środa, 29 czerwca 2016

07. Skruszony skazaniec

(Kendall)
-Schmidt, mam dla Ciebie pacjenta. - oznajmiła Adams, po kilku dniach wracając do swojego ostrego, rozkazującego tonu. - Pięćdziesięcio ośmio latek. Zapalenie wątroby w stanie terminalnym. Weźmiesz ten przypadek. Nie wzywaj Hendersona. Facet i tak nie dożyje rana.
Nie pytała, tylko oznajmiała, jakby głęboko gdzieś miała moje zdanie na ten temat. I pewnie tak było, bo tylko rzuciła mi teczkę i poszła w stronę windy, nawet się nie obracając.
Zerknąłem w kartę, idąc do jednej z bardziej kameralnych salek. Używaliśmy ich dla ofiar gwałtów, dzieci, albo umierających. Mogliśmy tam robić wszelkie badania, o ile pozwalał na to przenośny sprzęt. Taki moment prywatności często pomaga.
-Dobry wieczór, panie Owens, nazywam się doktor Schmidt. - oznajmiłem, podchodząc do wózka, na którym leżał. - Zajmę się panem dzisiejszego wieczora.
-Takiego młodego przysłali, co? - stęknął, kiedy Alexa podłączyła drugą kroplówkę. - Żeby skazańca potrzymał za rękę?
-Skazańca? - zmarszczyłem brwi ze zdziwienia.
-Nie powiedzieli Ci? - zakaszlał. - Przywieźli mnie tu z więzienia. Tamtejsza umieralnia jest tej nocy przepełniona. Proszę pani, dodzwoniła się pani do mojego syna?
Zwrócił się do Alexy, przytrzymując ją za rękę.
-Jeszcze nie, ale będę próbować. - powiedziała, swoim lekkim, uspokajającym tonem.
-Tak bardzo chciałbym z nim porozmawiać... - jęknął. - Proszę próbować.
-Będę. - pokiwała głową, klepiąc go po ramieniu. - Proszę odpocząć. Poproszę pracownika socjalnego, żeby z nim porozmawiał. Muszę porwać doktora Schmidta na kilka sekund.
Spojrzałem na nią, marszcząc brwi. Pracownik socjalny, czyli Lira. Wyszedłem za Alexą, a ona zamknęła dokładnie drzwi.
-Tak naprawdę dodzwoniłam się do jego syna. - powiedziała, krzyżując ramiona na piersiach. - Ale nie chciał mnie słuchać. Nic do niego nie docierało.
-Co masz na myśli? - uniosłem brwi.
-On... kiedyś go zostawił. - powiedziała w końcu. - Długo przed wyrokiem.
-Alex... facet umiera. - powiedziałem, znacznie zdając sobie z tego sprawę.
Rzadko mówiliśmy do niej „Alex”. Tak naprawdę to były pojedyncze sytuacje. Coś jak skrót w alarmowych sytuacjach.
-Wiem. - pokiwała głową. - Ale do niego nie docierają żadne argumenty. Zupełnie... jakby był pewny, że nie ma ojca. Nie docierały do niego żadne argumenty.
-To co robimy? - zagryzłem wargę.
-Powiem Lirze, żeby przygotowała się na to zakupami w kiosku.
-Czemu w kiosku? - zdziwiłem się, zatrzymując się na pół kroku.
-Musi kupić przynajmniej cztery karty sim, żeby o wszystkim mu powiedzieć. - powiedziała szybko. - Sama wpadła na ten sposób. Jak pisze SMSa, znaczy, że straciła już cierpliwość.
(Lira)
-Coś nowego? - zapytałam Matta, który najwyraźniej siedział na serwisach informacyjnych.
-”Angelina Jolie udzieliła kolejnego wywiadu na temat profilaktycznej mastektomii” - wymieniał czytane nagłówki. - „Śnieg znowu zaskoczył kierowców”...
-Przecież nie padał. - zauważyłam, praktycznie mu przerywając.
-W Minnesocie. - dokończył, zakładając okulary na głowę. - Mam prośbę. Mam dziewczynę po próbie samobójczej.
-Próby samobójcze to Twoja działka. - powiedziałam, wstawiając kawę w ekspresie. - Czemu sądzisz, że poradzę sobie z nią lepiej niż Ty?
-Została zgwałcona. - wyjaśnił krótko. - Psychiatra twierdzi, że to jedna z głównych przyczyn. Miałem się dowiedzieć jak jest druga, ale nie chce ze mną gadać. Z Carlosem, ani innym psychologiem też nie. Myślałem, ze z Tobą będzie jej łatwiej, bo jesteś...
-Kobietą? - dokończyłam.
-Właśnie. - odpowiedział. - Bierzesz to?
-Najpierw daj mi akta. - powiedziałam, kiedy zadzwonił telefon. - Odbiorę.
Przeszłam do swojego biurka i spojrzałam na wyświetlany numer. No tak... Izba przyjęć.
-Tak? - odezwałam się, podnosząc słuchawkę.
-Cześć, tu Alexa.
-Coś się stało? - zapytałam unosząc brwi.
-No i to bardzo. Pamiętasz ten numer z różnymi numerami telefonów?
-Pamiętam, co macie jednego niedowiarka?
-Gorzej. - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Pacjent prosi, żeby sprowadzić tu jego syna. Jest umierający, a ten gówniarz nawet nie chce ze mną gadać. Może Tobie się uda.
-Mogę spróbować. - wzruszyłam ramionami. - To widzimy się na dole.

(Kendall)
-Udało się? - zapytałem Alexy, która siedziała w zabiegowym, zaszywając dziewczynce łuk brwiowy. - Wiesz o co pytam.
-Jeszcze nie. - pokręciła głową. - Kiedy mnie wzywali, Lira wkładała trzecią kartę. Jak dotąd marnie jej idzie. A jak pacjent?
-Pokazuje Abby zdjęcia, które miał ze sobą. - odpowiedziałem. - Opowiada o swojej dawnej rodzinie. Rety, jakie to dołujące...
Opadłem na łóżko naprzeciwko, chowając twarz w dłoniach. Nie miałem siły na większe komentarze.
Wyszedłem na korytarz i niemal natychmiast zobaczyłem Lirę, która szła w moim kierunku.
-Udało Ci się? - zapytałem, idąc z nią ramię w ramię do prywatnej sali.
-Przeciwnie. - westchnęła. - Po moim piątym telefonie wyłączył komórkę. Wysłałam mu SMSa, jego sprawa, jak się poczuje, kiedy go przeczyta.
-Napisałaś mu SMSa? - uniosłem brwi. - Powiedziałaś mu to... SMSem?
-Właściwie to, subtelnie obrzuciłam go błotem. - wzruszyła ramionami. - Adams powiedziała, że mogę. Nie obchodzi mnie, że dostanę naganę. Facet nie powinien być sam.
Uśmiechnąłem się do niej delikatnie. Musiałam jej przyznać rację. Coś mi mówiło, że wolałbym nie znać treści tego SMSa. Weszliśmy do pokoju. Abby niemal natychmiast odwróciła się i wyszła bez słowa. Lira stanęła po drugiej stronie łóżka. Zauważyłem, że próbuje schować swój identyfikator s sądu. Oparłem głowę o jedno wysokie ramię łóżka. Uśmiechnąłem się do niego ciepło i wcisnąłem dozownik do morfiny.
-Dodzwoniła się pani do mojego syna? Przyjedzie? - zapytał słabym głosem.
Lira otworzyła usta, próbując coś powiedzieć. Facet patrzył na nią wyczekująco. Leki przeciwbólowe uśmierzyły częściowo jego cierpienie.
-Tak, ale nie zdąży przyjechać. - powiedziała, oblizując wysuszone usta. - Jest teraz we Włoszech. Ma spotkanie służbowe. Bardzo żałuje, że nie może teraz być przy panu.
Mimowolnie powiększyły mi się oczy. Czy Lira właśnie okłamała pacjenta? No, tego jeszcze nie było. Częściowo nawet ją rozumiałem. Nie chciała go dodatkowo dobijać.
-To znaczy, że mi przebaczył. - stwierdził. - To dobrze. Mam tylko nadzieję, że dobrze mu się żyje bez względu na to, jaką krzywkę mu kiedyś zrobiłem.
(Lira)
Kiedy Kendall podpisał akt zgonu, wyszliśmy razem na korytarz. Usiadłam na jednym z krzesłem. Poczułam jak kładzie mi dłoń na ramieniu.
-Dlaczego tak bardzo żałuję skazańca? - jęknęłam. - Dlaczego tak bardzo to przeżywam?
-Bo to był człowiek. - powiedział cicho. - Popełniał błędy, ale się zmienił. Okazał skruchę.
Zamrugałam, opierając głowę o jego ramię. Coś w tym było. Nie wiedziałam, dlaczego, ale kiedy Kendall objął mnie ramieniem, było mi bardzo przyjemnie. Ale i tak miałam ochotę płakać. Płakać jak mała dziewczynka bez względu na to, co on sobie o tym wszystkim pomyśli.
-Wiesz, że dziesięć minut temu skończyłaś zmianę? - usłyszałem jego głos.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jak na razie ta notka jest najkrótsza. Pisanie jak na razie idzie mi dobrze, i fajnie, bo mam nadzieję, ze będę miała zapas na jakiś rok, kiedy wezmę się za kończenie „Szkoły dla Mutantów”. Na razie napisałam tylko dwa krótkie rozdziały, a wszystkich ma być jakieś dwanaście. A to jeszcze trochę roboty. Na razie czekamy, aż skończy mi się wena na to, potem skończę jeszcze „Stado” i zacznę to stopniowo publikować. Myślę, że tak powinno być najlepiej.
A co myślicie o zachowaniu Liry? Dobrze, że okłamała umierającego, oszczędzając mu cierpień? Czy wręcz przeciwnie? Za każdym razem powinna być bezlitośnie szczera?
I jak podobała Wam się notka? Nie za bardzo ją lubię. Szczerze powiedziawszy.

A Wam jak się podobała? Koniecznie mi o tym napiszcie. Trzymajcie się i do przyszłego tygodnia!  

sobota, 25 czerwca 2016

Czołówka

Nadszedł ten dzień, w którym kolorowy ninja rozerwał łańcuchy i połączył się ze swoim największym lękiem, żeby pokonać wroga w postaci gigantycznego składającego się z ośmiu głów i szesnastu łap! W tym dniu na światło dzienne wychodzi... czołówka do opowiadania „You are my oxygen”!
Sorry, za ten początek, ale poczułam potrzebę napisania czegoś głupiego. Tak się kończy oglądanie powtórek „Neo-Nówki”. Chyba pójdę za radą mojego taty i w końcu usunę to nagranie z komputera. Ale „Mariolka za kierownicą” musi zostać!
Dobra, a tak na poważnie. Powiedziałam, że zwiastun opowiadania jest niemożliwy do wykonania, bo najzwyczajniej w świecie nie mam takich materiałów. Ale w przerwie pomiędzy jedną, a drugą notką udało mi się zrobić... czołówkę. Wzięłam kilka gifów chłopaków, kilka doszukałam, wzięłam co mam i tak powstało to coś poniżej.

„Obsada”:
Lira Forte – Grace Holley
Kendall Schmidt – Kendall Schmidt
Logan Henderson – Logan Henderson
Mary Adams - Cobie Smulders
James Maslow – James Maslow
Carlos Pena – Carlos PenaVega
Alexa Vega – Alexa PenaVega
Leon Blanco – Jorge Blanco

Wykorzystana piosenka: Skillet – Awake and Alive

Powstanie ostatecznej wersji było na dwa podejścia. Musiałam zapisać projekt i usiąść do niego kilka godzin później, potem dopiero skończyć, zapisać, przekonwertować, wgrać na telefon, obejrzeć osiem razy i dopiero stwierdzić, że ujdzie. Pierwszą wersję obejrzałam dwa razy, żeby stwierdzić, że jest kiepska i kolejne trzy razy, żeby stwierdzić, że jest beznadziejna. I wtedy zabrałam się za robienie drugiej wersji. Link do pierwszej znajduje się w opisie filmiku. Jest tak durna, że nawet nie warto zaprzątać sobie nią głowy, ale jeśli ktoś chce, to może sprawdzić i może się domyśli jaki efekt chciałam osiągnąć. A jak obejrzycie, przekonacie się, że najtrudniejsze było przycięcie piosenki i umieszczenie napisów. Bo tak było. Dopiero później zaczęłam kombinować z innym stylem i wyszło właśnie tak.
Ta piosenka z mojej playlisty najbardziej pasuje do tego opowiadania. Wiem, że jest o wojnie (którą można pojmować na kilka sposobów, a na taki też może pasować, bo jak by nie było w tym szpitalu jest w pewnym sensie wojna), ale lepszej nie jestem w stanie dobrać. Przynajmniej na dzień dzisiejszy. Ona jest na playliście „Lira's Mix”, a wierzcie mi, że próbowałam wyjść poza te piosenki dobrane do „soundtracku”. Tam kawałki będą przybywać od czasu do czasu.
Są prawie wszystkie postacie z zakładki. Prawie, bo brakuje Matta. Ciekawostka: Matt to Matt Angel, który wystąpił w odcinku „Big Time Bad Boy”. Nie miałam pomysłu na imię, podobnie jak z Leonem. Ale o nim potem. Nie ma Matta w czołówce, bo nie znalazłam odpowiednich gifów. I nie mam nic więcej na swoje usprawiedliwienie. Lubię Matta, chociaż piszę o nim nie za często.
Złożyłam to z gifów znalezionych przez google grafika w programie Windows Movie Maker. Próbowałam to tak zrobić, żeby było ładnie, a wyszło jak wyszło. Czyli jak zwykle nie za bardzo, ale bardzo się starałam. Tego możecie być pewni.

Jeszcze tylko drobne ogłoszenie.

Przy publikacji bloga wymyśliłam coś co nazwałam Happy Week. Jak wiecie staram się mieć dość spory zapas i dlatego postanowiłam „nagradzać” czytelników którzy najbardziej nie mogą się doczekać dalszego ciągu opowiadania.
Happy Week to druga notka publikowana w tygodniu. W tym przypadku w sobotę. Druga notka w sobotę idzie wtedy, jak mam mega wenę po komentarzach, które mi zostawicie. W moim przypadku „Mega wena” oznacza napisanie sześciu notek w tygodniu bez żadnego problemu.


Nie wiem, czy bylibyście zainteresowani takim „Wesołym tygodniem”. Ci, którym bardzo podoba się to co piszę, na pewno. No dobra... dajcie znać, czy podoba Wam się ta czołówka, czy warto dodawać ten post jako zakładkę... nie wiem... po prostu napiszcie co myślcie, a na pewno nie zostanie to przeze mnie niezauważone. To widzimy się w środę. Trzymajcie się!  

środa, 22 czerwca 2016

06. Wątpliwa troska

(Lira)
Czekaliśmy na starszego z Hale'ów w gabinecie Adams. Sama pani Ordynator była zadziwiająco milcząca. Ja i James siedzieliśmy na krzesłach naprzeciwko jej biurka, a Logan bez skrępowania rozłożył się na kanapie. Czekaliśmy tylko na brata Scotta i Kendalla, który miał go tutaj po wszystkim doprowadzić. W końcu weszli do pokoju, co zmusiło Adams do odłożenia kopii dokumentów.
-Proszę usiąść. - powiedziała uprzejmie, nadzwyczaj uprzejmie. - Mary Adams, ordynator izby przyjęć. Przez ostatnie trzy dni, Scott był pod moją opieką.
-Rozumiem, a... - zapytał, wskazując na Jamesa.
-Mecenas Maslow będzie Was reprezentował w sądzie. - odpowiedziała natychmiast, zanim jeszcze zdołał zadać pełne pytanie.
-Ale... Moja pensja jest dość skromna, nie wiem, czy będzie mnie stać na pańskie wynagrodzenie.
-Tym proszę się nie przejmować. - James dyplomatycznie zabrał głos, unosząc rękę. - Oferuję swoje usługi za darmo. Ordynator Adams przedstawiła mi dość konstruktywne argumenty, zanim jeszcze poznałem sprawę.
-Uważamy, że dla Scotta będzie najlepiej, jeśli to pan przejmie nad nim opiekę. - dodałam. - Oficjalnie, dom w którym mieszkają jest pańską własnością.
-Bo ja go kupiłem. - pokiwał głową. - Mama prosiła, żebym zapisał go na nią, ale się nie zgodziłem, teraz wiem, że słusznie. A czy to znaczy, że będziemy mogli go wyrzucić z tego mieszkania?
-Wyrzucić nie. - zauważył James. - Ale nie musimy go tam wpuszczać. Meldował go pan tam?
-Nie, jest zameldowany u swoich rodziców.
-W takim razie proszę go spakować podczas jego nieobecności i wystawić walizki za drzwi. - podsunęłam. - To jest wyjście zgodne z prawem.
-Niezły pomysł. - wymamrotał. - A później?
-Złożymy pozew. - oznajmił James, wyjmując tą samą, nieszczęsną kopię z Kubusiem Puchatkiem na odwrocie. Wszystko już przygotowałem. Czekamy tylko na pańską zgodę.
Hale wyglądał na zaskoczonego. Otworzył usta ze zdziwienia, przebiegając wzrokiem po tekście.
-Ale... To jest praktycznie wniosek o napisanie aktu oskarżenia. - zauważył. - Matka mi tego w życiu nie wybaczy...
-Panie Hale... - zaczęłam. - Wszyscy chcemy chronić pańskiego brata. Pani ordynator i mecenas Maslow przygotowali dokumenty.
-My też nie próżnowaliśmy. - zauważył Logan, który wciąż siedział na kanapie. - Przygotowałem trzy obdukcje. W tym jedna sprzed prawie tygodnia.
(Kendall)
-To znaczy, że mam się przeprowadzić z Tobą do San Diego? - Scott uniósł brwi, kiedy Derek powiedział mu o naszym planie.
-Nie. - pokręcił głową. - Wiem, że znalazłeś już tu przyjaciół. Złożyłem już wniosek o przeniesienie. Zostajemy tutaj, tylko... przez kilka następnych dni będę musiał załatwić tam kilka spraw. Zostaniesz tutaj pod opieką doktora Schmidta. Prawda?
Spojrzał na mnie z wyczekiwaniem, a ja tylko pokiwałem głową.
-Oczywiście. - uśmiechnąłem się do niego.
-A Rob? - zapytał z niepokojem.
-Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z naszym planem, już go więcej nie zobaczysz. - odpowiedziałem. - Teraz najważniejsze, żebyś doszedł do zdrowia. A potem wszystko się ułoży. Nawet nie będziesz musiał zmieniać szkoły.
Młody wyglądał na zaskoczonego, jakby nie spodziewał się takiego obrotu wprawy. Uśmiechnąłem się do niego, unosząc brwi.
-To co? - zapytał cicho starszy z Hale'ów. - Wchodzisz w to?
Młody tylko pokiwał głową. Najwyraźniej nie mógł wydusić z siebie słowa, co było całkiem zrozumiałe. Uśmiechnąłem się i wyszedłem po cichu z pomieszczenia, żeby zostawić ich samych.
-Sędzia wyznaczył rozprawę. - James złapał mnie na korytarzu. - Ale mam dwa dni na napisanie nowego wniosku i przekazanie części sprawy prokuratorowi.
-Szybko załatwione. - wzruszyłem ramionami. - Ale... prokurator?
-Kiedy mamy do czynienia z przemocą domową, nie musimy mieć wniosku o ściganie. - wyjaśnił. - Szczególnie u nieletnich. Tacy się boją i można to zrobić na podstawie opinii pracownika opieki społecznej. W tym przypadku...
-Liry. - dokończyłem za niego.
-Właśnie. - pokiwał głową. - Złoży zeznania i już kończy się jej rola. Macie dla niej jakieś nowe sprawy?
-Mamy, ale nie są takie trudne. Rozwiązuje je w pięć minut.
(Logan)
-Wypis dla starszej pani spod siódmego parawanu. - powiedziała Alexa, podsuwając mi podkładkę pod nos. - Ciężka nocka?
-Tak. - odpowiedziałem krótko, nie podnosząc głowy zza biurka. - Ale jeszcze zostanę tu na kilka godzin. Zrobisz mi kawy między nakłuciem lędźwiowym, a bandażowaniem otwartego złamania?
-Nie mamy tu otwartego złamania. - zmarszczyła brwi, kiedy podpisywałem wypis.
-A chcesz się założyć? - zachichotałem. - Zaraz jednego nam przywiozą.
Wstałem z krzesła i podszedłem do windy. Miałem jeszcze coś do załatwienia na ortopedii. Tak, to bywało męczące. Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć Kendallowi na jego propozycję wybrania się na mecz ze Scottem. Ale to dopiero w przyszłym miesiącu.
-Słuchaj, może pójdziesz za mnie na ten mecz z tym dzieciakiem od zwyrodniałego ojczyma? - zagadałem Alexę, zanim drzwi windy się otworzyły.
-Ale ja tez idę na ten mecz. - wzruszyła ramionami.
Wsiadłem do windy, rzucając jej porażające spojrzenie, ale ona tylko zachichotała. Pokręciłem głową, opierając się o boczną ścianę, ale nie na długo mogłem się cieszyć spokojem, bo na kolejnym piętrze otworzyły się drzwi z obu stron, ukazując Abby i Ellie z pacjentami na łóżkach.
-Nic nie szkodzi, pójdę schodami. - machnąłem ręką, wychodząc na stronę Abby, która bez słowa wprowadziła łóżko do środka.
-Innym razem! - zawołała Ellie, zanim obie zniknęły mi z oczu.
Włożyłem dłonie do kieszeni, idąc w stronę kawiarenki. Po cichu cieszyłem się, że wszystko powoli się rozwiązuje. Przynajmniej biorąc pod uwagę bieżące sprawy.
-Henderson, możesz zajrzeć do dziewczyny z baletu? - zawołał za mną Mark, kiedy w końcu wszedłem na ortopedię. - Wiesz, ubrana na biało, cała w tiulach... Jak nastawisz jej tą rękę, możesz iść na przerwę.
-Dobra, już idę! - odkrzyknąłem, a ten natychmiast rzucił mi podkładkę z arkuszem pacjenta.
Przeszedłem pod wskazany parawan i otworzyłem szeroko usta na widok dziewczyny ubranej w tiulowe falbanki.
-Łoł... - zdołałem wyjąkać.
-Trzeci raz już to słyszę. - skrzywiła się z niesmakiem. - Mógłby pan okazać chociaż odrobinę oryginalności.
-Przepraszam Cię... - zerknąłem na nazwisko w karcie. - Diane. Jestem doktor Henderson. Nastawię Ci rękę. Według twojej karty dostałaś już maksymalną dawkę środka przeciwbólowego.
-Ale i tak będzie bolało. - westchnęła. - Wiem, bywałam połamana już kilka razy.
-Co masz na myśli? - uniosłem brwi, siadając naprzeciwko dziewczyny, żeby przełożyć przez nią zrolowane prześcieradło. - Mogę prosić na chwilę?
Poprosiłem jedną z pielęgniarek, żeby ją przytrzymała.
-Balet nie jest najbezpieczniejszy. - odpowiedziała, nawet trochę znużona. - Nie rozumiem, dlaczego ten występ mi się nie udał. Na próbach wszystko szło świetnie. I dlatego zrezygnowałam z uprzęży. Myślałam, że nic się nie stanie. Ale to był zbyt trudny manewr.
-Nie podjęłaś środków bezpieczeństwa? - zapytałem zaskoczony. - Ale to znaczy, że...
-Ubezpieczenie nie pokryje kosztów leczenia. - przerwała mi, chociaż nie to miałem na myśli. - Wiem. Tata pokryje wszystko, co potrzeba. Może nawet przeniesie mnie do prywatnej kliniki. Mam nadzieję, że po tym trochę mi odpuści.
-Dużo wymaga? - zapytałem, chcąc coraz bardziej odwrócić jej uwagę.
-Tak, ale to dlatego, że mnie kocha. - kiwnęła głową, a ja dałem znać pielęgniarce, żeby pociągnęła. - Aaa! Chce dla mnie jak najlepiej.
Krzyknęła, kiedy kość wskoczyła na miejsce. Odrolowałem prześcieradło i odrzuciłem je na bok.
-Może powinnaś z nim o tym porozmawiać? - zaproponowałem, zakładając szynę. - Wiesz, powiedzieć mu co czujesz.
-To nic nie da. - pokręciła głową ze zrezygnowaniem. - Ale chciałabym odpocząć.
I dlatego Carlos powinien z nią pogadać. Z jej ojcem zresztą też.
-Zalecę odpoczynek. - obiecałem jej. - Ręka w gips i za godzinę możesz iść do domu. Ktoś po Ciebie przyjedzie?
-Nie trzeba. - pokręciła głową. - Mieszkam w kamienicy nad tutejszym sklepem z zabawkami.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Pytanko: Chcecie, żeby za jakieś pół roku Derek pomógł w jednej ze spraw? Bo właśnie wpadłam na coś takiego (po dość długim zawieszeniu) i on mi pasuje do tego jak ulał. I tak. Mam zapas na pół roku. Policzyłam z kalendarzykiem.
Koniec już z tym wątkiem. Przynajmniej na razie, bo przeczytacie jeszcze o braciach Hale. Nie teraz, ale nawet za kilka notek. Nie pamiętam dokładnie.
Dobra, wspępnie poznaliście już bohaterów z zakładki. Z wyjątkiem Leona, który się jeszcze nie pojawił. Na razie Tyle powinno Wam wystarczyć, ale gwarantuję, że to jeszcze nie wszystko.

Nie mam siły spamić. Dzisiaj mam wolne, na szczęście. Pójdę wyprowadzić Pimpusię i napisze notkę. Może uda się dwie, bo wczoraj za wiele z siebie nie wykrzesałam. Liczę, że będziecie wylewni pod spodem i że się Wam podobało. Trzymajcie się! Do następnej środy!  

środa, 15 czerwca 2016

05. Wszystko odespać

UWAGA! W tekście poniżej znajduje się jedno niecenzuralne słowo
(Kendall)
-Scott? - zacząłem, kiedy chłopiec otworzył oczy. - Spójrz na mnie. Pamiętasz co się stało?
Chłopiec spojrzał na mnie trochę zagubionym wzrokiem. Wciąż był pod działaniem silnych leków i miał prawo do małego otępienia.
-Atena. - odpowiedział słabo.
-To znaczy? - zapytałem, licząc, że zacznie mówić o pobiciu. - Co masz na myśli?
-Taka figurka. - odpowiedział. - Stała w domu, kiedy tylko tam przyjechaliśmy. Poprzedni właściciel jej nie zabrał. Pamiętam, jak... Rob...
Przerwał, pośpiesznie mrugając. Przez chwilę miałem wrażenie, jakby chciał usiąść. Delikatnie popchnąłem go z powrotem do pozycji leżącej.
-Nie ruszaj się. Jesteś po ciężkim zabiegu. - odparłem łagodnie, opierając się o ramę łóżka, w którym leżał. - Wiesz gdzie jesteś?
-Doktor Schmidt? - zamrugał, patrząc na mnie z wymuszonym skupieniem. - Co się stało?
-Zostałeś pobity. - wyjaśniłem. - To Twój ojczym, prawda?
Scott nie odpowiedział. Tylko wbił spojrzenie w igłę tkwiącą w jego ramieniu. Najwyraźniej nie chciał o tym rozmawiać. Położyłem dłoń na jego ramieniu, żeby dodać mu otuchy.
-Spróbuj zasnąć. - odpowiedziałem. - Potrzebujesz odpoczynku. Pogadamy, kiedy się obudzisz.
(Logan)
-Będzie trzeba powtórzyć tomografię. - oznajmiła Adams, pochylając się nad kartą z ostatnimi wynikami badań. - Dobę po zabiegu mogły ujawnić się obrażenia, których wcześniej nie zauważyliśmy.
-Jest pani pewna, że wszystko z nim w porządku? - zapytałem, wpatrując się w twarz uśpionego chłopaka. - Śpi już piętnastą godzinę na minimalnych dawkach środka przeciwbólowego. Powinien być w pełni świadomy.
-Henderson... - powiedziała łagodnie, wzdychając. - Po prostu odsypia. Może stres, może wycieńczenie, ale kiedy się obudzi, na pewno będzie czuł się lepiej. Taki naturalny sen, to najlepsze na co możemy mu pozwolić.
Patrzyła na mnie... jakby go żałowała. Potrafiła oddzielić pracę od uczuć, ale... zachowywała się znacznie inaczej niż przy przeciętnym pacjencie.
-Pogadam z Maslowem o wniosku, który za niego szykuje. - odparła. - Co z jego bratem?
-Nie wiem. - wzruszyłem ramionami. - Lira się tym zajmuje.
I wyszła, zostawiając mnie sam na sam z chłopakiem. Spojrzałem w jego twarz. Policzki powoli odzyskiwały kolory. Wyglądał lepiej niż wczoraj. Ostrożnie wyciągnąłem rękę i zbadałem opatrunek na czole. Żadnej krwi. Przynajmniej pielęgniarki dobrze go zaszyły.
-Jak z nim? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Alexy. Weszła do pokoju i przystanęła obok ze świeżymi płynami. - Słyszałam, co się stało.
-Mówisz, jakbyś go znała. - stwierdziłem.
-Powiedzmy, że się poznaliśmy. - westchnęła, zdejmując opróżniony worek. - Oboje kibicujemy Feniksom. Rozmawialiśmy o ostatnim meczu... Polubiłam tego dzieciaka. To nie powinno go spotkać. Nie zasłużył na to.
-Czasu nie cofniesz. - wychrypiałem, zdając sobie sprawę ze zmęczenia po nieprzespanej nocy. - Ale można to jeszcze naprawić. Lira i reszta... Kendall, James, nawet Adams pracują nad poprawieniem jego sytuacji. Rozwiązywali już podobne sprawy.
-Wiem i właśnie o to się martwię. - pokiwała głową, wrzucając puste opakowania do kosza.
(Lira)
-Gdzie jest ten gówniarz!? - wrzasnął jakiś facet, wbiegając do poczekalni. - Znowu będziecie go tu trzymać bez powodu!
Rzuciłam teczkę na stolik przy okienku Alexy, ale ona tylko przytrzymała mnie za rękaw. Spojrzałam na nią z zaskoczeniem, ale ona tylko pokręciła głową.
-Uważaj, to ojczym Scotta. - powiedziała cicho. - Jest niebezpieczny. Pamiętaj, co zrobił temu dzieciakowi. Może...
-Nie przejmuj się. - powiedziałam, żeby ją uspokoić. - Widywałam już niebezpiecznych kolesi. Dam radę. Wyproszę go i po sprawie.
Mrugnęłam do niej porozumiewawczo i podeszłam do tego faceta.
-Proszę wyjść. - rzuciłam nad wyraz spokojnie.
-Chcę zobaczyć tego gówniarza! - wrzasnął, opluwając mi twarz.
-Nie może pan, proszę wyjść. - powtórzyłam, ale wciąż go nie dotknęłam.
-O ty ruda zdziro! - wrzasnął.
-Co tu się dzieje? - zawołała Adams, idąc w naszą stronę.
Odwróciłam się i zobaczyłam, jak idzie dumnie przez korytarz. Rozpięty fartuch kołysał za nią jak peleryna na wietrze.
-Pan jest ojczymem Scotta Hale'a. - mruknęłam do niej, kiedy stanęła obok mnie.
-Tak? - uniosła brwi.
To co zrobiła musiało wprowadzić w osłupienie nie tylko mnie, ale jeszcze wszystkich zebranych. Bez żadnego ostrzeżenia zamachnęła się z całej siły i walnęła tego faceta w twarz z zaciśniętej pięści, zwalając go z nóg.
-Wiesz za co? - syknęła, pochylając się nad nim. - Już nigdy nie skrzywdzisz tego chłopaka, rozumiesz? Bo jak nie... Urządzę Cię jeszcze gorzej niż Ty jego. Ciesz się wolnością, puki możesz. I do zobaczenia w sądzie.
Na pożegnanie kopnęła go z całej siły w brzuch i odwróciła się jak gdyby nigdy nic. Usłyszałam tylko, jak coś krzyczy do ochroniarza i zniknęła za drzwiami swojego gabinetu.
-Łał. - podsumowała Alexa stając przy mnie, kiedy ja wciąż gapiłam się za jej plecami. - To było niesamowite.
(Kendall)
Nadszedł dzień przyjazdu brata Scotta. Przez cały ten czas chłopak był stabilny i nie działo się nic, co można by było uznać za komplikacje.
-Opinia i zeznanie. Właśnie zasnął. - oznajmił Carlos, wychodząc z jego pokoju. - Powiedz Lirze, że idę na spotkanie z siostrą i pogadamy jutro. A... I James obiecał, że będzie u niego za minutę.
-Dobra. - pokiwałem głową, biorąc do ręki papiery, które mi podał. - A co będziesz robił później?
Odprowadzałem go do windy. Nie byliśmy na parterze, a ponieważ chłopak leżał w jednej z zabiegówek, to jedno piętro nie było tak oblężone.
-Czy ja wiem? - wzruszył ramionami. - Pewnie porozmawiam z nią o rodzicach, odprowadzę na dworzec i pójdę spać. Jest tu tylko przy okazji, więc nie mamy za wiele czasu.
Siostra Carlosa. Na stałe mieszka Bóg wie gdzie i robi... no właściwie też Bóg wie co. Wiem o niej tylko tyle, że raz na kilka tygodni wpada z nim pogadać. I to już właściwie wszystko. Raz w życiu dziewczynę widziałem i muszę przyznać, że jest całkiem ładna.
-Jakieś pomysły na wieczór? - zapytał w końcu. - Bo wiesz... Myślałem, że zaprosisz Lirę na kolację. W pokoju lekarskim zostawiłem Ci zaproszenia do niezłej knajpy. Możecie zamówić dwie porcje czego chcecie, oby nie przekroczyło ceny na kuponie. Chyba cztery dychy, nie pamiętam.
-A właściwie dlaczego miałbym ją zapraszać na kolację? - zmarszczyłem brwi.
-Bo wiem, że chcesz to zrobić – zawołał, zanim drzwi się za nim zamknęły. - I nie zapomnij wziąć zaproszeń! Położyłem na Twoim biurku!
Kiedy drzwi całkiem się zamknęły, wróciłem na salę w której leżał Scott. Stanąłem pod drzwiami i zobaczyłem, jak rozmawia z Jamesem. Chłopak w końcu się otworzył. Lira i Carlos odwalili przy nim kawał dobrej roboty.
(Lira)
-Dzień dobry, nazywam się Derek Hale. Byłem umówiony z panią... Lirą Forte.
Drgnęłam na dźwięk swojego nazwiska. Hale? To chyba brat Scotta. Przyjechał kilka minut przed umówionym czasem. No kto by pomyślał... Przyśpieszyłam kroku i stanęłam przed okienkiem recepcji. Alexa uśmiechnęła się promiennie.
-Właśnie przyszła. - oznajmiła, pokazując na mnie i odwracając się do kolejnego interesanta.
Mężczyzna zerknął na mnie, kiedy służbowo wyciągnęłam do niego dłoń.
-Lira Forte, pracownik opieki społecznej. - przedstawiłam się, wyprowadzając go na jeden z wewnętrznych korytarzy. - Najpierw wolałabym z panem porozmawiać.
-Derek Hale, brat Scotta. - odpowiedział, przyjmując uścisk dłoni. - Stało się coś poważnego? Przez telefon była pani bardzo tajemnicza.
Starszy z Hale'ów wcale nie przypominał swojego młodszego brata. Na pewno był od niego wyższy i wyglądał znacznie groźniej niż Scott, który wyróżniał się dziecinną niewinnością
-Nie ukrywam, sprawa jest poważna. - przytaknęłam.
-Coś przeskrobał? - zapytał, marszcząc brwi.
-Niestety, gorzej. - pokręciłam głową. - Scott został pobity. Jest po podwójnym zabiegu chirurgicznym. Przez pierwszą dobę jego stan był bardzo ciężki.
-Podwójnym? - powtórzył z zaskoczeniem. - Co to znaczy?
-Chirurg i ortopeda przeprowadzili na nim trzy odrębne zabiegi podczas jednej operacji. - wyjaśniłam. - Obaj byli po wszystkim bardzo zmęczeni, ale o stanie zdrowia pańskiego brata obaj panu powiedzą. Mnie bardziej chodzi o to, kto go doprowadził do takiego stanu.
-Rob? - zgadł niemal natychmiast.
-Wasz ojczym. - pokiwałam głową. - Pojawił się tu raz, ale nasza pani ordynator...
-Zabiję skurwysyna. - wycedził przez zaciśnięte zęby, zaciskając dłonie w pięści. - A mówiłem mamie, że on może być niebezpieczny.
-To znaczy, że podejrzewał pan, że coś takiego może się stać? - zapytałam, żeby się upewnić.

-Tak, ale nie miałem dowodów. - odpowiedział z bólem w głosie. - Ale przy mnie się hamował, bo wiedział, że pracuję w policji. Potem mnie przenieśli. A coś mi mówiło, że powinienem zostać.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzisiaj sobie pospałam. Ledwo się ubrałam i już... Notka jest, ale od ponad tygodnia nie napisałam ani słowa. Jestem w tym przykrym zawieszeniu. Próbuję pisać, ale raczej kiepsko mi idzie. Klawiaturę mam. Od tygodnia, używaną, ale działa. Jest trochę dziwna, ale ujdzie. 
Mówiłam, że będzie Teen Wolfowo, jak wyjdzie, jak nazywa się brat Scotta. Derek Hale. Ta... nadzwyczaj mało pomysłowy początek, ale tak mnie akurat napadło. A czy jego uważacie za normalnego? 
Dobra, mam nadzieję, że notka Wam się podobała i... Nie wiem, kiedy będzie pierwsze "Odświeżenie", ale na pewno nie wcześniej niż po ogarnięciu kompa, a na razie, ten, który ma mi to zrobić za bardzo chętny nie jest. No, niestety. 
Dobra, bez przedłużania. 

środa, 8 czerwca 2016

04. Procedury trybu działania

(Kendall)
-Co z nim? - zapytała doktor Adams, siadając obok mnie na krześle przed monitorem tomografu.
-Źle. - pokręciłem głową, rzucając na poprzedni skan. - Poszło pięć żeber.
Adams wciągnęła głośno powietrze, patrząc z niedowierzaniem na ekran. Pokręciła głową, próbując się jakoś otrząsnąć.
-Wydrukuj i dołącz do dokumentacji. - rozkazała tym samym, silnym tonem. - Bierzesz go do siebie na chirurgię?
-Miałem taki zamiar. - odparłem, kiedy badanie powoli się kończyło. - Dziwne, bo nawet za bardzo nie narzeka. W takim stanie powinien zwijać się z bólu.
-A jak astma? - zapytała, a ja spojrzałem na nią ze zdziwieniem. - Czytałam akta. Miał jakieś objawy ataku.
-Dzięki lekom nie. - pokręciłem głową. - Zarezerwowałem już salę operacyjną. Za pół godziny możemy zacząć zabieg. Poskładamy to z Loganem.
Adams po raz kolejny zbiła spojrzenia w monitor. Chwyciła jeden z długopisów i włożyła go sobie do ust. Patrzyła tak na ekran jakieś piętnaście sekund.
-Coś nie tak? - zmarszczyłem brwi.
-Zrób mi zbliżenie tego fragmentu. - poprosiła technika, wskazując na ułamek jelita.
Facet od tomografu natychmiast wykonał jej polecenie. Kiedy zobaczyłem powiększony fragment, otworzyłem usta ze zdziwienia. Jelito zaczynało się rozwarstwiać.
-O w mordę... - wyrwało mi się, o wiele głośniej niż przewidywałem. - Nie zauważyłem tego.
-Przyśpiesz zabieg. - zawołała szybko i oboje jednocześnie wstaliśmy z krzeseł. - Nie obchodzi mnie, co tam robią, ale dla niego mają zrobić miejsce. A ja muszę porozmawiać z Maslowem.
Wyszliśmy z niewielkiego pomieszczenia i wyprowadziliśmy wózek na korytarz.
-James, zmień kaliber zarzutu! - zawołała do niego, kiedy ten siedział przy jednym ze stolików dla pacjentów uzupełniających dokumenty.
-Na? - uniósł głowę, odwracając się w naszą stronę.
-Usiłowanie zabójstwa. - odpowiedziała, nie odwracając się od windy.
(Lira)
Wracałam z sali obserwacji. Z bloku operacyjnego na izbę przyjęć nie było żadnego skrótu, a przy wiecznie balansujących łóżkach przejażdżka windą nie była konieczna.
-Hej, kochana! - usłyszałam głos Alexy, która weszła do szpitala, zdejmując szalik. - Nawet się nie witasz? Nie poznajesz przyjaciółki?
Obróciłam się i zobaczyłam jej szeroki uśmiech. Chwilowo odetchnęłam z ulgą na widok jej wypoczętej twarzy. Podeszła i dała mi typowego causa w policzek.
-Ciężka sprawa? - zmarszczyła brwi, a ja bez słowa podałam jej podkładkę z dokumentami. - Scott Hale? Dzieciak z astmą, który ciągle się wywraca?
-Znasz go? - uniosłam brwi. - I jak się okazało, wcale się nie wywraca, tylko ojczym go bije.
-Bije? - otworzyła szeroko usta, kiedy weszłyśmy do szatni. - Nie miałam pojęcia. Myślałam, że by mi powiedział... Jesteśmy kuplami. No, tak jakby...
Pośpiesznie zdjęła sweter i lekki top. Podskoczyła, chcąc dosięgnąć swój rozmiar różowego scrubu. Podniosłam lekko głowę, zastanawiając się co miała na myśli.
-Jak to jesteście kumplami? - powtórzyłam z zaskoczeniem.
-Kibicujemy tej samej drużynie baseballowej. - wyjaśniła. - Kiedy miesiąc temu zszywaliśmy mu ramię, przegadaliśmy o tym całe pół godziny. Ten dzieciak jest w dechę. Znowu tu trafił?
-Niestety. - westchnęłam. - Kochana rodzinka... Na razie trzymamy go to najdłużej jak tylko możliwe, a jeśli przyjdzie tu jego ojczym, mamy go do niego nie dopuszczać.
-Zgaduję, że to rozkazy królowej śniegu. - oznajmiła, kiedy wyszłyśmy i spacerowałyśmy się do poczekalni. - Wiesz, jest twarda i w ogóle, ale zawsze była wrażliwa na krzywdę niewinnego dziecka. Cześć James.
-Cześć. - podniósł głowę, kiedy do niego podeszłyśmy. - Słuchaj, mogę skorzystać z Twojego komputera? - poprosił mnie. - Wiesz, muszę to przepisać i wydrukować.
-Jasne, znasz hasło. - pokiwałam głową, a on tylko oddalił się w stronę klatki schodowej.
Usiadłam na miejscu, które on niedawno zajmował. Oparłam się o krawędź stolika i spojrzałam w zgromadzone do tej pory dokumenty.
-Przyniosę Ci kawy z pokoju pielęgniarek. - powiedziała, kładąc mi dłoń na ramieniu. - Mój urlop oficjalnie kończy się dopiero za kwadrans.
-Wybacz, zapomniałam Cię zapytać jak było. - powiedziałam, natychmiast chcąc naprawić swój błąd. - Przez tą sprawę...
-Wiem. - pokiwała głową. - Ten dzieciak nie zasługuje na to, żeby go bić. Jak on się w ogóle czuje?
-Jest teraz na operacji. - odparłam. - Logan mówi, że ma z żeber niezłe puzzle. W dodatku kilka odłamków uszkodziło narządy wewnętrzne i teraz Kendall i Logan... jakby wykonywali na nim trzy zabiegi jednocześnie. Nie wiem, ile to potrwa. Jak już skończy się twój urlop... możesz sprawdzić, czy na chirurgii wciąż jest taka kolejka na łóżka.
-Jasne. - uśmiechnęła się. - Pierwszą zmianę mam w okienku, nie będzie problemu.
(James)
-Już kończę! - zawołałem, kiedy Lira weszła do własnego gabinetu.
-Siedź. - odparła. - I tak nie mam na razie nic do roboty. Alexa zrobiła kawę. Z cynamonem, tak jak lubisz. Coś nowego?
Postawiła przede mną papierowy kubek z parującym, ciemnym płynem. Bez zastanowienia go chwyciłem i wziąłem kilka pierwszych łyków.
-Dzięki. - pokiwałem głową i podałem jej świeżo wydrukowany pozew. - I zobacz sama.
Zabrała ode mnie kartkę i zaczęła czytać. Dopiero teraz zauważyłem kontury rysunku Kubusia Puchatka na odwrocie strony.
-Błagam, powiedz, że nie zabrałeś papieru z biurka Matta... - powiedziała, mrużąc oczy z zażenowania, odwracając kartkę na stronę z obrazkiem.
-Może... A czy to ważne? Po prostu czytaj. - oburzyłem się nad jej drobiazgowość. - Nie patrz na obrazki, tylko czytaj moją stronę.
-James, to miało iść na pediatrię. - jęknęła, ale w końcu zaczęła czytać. - „Usiłowanie zabójstwa z bardzo ciężkim uszkodzeniem ciała”? Wysoko mierzysz. Myślałam, że miałeś wpisać pobicie.
-Na pewno sędzia jeszcze ani razu nie dostał pozwu z wydrukowaną kolorowanką. - zauważyłem. - Przynajmniej zwróci na niego uwagę.
-Tak, albo wyrzuci, nawet nie czytając, uznając, że złożono to u niego przez przypadek. - Wywróciła oczami, otwierając szufladę swojej drukarki. - Rety, sporo tych kolorowanek. To chyba ma być zapas na cały miesiąc.
-A jak ten dzieciak? - zapytałem pochylając się nad kubkiem kawy.
-Logan i Kendall łatają go na bloku operacyjnym. - odpowiedziała, wsadzając świeży papier do podajnika z kartkami, a tamte odłożyła z powrotem na biurko. - A potem wraca na izbę przyjęć.
-Czemu? - zmarszczyłem brwi.
-Jest dziesięciu pacjentów w kolejce do łóżka na chirurgii. - odpowiedziała, zatrzaskując szufladę z papierem. - Teraz wydrukuj drugi raz. Poza tym Adams chce mu jeszcze zrobić badania. Może to nawet lepiej, Alexa będzie mogła z nim pogadać nie idąc na inny oddział.
Pochyliłem się nad myszką i kliknąłem „Wydrukuj cały dokument”, a potem z poczty Liry wysłałem to do siebie służbowy komputer.
-Dlaczego Alexa? - zmarszczyłem brwi.
-W zeszłym miesiącu złapała z nim dobry kontakt. - odparła, wskakując na parapet. - Zgadali się o ulubionej drużynie do baseballa. Ją już zna, chyba łatwiej będzie mu się przez nią otworzyć.
-A potem? - spojrzałem na nią z zaskoczeniem.
-Spróbuje go namówić, żebyśmy trochę pogadał z nami. - odpowiedziała. - I z Tobą. Jeśli masz go reprezentować w sądzie, to powinniście sobie wszystko ustalić. I jest jeszcze coś. Możliwe, że będziesz musiał wystąpić przed sądem bez jego obecności.
-Wiem. - pokiwałem głową. - Po cichu nawet na to liczę.
(Logan)
-Skończyliśmy. - westchnąłem opadając na kanapę obok Liry w pokoju lekarskim.
-Jak było? - zapytała, marszcząc brwi.
-Ciężko. Kiedy leki przestaną działaś będzie miał okropny ból brzucha. Uszkodzone jelita, nerki i wątroba. Cud, że żołądek był cały. - wymamrotałem, kładąc sobie poduszkę na twarzy. - Oj, będę musiał porządnie wypocząć.
Byłem wyczerpany. Okropnie. Tak trudnych puzzli w życiu nie układałem. Nawet biorąc pod uwagę panienkę, która pogruchotała sobie rękę na paralotni. Przynajmniej nie miała odłamków kości rozsianych po całej jamie brzusznej.
-Chcesz papiery, co nie? - westchnąłem. - Mam coś lepszego niż zwykły raport.
-To znaczy? - zapytała zaskoczona.
-Studenci wszystko nagrali. - wyjaśniłem. - Ja i Kendall komentowaliśmy wszystko przez całe sześć pieruńskich godzin.
-A Kendall? - uniosłam brwi.
-Alexa położyła go w dyżurce pielęgniarek. - odpowiedziałem, patrząc na nią trochę nieprzytomnie. - Wcześniej powiedział, że Scott obudzi się dopiero jutro w południe. Idź do domu. Od trzech godzin powinnaś oglądać w telewizji jakiejś durnej opery mydlanej?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Powiem Wam, że w zeszłym tygodniu trochę w siebie zwątpiłam. Moja ulubiona notka ze wszystkich trzydziestu (całość będzie miała trochę więcej, na razie tyle mam), a tylko jeden komentarz. Plus Chris wczorajszy, co pomogło mi napisać następną notkę. Poza tym planuję wznowienie „Szkoły dla Mutantów”, napiszę historię do końca (około dziesięciu rozdziałów, krótko będzie) i dopiero zacznę publikować. To samo ze „Stadem”, ale pożyjemy, zobaczymy. Na razie prace trwają.
Właśnie, Unforgiven mam nadzieję, że wyszło Ci coś z tego konkursu. Gdzieś tam głęboko (nie w dupie) trzymałam za Ciebie kciuki. 
A jak się podobała dzisiejsza notka? Podobała się Wam? Chociaż odrobinę? Już się rozkręca. Jak to pisałam, to pierwsze siedem notek było w jednym dokumencie i tak na prawdę rozdzieliłam to dopiero jakiś miesiąc temu. To nic dziwnego, że tak się dłuży. Logan i Kendall w akcji na bloku operacyjnym? Chciałam coś takiego już dawno napisać. Brat Scotta dojeżdża (będzie teen wolfowo jak zobaczycie jak się nazywa), a Adams konkretnie się tym przejęła. Teraz jest to wielka zagadka "dlaczego", ale to tez później zostanie wyjaśnione. 
Ja juz nie przedłużam. Trzymajcie się! Cześć!

środa, 1 czerwca 2016

03. Atena...

(Lira)
-Lira! - zawołał Kendall, kiedy weszłam na poczekalnię. - Jedziemy, jest wezwanie do domu Scotta.
-Już? - wykrzyczałam z zaskoczeniem. - Przecież wczoraj wieczorem wypuściłeś go do domu.
-Też mnie to martwi. - powiedział zaniepokojony, prowadząc mnie do czekającej karetki. - Zadzwoniła jego sąsiadka. Ostatnio go dokarmia. Przyszła z rosołem, a znalazła go nieprzytomnego w kałuży krwi. Była zdenerwowana.
-Powiedzmy, że mnie to nie dziwi.
Kendall zamknął za nami drzwi. Jechaliśmy dość krótko z pielęgniarzem i jednym sanitariuszem. Nie było tak źle, oczywiście nie biorąc pod uwagę zaniepokojenia.
-W kieszeni są rękawiczki i dwa duże worki dowodowe. - poinstruował mnie Jeff, pomagając włożyć kurtkę. - Tobie mogą się przydać.
W końcu dojechaliśmy na miejsce. Zastaliśmy tam istne pobojowisko. W końcu zauważyliśmy starszą kobietę, która czekała na nas przed domem.
-Nie chciałam zostawiać go samego, ale usłyszałam, że jedziecie. - powiedziała roztrzęsiona. - Jest z nim źle. Nawet nie odpowiada, kiedy do niego mówię.
-Dobrze, dziękujemy za zgłoszenie. - powiedział Adrian, który prowadził. - Zajmiemy się nim, jest dobrych rękach.
Weszliśmy do środka. Scott wyglądał okropnie, ale siedział, opierając się o słup poręczy przy schodach. Kendall podbiegł do niego i objął twarz swoimi dłońmi.
-Scott? - podniósł trochę głos, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. - Scott, jesteś ze mną?
W odpowiedzi jęknął, ale otworzył oczy, patrząc na niego odrobinę nieprzytomnie. Kendall włożył stetoskop i przyłożył membranę do jego piersi.
Cofnęłam się o krok i zaczęłam się rozglądać po podłodze, próbując znaleźć coś, co mogło zadać ranę na głowie. Kendall musiał coś zrobić, bo chłopak syknął z bólu.
-Już dobrze... - powiedział, żeby go uspokoić. - Wyczuwam przemieszczenia. Nie wiem ile żeber jest połamanych, ale jest źle. Podaj mu tlen, powinien pomóc.
-Chłopie, kto Cię tak urządził? - zapytał Jeff, ostrożnie wkładając mu na szyję kołnierz ortopedyczny.
-Atena... - wysapał niezwykle zmęczony. - Atena...
Odwróciłam się gwałtownie w ich stronę i obserwowałam, jak przenoszą go na wózek.
-Co za Atena? - zapytał zaskoczony Jeff.
-Grecka bogini wojny i mądrości. - odpowiedziałam, wracając do rozglądania się po podłodze. - Ale ona raczej go nie pobiła. Przynajmniej nie osobiście.
Po kilku krokach zauważyłam miedzianą figurkę na podłodze. Umazaną we krwi. Wyjęłam z kieszeni worek na dowody i włożyłam do środka.
-Chłopaki... - zawołałam, pokazując im figurkę. - Znalazłam Atenę.
-Czas jechać. - powiedział Kendall, a Adrian podniósł nosze i wyprowadził wózek na zewnątrz.
(Kendall)
Było z chłopakiem źle, ale musiałem przyznać, że jest twardy. Może nawet zbyt twardy. W trakcie całej jazdy nie skarżył się na ból, ani nie stracił przytomności, co przy takich obrażeniach było szczerze imponujące.
-Pokaż mi to. - powiedziałem do Liry, która trzymała jego głowę, żeby utrzymać otwarcie dróg oddechowych. - Chyba obrażenia na głowie pasują do tej włóczni.
Lira posłusznie podała mi figurkę, na co chłopak nie spanikował, tylko wciąż leżał nieruchomo, od czasu do czasu otwierając oczy. Próbowałem go obejrzeć jak tylko się da. W końcu zobaczyłem coś co było równie imponujące, co przerażające.
-Lira... - zwróciłem na siebie jej uwagę, na ona wychyliła się, żeby spojrzeć na odkryte ramię chłopca. - Musisz to zobaczyć.
-Odbiła mu się... twarz Meduzy z egidy? - otworzyła usta z zaskoczenia. - To okropne.
-No wiem. - pokiwałem głową. - Muszę się nim zająć. Większość z tych ran nadaje się do dłuższego szycia, ale muszę jeszcze sprawdzić brzuch i klatkę. Nie wiem, jakie szkody narobiły połamane żebra. Spróbuję jakoś ominąć kolejkę do tomografu.
I tak byliśmy już na miejscu. Drzwi otworzyły się na całą szerokość i nasza pani ordynator wyszła nam na spotkanie. Adams pochyliła się nad chłopcem i potrząsnęła nim lekko, ale jego reakcja nie była za bardzo znacząca. Tylko nieprzytomnie zamrugał.
-Podejrzewacie pomoc domową? - zapytała, idąc naprzeciwko mnie, kiedy oddawałem Markowi jego kurtkę. - Widzę, że było ostro.
-Chłopak ma połamane żebra. - powiedziałem jej, kiedy ustawiliśmy Scotta za jednym z parawanów. - Był tu wczoraj, dopiero go wypisałem. A wcześniej musiałem zatrzymywać dosłownie na siłę.
No dobra, Lira go przekonała, ale i tak starałem się nie spuszczać go z oczu. Kiedy go przenosiłem, Logan wbiegł za na salę. Wyglądał na dość wypoczętego.
-No, kogo ja tu widzę. - powiedział z uśmiechem, sprawdzając odruchy źrenic. - Aż tak się stęskniłeś? Nie musiałeś tak szybko wracać.
-Było mnie wypuścić do domu,. Kiedy o to prosiłem. - wymamrotał, ściągając maskę tlenową z twarzy. - Nic by się nie stało.
Zamarłem. Wiedział, że ojczym może go tak pobić? I nie powiedział od razu? Tym bardziej bym go nie wypuścił. Zatrzymałbym na oddziele pod jakimkolwiek pretekstem, dopóki sprawa by się nie wyjaśniła. Cokolwiek. Nie wiem, byle nie musiał mieć go już na sumieniu, a ten byłby bezpieczny.
-Posłuchaj, tłumaczyłem Ci, że nie mogę Cię wypisać, bo musiałeś zostać na obserwacji. Omal nie umarłeś. Mogło Ci się poważnie pogorszyć, nie rozumiesz tego? Mogłeś umrzeć. - powtórzył, jakby chciał za wszelką cenę podkreślić powagę sytuacji.
-Logan, daj mu spokój. - zawołałem do niego, przerzucając przez wózek kilka worków z płynem. - Jeszcze będziesz miał okazję, żeby go podręczyć.
Logan zmierzył mnie karcącym, wściekłym spojrzeniem. On należał do jednym z tych, którzy za wszelką cenę chcieli mieć rację. Chociaż tym razem to było trochę nie na miejscu, ale musiałem mu ja przyznać. Bo Logan jest najgorszy, kiedy ma rację. Tak to z nim już jest.
(Lira)
-Jak z nim? - zapytałam, łapiąc Kendalla na środku korytarza.
-Źle. - odpowiedział wprost. - Na razie doprowadziliśmy go do w miarę stabilnego stanu, ale żeby całkiem sobie z tym poradzić musimy wiedzieć, co się dzieje w środku. Logan obfotografował go z każdej strony i opisał wszystkie widoczne obrażenia. Mam zgodę od Adams na wachlarz kompleksowych badań. Zaczynamy od tomografii. Chcę najpierw zobaczyć co się dzieje w jego brzuchu. Te żebra mogły narobić niezłego spustoszenia. A Ty? Dowiedziałaś się czegoś?
Przystanęliśmy na chwilę przed drzwiami do tomografu. Kendall wyglądał na odrobinę zmęczonego, ale zdeterminowanego.
-Właściwie tak. - pokiwałam głową. - Odkryłam, że Scott ma starszego brata w San Diego. Pracuje w policji, dokładnie w wydziale narkotykowym. Dzwoniłam do niego. Powiedziałam, że jego brat jest w szpitalu, a jego ojczym nie wydaje się nim zainteresowany.
-Przyjedzie? - zapytał, unosząc brwi.
-Za trzy dni. - odpowiedziałam. - Z San Diego jest kawał drogi. Wszystkie loty są zablokowane, więc... Przyjedzie samochodem. Trochę to potrwa. Adams przejęła za niego odpowiedzialność?
-Chyba tak. - pokiwał głową. - Wiem, że James pół godziny temu pisał dla niej pozew do sądu. Jeszcze jest rozpatrywany, ale... chyba zdobędziemy zielone światło. Na razie mamy prawo tylko do mało inwazyjnych badań i zabiegów ratujących życie.
-Czyli klasyka. - westchnęłam, przyciskając teczkę do klatki piersiowej. - Pewnie wyląduje u Ciebie na chirurgii. Tam też Adams będzie miała go na oku?
-Myślę, że tak... - wzruszył ramionami. - Powiedziałaś jego bratu jak wygląda sytuacja?
-Nie do końca. - pokręciłam głową. - Nie chciałam go denerwować przed tak długą jazdą. Powiedziałam, że to nie jest na telefon i wszystkiego dowie się jak dojedzie do szpitala.
-Może to i dobry pomysł. A teraz?
-Pójdę do Jamesa. - wzruszyłam ramionami. - Jest u Adams. Mamy o czymś porozmawiać. Chyba nasza pani ordynator coś wymyśliła.
-No na pewno. - odparł. - To Ty zajmij się stroną społeczną, a ja medyczną. Uda się.
Kiwnęłam głową, a kiedy zniknął za drzwiami, poszłam natychmiast do gabinetu pani ordynator. Nie zapukałam, bo wiedziałam, że ona nie lubi, kiedy ktoś puka, a był umówiony.
-Siadaj. - usłyszałam zamiast powitania i zajęłam miejsce obok Jamesa.
James jest prawnikiem. Piekielnie dobrym. To adwokat, ale spokojnie sprawdziłby się jako prokurator. Oni, znaczy James i Adams... Chyba coś ich łączyło. Albo łączy. Nie wiem, lepiej nie zakładać niczego z góry.
-Na pewno domyślasz się, że chodzi o Scotta Hale'a. - oznajmiła, prostując się na prezesowskim krześle. - Wyjaśniłam już wszystko Maslowowi, ale dopóki nie usłyszymy bezpośrednio od chłopaka, że ojczym go bije, nie będziemy mogli nic oficjalnie zrobić.
-Na razie napiszę pozew w jego imieniu. Później wystąpię jako jego pełnomocnik. - James przejął pałeczkę. - Widziałem go przez żaluzje. Na pewno sam sobie tego nie zrobił.
-Za darmo? - uniosłam brwi, wiedząc ile jego kancelaria liczy sobie za usługi.
-Charytatywnie. - pokiwał głową. - Jestem na miejscu, więc nie widzę problemy. Szef już się zgodził, ale nie zapłaci mi za tą sprawę.
-Koszty wszelkich procesów opłaci szpital i ten bandyta. - powiedziała natychmiast Adams. - Chłopak nie ucierpi już więcej przez tego typa. Ma jakąś rodzinę z wyjątkiem matki do której sama nie mogę się dodzwonić?
-Ma brata. - odpowiedziałam od razu. - Przyjedzie najpóźniej za trzy dni.
-Świetnie. - pokiwała głową. - Do tego czasu trzymajcie jego ojczyma najdalej jak tylko to możliwe. A chłopaka zatrzymamy najdłużej, jak tylko się da. Nawet, jeśli miałabym na to wydać cały miesięczny budżet izby przyjęć.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ta notka jest dedykowana THE UNFORGIVEN. Wiedziałam to już, kiedy przeczytałam Twój komentarz, że czekasz, aż James coś pomoże przy tej sprawie. A tutaj James pojawia się po raz pierwszy. Już wiadomo jaką odegra rolę, ale tu jest zaledwie wstęp tego, jak duża to będzie rola.
Jak myślicie? Jak nasza ekipa poradzi sobie z tą sprawą? Będzie już spokojnie, czy czeka nas jeszcze kilka gorących momentów?

Ogłoszenie parafialne: Pamiętacie Soundtracki? W prawdzie nie bawiłam się w zwiastun, ale... zrobiłam dwie playlisty: Lira's Mix i Nemeton Mix. Pierwsza spokojna. lista piosenek, utworów... które pomagają mi pisać. "You're My Favorite Song" pomogło stworzyć tytuł i główną bohaterkę. Lirę. To ma być piosenka Liry i Kendalla. I nie mam pojęcia, jak udało Wam się wypatrzyć chemię między nimi ze zwykłego, koleżeńskiego zaproszenia na kawę. Druga... to mocne kawałki, które w zamyśle mają być puszczane w pewnym nieistniejącym nocnym klubie. Na razie nie jest czas na tłumaczenie tego wszystkiego, ale obie listy będą na bieżąco uzupełniane. Linki w tytułach. Chcecie, to sobie obczajcie.

Już wcześniej pisałam, że to jedna z moich ulubionych notek. I tak jest, bo uważam, że ona mi wyszła całkiem nieźle. Przynajmniej jak na razie. Mam nadzieję, że Wam podobała się równie bardzo. Trzymajcie się. Cześć i do następnej środy.