najczęstszych elementów garderoby. Tym bardziej byłam zaskoczona, kiedy podszedł do mnie w swoim prywatnym ubraniu.
-Cześć, co jest grane? - zapytałam, po naszym tradycyjnym uścisku dłoni.
-Mam przesłuchać Lucy Larson. - odpowiedział, machając mi przed oczami policyjnym dyktafonem.
-W tym ubraniu? - uniosłam brwi, powoli prowadząc go do pokoju, w którym tymczasowo leżała. - Myślałam, że obowiązuje Cię mundur.
-Nie zawsze. - pokręcił głową. - Ale to akurat zasugerowała Alle. Sądzi, że Lucy będzie się czuła nieco swobodniej, jeśli przyjdę ubrany jak...
-Jak jej kolega ze szkoły? - rzuciłam, a on tylko pokiwał głową i wzruszył niewinnie ramionami.
-To nawet nie taki zły pomysł. - odpowiedział. - Wiesz, takiej dziewczynie coś takiego się przyda. A przynajmniej nie zaszkodzi.
-Alle, to ta dziewczyna z liceum? - zapytałam, nagle zdając sobie z czegoś sprawę. - Skąd właściwie się znacie?
-Z ulicy. - odparł wprost. - Mieszkamy naprzeciwko siebie. Ona z rodzicami, ja z kumplami z kapeli. Okazało się, że Allison nieźle gra na bębnach. Wpada do garażu kilka razy w tygodniu, żeby z nami pograć.
Pokiwałam głową, na znak, że rozumiem. Wiedziałam, że mieszka z czterema innymi facetami, żeby zaoszczędzić na wynajmie, a potem założyli kapelę garażową, żeby coś tam sobie razem robić kilka razy w tygodniu. Ale nie miałam pojęcia o dziewczynie z sąsiedztwa.
-Okey... - zaczęłam powoli, kiedy już stanęliśmy pod drzwiami pokoju prywatnego. - Ile razy przesłuchiwałeś zgwałcone nastolatki?
-Ani razu. - odpowiedział z nadzwyczaj inteligentnym wyrazem twarzy. - Ale zwykle wysyłają mnie do molestowanych chłopców, więc z nastolatką też raczej sobie poradzę.
-Tak... - westchnęłam. - Powodzenia życzę.
I klepnęłam go pocieszająco w ramię, wskazując drzwi do pokoju w którym leżała Lucy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ostatnio wyszło długaśno, to teraz bardzo krótko. W następnej notce koniec wątku i... początek prywaty. Cieszycie się?
Słuchajcie, ostatnio zastanawiam się nad zrobieniem Happy Weeku, ale nie mogę, bo trochę późno mi komentujecie. A teraz jest praktycznie ostatni dzwonek, zanim wystartuję z trzema blogami naraz. A co za tym idzie, wrzucanie dwóch postów tygodniowo. PLANOWANYCH POSTÓW! A wiąże się to z powrotem „Szkoły dla Mutantów” i „Stada”. W prawdzie notki Informacyjnej na „Stadzie” jeszcze nie było, bo czekam z tym do przyszłego piątku. Ale info o publikacjach właśnie na tamtych blogach. Poza tym, po zakończeniu obu projektów spróbuje przez jakiś czas publikować dwa razy w tygodniu, ale to też zależy od tego jak będziecie komentować. Powiedzmy, że macie pół roku, żeby mnie przekonać. Zależy jak bardzo i jak szybko będziecie chcieli to opowiadanie.
Ogłoszeń byłoby na tyle. A jak się podobała notka? Bo szczerze mówiąc, z tej notki podoba mi się tylko końcówka, ale to tylko moje zdanie. Myślicie, że z Lucy wszystko się ułoży? Czy nie bardzo? Coś Was zaskoczyło? Czy może jeszcze nic, bo teraz uwaga, będzie spoiler. Zaznaczajcie albo nie, mnie to rybka. Za tydzień okaże się, co łączy Jamesa i Adams. Albo w sobotę. Zależy, czy nie zapomnę wstawić. Zaznaczyliście? Bo już praktycznie przestałam się produkować.

No... i to by było na tyle. Oczywiście, dajcie mi znać w komentarzach. Komentujący regularnie mają z tego np. zakładkę z boku. Tak na zachętę. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 13 lipca 2016

09. Białe opony

(Logan)
Siedziałem przed szpitalem, wpatrując się w samochód Liry. Od dawna coś mi w nim nie grało. Niestety, nasza koleżanka z trzeciego piętra miała typowy gust współczesno-retro i jeździła nadzwyczaj zadbanym starym gratem, a ja i Alexa tylko obstawiamy zakłady, kiedy rozkraczy się na środku drogi.
-Co Ty tu robisz? - Kendall zmarszczył brwi, podchodząc do mnie bliżej. - Przecież twoja przerwa skończyła się pięć minut temu.
-Zastanawiam się, skąd Lira wytrzasnęła te białe opony.
W odpowiedzi Kendall tylko obrócił się w bok i z powrotem spojrzał na mnie z tą różnicą, że tym razem wydawał się znacznie bardziej zirytowany.
-Nie wiem, zapytasz ją na następnej przerwie. - oznajmił. - A teraz rusz tyłek.
-Daj chociaż dokończyć papierosa. - jęknąłem. - Szkoda tyle wyrzucać.
-To zgaś i wsadź do kieszeni! Człowieku, mamy ze trzydzieści syfów na tablicy! - wrzasnął, wskazując dłonią na drzwi. - Rusz w końcu tyłek, zanim Adams zorientuje się, że jeszcze Cię tam nie ma...
-Ciebie też nie ma i co? - wzruszyłem beznamiętnie ramionami. - Daj spokój, nigdy nie miałeś ochoty w spokoju dokończyć papierosa?
-Tak się nieszczęśliwie składa, że nie palę. - wysapał zdenerwowany. - Masz tam być za dwie minuty, rozumiesz?
-A jak nie to co? - spojrzałem na niego wyzywająco.
-To nie wezmę za Ciebie dyżuru w Nowy Rok. - odparł, odwracając się z powrotem w stronę szpitala.
-Stary, nie zrobisz mi tego! - zawołałem za nim. - Przecież wiesz, jak się umawialiśmy!
Ale on nawet nie raczył na mnie spojrzeć. No dobra, wiedział, że bardzo zależy mi na tym wolnym dniu (i nocy) w Nowy Rok i umiejętnie to wykorzystał. Przyjaciel... Niech go gęś kopnie.
Westchnąłem, gasząc papierosa o ceglany blok przed szpitalem i zeskoczyłem z wysokiego drewnianego podestu. Musiałem ruszyć dupę.
(Lira)
Zbiegłam na dół i zahaczyłam o Kendalla, który rozmawiał z Abby.
-Słuchaj, dzwonili do mnie z policji... - zaczęłam, ale on tylko pokręcił głową zdezorientowany.
-Z policji? - zmarszczył brwi. - Czego chce od Ciebie policja? Myślałem, że ostatnio masz z nimi spokój. Wiesz, zwykle biegniesz tak na sygnale, kiedy chodzi o Twojego podopiecznego.
-Bo chodzi. - wydyszałam. - Pamiętasz Lucy Larson? Wiesz, wyciągnięte swetry, podarte spodnie... Takie niebieskie pasemka.
-Ta od stryja pedofila? - zmarszczyłem brwi.
-Dokładnie. - przytaknęła. - Właśnie grozi, że skoczy z dachu swojej szkoły.
-Mam wysłać karetkę? - zapytała Abby, spoglądając w moją stronę.
-Nie, już jedzie, ale jeśli przeżyje, od razu ją tu przywozimy. - powiedziałam szybko. - Na razie gada z nią jeden z policjantów, ale ona nie wydaje się za bardzo rozmowna. Z resztą... Nawet jak nie wyląduje wyżej niż dwa piętra, i tak ją przywieziemy.
-Dwa piętra? - uniosłem brwi. - Taka niska ta szkoła?
-Nie, ale tam jest balkon. - oznajmiła. - Facet na razie próbuje ją na wszelki wypadek tam zagonić. A teraz naprawdę muszę już lecieć.
(Kendall)
-Przeszło Ci? - zapytał Logan, podchodząc do mnie, kiedy wypisywałem recepty.
-Nie, jeszcze nie. - pokręciłem głową. - A teraz wracaj do roboty, bo widzę, że teraz się nudzisz. Jeśli tak na prawdę jesteś znudzony, to powiem Ci, że na biurku leży karta pani Campbell.
Usłyszałem jak cmoka ze zniecierpliwieniem i poczułem zadowalające ściśnięcie w żołądku. Pani Campbell to sympatyczna staruszka, ale jako pacjentka nie daje się znieść. Jej specyficzne podejście do zaleceń lekarskich pozostawia wiele do życzenia i pewnie dlatego Logan wciąż nie zdołał się jej pozbyć.
-No idź do niej. - ponagliłem go, podnosząc głowę znad podkładki. - Im szybciej ją przyjmiesz, tym szybciej zwolni łóżko za parawanem. Ja Ci nie pomogę, utknąłem na selekcji.
-I ją przepuściłeś? - wrzasnął mi do ucha, aż poczułem nieprzyjemne szumienie w uszach. Poczułem nagłą potrzebę, żeby sobie w nim potrząsnąć.
-Nie miałem wyjścia. - wzruszyłem ramionami. - Kardiologiczne pewniaki wchodzą bez kolejki.
-Powiedz mi, że przynajmniej, że nie zabrała ze sobą tego szczurkowatego, wypacykowanego psa.
-Nie, tym razem nie. - pokręciłem głową, wręczając dziewczynie przedłużoną receptę.
Logan tylko jęknął i odszedł w stronę izby przyjęć. Tym razem to był jęk ulgi, jakby po cichu się o to modlił i jego błagania zostały wysłuchane. Pokręciłem głową, uśmiechając się na pół twarzy. Właściwie już się na niego nie gniewałem, ale musiałem udawać wielce obrażonego, bo musiałem mu dać nauczkę.
(Lira)
-Co już wiadomo? - zapytałam, wbiegając do szkolnej stołówki, gdzie zgromadzili wszystkich uczniów, którzy byli jeszcze w szkole. Opuściłam rękę z torebką, wrzucając do środka kluczyki do samochodu.
-Leon jest z nią na górze. - odpowiedział jeden z oficerów. - Dobrze radzi sobie z dzieciakami, mamy nadzieję, że przemówi jej do rozsądku.
-Leon Blanco? - zapytała jedna z dziewczyn, wstając z krzesła przy jednym ze stolików. - To on rozmawia z Chłopczycą?
-Z Chłopczycą? - zapytałam ze zdziwieniem.
-Tak mówimy na Lucy. - wyjaśniła. - Bo nosi takie powyciągane ciuchy. Ale... nic jej nie będzie? Uratujecie ją?
-Postaramy się. - odpowiedział dyplomatycznie jeden z policjantów.
Obróciłam się i pokręciłam głową. Założyłam torebkę na ramię o odwróciłam się w stronę korytarza. Skierowałam się w stronę składzika, wiedząc, że tam jest drabinka pożarowa. Najkrótsza droga na dach.
-Pani Forte, a pani dokąd? - zawołał za mną ten sam policjant.
-Na dach! - odpowiedziałam, ignorując rozkloszowaną spódnicę i wchodząc na kolejne stopnie. - Musze porozmawiać z nią osobiście.
Nie zwracałam na nich uwagi i po kilku minutach byłam już na górze. Obróciłam się w stronę Leona, a on tylko kiwnął na mnie głową.
-Cześć. - wydyszał. - Fajnie, że wpadłaś.
Spojrzałam na Lucy. Była ubrana jak zwykle, a jej włosy rozwiały się na szalejącym wietrze.
-Zejdź. - poprosiłam. - Przyjaciele się o Ciebie martwią.
Patrzyła na mnie swoimi wielkimi oczami i pokręciła przecząco głową. Nawet z tej odległości widziałam łzy na jej policzkach.
-Ja nie mam przyjaciół. - wrzasnęła. - Nigdy nie miałam przyjaciół. Ani w tej, ani w poprzedniej szkole. Dobrze pani o tym wie.
To mnie nie zdziwiło, ale wciąż czułam się nieco zbita z tropu tą nagłą zmianą.
Stałam naprzeciwko Lucy wiedząc, że Leon wciąż stoi za moimi plecami. Nie miałam pojęcia, co jest grane, ani co jej się stało. Przecież rozmawiałam z nią trzy dni temu i wszystko było w porządku. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. A jakie można odnosić wrażenie, jeśli wykonuje się trzy prace na raz? –zadałam sobie pytanie, jakbym miała pretensje do samej siebie.
-Lira?- zapytał niepewnie Leon, ale ja tylko pokręciłam głową.
-Lucy, porozmawiaj ze mną. – jęknęłam błagalnie. – Może się mylę, ale wczoraj jeszcze wszystko było w porządku. Powiedz, co się z Tobą dzieje?
-Znowu się dałam! – wykrzyczała. – Znowu dałam się podejść jak mała dziewczynka.
Nagle zrozumiałam co się stało. Została zgwałcona. Znowu.
-Można go ukarać. – powiedziałam, wciąż próbując ją przekonać, żeby zeszła z tego przeklętego dachu. – Ale żeby do tego doszło, musisz złożyć zeznania. Prawda, Leon? Leon?
Odwróciłam się, kiedy nie dostałam odpowiedzi. To co zobaczyłam, najpierw wywołało u mnie wściekłość, a potem lekką irytację. Leon stał, jak gdyby nigdy nic trzymając telefon przy uchu. Zacisnęłam zęby, słuchając tego, co mówi.
-Allie, o co Ci chodzi? – wycedził przez zaciśnięte zęby, najwyraźniej zbity z tropu. – Dobra, jak chcesz.
Westchnął, wyraźnie zrezygnowany i wywrócił oczami, wyciągając swoją komórkę w stronę Lucy.
-Do Ciebie. – powiedział, jakby to był zwykły telefon. – No bierz.
Lucy zawahała się na chwilę. w końcu sięgnęła po jego telefon i przystawiła go sobie do ucha.
-To Ty? – wyjąkała. – Jak…
Prowadziła spokojną rozmowę. Nie wiedziałam o co chodzi. Z tego, co zrozumiałam, to Kate miała kłopoty. Lucy mi o niej opowiadała. Kate to taka niewidoma koleżanka. Z niewiadomych przyczyn Lucy czuła się jej potrzebna. Sama byłam zaskoczona tym obrotem sprawy, bo z tego co mi się wydawało, Lucy nie dopuszczała do siebie rówieśników.
-W porządku. – powiedziała spokojnie, jakby nadal dławiąc się łzami. – Już idę.
Odłożyła słuchawkę i oddała Leonowi jego telefon. Patrzyłam z otwartymi ustami, jak gdyby nigdy nic, podeszła do głównych drzwi na dach i czeka na nas, żebyśmy mogli razem zejść na dół.
-Jak… -zmarszczyłam brwi, ale on tylko wzruszył ramionami.
-A bo ja wiem? – zapytał, jakby sam chciał znać odpowiedź.
Kate. Oczywiście. Mogłam wpaść na to sama, ale nie pomyślałam, żeby wykorzystać ją jako kartę negocjacyjną. W jednej chwili poczułam się jak jedna z tych uwielbianych przez masy dziewczyn superbohaterów od MARVELA, albo DC. Niby uczone, z dobrymi stopniami, mistrzynie w swoich dziedzinach, a i tak przeważnie wychodziły na ostatnie idiotki. Pewnie dlatego zawsze wolałam, kiedy to bohaterowie łączyli się w pary, niż to bohater znajdywał sobie panienkę, w której się zakochał i ratował ją ciągle z opresji. Już nie wspomnę, że większość dziewczyn w komiksach, a przynajmniej tych kluczowych miały coś, czego zazdrościłam im jako prosta czternastolatka. Nadnaturalnie duże piersi. Nie rzuciłam wyzwania Stanowi Lee, który jest jednym z tych, który takie piersi rysuje. Chociaż bardzo bym chciała zadać mu niełatwe polecenie, wskazania laski z tak ogromnym biustem bez wspomagania się botoksem, silikonem, czy innym takim świństwem. I od razu wypadłby mu te jego ostatnie siwe włosy. Niby wiem o co chodzi z tymi całymi piersiami, bo zdaję sobie sprawę, wielu fanów komiksów to nastolatkowie z buzującymi hormonami, albo mężczyźni cierpiący na kryzys wieku średniego.
Nie miałam pojęcia, co mnie podkusiło, żeby rozmyślać o tych komiksach. Szczególnie, schodząc na sam dół. Leon zdjął swoją kurtkę i okrył nią ramiona Lucy.
-Jedźcie już do szpitala. – powiedział cicho. – będziemy jechać za Wami.
Odwrócił się do mnie i zamrugał, jak mały chłopiec, kiedy chciał poprosić rodzeństwo, żeby kryło go przed rodzicami.
-Mogę się z Tobą zabrać? – poprosił.
-Jasne. – pokiwałam głową.

A/N: Może i wyszedł mi z tego jednego akapitu taki mini „Felieton Singielki” (Tak, oglądam ten serial), ale poczułam nagłą potrzebę napisania tego właśnie w tym momencie. Szczególnie, jeśli nauczyciel, z którym mam teraz lekcję, do młodych nie należy, ale to nie zmienia faktu, że jest bardzo miły. Dobra, teraz na serio. Zdaję sobie sprawę, że wyszło trochę długo, ale tak wygląda euforia po samodzielnym rozpracowaniu formuły w Exelu. A ponieważ nie musiałam przepisywać, to miałam trochę czasu i wysmarowałam końcówkę. Miałam mega wenę, a coś takiego mniej więcej mi się przyśniło. Z Leonem z „Violetty” w roli policjanta. Tak, nie byłam oryginalna ad nazwiska.

I mam nadzieję, że dzisiejsza notka Wam się podobała. Oby... koniecznie opiszcie mi swoje wrażenia w komentarzach na dole. Trzymajcie się! Cześć! 

środa, 6 lipca 2016

08. Polowe warunki

-Logan, masz nastawianie nadgarstka! - zawołała Alexa idąc do mnie z kartą i rzucając mi ją na klatę. - Już!
-Nie, nie trzeba, mój nadgarstek ma się dobrze. - zażartowałem, bezczelnie się do niej uśmiechając.
-Marsz do dwójki! - ponagliła mnie popychając w stronę parawanów. - Natychmiast!
-Ej, od kiedy pielęgniarki mówią lekarzom, co mają robić? - oburzyłem się, ale jednak dałem jej się zatargać do jednego z łóżek.
-Pewnie od teraz. - wrzasnęła oburzona.
Ktoś tu ma muchy w nosie... Spojrzałem na kartę i odczytałem nazwisko.
-Derek? - zmarszczyłem brwi na widok znajomego faceta. - Co się stało?
-Nic wielkiego. - pokręcił głową, a ja usiadłem naprzeciwko niego. - Sprzeczka z jednym draniem. Rozprowadza amfetaminę na mieście. Chyba już zawsze będę pracował przy prochach... Chciałem to załatwić zanim... Zanim Scott wróci do domu. Nie chcę, żeby się dowiedział. I bez tego ma wystarczająco problemów na głowie.
-Co u niego? - zapytałem, zabierając się do roboty. - Nie widziałem go od meczu.
-Niedawno poprawił oceny. - uśmiechnął się pod nosem. - Siniaki prawie poschodziły. Rany ładnie się goją. Niedługo zgłosimy się do przychodni na zdjęcie szwów.
-Stosujecie maści od doktora Schmidta? - zapytałem.
-Tak, pomagają. - pokiwał głową. - Ałć!
Skrzywił się, kiedy kość wskoczyła na swoje miejsce.
-Wybacz. - powiedziałem, zakładając usztywnienie. - Nastawianie kości trochę boli.
-Ta ręka jest złamana już trzeci raz. - powiedział, unikając mojego spojrzenia. - Ostatnim razem bolało najbardziej. Nastawiała mi jakaś studentka. Zrobiła to poprawnie, więc nie mogłem się skarżyć. Nawet nie pamiętam jej nazwiska.
-A za pierwszym razem? - zapytałem, próbując go zagadywać.
-Byłem na medycznym haju. - zachichotał. - Dostałem taką porcję dragów, że praktycznie nic nie pamiętam. Jakbym wszystko przespał.
-Okey... - westchnąłem. - Zaraz przyjdzie pielęgniarka i założy gips. Posiedzisz tu dwie godziny?
-Czeka się dwie godziny na założenie gipsu?
-Nie, ale wolałbym Cię trochę poobserwować. Na wypadek, gdyby jakieś objawy po bójce pokazały jakieś inne urazy.
(Kendall)
-Kendall, rusz zadek! - zawołała Alexa, wbiegając do zabiegowego. - Wiozą dziewczynkę z wypadku! Będą za minutę.
-Skończę to za dziesięć sekund! - zawołałem, zawiązując ostatni szew. - Okey, Sydney... Twoi rodzice będą tu za pół godziny.
-Chcę spać... - wymamrotała sennie.
-Śpij sobie. - powiedziałem krótko.
Uśmiechnąłem się smutno i wyszedłem na korytarz. Zabrałem komplet czystych rękawiczek i włożyłem je w biegu.
-Co Cię dzisiaj ugryzło? - zapytałem, dołączając do Alexy. - Od rana na każdego warczysz.
-Na pewno chcesz wiedzieć? - zapytała takim tonem, jakby zakładała, że odpowiedź będzie brzmiała „nie”. Spojrzałem na nią politowaniem. - Wendy ostatnio daje w kość. A ja i... Zayn... Na urlopie było super, ale... powiedzmy, że dzisiaj o szóstej ostatni raz uprawialiśmy seks.
-Rzucił Cię? - uniosłem brwi.
-Zaraz po numerku. - westchnęła. - Wendy ma już roczek, a ja... Martwię się, że nie wystarczy mi na opiekunkę. W szpitalnej świetlicy nie mogę jej zostawiać codziennie.
-A co z wolontariatem opiekuńczym? - zmarszczyłem brwi.
-Wendy się nie kwalifikuje. - pokręciła głową. - Wolontariusze nie chcą zajmować się tak małymi dziećmi. Nie mają takiego doświadczenia, to głównie... nastolatki.
-Wiem. - zachichotałem. - Taki punkt dobrze wygląda w życiorysie. Może ja mógłbym się nią od czasu do czasu zająć? Sama mówiłaś, że lubi, kiedy ją karmię.
-Dzisiaj Lira z nią siedzi, a i tak mam wyrzuty sumienia, że wykorzystuję przyjaciółkę. - stwierdziła, wzruszając ramionami. - Jadą.
Wskazała głową na podjeżdżającą karetkę. Zakaszlałem, chowając usta w rękawie.
-Kiedy będziesz miał przerwę, poproś Logana, żeby Cię osłuchał. - oznajmiła otwierając drzwi.
-Co? - zmarszczyłem brwi.
-Brzmisz jak początki zapalenia oskrzeli. - stwierdziła, pomagając wysunąć nosze.
Dziewczynka na noszach miała spora ranę na głowie i pręt wbity w brzuch. Chociaż... Tak naprawdę to nie był pręt.
-Mój Boże... - westchnęła Alexa patrząc na nią ze zmartwieniem. - To kawałek zderzaka?
-Kierowca był już po jednej stłuczce. - oznajmił Jeff, wybiegając i prowadząc wózek. - Czarna szesnastolatka. Potrącenie przez samochód. Poharatana ręka, otwarte złamanie kości promieniowej. Ciśnienie sto na sto dwadzieścia i spada. Tętno sto piętnaście. Przytomna.
Pokręciłem głową, żeby się jakoś otrząsnąć. Pochyliłem się nad dziewczynką i potrząsnąłem nią delikatnie. Zamrugałem, chcąc zwrócić jej uwagę.
-Cześć, nazywam się Kendall Schmidt, jestem lekarzem. - powiedziałem, biegnąc naprzeciwko niej. - A jak Ty masz na imię?
-Marion. - wymamrotała.
-Jak narzeczona Robin Hooda. - uśmiechnąłem się do niej, zakładając stetoskop. - Przepiękne imię dla przepięknej dziewczynki.
-Nie... - powiedziała. - To pani jest przepiękna.
Uśmiechnęła się do Alexy, a ona odwzajemniła jej uśmiech.
-Abby... - zwróciłem się do niej, kiedy odwiesiła jednostkę płynów. - Przynieś mi ultrasonograf.
Wyszła na chwilę, a ja zacząłem ją osłuchiwać.
-Nieprawidłowe szmery z prawej. - powiedziałem szybko i spojrzałem dziewczynce w twarz. - Marion, spójrz na mnie...
(Carlos)
Wyszedłem ze szpitala, mijając Matta, który musiał wracać z sądu. Miał na sobie grubą, nieprzepuszczalną marynarkę i krawat zawiązany pod szyją.
-Zamknięta sprawa? - zapytałem, stając naprzeciwko niego.
-Tak, na szczęście Lira raza przyjedzie i będę mógł się jakoś wyluzować. - westchnął. - Dzisiaj opiekuje się córeczką Alexy, wiesz, chce trochę zaoszczędzić.
-Wiem. - pokiwałem głową. - Jeszcze trochę, a zacznie nas wykorzystywać jako darmowe opiekunki. Z małym dzieckiem nie może sobie pozwolić na dodatkowe zmiany.
-Tak, ale... - zaczął Matt, niepewnie spoglądając mi w twarz. - Pamiętasz takiego bogatego kolesia z stwardnieniem rozsianym? Zaproponował jej posadę, ale się nie zgodziła.
-Dziwisz się? - uniosłem brwi. - Jest najlepsza na izbie przyjęć.
-Kiedy wychodził, sprawiał wrażenie, jakby chciał wrócić i... Ponowić swoją propozycję.
-To też mnie za bardzo nie dziwi. - wzruszyłem ramionami.
Nie zdążyłem powiedzieć kolejnego słowa, bo z parkingu dla pracowników wyszła Lira, ale tym razem nie trzymała nosidełka.
-A gdzie Wendy? - zapytałem, kiedy podeszła do nas bliżej.
-Opiekunka mnie zmieniła. - powiedziała, kiedy Matt podpalił papierosa.
(Kendall)
-Będzie potrzebna laparotomia zwiadowcza! - zawołałem. - Niech ktoś zawiadomi Blok operacyjny.
-Najpierw trzeba wezwać chirurga! - wrzasnęła Abby.
-Ja jestem chirurgiem! - przekrzyczałem ją, sięgając po laryngoskop. - Zwiotczyłaś?
-Już zaczyna działać. - odpowiedziała Alexa.
Z dziewczynką było gorzej. Coraz gorzej. Najpierw zaczęła tracić przytomność, potem... Przestała oddychać.
-Blok operacyjny pełny. - powiedziała Sam, wciąż trzymając słuchawkę od telefonu przy uchu. - Nie mają sali.
-Nie mamy czasu. - stwierdziłem. - Zamów narzędzia.
-Będziesz przeprowadzał zabieg tutaj? - wrzasnęła Alexa, przyprowadzając respirator, który zamówiłem kilka minut temu.
-Nie mamy innego wyjścia. - pokręciłem głową. - Sama widziałaś obraz z USG.
(Lira)
-Zabieg chirurgiczny w warunkach niemal polowych. - usłyszałam głos Doktor Adams. - Brawo! Coś ty sobie myślał?
Obróciłam się, spoglądając, jak idzie w stronę wychodzącego z pokoju Kendalla.
-Nie było wolnej sali. - powiedział natychmiast, chcąc się jakoś wytłumaczyć. - Co innego miałem zrobić?
-I dlatego przeprowadziłeś operację na izbie przyjęć? Co powiesz jej rodzicom?
-Prawdę. - powiedział dobitnie. - Że uratowałem jej życie.
Podeszłam powoli do Kendalla i spojrzałam na ordynator Adams.
-Co się dzieje? - zapytałam z zaskoczeniem.
-Doktor Schmidt przeprowadził poważny zabieg chirurgiczny na izbie przyjęć. - powiedziała wciąż wściekła. - Bez odpowiednich warunków, przy minimalnym osprzętowaniu!
-Imponujące. - uniosłam brwi.
-Forte, nie zachęcaj go.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zaskoczeni? Alexa ma córeczkę. Na imię jej Wendy. Może nie będzie się pojawiać za często, a właściwie sporadycznie, ale ważne, że jest i wiadomo o kogo Alexa codziennie walczy.
Zaserwowałam Wam jeszcze jeden szybko jedno-notkowy watek. Ale tylko dlatego, że w przyszłym tygodniu wprowadzam taki na kilka tygodni. W prawdzie nie tak długi jak tamten, ale tez trochę się powlecze.
Co sądzicie o postępowaniu Kendalla? Słusznie zaryzykował, czy też nie bardzo? Adams jest zmienna jak pogoda i to raczej nie nowość. czasami sama jej nienawidzę (spokojnie, to jeszcze nie ten moment), a czasami nawet ją lubię. Ostatnio trochę sobie oglądam odcinków "Big Time Rush" i nawet nieźle mi to wychodzi. W sensie w skutkach. Sorry, dopiero wstałam. A "Shadowhunters" sobie musi grzecznie poczekać. A jak Wam się podobała notka? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach. Trzymajcie się! I do przyszłego tygodnia!