środa, 25 maja 2016

02. (Bez)podostawane sygnały

(Logan)
Wszedłem do sali i podszedłem do łóżka chłopaka, który najwyraźniej gdzieś się zbierał.
-Hej, co Ty wyprawiasz? - zapytałem, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Połóż się.
-Musze wracać do domu. - powiedział rozgorączkowany.
-Musisz tu zostać. - powtórzyłem równie łagodnie, ale przytrzymałem go trochę mocniej. - Przynajmniej dwie doby.
-Nie mogę. - pokręcił głową, wyjmując swoje jeansy z szuflady szafki nocnej. - Musze się jak najszybciej dostać do domu.
-Człowieku, czy Ty nie rozumiesz, jak poważna jest sprawa? - podniosłem nieco głos, żeby przemówić mu jakoś do rozsądku. - Twoje serce nie biło przez prawie pięć minut.
-Nie pierwszy raz. - wymamrotał, wkładając adidasy. - Nic mi nie będzie, ale... Jeśli teraz wrócę do domu będę miał mniej kłopotów.
Podniosłem gwałtownie głowę i niepewnie usiadłem naprzeciwko niego. Powoli spojrzałem mu w oczy, chcąc coś od niego wyciągnąć.
-Co masz na myśli mówiąc „mniej kłopotów”? - zapytałem ostrożnie. - Czy to ma jakiś związek z siniakami? Masz je dosłownie wszędzie.
-Chcę rozmawiać z doktorem Schmidtem. - wymamrotał, wiążąc sobie sznurowadła.
-Nie ma go tutaj. - odpowiedziałem spokojnie, próbując mu spojrzeć w twarz. - Ktoś Cię bije? Twój ojczym? Jeśli nam powiesz, będziemy mogli coś z tym zrobić.
-Nie ma nic do roboty. - pokręcił głową, w końcu na mnie spoglądając. - Po prostu często się przewracam. Nie ma o czym mówić, naprawdę. Chcę tylko wracać do domu.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu i zobaczyłem Lirę stojącą tu obok drzwi.
-Słyszałaś? - na moje pytanie pokiwała głową.
-A co to za jedna? - chłopak wstał, sięgając po bluzę.
-Pieszczotliwie nazywamy ją „panną z opieki społecznej”. - oznajmiłem, podnosząc się z taboretu. - Chciałbym, żebyś z nią porozmawiał.
-Opieka społeczna? - wykrzyczał zaskoczony. - Ja tylko spadłem ze schodów i miałem atak astmy. Ciągle mi się to przydarza. Nie macie się czym zajmować?
-Lira Forte. - przedstawiła się i dała mi znak ręką, żebym zostawił ich samych. - Musimy sprawdzać wszystkie sygnały. Mamy powody, żeby sprawdzić, jak wygląda Twoja sytuacja w domu.
-Najwyraźniej bezpodstawne. - wymamrotał, zanim wyszedłem na korytarz.
Zamknąłem za sobą drzwi i podszedłem do biurka dyżurnej pielęgniarki. Odebrałem karty kilku moich pacjentów i miałem zamiar iść z powrotem do dyżurki.
-Hej, Logan! - usłyszałem za swoimi plecami głos Sam, jednej z najfajniejszych pielęgniarek.
-Tak? - uniosłem brwi, stając w trybie gotowości.
-Pani Campbell do Ciebie. - oznajmiła, jakby to było coś oczywistego.
Czyli jedna z moich najgorszych pacjentek. - westchnąłem w duchu. Bez słowa poszedłem za nią, ale kiedy miała już otwierać drzwi, potrzymałem ją przez chwilę za ramię.
-Ty... - powiedziałem, jakbym miał wygłosić jej kazanie, a tak naprawdę miałem dla niej tylko jedną życiową radę. - Pamiętaj, podstarzałe Brytyjki są najgorsze.
-Tak, wiem. - pokiwała głową z uśmiechem. - No idź już, bo muszę jeszcze iść na urazówkę.
Pokręciłem głową i wszedłem do pokoju z kilkoma łóżkami. Na jednym z nich spodziewałem się starszej pani. I miałem rację.
-I co się znowu dzie... - zacząłem, ale mina mi zrzedła, jak tylko zobaczyłem, że trzyma na kolanach malutkiego psa. - Pani Campbell... Tyle razy pani mówiłem, że nie wolno przyprowadzać psów do szpitala.
-Ale panie doktorze. - powiedziała, jakbym śmiertelnie obraził. - To nie jest byle pies, tylko Pysia.
-A Pysia to też pies. - zauważyłem, siadając naprzeciwko niej. - I co się znowu stało? Jakieś kłopoty z sercem? Znowu ma pani problemy z oddychaniem? Po lekach powinna być poprawa.
-Ale nie ma! - zawołała, jakby od samego początku wiedziała, że tak będzie. - Bo te leki od pana doktora wcale nie działają.
-A rzuciła pani palenie? - zapytałem, zaglądając do karty.
-Nie, palę jak zawsze. - pokręciła głową, jakby to nie miało nic wspólnego z jej problemami zdrowotnymi. - A co mi pan tak wyskakuje z tym paleniem? To nie ma żadnego związku!
-A właśnie, że ma! - powiedziałem tonem mądrego człowieka. - Bo widzi pani, nawet najlepsze leki nie pomogą, jeśli wciąż będzie pani palić. Papierosy bardzo szkodzą. A dowodem na to jest pani zdrowie. Musi pani przestać palić.
-Mam nie palić papierosów i wtedy leki zadziałają? - wniosła brwi. - To bez sensu. Po co pozbawiać się takiej przyjemności?
-A po to, żeby być zdrowym. - odparłem, wstając z taboretu. - Rzuca pani palenie i za tydzień przychodzi na kontrolę. W porządku? Zobaczymy, czy nastąpi jakaś poprawa.
Wyszedłem nie czekając na jej odpowiedź. Na korytarzu spotkałem Lirę. Podszedłem do niej natychmiast. Wyglądała na zadowoloną.
-I jak? - spojrzałem na nią wyczekująco, a ta tylko się uśmiechnęła.
-Nakłoniłam go, żeby został na obserwacji. - odpowiedziała. - Kendall sądzi, że jego ojczym nie odpowiada. Na razie mam związane ręce. Mogę go obserwować, popytać sąsiadów... Niewiele jestem w stanie zrobić.
-Lepsze to niż nic. - wzruszyłem ramionami, wkładając dłonie do kieszeni. - Popytaj. Na pewno nie zaszkodzi. Przynajmniej zobaczysz jak wygląda jego sytuacja.
-Wiem. - pokiwała głową. - Ale nie jestem pewna, czy znajdę dowody.
-A ja jestem pewny, że ktoś się nad nim znęca. Sprawdź to. W ten sposób mu pomożesz.
(Lira)
Minęły dwa dni. Przez ten czas nic wielkiego się nie działo, ale niepokoiła mnie jedna rzecz. Przez te dwa dni, kiedy Scott (właśnie, nauczyłam się jego imienia) przebywał na oddziale, jego ojczym ani razu nie pojawił się w szpitalu. Baa... Nawet nie zdzwonił. Jedyne, co mogłam zrobić, to zadzwonić do jego mamy. Powiedziała, że wciąż podtrzymuje długoterminową zgodę na leczenie, a jej obecny mąż i tak nie ma nic do gadania.
-Co robisz? - zapytał Matt, zaglądając mi przez ramię. - Nowa sprawa?
-Tak, ale na razie nic z tego nie wychodzi. - odparłam. - Mamy jedną obdukcję, żadnych zeznań. Sąsiedzi udają, że nie ma ich w domu, nie mam dostępu do jego rozszerzonej wersji akt. Matka mówi, że nie ma takiej potrzeby, a to znaczy, że nie mam zgody... A sąd nie da mi zezwolenia, bo mam za małe podstawy. Mam związane ręce.
Pokręciłam głową z bezsilnością. Na prawdę chciałam pomóc temu chłopakowi. To miły dzieciak, a ja jestem pewna, że coś się z nim dzieje. Wymyśla wykręty, logiczne bo logiczne, ale nie jestem do nich do końca przekonana.
-Mogę zerknąć? - poprosił, podchodząc do półki z segregatorami.
-Jasne. - podałam mu niebieską teczkę. - Ale mam tylko obdukcję i opinię Carlosa. To niewiele.
-A historia choroby? - uniósł brwi, zaglądając do dokumentów, które mu podałam.
-Nie mam. - odparłam. - Kendall mi da kopię, kiedy go wypisze. Nie wiem... Może jutro uda mi się coś zrobić. Dzisiaj mam wizytę w sierocińcu. Muszę wystawić opinię kilku nowym dzieciakom.
Matt usiadł na skraju jednej z półek regału. Jego kanciaste okulary opadły na skraj jego nosa. Zmarszczy brwi, czytając pismo wystawione przez doktora Logana „ekspresowa obdukcja” Hendersona. Nawet z takiej odległości poznawałam znaczek, który stawiał przy podpisie.
-Ma siniaki, które można określić na pięć różnych okresów czasowych i to wciąż jest za mało? - zapytał, podnosząc głowę. - I jeszcze w kształcie podeszwy ciężkich butów?
-Wiem. - wycedziłam z zaciśniętymi zębami. - Pytałam sędziego. Z czymś takim nie mamy nawet szans na niezapowiedzianą wizytację.
-Możesz zrobić to w stylu doktor Adams. - zaproponował.
-Mowy nie ma! - prychnęłam. - Nie pójdę tam do niego. Nawet nie wiem, co to za typ. Nie mam jego danych. Znam tylko nazwisko i miejsce pracy. W życiu go nie widziałam. Próbowałam pytać znajomych z ich poprzedniego miejsca zamieszkania, ale odkładali słuchawkę, jak tylko powiedziałam jego nazwisko.
Do pokoju wszedł Kendall. Nie miał na sobie fartucha tylko zwykły T-shirt z nadrukiem logo zespołu Nickelback.
-Historia choroby Scotta, proszę... - powiedział, podając mi kilka spiętych kserówek. - Próbowałem jeszcze z nim rozmawiać, ale cud, że przyjął talon na taksówkę.
-A coś więcej? - zmarszczyłam brwi.
-Byłem jeszcze w dyspozytorni. - oznajmił, przysiadając na kanapie w naszym gabinecie. - Obiecali, że dadzą mi znać, jeśli będzie jakieś zgłoszenie na ich adres. Adams dała mi zezwolenie. Mogę z nimi tam jechać. Jakbyś była pod ręką, to zabierzemy Cię ze sobą. Przy okazji trochę się rozejrzysz. Będziesz miała pierwszy, w miarę legalny wgląd w sprawę.
-Niezła myśl. - wzruszyłam ramionami. - Ale muszę zdobyć zdjęcie jego ojczyma. Może Ty masz jakieś? Dobrze byłoby z nim pogadać nie pytając o nazwisko.
Odwróciłam się do Matta, którego telefon nagle zaczął dzwonić. Poprawił okulary na nosie i odłożył teczkę. Poczekaliśmy, aż odczyta wiadomość.
-Muszę iść. - powiedział przepraszająco. - Dziewczyna z podciętymi żyłami odzyskała przytomność. Mam z nią pogadać.
-Jasne, leć. - powiedziałam obojętnie.
Kiedy wyszedł, dopiero głos Kendalla wytrącił mnie z zamyślenia.
-To co? - zapytał niepewnie, unosząc brwi. - Kawa? Kupię Ci karmelowe latte.
-Tak, kawa... - pokiwałam głową. - Bardzo chętnie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~

Cześć! Pisanie tej notki idzie mi bardzo ciężko bo zepsuła mi się klawiatura, a za prędko nowej nie dostanę. A to znaczy, że na jakiś czas muszę odpuścić z pisaniem, ale na szczęście nam spory zapas i jakoś to będzie, ale na razie moje komy będą raczej ubogie. Sorki...
THE UNFORGIVEN, wiem o km mowa. Kovač, co nie? Powodzenia z ocenami! Dziękuję za Wasze wsparcie. Na początku to wiele znaczy. Szczególnie teraz. Mam nadzieję, że notka się podobała. Na razie zostajemy przy środzie, bo w ankiecie ma zdecydowaną przewagę. A teraz dobra wiadomość. Za tydzień będzie moja ulubiona. Poza tym udało się mnie mądrej w końcu ustawić prawidłową strefę czasową. Po tylu latach. I to się nazywa zapłon! Pa pa i do przeczytania! Trzymajcie się!
PS. Korzystając ze swojego zapasowego bloga, udało mi się zrobić wygląd na bazie gotowego szablonu Bloggera. Tym razem poszłam za przykładem Marli i zadbałam o "pamiątki". Może to nic takiego, ale jestem zadowolona z efektów. 

środa, 18 maja 2016

01. Witamy na izbie przyjęć

(Kendall)
-Co mamy? - Logan wybiegł na spotkanie karetce, która właśnie przyjechała.
Pobiegłem za nim, widząc znajomego chłopaka. Niedawno jego mama zarejestrowała mnie jako lekarza rodzinnego. Dawno go nie było. Cały tydzień. A ja myślałem, że kupili mu nowy nebulizer.
-Szesnastolatek po upadku ze schodów. - wykrzyczał jeden z sanitariuszy wciąż prowadząc masaż serca. - Miał atak astmy, zatrzymał się w karetce.
-Jak długo to trwa? - zapytał ponownie, kiedy wieźliśmy go za jeden z parawanów.
-Od dwóch minut. - odpowiedział zeskakując z noszy.
Automatycznie przejąłem prowadzoną przez niego czynność. Spojrzałem na Logana, który prowadził rozmowę o epinefrynie. Ta... on jest do niej przyzwyczajony.
-Przejmuję go. - oznajmiłem. - To mój pacjent.
-Jak Cię znam, pamiętasz nazwisko. - zachichotał. Cały Logan. Nawet w krytycznej sytuacji nie tracił poczucie humoru.
-Scott Hale. - rzuciłem. - Jest migotanie, naładuj defibrylator.
Odsunąłem się, kiedy ten pochylił się nad chłopakiem z łopatkami. Wziąłem głęboki wdech, a kiedy jego ciało podskoczyło, spojrzałem z nadzieją na kardiomonitor. Odetchnąłem z ulgą na widok znajomej krzywej.
-Normalny rytm zatokowy. - wydyszałem, zakładając na uszy kapturki stetoskopu. Przyłożyłem membranę do klatki piersiowej chłopca.
-I jak? - zapytał Logan, podpierając dłonie na biodrach, jakby dobrze wykonał robotę.
-W porządku. - odpowiedziałem. - Szmery oddechowe wracają do normy, oskrzela się rozszerzyły. Potrzymam go dwie doby na obserwacji i wypuszczę do domu. Poprosisz Abby, żeby zawiadomiła jego ojczyma?
-Jasne. - pokiwał głową. - A jego rodzice?
-Ojciec nie żyje, a matka pracuje na drugim końcu kraju. - odpowiedziałem, recytując z pamięci pierwszą stronę jego akt. Chłopak bywał tu tak często, że już nie musiałem do nich zaglądać.
-Eee... Kendall? - zaczął Logan, kiedy wkładałem stetoskop do kieszeni fartucha. - To nie był zwykły upadek ze schodów.
Spojrzałem, jak podnosi rękę chłopaka i przykłada dłoń do mocnego zasinienia na przedramieniu. Otworzyłem usta ze zdziwienia, kiedy zdałem sobie sprawę, że są w kształcie czyjejś wielkiej dłoni.
-Wzywamy Lirę. - stwierdziłem zupełnie pewnie. - Musi się tym zająć.
-A Carlos? - uniósł brwi, patrząc na mnie wyzywająco.
-Teraz i tak nie może nic zrobić. - wzruszyłem ramionami. - Powiem mu, kiedy odzyska przytomność.
(Lira)
Od: Logan
Treść: „Zejdź na dół. Mamy dla Ciebie sprawę.”
Kiedy tylko odebrałam tego SMSa, wybiegłam z gabinetu, zahaczając o Matta, który siedział przy swoim biurku, przeglądając jakieś akta.
-Idę na dół, wzywają mnie! - zawołałam, mijając go między drzwiami do naszych gabinetów.
-Jasne, idź, ja tu sobie zostanę. - odpowiedział, jakbym przynajmniej opuszczała go na całe życie. - Zupełnie sam, bez nikogo...
Pokręciłam głową nad jego mamrotaniem. To prawda, nie lubił zostawać sam na stanowisku pracy, ale często musieliśmy się rozdzielać. Jego wzywano głównie do samobójstw, mnie do przemocy domowej. Na szczęście nie miałam ostatnio za wiele roboty, bo przeważnie wystarczyło pogrozić kilkoma paragrafami i oprawcy zaraz się uspokajali. W całej swojej trzyletniej karierze pracownika opieki społecznej poprowadziłam może cztery poważne sprawy, które skończyły się wyrokiem sądu. Nie wiedziałam, czy to dobrze, czy źle, ale na razie nie mam za wielkiego doświadczenia i prędko nie zarobię na nowe mieszkanie.
Wbiegłam do otwartej windy i wcisnęłam przycisk parterowy. Uśmiechnęłam się do Carlosa, który wbiegł zaraz za mną.
-Cześć, już wracasz na górę? - zdziwiłam się, kiedy oparł się o poręcz obok mnie. - Gdzie byłeś?
-W kostnicy. - wzruszył ramionami. - Jakaś laska spanikowała na widok martwego męża. Musiałem z nią pogadać. Wiesz, tego gliniarza, którego przywieźli wczoraj z kulą między oczami. Coraz dziwniejsze te wezwania, coraz dziwniejsze...
Uniosłam brwi, ściskając pocieszająco teczkę z czystymi formularzami. Miałam obowiązek noszenia standardowego kompletu papierów. Po tak długim czasie w szpitalu to był już mój odruch.
-Dobra, ja idę. - powiedziałam, wyskakując z niewielkiego pomieszczenia. - Do zobaczenia na obiedzie!
-Na razie! - pomachał do mnie, zanim drzwi się za mną zamknęły.
Poszłam przed siebie tam, gdzie zwykle spotykam się z chłopakami. Niby specjaliści, ale nadzwyczaj elastyczni. Prawdopodobnie dlatego utknęli na dole i rzadko bywali na swoich oddziałach. Mieli stałych pacjentów, ale to były może cztery osoby na głowę. Mówiliśmy na nich „chłopaki” z kilku bardzo zasadniczych przyczyn. Byli młodzi, wyluzowani, a swoim stałym współpracownikom kazali mówić sobie po imieniu. Przy tym zachowywali nadzwyczajny profesjonalizm, którego mógł im pozazdrościć nie jeden stary wyjadacz. Nie można zapomnieć, że szybko się ze sobą zaprzyjaźnili. Co którzy chcą tylko jak najwięcej zarobić i najszybciej dostać awans. Wyścig szczurów jak w każdej firmie. Tutaj też, tylko produktywnie leczymy ludzi. Trochę dziwne i przedmiotowe porównanie, ale taka jest prawda.
-Co masz dla mnie? - zapytałam, a on wręczył mi blaszaną podkładkę z partą pacjenta.
Nic nie mówił, kiedy czytałam kilka pierwszych wersów. Odwróciłam wzrok, patrząc na niego z politowaniem.
-Poważnie mówisz? - jęknęłam, oddając mu kartę, która powinna wisieć przy łóżku. - Atak astmy i upadek ze schodów?
-To jeszcze nie wszystko. - pokręcił głową. - Musisz jeszcze coś zobaczyć. Za mną.
Wprowadził mnie do niewielkiej sali. Na wózku leżał nieprzytomny, albo pogrążony w głębokim śnie nastolatek. Był drobny. Bardzo szczupły. Latynos, ale raczej mieszaniec, bo nie miał tak okrągłej twarzy, jak na przykład Carlos.
-Cześć. - powiedział Kendall, jak tylko mnie zobaczył. - Musimy Ci coś pokazać.
Wskazał na siniaki na przedramionach chłopca. Zmarszczyłam brwi, widząc ich kształt. Ostatnio widuję je zbyt często. Klasyczne ślady po domowym pobiciu.
-Właściwie znalazłem coś jeszcze. - odparł, odkrywając dolna część koca i trochę unosząc udo chłopaka. - Trochę jak but roboczy. Nie chcę nic sugerować, ale jego ojczym pracuje w hucie szkła. I chodzi w takich butach.
Pokazał mi paskudnie wyglądający siniak, ale już trochę wyblakły, jakby był na jego skórze bardzo długo. Kendall z powrotem okrył chłopaka i włożył dłonie do kieszeni fartucha.
-Ma przynajmniej kilka dni. - stwierdził.
-Jest po zatrzymaniu krążenia, jeszcze kilka godzin będzie nieprzytomny. - oznajmił Logan, wręczając mi podpisany i wypełniony formularz obdukcji. - Dla mnie to trzy minuty.
Dodał, kiedy spojrzałam na niego z zaskoczeniem. Spojrzałam na chłopaka, a zaraz potem na jego nazwisko u góry formularza. Scott Hale.
-Możesz coś z tym zrobić? - zapytał w końcu Kendall, jakby nie mógł już dłużej wytrzymać.
-Najpierw musiałbym z nim porozmawiać. Jeśli będę miała wystarczające podstawy, poproszę Jamesa, żeby przygotował wniosek dla góry. - wzruszyłam ramionami. - Adams o tym wie?
-Jeszcze nie. - Kendall pokręcił głową. - Na razie jej nie powiem. Ma pilniejsze sprawy na głowie. Może kiedy domknie sprawę sponsoringu dla oddziału. Na pewno nie wcześniej.
-Przygotuję dokumenty u siebie. - wymamrotałam. - Na razie muszę pogadać z nim i jego ojczymem. Przyda się pomoc Carlosa.
-Jasna sprawa, już na to wpadliśmy. - Logan pokiwał głową. - Damy mu znać, kiedy chłopak się obudzi. On ma z nim najpierw gadać, czy Ty?
-Ja. - odparłam, wychodząc z pomieszczenia. - Dajcie znać, kiedy coś się zmieni.
(Logan)
Chociaż ten dzień jeszcze się nie skończył, miałem zamiar go już ochrzcić mianem „dnia idealnego”. Może nie było tak zupełnie kolorowo, ale w porównaniu z tym co było wczoraj mogłem śmiało powiedzieć, że trafiłem do raju.
-Henderson, papiery do mnie! - usłyszałem za swoimi plecami srogi, kobiecy głos.
Pani ordynator. Codziennie późnym popołudniem kazała sobie kłaść na biurku trzy kopie każdej dokumentacji. Jedna do archiwum, jedna dla maszynisty i jedna dla niej. Ta baba miała swoje prywatne archiwum. Oczywiście te ostatnie dokumenty musiały być stale niszczone jakiś rok po śmierci pacjenta, ale nie było aż ta źle. Tylko każdy z nas musiał poświęcać dodatkowe piętnaście minut po godzinach, żeby kserować dla niej tą makulaturę.
-Dzień dobry pani doktor! - zawołałem, przyklejając na sobie twarz promienny uśmiech. - Jak miło panią widzieć. Czy ktoś już pani mówił, jak pani świetnie wygląda?
-A czy jeszcze nie dotarło, że nie działają na mnie te twoje sztuczki? - zapytała retorycznie, patrząc na mnie spode łba.
-Najwyraźniej. - przytaknąłem. - Mam jeszcze pacjenta. Przyniosę dokumenty zaraz po pracy.
-Tylko się nie spóźnij! - zawołała, już się za mną nie oglądając.
-Tak jest. - pokiwałem głową i uśmiech natychmiast spełzł z mojej twarzy.
No super. Jeszcze tego brakowało. Służbistka. Jak to jest, że ona zawsze musi wiedzieć co się dzieje w całym szpitalu? Laska zarządza tylko izbą przyjęć. No dobra, jest jednym z udziałowców, ale to szczegół. Na co dzień ma mało do gadania. A mądrzy się, jakby była dyrektorką. No dobra, jest ważna, ale czasami za bardzo zadziera nosa.
-Doktorze? - usłyszałem za swoimi plecami głos Nancy, jednej z pielęgniarek.
-Tak? - odwróciłem się do niej, a ona tylko przywołała mnie dłonią.
-Pacjent doktora Schmidta odzyskał przytomność. - odpowiedziała natychmiast. - Ten po zatrzymaniu krążenia. W razie jego nieobecności miałam...
-Wiem, już idę. - pokiwałem głową, zmierzając w stronę pokoju zabiegowego, w którym go położyliśmy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Witam w pierwszej notce na „You are My Oxygen”, a jest ona dedykowana Chrisowi B, bez którego ten blog by nie powstał. Gdyby nie te Twoje komentarze z serii „A teraz chcę medycznego”, nawet bym się za to nie zabrała, a wierzcie mi... w tej chwili, super mi się to pisze. Pewnie nie powinnam tego wstawiać, bo Marla nie wyrobiła się z rozdziałem, ale... jak środa to środa. Co Was czeka, napisałam w „Przedmowie”. Już nie przedłużajmy. A teraz oczekuję nie tylko Waszych komentarzy, ale też... głosów. Po prawej znajdziecie ankietę, w której będziecie mogli wybrać dzień tygodnia, w którym mają być publikowane notki. Wiecie co robić. Trzymajcie się i do następnej! Pa pa!  

niedziela, 15 maja 2016

Przedmowa

Ekstremaliści, lekarze, psychologowie, prawnicy, pracownicy opieki społecznej. Ich praca w szpitalu powiatowym ma swoje złe i dobre strony. Tutaj przyjrzymy się, jak to wygląda, kiedy muszą się kimś zaopiekować. A nie tylko go naprawić.
Pracownicy, których łączy przyjaźń i chociaż każdy z nich pełni inną rolę, ta więź czyni z nich organizm, który działa na jednej zasadzie: Ocalić kogoś.
Z czasem między dwojgiem z nich dochodzi do czegoś więcej niż... zwykła przyjaźń.

Witam na moim nowym blogu... Gdyby nie to, że zmieniam miasto, pewnie tworzyłabym tą historię na „LA is Ours”, ale chciałam, żeby nasi nowi bohaterowie zobaczyli śnieg. Tym razem robię coś po raz pierwszy, bo zwykle nie przywiązywałam do tego wagi, ale o tym później.

Głównym inicjatorem jest... Chris B. Dawniej Big Time Chris. Niżej jest jeden z komentarzy, ale tak naprawdę nie pierwszy, bo chyba o tym gadaliśmy na czacie, potem coś pisałam we własnych komentarzach, ale... Chris nie jest sam, ponieważ Marla S przyznała mu rację. Tak, ta Marla S, której nadałam miano BloggerMammy, która jest gwiazdą w blogoswerze w kontekście opowiadań o Big Time Rush i tak dalej... Głównie ta dwójka zmusiła mnie do ruszenia tyłka. I gdyby nie ich namowy, tego bloga by nie było. No może kiedyś jakiś taki by powstał, ale nie byłabym jego autorem i miałby nieokreślona treść.


To będzie opowiadanie, na którym będzie dużo... „Ostrego Dyżuru”? Tak właściwie jest, bo od tego serialu wszystko się zaczęło. To moje zainteresowanie urazami, lekarzami... Ale wiem, że nie będę potrafiła cały czas pisać o przypadkach medycznych. Ta historia ma trzy strony: Społeczną, Medyczną i Prywatną.

Strona społeczna jest pełna tragedii, smutku, problemów, które trzeba możliwie najszybciej rozwiązać... Lista jest długa. Oczywiście będę ją skracać. Czasami nawet wydłużać. Głównie przez tą stronę główna bohaterka (chociaż przez pierwsze dwanaście notek nie będzie to tak widoczne) nie jest lekarzem, tylko pracownikiem społecznym ze szczególnym naciskiem na kuratora. Takimi głównymi problemami społecznymi będą na przykład przemoc w rodzinie, odosobnienie czy gwałty. Te trzy akurat najczęściej się będą powtarzać.

Strona medyczna jest inspirowana serialami medycznymi, głównie wcześniej wspomnianym „Ostrym Dyżurem”. Nawet niektóre postacie są inspirowanie bohaterami ER. Np... Alexa jest opowiadaniowym odpowiednikiem serialowej Sam. Obie panie poniżej na zdjęciach. Przejawia się to na przykład tym, ze mają bardzo podobne problemy. Oczywiście wszystko jest bardzo luźne, bo pisze tak, jak to sobie wymyślę. Do tej strony potrzebna mi jest masa imion. Dlatego muszę sobie wynaleźć w sieci jakiś zbiór zagranicznych imion.
Alexa

Sam z "Ostrego Dyżuru"

Strona prywatna, czyli... to co robimy najbardziej. Na początku tak bardzo się na tym nie skupiam, bo chciałam, żebyśmy oswoili się z tą zawodową stroną. Potem zaczną się problemy, związki, dylematy... Tego nie da się uniknąć. Czasem aż mnie korci, żeby napisać wszystko o Lirze w jednej notce, ale wiem, że muszę być silna, bo tak to nie ma. To musi być proces stopniowy. Aczkolwiek, Lira nie jest najbardziej tajemniczą postacią, ale od razu mówię, że jest to kobieta.

To opowiadanie będzie pełne gościnnych występów. Nie wykluczone, że pojawią się (na chwilę) takie postacie jak Aliana, Lizzy, czy Susan, które znacie z moich poprzednich historyjek. Oczywiście Susan nie będzie mutantem. A kim będzie? To już niespodzianka. 

Ta historia będzie pełna niespodzianek. Wszystko biorę z kosmosu, a mówiąc kosmos, mam na myśli własną głowę. Ale dzień tygodnia dla publikacji wybieracie Wy. Z boku już powinna być ankieta, a jak nie, to odświeżcie za kilka minut, bo jak widać, jeszcze nie zdążyłam jej zrobić.  

Pragnę Was poinformować, że jakiś czas temu coś mi się przyśniło, co spowodowało pojawienie się nowej postaci, ale dopiero od dziesiątej (chyba) notki. Buźka jest dość zaskakująca i proszę się nie denerwować, jeśli nie lubicie serialu "Violetta", bo to tylko jeden drobny szczegół. Teraz sama o nim zapominam. 

Jeszcze kilka takich zdań z kategorii „ciekawostek”, ale myślę, że takich istotnych i mało istotnych:
Imię Liry zostało zaczerpnięte z filmu „Złoty Kompas”. Nie czytałam książek, a szkoda, bo nie mogę ich teraz zdobyć w żadnej księgarni, a jak pytam w dostępnych mi bibliotekach, babki patrzą na mnie jak na wariatkę. No, powiedzmy, że się przyzwyczaiłam. Nie pierwszy raz pytam o książki przeznaczone dla dzieciaków z podstawówki.

Części opowiadania będą miały taki sam format numeryczny jak w przypadku pierwszej historii na „LA is Ours”, czy na „Stadzie”. Z niewiadomych przyczyn ten system najlepiej mi odpowiada.

Czasami ciężko mi pisać. Na prawdę ciężko. Planuję napisanie dwóch stron, a daję radę napisać dwa zdania. Na następny dzień, który mam mieć wolny, robię sobie postanowienie. Oglądam jakiś film i piszę dwa razy tyle. Obecnie szukam „Vicky Cristina Barcelona”, a wczoraj oglądałam „Czarną Dalię” do późnego wieczora. No i coś mi odwaliło i oglądam od nowa „Big Time Rush”. Trochę pomaga.

Nie opisałam Bożego Narodzenia, bo... o nim zapomniałam. Jakoś zdołałam to wytłumaczyć i myślę, że jak już zatoczę ten rok w opowiadaniu, to trzepnę jakąś fajną Gwiazdkę. Za to Nowy Rok jest na dwie notki.


Może już to wcześniej pisałam, ale... pojawią się postacie, które wymyśliłam już wcześniej. W obecnym stanie już pojawiły się Susan (ze zmienionym nazwiskiem, którego też nie wzięłam z kosmosu, ale ma swoje konkretne pochodzenie) i Aliana (o tym nic nie mówię, bo wiem, jaki pozostaje po niej sentyment), co jest niespodzianką, więc nie powiem Wam kiedy o niej znowu przeczytacie. Jeszcze próbuję znaleźć miejsce dla Lizzy, Laury i Monici (wiem, że nie kojarzycie, bo to daleka przeszłość) .  

No... i to chyba by było na tyle. Zapraszam na pierwszą notkę, jak tylko przeczytam i skomentuję setny rozdział na PPP Marli. Miłego czytania! Liczę na Wasze wsparcie. 

Do przeczytania!

czwartek, 12 maja 2016

Bohaterowie

Lira Forte – Kurator sądowy, pracownik opieki społecznej. Głównie urzęduje w szpitalu. Ma tam swój gabinet i stałą posadę. Bystra, rezolutna, ale przede wszystkim profesjonalna w tym, co robi. 

Kendall Schmidt – Chirurg, ale częściej bywa w izbie przyjęć. Szybko działa i szybko myśli, głównie dlatego został został tam, gdzie dla życia pacjenta liczy się każda minuta. Mieszka sam i nie ma rodziny. Szpital to całe jego życie. 

Logan Henderson – Internista z dyplomem ortopedy. Często kokietuje koleżanki, w szczególności pielęgniarki. Lubi mieć rację, a jak już ją ma... staje się nie do zniesienia. 

Mary Adams – Ordynator izby przyjęć. Zasadnicza i surowa dla swoich podwładnych. Na pierwszym miejscy stawia dobro pacjenta, nawet, jeśli to oznacza naginanie prawa. 

Carlos Pena – Szpitalny psycholog. Sam o sobie mówi: „Na zawsze samotny”. Nie ma własnego biurka, cały czas krąży po całym szpitalu w zależności od wezwania. 

James Maslow – Prawnik. Ma świetną reputację i etat w drogiej kancelarii adwokackiej. Dla Mary Adams zrobi wszystko, a ona dobrze to wykorzystuje. Nikt właściwie nie wie co ich łączy, a właściwie łączyło. 

Matt Orny – Najbliższy współpracownik Liry. Są najlepszymi kumplami. Pracują na równoległych stanowiskach, ale on jest specem w sprawach niedoszłych samobójstw. 

Alexa Vega – Pielęgniarka na izbie przyjęć. Bratnia dusza Liry i jej najlepsza przyjaciółka. Zwykle to ona interweniuje pierwsza, kiedy w pobliżu nie ma żadnego lekarza.

Leon Blanco - Policjant, który świetnie dogaduje się z małymi dziećmi. Służbowo w mundurze, na codzień na luzie. Zdarza mu się obracać czyjąś wredotę w żart... biorąc przenośnię dosłownie.

Uwagi: 
Leon pojawia się dopiero w notce dziewiątej. 

wtorek, 10 maja 2016

Spamy

Chcesz się zareklamować? W porządku, ale najpierw pokaż, że czytasz mojego bloga. Nie lubię, jak ktoś mnie olewa. Właściwie nikt tego nie lubi, więc po co robić komuś, co Tobie niemiłe? Jeśli będę widzieć, że czytasz mojego bloga i regularnie komentujesz posty, a Twoje komentarze dają mi do myślenia, z przyjemnością wpadnę na Twojego bloga. Zostanę na dłużej, jeśli mnie zainteresuje.

W skrócie ad. innych blogów, żeby nie było zdziwienia: 
1. Nie interesują mnie układy komentarz za komentarz, obserwacja za obserwację. To jest sztuczne naciąganie statystyk, które jarają tylko głupich. Nie będę czytać, ani tym bardziej komentować bloga, który nie jest w moim guście. Albo Cię interesuje to, co piszę, albo nie. Proste. 
2. Nie lubię blogów typu LifeStyle, czy jak to się tam nazywa. Jeśli chcę poczytać, nie wiem... o jakości lakieru do paznokci, otwieram forum producenta. 
3. Nie trzeba mi dwa razy powtarzać. Link wystarczy wkleić raz. 
4. W przedmowie książki "Portret Doriana Grey'a" Oscar Wilde napisał, że każda krytyka jest pewnego rodzaju autobiografią. I to jest prawda, bo te komentarze które piszemy w sieci na prawdę dużo o nas świadczą. Tak samo, jak notki na blogach, bo każdy może sobie coś naskrobać i opublikować w sieci. A co pomyślą sobie o nas Ci, którzy to przeczytają? 
5. I ostatnie, przynajmniej na razie. Przeczytaliście ze zrozumieniem? Jestem po prostu szczera. I już wiecie czego się po mnie spodziewać. Potrafię wyciągać wnioski i widzę, kiedy ktoś to przeczytał, a kiedy nie.

WAŻNE!
Nie cierpię natarczywego spamu. Link do swojego bloga wstawiamy RAZ I TYLKO RAZ. Wiem, że niektórzy traktują link do swojego bloga jako podpis, ale tutaj proszę z tego zrezygnować, bo to jest bardzo denerwujące. Uszanujcie mnie, dobra? A ja na pewno uszanuję Was. 

Podsumowując: 
-Odwiedzaj i komentuj moje opowiadanie regularnie, a na pewno ja będę robiła to samo dla Ciebie. 
-Oczywiście, to co robisz musi mi przypaść do gustu. 
-I na koniec... Muszę być pod wrażeniem, żeby zamieścić Twój lik w Polecanych.