środa, 28 grudnia 2016

34. Lody pistacjowe

(James)
-Cześć. - powiedziałem, wchodząc do pokoju Liry i Matta. - Potrzebuję waszych... referencji.
Rozglądałem się, stając między dwoma pustymi biurkami. Gdzie ich znowu wywiało?
-Super. - mruknąłem pod nosem, rzucając marynarkę na oparcie krzesła.
Znowu nie zamknęli gabinetu. Ostatnio często im się to zdarzało. Byłem zupełnie sam, ale w tyłku aż mnie piekło, żeby ktoś z nich tu już przyszedł.
Siedziałem tak może z kwadrans, zanim usłyszałem czyjeś kroki i w jednej sekundzie wybiegłem do „ziemi niczyjej”, czyli takim jakby holu do przestrzeni Matta i Liry.
-Slow down, you´ gonna crash. Baby you are a screaming, It's a blast, blast, blast. - usłyszałem ciche podśpiewywanie Liry gdzieś przy drzwiach. - Look out baby, you got your blinders on Everybody is looking for a... way. A co Ty tu robisz?
-Mam prośbę. - powiedziałem nieśmiało, krzyżując ramiona na piersiach. - Mogłabyś mi wystawić jakieś referencje? Potrzebne mi do założenia fundacji.
-Już wiem, Kendall coś mi mówił. - machnęła ręką. - Jeszcze nie miałam okazji Ci pogratulować.
-Czego? - prychnąłem. - Jeszcze niczego nie zacząłem.
-Ale zaczniesz. - odpowiedziała, wyciągając teczkę z szuflady na akta. - Proszę. Zrobiliśmy to wczoraj wieczorem.
-Dzięki. - uśmiechnąłem się do niej, zabierając dość ciężki folder.
Otworzyłem jego zawartość i zacząłem przeglądać kartki. Na początku dwa listy polecające, a później skróty najważniejszych spraw.
-Musieliście to pisać przez kilka godzin. - uniosłem brwi, nie mogąc wyjść z podziwu.
-Jakieś dwanaście. - wzruszyła ramionami. - Wiem, że to dla Ciebie ważne, ale nie będę mogła stawić się osobiście. Wybacz.
-Coś się stało? - zmarszczyłem brwi z niepokojem.
Lira zaczęła się śmiać i pokręciła głową.
-Nie miej takiej miny. - zachichotała. - Siostra Leona, Maria... wychodzi za mąż. To nic wielkiego. Wyjeżdżam na tydzień do Buenos Aires. Poza tym muszę tam jeszcze coś załatwić. Mam samolot w piątek wieczorem.
Przez chwilę patrzyłem na nią, zagryzając wargę. Nie miałem o tym pojęcia. Ciekawe, czy powiedziała o tym Kendallowi.
-Nie patrz tak na mnie. - jęknęła. - Powiedziałam Adams, Alexie i Kendallowi. Wszystkim, którzy by zauważyli, że zniknęłam. Nawet miałam zabrać Kendalla, ale... on nie ma ważnego paszportu. Nie będzie mnie zbyt długo. Oczywiście.
Pokiwała głową i pochyliła się nad swoim biurkiem. Dopiero teraz zauważyłem, że miała rozpuszczone włosy. Wyglądała w nich... tak spokojnie. Niewinnie. Jak licealistka, która wybiera się na domówkę, albo...
-Zrobiłeś już zestawienie swoich zarobków? - zapytała, wytrącając mnie z zamyślenia. - James...
-Tak. - pokiwałem głową. - To znaczy, prawie. Wiem, że im wyższe, tym lepiej. Na szczęście mam spore oszczędności.
-Wciąż nosisz garnitury po ojcu, prawda? - zapytała z uśmiechem.
Nie miałam pojęcia, co jej odpowiedzieć. Kiedy znalazłem jego stare zdjęcia, zauważyłem, że w młodości wyglądał dokładnie tak samo jak ja. Mieliśmy ten sam rozmiar, takie same rysy twarzy...
Gdyby nie rocznik, pewnie braliby nas za bliźniaków.
-Są dobre. - pokiwałem głową. - Wydał na nie majątek. Materiał jest trwały, krój klasyczny... są idealne, nie musiałem kupić dodatkowych.
(Kendall)
Do zabiegowego wjechały nosze z dziewczyną, około osiemnastu lat. Przypominała trochę moją mamę. Była sporo młodsza, ale były do siebie nadzwyczaj podobne.
-Dziewiętnastolatka potrącona na przejściu dla pieszych! - zawołał Jeff, pchając wózek. - Oddechy agonalne. Ciśnienie sto na osiemdziesiąt, tętno sześćdziesiąt i spada.
-Połóżcie ją w trójce. - oznajmił Logan, otwierając drzwi, żeby szybciej poszło i odwrócił się w moja stronę. - Kendall, zaintubujesz?
-Jasne. - odpowiedziałem bez zastanowienia.
Włożyłem czyste rękawiczki i i chwyciłem laryngoskop. Alexa sięgnęła po nową rurkę i posmarowała ją substancją znieczulającą.
-Ręce Ci się trzęsą. - zauważył Logan. - Daj.
Wyrwał mi laryngoskop z rąk i sam wziął się do roboty. Nie wiem, czy zauważył drugie dno. Nie miałem pojęcia, że... to tak po mnie widać.
-Ssanie! - zawołał.
Nie patrzyłem, co robi. Bardziej byłem zainteresowany krzywą na monitorze. Otworzyłem usta, jednocześnie pomagając Alexie przepchać wózek resuscytacyjny.
-Wchodzi we wstrząs! - zawołałem. - Podwyższ jej ciśnienie.
-Nic. - Alexa pokręciła głową. - Migotanie komór!
-Podaj atropinę. - powiedziałem, szykując następną strzykawkę.
-Brak reakcji. - Logan pokręcił głową.
-Powtórz. - powiedziałem, pochylając się nad dziewczyną i uciskając jej klatkę. - Naładuj defibrylator do dwustu dżuli.
Logan przyłożył łopatki do klatki piersiowej dziewczyny. Wstrzymałem oddech, ale nie odetchnąłem z ulgą, kiedy jej ciało z powrotem upadło na wózek.
Nie wiedziałem, jak długo to trwało. Może nawet za długo.
-Asystoria. - oznajmiła Alexa bezbarwnym tonem.
-Kendall, odpuść, to koniec. - Logan pokręcił głową. - Czas zgonu dwunasta dwadzieścia osiem.
Odsunąłem się od wózka, dysząc ciężko. Byłem w szoku. Próbowałem się jakoś uspokoić po tym, co się stało. Czułem się tak, jakbym po raz drugi patrzył na śmierć matki. Bez słowa poszedłem do socjalnego. Wiedziałem, że nikogo tam nie ma. Widziałem wszystkich zmienników na izbie przyjęć i żaden z nich nie miał czasu na kawę. Bo przecież chodziliśmy tam tylko na kawę.
Siedząc na kanapie, próbowałem sobie to wszystko poukładać. Minęło prawie dwadzieścia lat, a ja poczułem się, jak ten wystraszony dziewięciolatek.
-Dowiem się, co się dzieje? - usłyszałem głos Logana. - Kendall, nie musisz mnie okłamywać. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.
-Nie chcę o tym rozmawiać. - wymamrotałem, ukrywając twarz w dłoniach. - Powiedzmy, że ta pacjentka... przypomniała mi o najgorszej chwili mojego życia.
-Na pewno jej nie znasz? - skrzywił się, patrząc mi w oczy. - Nie miała przy sobie dokumentów.
-Nie. - pokręciłem głową. - Nie wiem kto to.
(Carlos)
Podszedłem do Alexy, widząc jak się zachowuje. Błądziła dłońmi niezręcznie po całej klawiaturze, jakby się czegoś obawiała. Uniosłem brwi, spoglądając na jej zmarszczone brwi.
-Wszystko gra? - zapytałem, siadając naprzeciwko niej. - Wyglądasz dość nieswojo.
-Wszystko gra. - odpowiedziała ze sztucznym, wymuszonym uśmiechem. - Nie przejmuj się. To tylko zły nastrój.
Zastanowiłem się przez chwilę. Byłem ciekawy, czy ona myśli o tym samym, co ja.
-Co powiesz na... lody pistacjowe? - zapytałem, chcąc w ten sposób coś od niej wyciągnąć.
Alexa spojrzała na mnie spode łba. Wiedziałem, że lody pistacjowe to jej największa słabość i głównie dlatego wykorzystywałem to jako łapówkę. Smaczku dodawał fakt, że sprzedawali je tylko w jednym miejscu i to na drugim końcu miasta.
-Nie mogę. - pokręciła głową, na co szeroki uśmiech natychmiast spełzł z moje twarzy.
-Ale...
-Innym razem. - poklepała mnie po ramieniu. - Bądź cierpliwy. Dzisiaj nie mam z kim zostawić Wendy. I dobrze o tym wiesz.
-To chyba wrócę do domu. - wymamrotałem.
Byłem w mieszkaniu już po dwudziestu minutach. To, że Aina wciąż u mnie mieszkała, było zwartym dowodem na to, że coś było nie tak.
-Wszystko gra? - zapytała, zaglądając do kuchni.
-Co byś powiedziała... - zacząłem, zagryzając wargę. - Gdyby z Twoim przyjacielem działo się coś złego, a nie wiedziałabyś co jest nie tak?
-Czy ja wiem? - wzruszyła ramionami. - Pewnie próbowałabym z nim o tym pogadać. Ale o Logana się nie martw. Nie spałam z nim.
Potrzebowałem długiej chwili, żeby dotarł do mnie sens tych słów. Otworzyłem szeroko oczy, patrząc jak Aina nalewa sobie soku do szklanki, jakby zupełnie nic się nie działo.
-A chciałaś? - w końcu wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
-Trudno powiedzieć. - po raz kolejny wzruszyła ramionami w ten irytujący sposób. - Jest uroczy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie sprawdziłam tekstu, wiem, mogą tu być literówki, ale zupełnie nie mam na to siły. W przyszłym tygodniu już wszystko zrobię. Łącznie z Waszymi blogami. Miałam w domu małą burzę w święta, ale wiem, że to mnie nie usprawiedliwia. Postaram się to ogarnąć, obiecuję.

Chciałam trochę przybliżyć Kendalla i dałam coś takiego. Byłam wtedy w podłym nastroju i wyszło tak smutno. Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!  

sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych Świąt!

Cześć!
Witam Was w Święta. Nie napisałam jednorazówki. Ale chociaż marudzę, czasami nie mam natchnienia do pisania i w ogóle... to jestem wdzięczna tym, którzy są teraz ze mną.
Tak a propo... Sylwia, wiem, napisałaś jednorazówkę. Przeczytam i skomentuję całokształt, jak będę miała trochę luzu.
Zacznijmy od tego, że ten rok był dla mnie bardzo pracowity. Fandom BTRu przeżywa kryzys, jest niemal na wymarciu, ale ja wciąż się tego trzymam. Wcześniej pisałam tylko jednorazówki i dopiero założenie LA is Ours wypracowało we mnie systematyczność. Teraz co tydzień (z przerwami) dostajecie ode mnie po jednej części opowiadania.
Teraz bardzo powoli, bo teraz mam zastój, tworzę nową opowieść. Znacznie krótszą. Najpierw napiszę całość, a resztą zajmę się później. Na razie mam dwa zdjęcia do bohaterów, które znalazłam zupełne niechcący. Teraz czekają spokojnie, żebym mogła w spokoju dokończyć pisanie, a nie bardzo mi to teraz idzie.
Ale nie po to ta notka. Piszę ją, bo chciałabym Wam złożyć życzenia świąteczne. Na noworoczne jeszcze przyjdzie czas.
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, które są właśnie teraz, chciałabym Wam życzyć wszystkiego, co najlepsze. Rozumiem, że można tych świąt nienawidzić. Nikt nie mówił, że wszystko mamy kochać. Dla mnie Święta są okresem rodzinnego oblężenia i ogromnej harówki. I tego samego życzę Wam. Niech spełnią się Wasze najlepsze marzenia i żebyście zawsze znaleźli przynajmniej kilka minut, żeby robić to, co naprawdę kochacie. Bądźcie ze swoją rodziną i rozmawiajcie z nimi. Bądźcie szczęśliwi.

Wesołych Świąt! I do środy.  

środa, 21 grudnia 2016

33. Wymuszone zeznania

(Kendall)
-Teraz już wszystko powinno być dobrze. - westchnąłem, odrzucając zużytą rurkę do kosza z odpadkami. - Boi Cie gardło?
Scott zakaszlał i pokręcił głową. Pochylił się nad kolanami, próbując jakoś odkaszlnąć wydzielinę, które została po środku znieczulającym.
-Przyniosę Ci wody. - oznajmiła Alexa, wycierając mu usta.
-Przygotuję nebulizator. - powiedziałem, klepiąc go po ramieniu. - Odchyl głowę na poduszce.
Zamrugał, spoglądając w sufit. Wiedział, że teraz lepiej, żeby nic nie mówił. Znał te zwyczaje, o ile można to tak nazwać. Tutaj to rutyna.
-Dodzwoniliście się do Dereka? - wychrypiał, kiedy zakładałem na końcówkę wysterylizowaną maskę. - Nie wiem, kiedy wraca z pracy.
-Jeszcze nie. - pokręciłem głową, wlewając zawartość ampułki do zbiorniczka na lekarstwo. - Ma wyłączony telefon.
-Pewnie prowadzi zajęcia w ośrodku odwykowym. - odparł i uśmiechnął się, kiedy napotkał moje spojrzenie. - Dorabia tam kilka razy w miesiącu. Opowiada o uzależnionych, którzy skończyli znacznie gorzej niż na odwyku.
Zagryzłem wargę, wkładając mu maseczkę na twarz. Tym razem zrezygnowałem z ustnika, bo wiedziałem, że jest zbyt słaby, żeby go utrzymać.
-Postaraj się nie mówić. - poklepałem go pocieszająco po ramieniu. - Za pół godziny podam Ci tlen przez nos i zostaniesz na noc w szpitalu.
-Muszę? - skrzywił się niechętnie.
-Tak. - pokiwałem głową. - Musisz. Poza tym, ktoś chce się z Tobą jeszcze zobaczyć.
(Carlos)
-Wiem, że facet to dupek, ale czegoś takiego się po nim nie spodziewałem. - pokręciłem głową, kiedy przesłuchałem nagranie, które przyniosła Lira. - I dlaczego ubrałaś się jak na imprezę w Nemetonie? Serio, wyglądasz szałowo w różowym.
Lira spojrzała na mnie z wściekłością i tylko potrząsnęła głową.
-Dobra, skończ już... Masz jakiś pomysł, co można z tym zrobić?
-Eee... - otworzyłem usta z zastanowiłem. - Wysłać do szefa? Kobieto, on Cię wykorzystuje.
-No, co ty nie powiesz... - mruknęła pod nosem.
-Lira, facet Cię wykorzystuje. - powtórzyłem, na co ona tylko wywróciła oczami. - Nie możesz tak dać dawać sobą pomiatać. Coś w Tobie jest, że wyciągasz z ludzi ich tajemnice...
-Nie zawsze. - przerwała mi, okręcając się na krześle. - Oj, daj spokój. - jęknęła. - Pójdę z tym do jego szefa, dopiero jak nie dotrzyma słowa.
-A jeśli jego szef, też będzie chciał tak z Tobą pograć?
-Wtedy wyślę to jeszcze wyżej. - odpowiedziała. - Jak dam radę, to napiszę z tym nawet do rządu. Nie wiem, coś zawsze można jeszcze zrobić. Są ludzie wyżej i wyżej.
-A ty jesteś na tyle konsekwentna, żeby to dalej rozsyłać.
(Kendall)
„Dzisiaj śpię u siebie, masz kolację w lodówce. Kocham Cię.” - kartkę o takiej treści czytałem praktycznie co trzy dni. Co trzy dni, Lira wychodziła, zostawiając tylko taka krótką kartkę z powiadomieniem. Nie wiedziałem, czy to jest okey, czy po prostu tak już sobie wymyśliła, że tak ma być. Zastanawiałam się, co jest z nią nie tak. Dlaczego od dwóch tygodni... zachowuje się tak dziwnie.
-Kendall, jesteś w domu? - usłyszałem stłumiony krzyk za drzwiami, a tak właściwie... za oknem. Co nawet jak na moje porąbane życie wydawało się bardzie dziwne.
Podniosłem głowę, marszcząc brwi.. W końcu odważyłem się spojrzeć w drzwi balkonowe, gdzie Logan stał, machając do mnie zza szyby. W końcu otrząsnąłem się z chwilowego otępienia i podszedłem do okna, żeby otworzyć te piekielne drzwi.
-Co Ty tu robisz? - wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
-Nie odbierałeś telefonu. - wydyszał, gramoląc się do środka.
-I to jest powód, żeby włazić do mnie przez balkon? - oburzyłem się, kiedy ściągał kurtkę. - Człowieku, nie mamy już po szesnaście lat! Poza tym jest tylko pięć stopni. Trochę za chłodno na wspinaczki po kamienicach
-Dobra, dobra... Dobrze wiesz, że ramy przed drzwiami balkonowymi nie można nazwać balkonem. - wywrócił oczami. - Gdybym chciał słuchać narzekania, poszedłbym do Jamesa. On zawsze się czegoś czepia. Ale musisz przyznać, że Twój blok jest najlepszy do wspinaczek.
Pokręciłem głową, zabierając jego „wierzchnie odzienie”, jak to nazywał Kevin. Sprzątnąłem resztę papierów, które z Jamesem niepotrzebnie wydrukowaliśmy.
-Co to właściwie jest? - zapytał Logan, wyrywając mi jedną z kartek. - Po co Ci raporty ze spraw sprzed dwóch lat?
Przez chwilę wyglądał na zbitego z tropu, ale niecałe dziesięć sekund później podniósł głowę, spoglądając na mnie z przerażaniem.
-Tylko nie mów, że Adams znowu coś wymyśliła, a ja nic o tym nie wiem? - zapytał, wciąż się nie uspokajając.
-Nie. - pokręciłem głową. - To nie ma nic wspólnego z Adams.
-To co? Zmieniasz pracę. - jęknął, jakby to był najczarniejszy scenariusz. - To przez Alexę i Adama, prawda? Przyłapałeś ich w składziku z niekatalogowanymi lekami?
Zastygłem przez chwilę bez ruchu. O tym nie miałem zielonego pojęcia. Może to kolejna parka bzykająca się po kontach, którą sobie wymyślił.
-Co, nie wiedziałeś? - cmoknął z niepokojem. - A mówiłem im, że przyjaciół się nie okłamuje.
-Weź, daj spokój, co? - westchnąłem z zażenowaniem. - Adams nie ma z tym nic wspólnego, nie zmieniam pracy, ani nie szpieguję dla firmy farmaceutycznej. - powiedziałem szybko, kiedy zauważyłem, że otwiera usta, żeby coś powiedzieć.
-To po co Ci te raporty? - zapytał w końcu, wchodząc do kuchni i wstawiając na gaz pełny czajnik. - Chyba nie wydrukowałeś ich tylko po to, żeby powspominać sobie stare czasy.
-Nie. - pokręciłem głową, ciskając niepotrzebne śmieci do kosza pod zlewem. - Pomagam Jamesowi w gromadzeniu czegoś w rodzaju CV.
-Szuka nowej roboty. - uśmiechnął się szeroko.
-Już prawie znalazł. - zachichotałem. - Ale lepiej, żeby sam Ci o tym opowiedział.
-Dobra, dobra... - wzruszył ramionami. - A po co Ci piąty sezon „Smallville” na DVD?
-Lira to ogląda. - wyjaśniłem. - Mówi, że wtedy Tom Welling był niewinny i uroczy. Cokolwiek miała na myśli.
-To co? Farbniesz się na bruneta? - zaśmiał się głośno, wyciągając z szafki puszkę herbatą w torebkach. - Bo skoro Twoja dziewczyna woli typ supermana...
-Odpuść sobie, co? - zmarszczyłem brwi. - Nie masz nic lepszego do roboty? Po co w ogóle tu przyszedłeś? To coś ważnego?
-Tak jakby. - odparł. - Ale skończyłeś już pracę, a nie wiem, czy będziesz jutro, żeby wystawić Scottowi wypis.
-W moim grafiku nic się nie zmieniło. - odpowiedziałem, podstawiając mu dwa kubki. - Przyjdę, jak zawsze. Tylko musisz wiedzieć, że nie mam zamiaru odwalać za Ciebie roboty, a w przyszłym tygodniu muszę Wyjść wcześniej.
-Dobra, zastąpię Cię. - uśmiechnął się szeroko. - Ty mnie kryłeś jakieś pięć milionów razy, już nie wspominając o braniu dyżurów.
Pokiwałem głową, opierając się o blat kuchenny. Wiem, że Logan jest trochę leniwy i w ogóle, ale czasami potrafił się „poświęcić”. Widząc parę buchającą z czajnika, zakręciłem gaz.
-Co ze Scottem? - zapytałem, zalewając wrzątkiem oba kubki.
-Kiedy wychodziłem, odrabiał lekcje z tą dziewczyną. - odpowiedział wzruszając ramionami. - Dziewczyna nieźle sobie radzi z biologią. Pewnie jeszcze zostanie lekarzem.
-Ty w ogólniaku miałeś dwóję. - zaśmiałem się, przypominając sobie jego dawne oceny. - Ledwie przechodziłeś z klasy do klasy.
Znamy się od początku szkoły średniej. Ja byłem lamusem, Logan popularem. Pomagałem mu w lekcjach i tak się zaprzyjaźniliśmy. Śmiało możemy powiedzieć, że jesteśmy klasykiem żywcem wyjętym z komedii policyjnej opartej na przeciwieństwach. A jak się stało, że Logan poszedł ze mną na medycynę? W dwa lata tak zmądrzał, że dał radę wyprosić stypendium.
(Lira)
-To już ostatnie. - odpowiedział Carlos, podając mi płytę wyjętą z napędu komputera. - Mail do twojego kolegi już idzie. Nie rozumiem tylko, dlaczego to koniecznie musi być z mojej poczty.
-Moja jest pod stałą obserwacją, a Twoją nikt się nie interesuje. - wyjaśniłam, wkładając kompakt do pudełka. - Nie wiem, co on zrobił, ale jakoś połączył nasze komputery. A teraz musi być przekonany, że tego nagrania nigdy nie było. Zyskam na czasie.
Carlos wzruszył ramionami i pochylił się nad klawiaturą.
-Umieściłem plik na swojej chmurze. - powiedział, przerzucając karty przeglądarki. - Co teraz?
-Sformatuj kartę pamięci. - powiedziałam, wsadzając pudełko do torebki.
-A potem co zrobisz?
-Idę na imprezę. - oznajmiłam. - Poproszę znajomego didżeja, żeby mi to przechował. Nikt na to nie wpadnie. A jeśli nie dotrzyma słowa, zawsze mogę to potrzymać na wszelki wypadek.
-Leon o tym wie? - zapytał, kompletnie mnie tym zaskakując.
Odłożyłam torebkę na bok, zagryzając wargę. Nie chciałam odpowiadać na to pytanie. Ale wiedziałam, że muszę. Nie tylko dlatego, że musiałam być z nim szczera, jeśli chciałam, żeby mi pomagał, ale tez dlatego, że to mój przyjaciel.
-Nie. - pokręciłam głową, spoglądając mu w oczy po bardzo długiej chwili. - I proszę Cię, żebyś mu nic nie mówił. To mu złamie serce.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Powód szantażu staram się trzymać w tajemnicy i jak dotąd mi się to udaje. Wpadłam na ten wątek po przeczytaniu jednego z komentarzy, nie mogę go znaleźć, więc nie zacytuję. Mówiąc w skrócie chodziło o to, żeby stworzyć przeciwieństwo Jamesa.
Wybaczcie kawałek z drzwiami balkonowymi. To wszystko wina Sylwii. 
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymacie się. Cześć!   

środa, 14 grudnia 2016

32. Niespełnione życzenie

(Lira)
Obserwowałam, jak Leon prowadzi Jonathana do jednego ze sprowadzonych dużych radiowozów. Wiedziałam, że on zaraz przyjdzie. Ten diabeł, z którym zawarłam pakt. Miałam drugi dyktafon. Na szczęście on o tym nie wiedział.
-Przyznał się? - usłyszałam za swoimi plecami głos prokuratora Brosnana.
-Może być na taśmie? - zapytałam, podając mu dyktafon, ale nadal się nie odwróciłam. - W trakcie rozmów z podopiecznymi nie popieram robienia notatek. Wtedy czują się lekceważeni.
-Na szczęście jest technologia. - zaśmiał się, kręcąc głową. - Zrobię kopię i zwrócę dyktafon.
-I? - zacisnęłam zęby, czując, że się odwraca.
-To jeszcze nie koniec. - zachichotał. - Najpierw zdobędziesz dla mnie ostatnie zeznanie. A potem zostawię rodzinę tego gliniarza. Jego matka ma wiele za uszami.
-Bez obaw. - odparłam, nie spuszczając wzroku z Leona. - To już przeszłość.
-Ciekawe, czy to samo powie zarząd pewnego Argentyńskiego przedszkola. - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Nie wszystkie dane zdołałaś zatuszować. Jedno zeznanie i zapominamy o sprawie. Przyślę Ci wytyczne na prywatną pocztę.
-Zgoda. - odpowiedziałam, zdejmując jedwabne rękawiczki. - Do zobaczenia w przyszłym tygodniu. Obyś dotrzymał słowa.
-Jesteś sprytna i potrafisz dotrzeć do ludzi. - prychnął. - I dlatego jesteś mi potrzebna.
Zacisnęłam zęby, spoglądając na drzwi radiowozu, którym przyjechaliśmy. Wsiadłam do środka, dopiero, kiedy byłam pewna, że jest po drugiej stronie ulicy.
(Carlos)
Wracając ze szpitala, zdałem sobie sprawę, że Aina nawet nie próbowała do mnie dzwonić. Co było dziwne, bo nie miała kluczy i nie mogła się dostać do mieszkania. A jeśli wiedziała, że wrócę wcześniej to powinna siedzieć pod drzwiami. Szczególnie, że nikogo tu nie znała i nie miała gdzie się podziać przez cały cały dzień.
Usłyszałem dzwonek telefonu i wyciągnąłem go z kieszeni. Zauważyłem, że to Lira. Zmarszczyłem brwi, czując lekka nutę rozczarowania. Miałem nadzieję, że to ona.
-Tak? - odezwałem się do słuchawki.
-Carlos mam problem. - usłyszałem jej rozgorączkowany głos. - I to poważny.
-Co się stało? - westchnąłem, wlewając wodę do czajnika. - Logan rozpowiada, że przyłapał Was na seksie w socjalnym?
-Tym bym się tak nie martwiła. - odparła nadal rozgorączkowana. Coś w tle mocno upadło na podłogę tak głośno, jakby przerzuciła rozmowę na głośnik. - Kojarzysz Brosnana?
-Prokuratora? - zmarszczyłem brwi. - Jasne, każdy go zna.
-Facet mnie szantażuje. - usłyszałem jej napięty głos.
-Ciebie? - parsknąłem śmiechem, zastanawiając się co tak poważnego mogła przeskrobać. - Co takiego zrobiłaś?
-Dobrze wiesz, że jakby chodziło o mnie, to nie byłoby problemu. - jęknęła, rzucając coś na podłogę. - Wiem, że wróciłeś już do domu. Jesteś sam?
Ku własnemu zaskoczeniu, przyłapałem się na rozglądaniu się po pokoju. Uniosłem brwi i usiadłem przy stole w kuchni. Nalałem sobie soku do szklanki i położyłem przed sobą gazetę z krzyżówkami.
-Tak, ale nie wiem na jak długo. - odpowiedziałem, kreśląc wzroki na marginesie.
-Będę za kwadrans. - powiedziała, co zawtórował jej jakiś paskudny łoskot.
-Dobra, ale mogę wiedzieć, co ty tam robisz? - zawołałem, żeby jeszcze się nie rozłączyła.
-Rozbieram się. - odpowiedziała takim tonem, jakby to była oczywistość. - Przyjadę za piętnaście minut i wszystko Ci wyjaśnię.
-Dobra. - mruknąłem, przerzucając stronę.
Kiedy już się rozłączyła, popatrzyłem przez chwilę na swój telefon. Zagryzłem wargę i pokręciłem głową. Rzadko Lira pytała, czy jestem sam w domu (czasami przyprowadzałem sobie towarzystwo), a jak już pytała to zwykle znaczyło, że sprawa jest poważna.
Wybrałem numer do Ainy. Jak już mamy rozmawiać na osobności, to lepiej, żeby to naprawdę było na osobności.
-Cześć, tu kocica Aina. - usłyszałem jej głos nagrany na poczcie. - Nagraj wiadomość, jak będę chciała, to oddzwonię.
Później powtórzyła dokładnie ten sam komunikat po hiszpańsku. Jak zwykle. Mówiła, że klienci to lubią. Ja nie za bardzo.
-Tu Carlos. - powiedziałem natychmiast po krótkim piknięciu. - Nie wiem, czemu nie odbierasz, ale mam nadzieję, że nie poszłaś się kurwić w środku dnia. Słuchaj, mam w domu ważną rozmowę i muszę Cię prosić, żebyś nie wracała do domu jeszcze przez jakiś czas. Obiecuję, że potem zrobię kolację. To pa.
(Kendall)
Wciąż siedzieliśmy na kanapie. Tym razem szukaliśmy dokumentów, które mogły posłużyć jako część wersji CV dla ewentualnych sponsorów.
-A to? - zapytałem, wyświetlając jedną stronę akt sprzed dwój lat. - To chyba pierwsza poważna sprawa, jaką zajmowałeś się dla szpitala.
James przyciągnął komputer w swoją stronę i pośpiesznie zaczął czytać.
-Pamiętam to. - powiedział cicho, przewijając na następne strony. - Nastolatek podtopiony w wodzie z płynem do mycia naczyń.
-Trochę tego miał w płucach. - odparłem, przypominając sobie jak z Adams walczyliśmy, żeby go dobrze dotlenić. - Wuj znęcał się nad chłopakiem.
-A my wszystko wyciągnęliśmy na wierzch i znaleźliśmy chłopakowi rodzinę zastępczą. - wspomniał, zapisując na kartce numer sprawy. - Pamiętam, jaki byłem z tego dumny. Po ostatniej rozprawie podszedł do mnie „ten szanowany” adwokat i zaproponował mi pracę. A teraz mnie z niej wywalił.
-Stary, daj spokój. - jęknąłem. - Sam mówiłeś, że w sumie dobrze się stało. Gdyby Cię nie wywalił, pewnie nawet byś się za to nie zabrał.
James tylko pokiwał głową i odsunął od siebie notatnik z do połowy zapisaną stroną.
-A była jeszcze taka staruszka... - zacząłem, przypominając sobie o incydencie w szpitalu. - Reprezentowałeś jej wnuka, żeby mógł przejąć nad nią opiekę, bo była ubezwłasnowolniona.
-Nie, nie robi zbytniego wrażenia. - pokręcił głową ze zrezygnowaniem. - Kiedyś byłem w tym dobry, ale do listu motywacyjnego się nie nada.
-Czemu? - zmarszczyłem brwi. - Przeniesienie opieki nad osobą starszą to częsty przypadek. A ona na dodatek była bita. Wciśnij tam to, będą zadowoleni. Poza tym, zaliczyłeś jedno niezłe wystąpienie. Może nawet uda się wyciągnąć nagranie.
-Pójdę z tym do lokalnej telewizji. - zachichotał. - Chyba przy tym byli.
Pokręciłem głową, słysząc dzwonek telefonu. Bez słowa wstałem, wyciągając komórkę z kieszeni kurtki, która leżała na krześle. Spojrzałem na wyświetlacz. Alexa dzwoniła z izby przyjęć. Skrzywiłem się, widząc roboczy numer.
-Tak? - zapytałem odbierając.
-Możesz przyjechać? - zapytała. - Scott do nas trafił. Ma poważny atak. Logan robi co może, ale nic nie pomaga. Możesz przyjechać?
-Dobra, zaraz będę. - pokiwałem głową, chociaż ona nie mogła tego zobaczyć. - Zaintubował go?
-Z tego co wiem, miał taki zamiar. - kiedy wychodziłam, jeszcze próbował klasycznych metod.
-Dzwoniłaś do jego brata? - zapytałem, dając Jamesowi znak ręką, że musimy już kończyć, na co on zaczął robić porządek na stoliku.
-Tak, ale nie odebrał. Spróbuję za godzinę.
-Dobra, już jadę.
(Logan)
Stałem nad łóżkiem Scotta, wpatrując się w monitor. Alexa i Daisy obiecały, że przerwą tylko w wyjątkowej sytuacji, a resztę moich pacjentów pójdą przypisać innym lekarzom.
-Dowiem się, co się stało? - zapytał Kendall, wbiegając do środka w samej koszuli i jeansach.
-Przywiozła go przyjaciółka. - wyjaśniłem, krzyżując ramiona na piersiach. - Próbowałem wszystkiego. Nebulizowałem, dawałem epinefrynę... oskrzela się rozszerzyły, ale wciąż miał problemy z oddychaniem.
-Która koleżanka? - zapytał szybko.
-Lydia Martian, czy coś takiego. Ładna, ruda... w takiej sukience w kwiatki.
-Chyba Martin, - zauważył.
-No, przecież powiedziałem.
Mówiłem, ale Kendall zdawał się mnie nie słuchać. Tylko stał, rozglądając się po sali zabiegowej, jakby był pogrążony we własnych myślach. Zagryzł wargę, spoglądając na jedno ze zdjęć rentgenowskich.
-To jego? - zapytał w końcu.
-Tak, ale nic tu nie widzę. - pokręciłem głową. - Żadnej odmy, wydzieliny, ani ciał obcych. Nic. Wolałem zrobić zdjęcie dla pewności.
-Przemieszczeń też nie ma. - dodał, wciąż odwrócony do mnie plecami.
-Jak gazometria? - zapytał, obracając się na jednej nodze.
-Trochę węgla i coś niezidentyfikowanego. - wzruszyłem ramionami. - Cały czas jest na stuprocentowym tlenie, ale jego organizm jakby wypychał komórki. Nie mam pojęcia, co jest nie tak. Normalnie już dawno wszystko by się polepszyło.
-Powiedziałeś o czymś niezidentyfikowanym. - zagryzł dolną wargę. - Zleciłeś dodatkowe badania?
-Tak, ale wykrywanie nieznanych gazów nie jest ich mocną stroną. - wzruszyłem ramionami.
-A morfologia? - zapytał bez zastanowienia.
-Masz. - odparłem, podając mu kilka szczepionych kartek.
Kendall uważnie czytał wynik. Scott wciąż był uśpiony lekami. Teraz, kiedy był już pod respiratorem, mogłem spokojnie czekać.
-Mało jodu. - wymamrotał. - Nie zwróciłeś na to uwagi? Potas w normie, fluor też, ale... Logan ty debilu... Brom. Nie zwróciłeś na to uwagi?
Uniosłem brwi, wyrywając mu kartkę. Racja, nie zwróciłem na to uwagi, bo nie wydawało mi się to istotne. Poza tym nie jest go aż tak dużo. Ale Kendall stwierdził, że jest inaczej.
-Jego brat miał podobny poziom. - zauważyłem. - Nie sądziłem, że to takie ważne. Nie miał zaczerwienionych oczu, ani objawów skórnych.
-Jego brat nie ma astmy. - zauważył, lekko podnosząc głos. - Podaj chlorek sodu i zaczekaj, aż znormalizuje się poziom jodu. Idę zapytać Lydię, co się z nim działo. A Ty zostań przy nim, dopóki nie wrócę. Wiem, że Ellie odwala za Ciebie selekcję.
I wyszedł, nie czekając na moją odpowiedź. Ta... W kwestii tego chłopaka już przedtem był przewrażliwiony.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hendersonki (i Ty Chris), wybaczcie, że Logan dał plamę. Chyba wymyśliłam to, kiedy przeglądałam sobie Wikipedię. Spora część wątków na tym blogu powstaje właśnie w ten sposób.
Zbliżają się święta. Nie będzie żadnej jednorazówki, ale będą życzenia. Pojawią się w Wigilię o godzinie dziewiętnastej. Kiedy zjecie już kolację, będziecie wiedzieli, że właśnie wtedy złożę wam życzenia. Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!


środa, 7 grudnia 2016

31. Kara za grzechy

(Lira)
Dobra. Z nosa już mi nie cieknie, zabrałam wszystko, a obok mam Leona, który jest gotowy na wyciągnięcie broni, kajdanek, czy w co go tam jeszcze wyposażyli. A co najważniejsze... właśnie zaparkowaliśmy radiowóz pod mieszkaniem pani Wall, czyli... Jest fatalnie.
-Na pewno chcesz tam iść? - zapytał, odrywając ręce od kierownicy. - Mogę kogoś wezwać.
-Poradzę sobie. - oznajmiłam, sprawdzając, czy mam wszystkie dokumenty. - Na razie zostań w samochodzie. Jeśli będę Cię potrzebować, zacznę krzyczeć.
-Tak, łatwo powiedzieć. - prychnął. - Nie rozkręcę radia na cały regulator.
Uśmiechnęłam się do niego i wysiadłam z radiowozu. Wspięłam się po schodach i stanęłam pod dobrze znanymi drzwiami. Bywałam już tu wcześniej, ale nie zapamiętałam adresu, bo wydawało mi się to po prostu niepotrzebne. Jakoś nie miałam odwagi zapukać. Dawno tu nie byłam, a rozmowa telefoniczna liczy się tylko w bankowości.
W końcu zebrałam w sobie wystarczającą ilość odwagi, żeby podnieść rękę i zapukać.
-Dzień dobry. - zaczęłam uprzejmie, kiedy drzwi otworzyła mi starsza kobieta. - Nazywam się Lira Forte. Rozmawiałyśmy przez telefon kilka godzin temu.
-Pamiętam, proszę wejść. - oznajmiła, przepuszczając mnie w drzwiach.
-Czy mogłabym porozmawiać z pani synem? - poprosiłam, kiedy zamknęła za nami drzwi. - To bardzo ważne.
-Chce pani rozmawiać z Jonathanem? - zapytała mocno zaskoczona. - Co ten łobuz znowu zmalował? Dopiero co wyszedł z poprawczaka. Ma kłopoty?
-Mam nadzieję, że nie. - pokroiłam głową. - Jest u siebie?
-Tak, śpi. - pokiwała głową, pokazując na zasłonę do jednego z pokoi. - Był gdzieś całą noc.
-O której wrócił? - zapytałam, patrząc na pogrążonego ze śnie nastolatka.
-Około czwartej nad ranem. - oznajmiła, przechodząc do części kuchennej. - Mówił, że idzie na imprezę. Opowiadał coś o grzechach.
Spojrzałam na nią. Teraz byłam już pewna. Zrobił to. Zabił tego chłopaka, skoro na lewo i prawo opowiadał te same frazesy o grzechach.
-Mogłaby go pani obudzić? - poprosiłam, kiedy wróciła z filiżanką herbaty, o którą nie pytała. - Wiem, że jest zmęczony, ale... To bardzo ważne.
-Oczywiście. - pokiwała głową. - Mogłaby pani poczekać?
-Oczywiście. - powtórzyłam, przystając w przejściu.
Kobieta podeszła do łóżka i potrząsnęła ramieniem chłopaka.
-Jonathan... Jonathan, obudź się. - podniosła głos, szarpiąc go jeszcze mocniej. Ukradkiem wsunęłam dłoń do kieszeni i włączyłam dyktafon. - Jest tu ktoś, kto chciałby z Tobą porozmawiać.
Przekroczyłam próg pomieszczenia, dopiero, kiedy zobaczyłam, że chłopak podniósł głowę. Podeszłam bliżej, kiedy usiadł. Stałam, czekając, aż mnie zauważy.
-Pani Forte. - powiedział trochę nieprzytomnie. - Co panią sprowadza w moje skromne progi?
Nie odpowiedziałam, tylko poczekałam, aż jego mama wyjdzie z pokoju. Opuściłam spojrzenie na podłogę, gdzie leżała zakrwawiona koszulka.
Schyliłam się i wyciągnęłam rękę, żeby podnieść bawełnianą tkaninę. Była cięższa niż mi się wydawało. Po kilku sekundach na podłogę upadł zakrwawiony kij baseballowy.
-Gdzie byłeś w nocy? - zapytałam tym samym, uprzejmym tonem.
-A co to, przesłuchanie? - prychnął. - Zawsze była pani dla mnie miła. Co takiego się zmieniło?
-Odpowiesz? - nacisnęłam, nie opuszczając gardy.
-Na imprezie. - odpowiedział w końcu. - Było tam dużo ludzi ze szkoły.
-Możesz mi podać adres? - drążyłam dalej, podnosząc kij w cienkich, jedwabnych rękawiczkach. Miałam po Babci jakieś pięćdziesiąt par. To nic, jeśli będą tak ubrudzone krwią, że nadadzą się tylko do wyrzucenia.
-Po co? - wzruszył bezczelnie ramionami. - I tak pani nikogo z nich nie zna.
Wywróciłam oczami, ale tak, żeby on nie mógł tego zauważyć. Wciąż nie rozumiałam, jak po takim czymś mógł tak po prostu pójść spać.
-Wcale nie byłeś na imprezie. - pokręciłam głową. - Byłeś na drugiej ulicy, prawda?
-Nie wiem, do czego pani zmierza, ale proszę kontynuować. - zachichotał, jakbym opowiadała mu jakąś anegdotę. Chociaż historia, którą opowiadałam, nie była ani trochę zabawna.
-Zaatakowałeś tego chłopaka? - zapytałam wprost, z trudem powstrzymując zaciskanie zębów.
-Przecież dobrze pani wie, że to była kara za grzechy jego ojca. - odpowiedział, patrząc na mnie jak psychopata. - Której on nie zdążył odpokutować.
(Kendall)
-Podoba mi się ten pomysł. - powiedziałem, kiedy James opowiedział mi o swoim pomyśle. - To z pewnością nie będzie to samo, ale w końcu masz okazję, żeby zacząć coś własnego.
Siedzieliśmy w moim mieszkaniu nad dwoma kubkami herbaty. Tym razem James odmówił kawy. Twierdził, że dzisiaj i tak wypił jej zbyt dużo. Wiatr z otwartego okna łechtał mnie po twarzy, dając uczucie przyjemnego orzeźwienia.
-Zawsze marzyłem o własnej kancelarii. - oznajmił, chwytając kubek, który przed nim postawiłem. - A teraz wszystko się zmieniło. Wiem, że chcę pomagać innym. Wy mnie tego nauczyliście.
-Wiem. - pokiwałem głową, opierając się o jedną z ram fotela. - Złożyłeś już wszystkie dokumenty?
-Nie, najpierw chcę pogadać z facetem, który prowadzi taką organizację od dwudziestu lat. - wyjaśnił, gładząc ceramiczny uchwyt. - Jest najlepszy w swoim fachu. Ma dziewięćdziesiąt osiem procent wygranych spraw. A to najlepszy wynik wśród prawników.
-Ogólnie, czy wśród tych, którzy walczą o sprawiedliwość? - zachichotałem, znając jego definicję sprawiedliwości.
-Ogólnie. - odpowiedział, spoglądając na ekran włączonego telewizora. Natychmiast uśmiech zszedł z jego twarzy. - To Logan. Nie codziennie pokazują go w telewizji. Zrób głośniej.
Chwyciłem pilota i zwiększyłem głośność. Logan stał na tle szpitala, mrużąc oczy przed bystrym, majowym słońcem.
-Jeszcze nie wiemy, kto dopuścił się czegoś tak bestialskiego. - odpowiedział, przekrzykując szumy w mikrofonie. - Policja prowadzi śledztwo. Nic jeszcze nie wiadomo na sto procent.
-Czy mógłby nam pan powiedzieć coś o obrażeniach ofiary? - zapytała reporterka, nie dając za wygraną.
-Przykro mi, nie jestem upoważniony do udzielania jakichkolwiek informacji na temat pacjentów. - definitywnie pokręcił głową.
-Z tym, ze nie chodzi o pacjenta, tylko o denata. - reporterka nie dawała za wygraną.
-Przepraszam, muszę wracać do pracy. - wymamrotał, odwracając się na pięcie.
-Myślisz, że skończyły mu się argumenty? - zapytał, patrząc na mnie przez ramię.
-I tak i nie. - wzruszyłem ramionami, spoglądając z powrotem na telewizor. - Nie może ujawniać żadnych szczegółów.
Kamera filmowała go, kiedy szedł w stronę szpitala, zanim lokalna prezenterka wiadomości weszła w kadr. Wyciszyłem dźwięk, zanim otworzyła usta, żeby coś powiedzieć.
-Nie jestem tego pewny, ale... - zacząłem, zagryzając wargę. - Chyba do tej sprawy wezwano Lirę.
-No, to musisz ją o to zapytać. - wzruszył ramionami, krzyżując ramiona na piersiach. - To znaczy, jak już wróci do domu. I o ile Cię to interesuje. Chociaż wątpię, czy będę miał w tej sprawie coś do roboty.
(Logan)
-Dziennikarze to hieny, co? - Alexa uśmiechnęła się pod nosem, składając strzykawki w zestawy do pobierania krwi. - Mówiłam, żebyś wyszedł na kawę do stołówki.
-Kawa ze stołówki jest do kitu! - krzyknąłem, rzucając się na biurowy fotel w holu. - Na prawdę... co było złego w tym rzeczniku prasowym? Gość ucinał każdego reportera i każdy był zadowolony.
Nie rozumiałem tego, szczególnie, że koleś wydawał się całkiem spoko. A dyrektor szpitala go zwolnił. A to oznaczało, ze każdemu z nas przybył obowiązek odpowiadania na niezręczne pytania dziennikarzy. Przynajmniej do czasu, kiedy nie znajdą nowego.
-Cześć, pamiętasz mnie? - usłyszałem słodki, dziewczęcy głosik. - Jestem Aina, siostra Carlosa.
Kiedy podniosłem głowę, żeby na nią spojrzeć, wprost zaniemówiłem. Jej uroda wywarła na mnie takie samo wrażenie, jak za pierwszym razem, kiedy ją ujrzałem.
-Jasne, że pamiętam! - zawołałem z głupkowatym uśmiechem. - Takiej szpry... To znaczy, takiej twarzy nie da się zapomnieć.
Aida uśmiechnęła się szeroko, ukazując rząd śnieżnobiałych zębów.
-Szukam biura dyrektora. - powiedziała, szybko, na co od razu oprzytomniałem. - Zobaczyłam ogłoszenie, że szpital poszukuje rzecznika prasowego. A ja kiedyś pracowałam w redakcji gazety, więc pomyślałam, że mogę mieć jakieś szanse.
-Logan... - Alexa przerwała naszą rozmowę.
Odwróciłem się w jej stronę, widząc, że jest przerażona i pobiegłem za jej spojrzeniem. Uśmiech spełzł z mojej twarzy, kiedy zobaczyłem, że w drzwiach jakaś dziewczyna podtrzymywała Scotta, który nie mógł ustać od własnych siłach.
-Pomocy! - zawołała. - On nie oddycha!
A/N: Teraz jest idealny moment, na przerwanie opowiadania. Chodzi o Scotta z pierwszego wątku. Tak mnie jakoś naszło, oglądając stare odcinki Teen Wolfa. Zaraz zobaczycie, kto go przyprowadził... To dopiero będzie szok. No dobra, chyba już wystarczy tej dramatycznej pauzy.
Podbiegłem w ich stronę i przywołałem do siebie Alexę.
-Szybko, dawaj wózek! - krzyknąłem i spojrzałem na rudowłosą dziewczynę. - Co się stało?
-Inhalator... - wydyszał Scott, kiedy kładłem na noszach. - Suchy...
-Nie wiedziałam, co mam zrobić. - pokręciła głową, bardzo zdenerwowana. - Kiedyś mówił, że ma tu lekarza. Przywiozłam go najszybciej, jak mogłam.
Włożyłem do uszu kapturki stetoskopu. Z niepokojem stwierdziłem, że usta chłopca już zaczęły sinieć. Przyłożyłem membranę do jego piersi i usłyszałem niepokojąco cichy szmer.
-Praktycznie nie ma przepływu powietrza. - stwierdziłem rozgorączkowany, kiedy razem z Alexą pchaliśmy wózek do zabiegowego. - Stuprocentowy tlen przez maskę! Kto ty jesteś?
Zapytałem dziewczynę, która przybiegła za nami do gabinetu.
-Lydia Martin. - odpowiedziała rzeczowo. - Przyjaźnimy się.
Pracowaliśmy w szaleńczym tempie. Rurki i strzykawki praktycznie balansowały nad wózkiem na którym leżał Scott. Nie wyprosiłem Lydii. Jej obecność wyraźnie pomagała Scottowi. Najbardziej niepokojące było to, że jego oddech ani trochę się nie poprawił.
-Saturacja? - zapytałem po kwadransie pracy.
-Osiemdziesiąt sześć. - Odpowiedziała Daisy, która zmieniła Alexę jakieś pięć minut temu.
-Szlag by to... - zakląłem pod nosem i pochyliłem się nad ledwie oddychającym Scottem. - Posłuchaj... Próbujemy coś zrobić od piętnastu minut. Oskrzela się rozszerzyły, ale i tak kiepsko oddychasz. Wiem, że tego nie lubisz, ale muszę Cię zaintubować.
-Dobra. - wydyszał praktycznie bezgłośnie.
Bez ostrzeżenia odchyliłem oparcie wózka i wstrzyknąłem do jego wenflonu przygotowany zawczasu środek zwiotczający.
-Laryngoskop ze światłowodem i rurka numer pięć! - zawołałem do Daisy. - Przygotować respirator! Na wczoraj!
A/N: Tu właściwie powinnam już skończyć, ale będę pisać dalej, bo mam w głowie całą scenę do końca intubacji. Ta... zdecydowanie za dużo Ostrego Dyżuru.
Kiedy Daisy podała mi to, o co prosiłem, nie czekałem na zadziałanie znieczulenia. Otworzyłem usta chłopaka i zobaczyłem, że jego przepona już powoli przestaje pracować. Odsunąłem język na bok i ominąłem wiązadła, wkładając rurkę, aż do końca przewodu.
Sprawnym ruchem, wyciągnąłem laryngoskop i zablokowałem szparę powietrzem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Denerwowałam Was tym swoim A/N, co nie? Odbiło mi chyba. Nie wiem, kiedy mi wróci wena, ale jeszcze dzisiaj spróbuję coś napisać. Mam nadzieję, że wszystko się uda.
Lubicie Ainę, czy nie?
Idą święta, a to znaczy, że muszę ćwiczyć. Najwyraźniej murzynek z pamięci nie jest moją mocną stroną, bo wychodzi mi zakalec. Nie mam przepisu, więc nie wiem, co robię źle. Ale kto by się przejmował zakalcem? I tak zniknie w dwie godziny, jak tylko mój tata go zobaczy. Mówi, że lubi zakalce, bo wtedy więcej jest dla niego. W sumie, coś w tym jest.

Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach. Trzymajcie się. Cześć.  

środa, 30 listopada 2016

30. Nie wiem, co mam robić

Uwaga! W ostatnim akapicie jest łagodna scena erotyczna. Czytacie na własną odpowiedzialność.
(Carlos)
Dzień jak co dzień. No, niezupełnie. Mimo, że to moje ulubione powiedzonko, teraz nie mogłem go tak po prostu używać. Powód był jeden. A na imię mu Aina. I jest moją siostrą. Nie mogłem nic powiedzieć przyjaciołom, a szczególnie Loganowi, który chętnie by się z nią przespał.
-Mogłabyś się ubierać trochę skromniej. - powiedziałem, kiedy wyszła z łazienki. - Chyba nie zamierzasz tak wyjść na ulicę.
-Carlos, nie jesteś moim ojcem. - pokręciła głową, spoglądając na mnie z zażenowaniem. - Będę się ubierać, jak mi się podoba.
-Wiem, że nie jestem Twoim ojcem, ale mimo to mam zamiar Cię chronić. - odpowiedziałem, wbrew swoim myślom, z całych sił zachowując to dla siebie.
Chciałem powiedzieć coś innego. Że po śmierci taty to ja mam za zadanie się nią opiekować. Problem w tym, że ona tego nie ogarnia i nadal chce decydować o sobie. Szczerze nie pochwalam jej wyborów. Aina skończyła Harvart. Wydział informatyki. Jeden z najlepszych wyników z perspektywami na szeroką karierę. A co robi? Jest prostytutką. Nie jestem z tego dumny, bo wiem, że stać ją na więcej. Przez pierwsze trzy lata trułem jej do dupy, że można to jeszcze odkręcić, że... mogę jej pomóc zdobyć dobrą pracę. Że dam jej kontakty do firm, które poszukują specjalistów z wysokimi kwalifikacjami, gdzie ona byłaby idealnym kandydatem. Odmawiała. Za każdym razem. To było takie nużące, że w końcu się poddałem. Nie chciałem tracić z nią kontaktu, bo to jedyny członek rodziny, jaki mi pozostał. Dlatego odpuściłem sobie kłótnię, która mogłaby prowadzić do szerokiego konfliktu. Znałem jej upór i wiedziałem, że nie dałaby mi się przekonać.
-To co zamierzasz dzisiaj robić? - zapytałem, pakując swoją torbę.
-Może pochodzę po mieście... - wzruszyła ramionami, zerkając na ekran mojego laptopa. - A na przerwie obiadowej wpadnę do Ciebie do szpitala.
Zacisnąłem zęby, podnosząc głowę. Tego było już za wiele. Nie mogła pójść dzisiaj do szpitala. Logan nie może jej zobaczyć. Dokładnie przestudiowałem jego grafik. Ma dzisiaj podwójny dyżur na Izbie przyjęć. Czasami zastanawiałem się, co jest gorsze. Mój przyjaciel obmacujący moją siostrę, czy mój przyjaciel obmacujący kobietę, którą obmacuje niezliczona ilość mężczyzn. I to każdej nocy.
-Nie opłaca się. I tak kończę przed lunchem. - skłamałem.
-Kręcisz. - powiedziała natychmiast, nawet nie podnosząc głowy znad klawiatury.
-Wciąż cie to kręci, prawda? - zapytałem, spoglądając jej przez ramię.
-Masz nieważną licencję na antywirusa. - wyjaśniła, otwierając przeglądarkę. - Zainstaluję Ci nowego, który sam się aktualizuje.
-Pewnie kosztuje. - oznajmiłem, podskakując do jednej z wyższych półek. - A ja mam wyczyszczone konto na play'u.
-Jest darmowy. - uśmiechnęła się szeroko. - To już nie moja działka, ale wciąż znam hasła do branżowych stronek.
-Nie kusiło Cię, żeby wrócić do zawodu?
-Jestem w swoim zawodzie. - uniosła ręce, jakby to był nudny temat. - Lubię seks. I lubię, kiedy mi za to płacą. Proste. I aż się dziwię, że nie potrafisz tego pojąć.
(Lira)
-To dla Ciebie. - powiedział Leon, podając mi kartkę z odręcznym adresem. - Adres matki Jonathana. Podobno u niej mieszka, ale ona... unika tematu.
-Dzięki. - uśmiechnęłam się do niego. - Jest już opinia psychiatry z ośrodka opiekuńczego?
-Nie. - pokręcił głową.
Pożałowałam, że przestałam się interesować jego sprawą. Kiedy przekazałam jego papiery dalej, byłam pewna, że się nim zajmą. Że dojdzie do siebie. Że dostanie się jeszcze na studia. Może nie na Akademię Sztuki, ale na przykład na Literaturoznawstwo, albo do Filmówki w Kalifornii. A może nie powinnam tak łatwo się poddawać.
-Coś nie tak? - zapytał, spoglądając mi w twarz. - Znam tę minę.
-Wszystko gra, tylko... mam wrażenie, że za szybko odpuściłam. - odparłam, opierając się o ścianę w korytarzu. - A teraz... zupełnie nie wiem, co mam robić.
-Na pewno wiesz, co masz zrobić. - powiedział z pełnym przekonaniem. - Zwykle podejmujesz dobre decyzje.
-Zwykle, ale nie zawsze. - zauważyłam. - To trudna sprawa i ty dobrze o tym wiesz. Jedna z najtrudniejszych. Znasz akta. Wiesz, co zawsze robię. Pokazujemy sobie wszystko, odkąd tu przyjechałeś. Wiesz, co mam za uszami.
-Nic nie masz. - wywrócił oczami. - Wiem, że kilka razy zdarzyło Ci się popełnić błąd, ale działałaś w dobrej wierze.
-Właśnie. - powiedziałam, spoglądając mu w oczy. - Może Adams ma rację? Za bardzo wierzę w ludzi. I chyba już nie raz się na tym przejechałam. A Ty dobrze o tym wiesz. Tylko wmawiasz mi, że robię co mogę i nie chcesz powiedzieć prawdy.
-Może to zabrzmi dziecinnie, ale... właśnie to najbardziej w Tobie lubię. - uśmiechnął się, ale natychmiast zrzedła mu mina. - Krew Ci leci.
-Co? - zmarszczyłam brwi, podnosząc dłoń do buzi. Poczułam ciepłą ciecz na palcach.
-Znowu to samo. - westchnął, obejmując mnie ramieniem. - Chodź, musisz się uspokoić.
Krew z nosa. Od dziecka tak reaguję. Lekarze nie wiedzą co to jest, ale kiedy za bardzo się stresuję, zmniejsza mi się krzepliwość krwi i dlatego krew mi cieknie z nosa. Wie o tym tylko Leon. I tak powinno pozostać. Nie wiem... może kiedyś powiem o tym Kendallowi, ale teraz nie chcę go martwić. To tylko od stresu. Przynajmniej wszyscy tak twierdzą.
-Proszę. - powiedział, pomagając mi usiąść na krześle i jednocześnie podając plastikowy kubek z wodą. - Może zawiozę Cię do domu.
-Nie ma mowy. - pokręciłam głową. - Muszę się tylko uspokoić.
(James)
-Wszystko gra? - zapytała Mary, stawiając szklankę soku na stoliku do kawy.
-Nie. - pokręciłem głową.
Nie wiedziałem, czy mam to powiedzieć. Nie miałem siły, ani tym bardziej czasu. Pomimo, że straciłem przez nią wszystko, to wciąż mnie do niej ciągnęło.
-Dowiem się, co jest grane? - zapytała, siadając naprzeciwko mnie.
-Wylali mnie z kancelarii. - walnąłem prosto z mostu. - Mecenas powiedział, że skoro ma mi płacić za charytatywne sprawy karne, to woli mnie już wcale nie widzieć.
Mary nie wyglądała na wzruszoną, jakby niewiele ją to obchodziło. Zamrugałem z niepokojem i obróciłem się do niewielkiego telewizora plazmowego.
-Tylko o to poszło? - usłyszałem jej pytanie. - O sprawy, które Ci podrzucam?
-Po prostu przestałem mu się opłacać. - wzruszyłem ramionami, nie spuszczając wzroku z Amy Rush, która codziennie prowadziła wiadomości na lokalnym kanale. - Twierdzi, że od jakiegoś czasu więcej na mnie wydaje niż zarabia. I dlatego szuka teraz kogoś na moje miejsce.
-Można coś z tym zrobić?
-Nie.
-A co zrobisz teraz? - zapytała tym samym, rzeczowym tonem.
-Zakładam własną kancelarię. - odpowiedziałem, spoglądając jej w oczy. - Jeśli się uda... jeśli dostanę rekomendację od Ciebie i Liry, jako współpracowniczek... uda mi się otrzymać status fundacji prawnej, a co za tym idzie, dofinansowanie pozarządowe, które pozwoli mi znaleźć sponsorów. Może nawet opieka sądownicza jakoś mnie wesprze.
Mary parsknęła śmiechem, na co uniosłem brwi z zaskoczenia. Tego się po niej nie spodziewałem. Nawet teraz, kiedy straciłem tak dużo.
-Twój plan brzmi dobrze, ale jeśli chcesz wsparcia od szefostwa Forte i Orny'ego, lepiej wykreśl ten punkt ze swojego biznesplanu. - oznajmiła bezwzględnie. - To Ci się nigdy nie uda. Z resztą... fundacja prawna? Skąd ten pomysł?
-Wiem, jaką popularnością cieszą się takie jednostki w Kalifornii. - wzruszyłem ramionami. - A ten rejon nie ma żadnej takiej organizacji, poza tym widzę ile roboty mają Lira i Matt. A to pomoże sporej części miasta. A przynajmniej slamsom, którym zależy na przyszłości dzieciaków. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele nastolatków próbuje się wyrwać z patologii uczciwymi metodami.
-Jak na prawnika, jesteś niewiarygodnie naiwny, Maslow. - westchnęła, odstawiając swoją szklankę soku na stolik do kawy. - Ale zwróć uwagę na kwestię materialną. Wiesz, że to już nie będzie taka sama kasa?
-Wiem. - pokiwałem głową. - Na początku będzie ciężko, ale po jakimś czasie uda mi się wypracować jakąś normę.
-To co? Zajmiemy się Tym, co wychodzi nam najlepiej? - zapytała, zalotnie zmieniając temat.
Mary wstała i podeszła do mnie bliżej. Powoli, chytrze się uśmiechając, usiadła w rozkroku na moich kolanach. Przebiegłem spojrzeniem po jej odsłoniętym dekolcie.
-Na co czekasz? - wymruczała, jakby chciała mnie jeszcze bardziej skusić.
-Na nic. - odpowiedziałem i lekko wbrew sobie objąłem jej talię.
Powoli całowałem ją po szyi, piersiach... jej pomruki zachwytu dawały mi do zrozumienia, że delektuje się każdym moim ruchem. Muśnięciem ust, ruchem dłoni wzdłuż jej kręgosłupa.
Poczułem, jak obejmuje dłońmi moją szyję, wbijając paznokcie w kark, jakby chciała spenetrować moje wspomina jak wilkołak alfa*. Podniosłem głowę, spoglądając jej w oczy.
-Masz jakieś wątpliwości? - zapytała, jakby czytała w moich myślach.
-Nie. - pokręciłem głową. - Tylko wciąż myślę o tych dzieciakach, które reprezentowałem za darmo. Wiesz, co mam na myśli. Nie każde ugrało wszystko, na co zasługują. Na przykład ta dziewczynka, której Kendall amputował stopy.
-Przecież ma rentę państwową. - zauważyła. - Pieniądze pokrywają wszystkie koszty leczenia i rehabilitacji. Z czasem nie będzie pamiętała jak je straciła. Pewnie rodzice jej wmówią, że to był nieszczęśliwy wypadek.
-A są jakieś szczęśliwe wypadki? - zapytałem, marszcząc brwi.
-Ja jestem szczęśliwym wypadkiem. - uśmiechnęła się do mnie zalotnie i krótko pocałowała mnie po szyi. - Już Ci opowiadałam.
Parsknąłem śmiechem. Trudno uwierzyć, że ktoś taki jak Mary Adams, ordynator izby przyjęć w szpitalu okręgowym jest dzieckiem ze slamsów. W dodatku z wpadki.
-I to nie raz. - odwzajemniłem jej uśmiech. - Jeszcze rozpracują tą mafię. Jeszcze zobaczysz.

*Pokusa była zbyt silna.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wiem, że ta łagodna scena erotyczna, to właściwie samo całowanie, ale nie byłam w stanie napisać czegoś bardziej ostrego. To takie małe oczko do Chrisa (właśnie, cieszę się, że wróciłeś, bo kiedy to pisałam, jeszcze nie odszedłeś) i po części do Weroniki, ale nie mam pewności, czy się domyśli, dlaczego. Ja Ci nie powiem, musisz się sama domyślić.
Poza tym, ostatnio ciężko mi idzie i mam masę roboty. Od tygodnia napisałam ledwo pół rozdziału. Wiem, że miałam się nie śpieszyć, ale dobrze by było zobaczyć jakieś postępy.

Dobra, już nie truję. Mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 23 listopada 2016

29. Z ojca na syna

(Kendall)
W sumie nie było tak źle. Odkąd wszyscy się dowiedzieli, że spotykam się z Lirą, nic wielkiego się nie zmieniło. Może z wyjątkiem Logana, który teraz był coraz gorszy.
-Stary, dosiadłeś rudej! - powtarzał kilka razy dziennie. - Powiedz jak to jest? Tak jak mówili Wolverine i Peter Parker?
-Człowieku, nawet nie wiem, kim jest ten Preter Parker! - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Jak już mówisz o ludziach, których nie znam, to przynajmniej mów o kim mowa.
-Człowieku Peter Parker to Spider-Man! - zawołał, jakbym popełnił jakieś przestępstwo. - Ile razy mam Ci to powtarzać? To jak? Rude naprawdę są najlepsze w te klocki?
I tak było cały dzień. Nie miałem nerw, żeby to znosić. Zwykle się wykręcałem, że mam dużo pracy i wychodziłem do poczekalni na spławianie. W prawdzie nigdy nie prześcignę Logana, ale lepsze to niż jego nawijanie o seksie.
Poza tym... dopiero poznawałem Lirę. Sposób w jaki się kąpała, jak wlewała żel pod prysznic do dziurawej gąbki. Albo jak rozkłada akta każdego wieczora na stoliku do kawy, żeby dobrze wszystko zapamiętać przed pójściem spać. Jest niesamowita.
-Skończyłaś? - zapytałem, kiedy wstała z kanapy.
-Prawie. - odpowiedziała, sięgając po jedną ze swoich szpitalnych koszulek. - Chciałabym się tylko wykąpać. Nie lubię się kłaść brudna spać.
-Wiem. - uśmiechnąłem się do niej, wstawiając czajnik na gaz. - Wchodź śmiało. Zostawiło jeszcze całkiem sporo ciepłej wody.
-W końcu pochwalasz tylko szybkie prysznice. - zachichotała.
Pokręciłem głową, otwierając gazetę z programem telewizyjnym. Przebiegłem wzrokiem po rubrykach, zastanawiając się, co możemy dzisiaj obejrzeć.
-Dają dzisiaj coś ciekawego? - zawołała zza drzwi łazienki.
-Tylko „Zimowego Żołnierza” na Disney'u o dziesiątej. - odpowiedziałem. - I powtórki „Tajemnic Smallville” na CW. Chyba puszczają to od początku. Wiem, że kiedyś to oglądałaś.
-Kiedyś była w sieci petycja. - odkrzyknęła, ale natychmiast zagłuszył ją szum wody z kranu. Poczekałem, aż zakręci. - Fani chcieli sobie nagrać cały serial na pamiątkę. Oficjalna wersja brzmi, że chcą sobie przypomnieć całą fabułę. A tak naprawdę nie każdego stać na własny komplet DVD. Ci z Worner Bros zgodzili się na udzielenie prawa do ponownej emisji baz żadnego problemu. Nawet byli zadowoleni, że serial cieszy się taką popularnością.
Nie odpowiedziałem, wiedząc, że taka rozmowa przez drzwi nie jest najlepsza.
-Ciekaw jestem, skąd to wszystko wiesz. - zacząłem, kiedy wyszła w piżamie.
-Kiedyś powstała fanowska strona. - oznajmiła, siadając w fotelu i zbierając wszystkie papiery do teczki. - Zbierała wszystkie newsy ze sprawdzonych źródeł. W liceum byłam jednym z redaktorów. Zaczęłam, kiedy telewizja emitowała szósty sezon. Później zaproponowano mi rejestrację na niewidzialnym forum. Jedyne miejsce, gdzie fani na prawdę są szczerzy. Posty wciąż się tam pojawiają. Jest komiks i wspomnienia. W zeszłym miesiącu przybyło pięciu nowych. Mogę Ci pokazać, jeśli chcesz.
-Pewnie, że chcę. - uśmiechnąłem się szeroko.
(Logan)
Uwielbiałem zostawać sam wśród ludzi, których nie znałem. W prawdzie wrzesień był dawno temu, ale i tak nie kojarzyłem imion większości praktykantów. Podniosłem głowę, spoglądając na dziewczynę z wiecznie mokrymi włosami, która rozmawiała z chłopakiem w okularach z czerwonymi oprawkami. Widywałem ich od pół roku, prawie codziennie, ale wciąż nie wiedziałem jak mają na imię.
-Doktorze Henderson! - zawołał Adam, klepiąc puste miejsce obok siebie na biurku, żeby zwrócić na siebie moją uwagę. - Wiozą do nas dwudziestopięciolatka z urazem głowy.
-Dobra, już idę. - powiedziałem, podnosząc się z krzesła.
Ta noc była całkiem ciepła. Nie wiedziałem, co jest złego w chodzeniu bez fartucha, w samej koszuli. Uwielbiam tą pracę, ale nie cierpię swojego fartucha. Jest... zbyt luźny. Zawsze dają mi o rozmiar za duży.
Stałem naprzeciwko podjazdu, krzyżując ramiona na piersiach. Przeklęta noc. Miałem nadzieję, że to nie będzie ciężki przypadek. Przynajmniej przez chwilę warto się połudzić.
Karetka podjechała na stałe stanowisko. Dzień w dzień, kilka razy dziennie ta sama karetka stawała w dokładnie tym samym miejscu. Przez jakiś czas wierzyłem, że Adrian byłby w stanie najechać tu z zamkniętymi oczami. Ale niestety, zakład przegrany i dwie duże donice rozwalone razem ze zderzakiem ambulansu.
-Co przywiozłeś? - zapytałem i trudem powstrzymałem jęk, kiedy zauważyłem, że koleś na noszach ma mózg na wierzchu (no dobra, przesadzam), jest zaintubowany, a Jeff w najlepsze na nim siedzi i uciska mu klatkę. No tak, głupi jestem. Po co w ogóle pytam?
-Dwudziestopięciolatek, został napadnięty na drugiej ulicy. - krzyczał, żeby dotrzeć do mnie przez warkot kilkunastu silników, które wyły jak na złość. - Tętno agonalne. Obiecaliśmy jego matce, że zrobimy wszystko, co możemy. Jest kilkaset metrów dalej. Powiedziała, że dotrze na piechotę. Pewnie będzie tu za kwadrans.
-Dobra, dajcie go do trójki. - jęknąłem.
Oczywiście wiedziałem, że facet już jest trupem. Nie miałem podstaw, żeby dalej go reanimować, ale skoro Jeff był na tyle głupi... pewnie powinien po prostu dać matce pożegnać się z synem.
-Podaj dwa miligramy epinefryny. - powiedziałem dziewczynie z mokrymi włosami, kiedy chłopak w okularach przejąc masaż serca.
-A potem? - zapytała, dysząc ciężko.
-Nie mam pojęcia. - westchnąłem, kręcąc głową.
Piętnaście minut później wciąż prowadziliśmy bezsensowną reanimację, ale odetchnąłem z ulgą, kiedy do sali weszła rozgorączkowana kobieta w średnim wieku.
-Mój synek... - szlochała. - Mój jedyny synek...
Adam przejął uciskanie klatki. Dałem mu znak ręką, ale nie przerywał. Jeszcze nie.
-Proszę pani... - zacząłem, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Obrażenia pani syna są bardzo ciężkie... robimy wszystko, żeby go uratować, ale...
-Michael wyzdrowieje, prawda? - zapytała z płaczem, patrząc na mnie z nadzieją.
Przez chwilę zrobiło mi się jej żal. Chciałem, powiedzieć, że przeżyje, że wszystko będzie dobrze... ale wiedziałem, że nie mogę, bo nie zostało nawet cienia złudzeń.
-Niestety... - pokręciłem głową. - Jego serce nie bije od ponad pół godziny, a to zdecydowanie za długo. Podajemy mu leki i prowadzimy resuscytację, ale bezskutecznie.
-Nie... - zaszlochała jeszcze głośniej.
-Przykro mi. - powiedziałem na wpół cicho. - Chce pani coś powiedzieć?
Kobieta nie powiedziała nic, tylko zapłakała, pochylając się nad twarzą chłopaka. Spojrzałem na dziewczynę z mokrymi włosami. Wyglądała, jakby sama miała ochotę się rozpłakać.
-Przerwać masaż. - zwróciłem się do niego.
Adam oderwał ręce od klatki chłopaka. Oblizałem usta, spoglądając na zegarek. Czemu nawet po tylu latach to jest takie trudne?
-Czas zgonu jedenasta zero trzy. - oznajmiłem bezlitosnym tonem.
(Lira)
Słyszałam przez sen dzwonek telefonu. Właściwie już się obudziłam, ale wiedziałam, że nie będę musiała iść do pracy, jeśli nie będę miała poważnego wezwania. A to znaczyło, że wystarczyło nie odbierać telefonów. To raczej niewiele jak na cały dzień w spokoju.
-Lira, telefon... - powiedział Kendall, podając mi moją własną, odebraną komórkę. - To Leon.
Przełknęłam ślinę i zabrałam komórkę, przykładając ją sobie głośnikiem do ucha.
-Tak? - ziewnęłam.
-Cześć, wiem, że ma Cię dzisiaj nie być w pracy, ale bez Ciebie chyba sobie nie poradzimy. - usłyszałam jego głos i natychmiast pożałowałam, że nie odepchnęłam jego ręki, kiedy miałam okazję. - Mam dziwną sprawę, ale... to, co już znalazłem jest jeszcze dziwniejsze.
-Mów, czego ode mnie chcesz. - wymamrotałam tak, że nawet dla mnie zabrzmiało to trochę niegrzecznie.
-Mam tu trupa, który... - zaczął, a natychmiast mu przerwałam.
-Nie zajmuję się trupami, jasne? - wymamrotałam. - Wiem, że wmawiasz sobie, że czasami jestem niezbędna, ale skończ z tym wreszcie, bo to się robi nudne.
-Podejrzany to Twój były podopieczny. - powiedział szybko. - Pamiętasz sprawę Jonathana Walla? Rozpój na egzaminatorze.
-Nie przypominaj mi tego nawet. - jęknęłam. - To był jakiś koszmar.
Wiedziałam, że chodzi o tego chłopaka, który nie dostał się do akademii sztuki, a potem próbował zamordować egzaminatora kijem do baseballa. Skończyło się na tym, że nakryła go ochrona i to ja byłam tym nieszczęśnikiem, który wprowadzi chłopaka w resocjalizację.
-Okazało się, że nadal czuje urazę. - odpowiedział.
-Co, znowu próbował zabić tego egzaminatora, który go nie przepuścił?
-Nie. Egzaminator dwa miesiące temu zmarł na zawał. Teraz zabił jego syna na oczach matki. Dosłownie rozwalił mu głowę aluminiowym kijem.
Na jego słowa natychmiast się ożywiłam. Tego jeszcze brakowało, żeby ten koleś znowu dał się we znaki. Całemu ośrodkowi wychowawczemu i systemowi sądownictwa, który i tak ma sporo do roboty. A ja jest jego częścią, a co za tym idzie, też mam sporo do roboty.
-Gdzie on teraz jest? - zapytałam, zakładając grube wełniane skarpety, które nosiłam zamiast kapci.
-W kostnicy. - odpowiedział, na co ja tylko wywróciłam oczami.
-Miałam na myśli Jonathana... - powiedziałam szybko.
-Nie wiemy. - odparł zrezygnowany. - Szuka go policja w całej dzielnicy. Przyjedziesz?
-Za godzinę. - odpowiedziałam, odrzucając telefon na poduszkę.
Obróciłam się przez ramię i zobaczyłam, że Kendall patrzy na mnie zrezygnowani i jakby nieco zbolały. Wiedziałam, że ma wolne i, że liczyliśmy, że ten dzień będzie cały dla nas.
-Muszę jechać. - skrzywiłam się na widok jego skrzywionej miny. - Jeden z najgorszych wychowanków chyba zamordował niewinnego chłopaka.
-Aż tak? - uniósł brwi. - Mam jechać z Tobą?
-Nie trzeba. - pokręciłam głową. - Dam sobie radę.
I pochyliłam się nad jego twarzą, żeby dać mu causa.
-Muszę się ubrać. - powiedziałam cicho. - Zadzwonię na przerwie obiadowej.
-Dobra. - odpowiedział, oblizując usta, jakby chciał wyczuć cały mój smak. - W razie czego, będę Ci przypominał.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Może są tu jakieś literówki, nie wiem, nie miałam siły sprawdzić. Jak są, to przepraszam. Ale pamiętam o czym to pisałam (brawo ja!) i... To miało być takie smutne. Oczywiście, dalszy ciąg sprawy będzie jeszcze w następnej notce za tydzień, ale tutaj już jest ta baza, na czym to ma być oparte. Jaka jest istota całej tej sprawy.
Poza tym zaczęłam powoli (bardzo powoli) pisać notki na nowy projekt. Na razie mam dopiero dwa rozdziały i wszystkie mają mieć objętość dwóch i pół strony, czyli trochę mniej niż ta notka. Historia będzie krótka, bo planuję około dwadzieścia pięć rozdziałów, a zakres czasu akcji to trzy miesiące. Coś wymyśliłam, teraz to realizuję, ale baardzo powoli. Bloga jeszcze nie ma. Założę go dopiero jak będę miała cały tekst, wszystkie dobrane zdjęcia, zrobiony nagłówek i szablon, a jak starczy sił, to może nawet zwiastun.

Dobra, już koniec tego... Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Liczę, że zostawicie pod spodem komentarz z opinią. Komentarz daje lepszego kopa niż energetyk, wierzcie mi. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 16 listopada 2016

28. Oliwa na wodzie

(Lira)
-Zgadnij co się stało. - westchnął Carlos, siadając na skraju mojego łóżka.
-Walnął Cię wielki, radioaktywny meteoryt, zyskałeś super moce i teraz będziesz bronił słabszych? - rzuciłam bez zastanowienia, nie podnosząc głowy znad komputera.
-Nie, ale byłoby fajnie. - pokręcił głową. - Znaleźli ją. I aresztowali.
-Kogo? - podniosłam głowę, unosząc brwi.
-Jak to kogo? - jęknął. - Tą całą Justice. Trochę się stawiała, ale nie jest niepoczytalna. Zrobiła zbyt wiele, żeby móc ją za taką uznać. Miała dość przemyślany plan.
Odłożyłam komputer na bok i oparłam się o wysoką ramę. Za dużo chciałam wiedzieć, żeby tak po prostu odpuścić. Zagryzłam wargę i wzięłam głęboki oddech. Zakaszlałam. Wciąż nie mogłem zaczerpnąć głębokiego tchu.
-Wszystko gra? - zaniepokoił się, wstając z krawędzi materaca. - Może zawołam Kendalla, albo...
-Nie, daj spokój. - pokręciłam głową i przytrzymałam go za rękaw. - Zdarza się. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić.
-Na pewno niedługo Ci przejdzie. - uśmiechnął się.
Spojrzał na mnie w ten swój badawczy sposób, którego nienawidziłam. Sprawiał wrażenie, jakby wiedział, co mi chodzi po głowie. Znał mnie już na tyle długo, żeby wiedzieć co jest grane.
-Co jest? - cmoknął z zastanowieniem. - Chcesz o coś zapytać, prawda?
-Ktoś jeszcze zginął? - przeszłam od razu do rzeczy.
Wiedziałam, że to pośrednio moja wina. Że gdybym nie dała się złapać, to nic by się nie stało i szpital nie przeżywałby teraz pożarnego oblężenia.
-Nastolatek. - odpowiedział potakując. - Został uwięziony w piwnicy. Nie miał żadnych szans. Dzieci, którymi się opiekował zapomniały, że zszedł po warzywa do spiżarni.
-To moja wina. - wymamrotałam, spuszczając głowę. - Gdybym to odwołała i została z Mattem... Nic by się nie stało.
-Nie mów tak... - powiedział, delikatnie klepiąc mnie po ramieniu. - To co się stało... Nie jest normalnie. Próbowałem stworzyć wstępny portret psychologiczny, ale pewnie jak wiesz...
-Potrzeba do tego jeszcze psychiatry z wyższej rangi. - dokończyłam za niego. - Wiem, znam procedury. Ale dlaczego mi to mówisz?
-Ona nie jest chora psychicznie. - pokręcił głową. - Tylko bezwzględna. Jej działania mają swój sens. Psychopatka. Nie odczuwa emocji, nie liczy się z emocjami innych. Może kiedyś odczuwała współczucie, ale teraz zapomniała jak się to robi. I to jej pomogło wspiąć się wyżej. Z zeszłym tygodniu praktycznie wytrzebiała klienta, który nie zapłacił. Dzisiaj podpaliła kamienicę. Nie liczy się z niczym, ani z nikim. Myśli tylko o własnym interesie.
(Logan)
Marzyłem, żeby ten dzień już się skończył. Oparłem się o ścianę w korytarzu, żeby trochę odetchnąć. Rozejrzałem się i zauważyłem Jamesa i Leona, którzy szli w moją stronę. Wyprostowałem się, licząc żeby nie zamęczyli mnie teraz pytaniami.
-Słyszałem, że Lira była w budynku. - Leon zaczął, nawet mnie nie witając. - Nic jej nie jest?
-Trochę się podtruła, ale z tego wyjdzie. - westchnąłem, przecierając oczy i bez słowa odwracając się w stronę socjalnego. - Kurde, jaki jestem śpiący.
Niestety, słyszałem jak za mną idą. Olałem to, wiedząc, że i tak nie odpuszczą.
-To może nam przynajmniej pokarzesz, gdzie ona jest? - zawołał James, nie dając za wygraną.
-Dobra, ale zaraz potem idę spać.
Odepchnąłem się od kanapy, do której ledwo zdążyłem dojść i poszedłem na urazówkę. Z daleka widziałem, że Kendall jest u Liry. Mało tego, nawet się nad nią pochylał. I chyba robił coś jeszcze. Coś bardzo... intymnego.
-O matko... - wyrwało się Jamesowi.
-To oni razem? - zawtórował mu Leon. - Zabiję gnoja!
I w ten oto sposób, zwykle potulny Leon dostał białej gorączki. Mało tego! Niemal zzieleniał ze złości jak Hulk w napadzie szału. Co brzmi logicznie, ale kiedyś był szary, a dokładnie w takim kolorze była twarz Leona. Zupełnie, jakby odpłynęła mu cała krew. Jak zacznie teraz wykrzykiwać „Leon wściekły! Leon nie życzy sobie takiego zachowania!” to już w ogóle będzie czad.
-Nawet nie wiedziałem. - wzruszyłem ramionami. - Fajnie, idę powiedzieć Alexie.
Odwróciłem się na pięcie, lekko się orzeźwiając. W sekundę zapomniałem o chęci do położenia się na kanapie i zapomnienia o całym świecie.
-Chyba żartujesz! - zawołał za mną James. - Nie uważasz, ze to oni powinni jej powiedzieć? Namówię ich na post na Facebooku. Będzie bezboleśnie.
-A Ty co? - obróciłem się, chcąc spojrzeć mu prosto w twarz, ale niechybnie zorientowałem się, że jest ode mnie o wiele wyższy. No, jak mogłem o tym zapomnieć. - Znasz to, co nie? Bo w końcu sypiasz z Adams. No i bądźmy szczerzy, takich rzeczy nie pisze się na facebooku.
-Mów ciszej. - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Obiecałem Mary, że to pozostanie tajemnicą. A Ty obiecałeś mi, że nic nikomu nie powiesz.
-Wiem. - pokiwałem głową. - Ale powiedz szczerze. Kochasz ją?
Jamesa zatkało. Po raz pierwszy wielki pan prawnik nie wiedział co powiedzieć. To dopiero nowość. Przez długą chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Wiem, że to mój przyjaciel, ale... czasami jego lewe poczucie sprawiedliwości doprowadzało mnie do szału.
-Nic nie masz do powiedzenia? - uniosłem brwi.
-Pogadamy, jak trochę oprzytomniejesz. - powiedział, odchodząc z powrotem w kierunku sali w której leżała Lira.
(Kendall)
Po tym, jak Leon zrobił mi karczemną awanturę i „wyprosił” z pokoju, czekałem, wpatrując się w okno. Oczywiście, nic nie słyszałem, ale mogłem śmiało wywnioskować, że oboje prowadzą spokojną rozmowę.
-I jak? - usłyszałem obok głos Jamesa. - Bardzo jest zły?
-Chyba nie. - wzruszyłem ramionami, jednocześnie okłamując samego siebie. - W każdym razie kolorki mu wróciły.
James parsknął śmiechem, kręcąc głową. On chyba nigdy nie tracił dobrego nastroju. Prawie. Za to był mistrzem zachowania powagi w krytycznych sytuacjach.
Wiecie jak to jest w kinie? Idziesz na komedię, chociaż wcale nie jest Ci do śmiechu. Siedzisz w tym fotelu. Jesz wafelki, kukurydzę... ale żarty ani trochę do Ciebie nie trafiają. Ale zaczynasz się śmiać, tylko dlatego, że osoba siedząca obok Ciebie śmieje się jak szalona. Śmiech jest jednym z najbardziej zaraźliwym wirusem. Tak samo było teraz. Nie wiedziałem z czego zacząłem się śmiać, ale się śmiałem, bo James się śmiał.
-Zastanawia mnie... od jak dawna?
-Od sprawy z handlem dziećmi. - odpowiedziałem, odruchowo krzyżując ramiona na piersi, jakbym się bał, że zaraz się rozpadnę. - Poniosły mnie emocje i... po raz pierwszy ją pocałowałem. A trzy tygodnie później po raz pierwszy poszliśmy do łóżka.
-A'propo spania... - westchnął, wprowadzając między nas jakieś dziwne, niezręczne napięcie. - Sypiam z Twoją szefową. Od półtora roku. Konkretnie, Wendy skończyła wtedy cztery miesiące i ciężko zachorowała. Mówię tak, żebyś miał pełny... obraz.
Otworzyłem szeroko oczy, spoglądając na niego z zaskoczeniem, ale on wciąż utrzymywał swój adwokacki wyraz twarzy. Ta... taki zestaw poker faceów każdego prawnika.
-Żartujesz sobie? - powiedziałem w końcu.
Z drugiej strony, ani ja ani Lira też nie pisnęliśmy o tym, że ze sobą chodzimy.
-Nie. - pokręcił głową. - Ale dla niej to tylko seks.
-A Ty chciałbyś, żeby to było coś więcej? - zapytałem, unosząc brwi.
-Ty byś nie chciał?
-Szczerze mówiąc... sądziłem, że Logan to sobie wymyślił.
(Lira)
Po całej rozmowie, nie spodziewałam się, że ta „rewelacja” zostanie przyjęta aż tak spokojnie. No może nie licząc Logana, który dostał szału, ze nic mu nie powiedzieliśmy. Leon na początku był zły, ale szybko mu przeszło, kiedy tylko mu przypomniałam, co sam mi mówił. Poza tym od trzech miesięcy nie zajrzałam do pamiętnika. Czyli odkąd zaczęłam pracę na najwyższych obrotach. Nie mam pojęcia, czy to... słuszne. Czy może już powinnam przestać się w to bawić.
-Jesteś pewna, że możesz iść do domu? - Kendall skrzywił się z niechęcią, kiedy pakowałam ostatnią torbę.
-Jestem pewna. - pokiwałam głową, zasuwając zamek błyskawiczny. - Ale jeśli przestanę oddychać... obok mnie będzie lekarz.
Kendall uśmiechnął się pod nosem. W dwie minuty przekonał mnie, że nie było się czego obawiać i że wszyscy przyjaciele nas wspierają na wszystkie możliwe sposoby.
-Myślisz, że powinnam coś z tym zrobić? - zapytałam, pośpiesznie mrugając, żeby się przypadkiem nie popłakać. Oczywiście wiedziałam, że wszystko mogę zrzucić na szczypanie od dymu, ale wolałam nie ryzykować.
-Przecież już załatwiłaś nowe mieszkania dawnym mieszkańcom kamienicy i przekonałaś ubezpieczyciela na błyskawiczną wypłatę odszkodowań. Czego chcesz więcej?
-Miałam na myśli pozostałości z tej agencji towarzyskiej. - powiedziałam szybko.
-Tym nie musisz się martwić. - powiedział, siadając obok mnie i obejmując ramieniem. - James obiecał pomóc prokuratorowi. Urząd imigracyjny obiecał odesłać dziewczyny do domu, a tym, które wolą zostać, pomogą załatwić legalny pobyt i znaleźć jakąś normalną pracę. Zapewniam, że nie masz już nic do roboty.
Poczułam, jak Kendall całuje mnie w czubek głowy. Uśmiechnąłem się przez wypływające łzy i wtuliłam się w niego jeszcze mocniej.
-Będzie dobrze. - pogładził mnie po ramieniu. - A teraz jako lekarz i Twój chłopak udzielam Ci szlabanu na wszelką pracę. Masz zostać w domu i odpocząć. W pełni zasłużyłaś.
Zaśmiałam się, nie mogąc tego powstrzymać. Tylko ona potrafił tak uroczo poinformować kogoś, ze przez kilka najbliższych dni będzie musiał leżeć plackiem w domu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I jak? Wiem, że wyszło trochę krótko, ale chciałam zamknąć sprawę pożaru. I poinformować paczkę o związku Liry i Kendalla.
I to jest dowód na to... że Leon jest dziwny. Lubicie te komiksowe metafory? Leon jak Hulk... Chyba byłam po "Czasie Ultrona", a może po prostu pisałam to w marcu? W sumie w listopadzie też jest Hulk na kalendarzu, ale nie taki na całą stronę. Inni też się musieli zmieścić.
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Do zobaczenia za tydzień. Cześć!

PS. Wczoraj trochę szwankował mi internet i bałam się, że dzisiaj nie będzie notki, ale jak widać, udało mi się to ogarnąć.  

środa, 9 listopada 2016

27. Spontaniczna zemsta

(Kendall)
Kiedy Lira dokładniej wyjaśniła mi, czym dokładnie zajmuje się naganiaczka stwierdziłem, że lepiej ostrzec wszystkich, którzy mają jakikolwiek związek z Mariną Korczenko. Właściwie nie wiem, jakim cudem powstrzymałem Lilę od zadzwonienia do Leona. Tak naprawdę, gdyby to od niej zależało, natychmiast zamknęłaby ją w więzieniu z seryjnymi morderczyniami odpornymi na wszelką resocjalizację. Co ciekawe, ta wiadomość była tak szokująca dla Logana, że sam byłem zaskoczony jego reakcją.
-Lira twierdzi, że w naszym mieście jest podziemny burdel? - podsumował o wiele dosadniejszym zwrotem, niż ten, który mi przyszedł do głowy. - Ale odlot!
-Człowieku, czy ty się słyszysz? - syknąłem, na tyle cicho, żeby nikt nie zwrócił na nas uwagi. - To jest poważna sprawa. Zmuszanie do prostytucji niewinnych dziewczyn to nie są przelewki.
-Chyba chciałeś powiedzieć niewinnych, uroczych i gorących europejek. - odparł nieco nieprzytomnie, ale kiedy klasnąłem mu dłońmi przed twarzą, już nieco się opanował. - A co na to Lira? Wezwała policję?
-Prawie. - odpowiedziałem, sięgając po teczkę, którą dla niego zostawiła i wyciągnąłem rękę w jego stronę, żeby mógł ją ode mnie odebrać. - To chyba dla Ciebie.
-Dzięki. - kiwnął głową, zaglądając do środka. - A gdzie ona teraz jest?
-Poszła na inspekcję, czy coś... - wzruszyłem ramionami. - Nie była za bardzo wylewna. Z resztą, od kiedy się nią interesujesz? Książkę piszesz, czy co?
-Nie, ale to całkiem niezły pomysł. - zauważył. - Myślisz, że tytuł „Mayday Parker z opieki społecznej” byłby w porządku?
-Stary, nawet nie mam pojęcia, kim jest ta Mayday Parker. - jęknąłem, wyjmując z szuflady świeżą podkładkę na kartę i przypinając do niej aktualny blankiet.
-Córka Spider-Mana. - odpowiedział, ale ja i tak nie zrozumiałem, co mu chodzi po głowie.
-Nadal nie kumam, co to ma wspólnego z Lirą. - pokręciłem głową, wiedząc, jak bardzo go to denerwuje. To, że naprawdę tego nie ogarniałem, było jeszcze lepsze, bo nie musiałem nic udawać.
-Też jest ruda. - rzucił, jakby to było coś oczywistego. - Poza tym Lira uwielbia komiksy ze Spider-Manem. A ponieważ ja też je czytałem...
-Skończ już dobra? - odparłem, przeżuwając świeżą gumę, którą w międzyczasie włożyłem do buzi.
Zmarszczyłem brwi, rozglądając się po poczekalni. Coś było nie tak. Niespodziewanie ogarnęło mnie dziwne poczucie, że dzieje się coś złego. Coś było mnie tak. Miałem wrażenie, że niedługo stanie się coś złego. Coś bardzo, bardzo złego.
-Hej, Alexa... - zaczepiłem ją, kiedy szła w kierunku gabinetów zabiegowych. - Nie wiesz, gdzie zniknęła ta kobieta, o której mówiliśmy Ci z Lirą?
-Powiedziała mi, że wyszła na papierosa jakieś pół godziny temu. - odpowiedziała, wolną ręką zabierając ze stolika przygotowane przeze mnie karty.
-Zaraz... - powiedziałem powoli. - Przecież Lira wyszła pół godziny temu.
-A co to ma do rzeczy? - wzruszył ramionami, jakby tym razem on nic nie kumał.
-To, że... to Lira rozpoznała w niej kobietę ze zdjęcia w komisariacie. - powiedziałem bardzo cicho.
(Lira)
Nie podobało mi się, że w takiej chwili muszę wyjść ze szpitala, ale nie miałam innego wyjścia. Kiedy w końcu dojechałam do starej kamienicy, zamknęłam samochód. Jeszcze by brakowało, żeby ktoś obrabował mi Hudsona. O nie! Co to to nie! Jak w pięćdziesiątym drugim jacyś debile wybili okno i i rozwalili całą deskę rozdzielczą, to jeszcze uszło w tłumie, bo wciąż produkowali takie same, ale teraz nie dam się tak łatwo wmanewrować. Jak mówił kiedyś Logan „Wypierdalaj na zwłoki mojej babci”. Cokolwiek to miało znaczyć.
-No no no... - usłyszałam za swoimi plecami żeński głos. - Nie rozumiem skąd wiesz, kim jestem, ale... Nie ukrywam, że możesz mi zaszkodzić.
-Skąd wiesz, że już nie zaszkodziłam? - zapytałam, spoglądając na Justice w pełni wyprostowana. - Kiedy ktoś szkodzi społeczeństwu... ja mam za zadanie coś z tym zrobić.
-Dziwne... - skrzywiła się z dezaprobatą. - Nie wyglądasz na glinę.
-Bo wcale nie jestem z policji. - odpowiedziałam takim tonem, jakbym wszystkiego się spodziewała. - Wiesz jak to jest. Upadasz i wstajesz. Nie ma innego wyjścia. A to jak wstaniesz, zależy tylko od Ciebie.
-W takim razie, skąd... - wycedziła przez zaciśnięte zęby,
-Po prostu wiem. - pokiwałam głową. - To, że policja nie ma dowodów na Twoją mroczną działalność, nie znaczy, że o niej nie wiedzą.
Tylko nie mogę jej podpowiedzieć, że najlepsza wtyka w policji to mój kuzyn.
-Wiesz, że nie mam innego wyjścia. - wymamrotała, wkładając rękę do kieszeni żakietu.
Wyjmie broń? Nie wiedziałam czego się spodziewać, tym bardziej byłam zaskoczona, kiedy wyjęła z kieszeni klucze i zapalniczkę.
-I co z tym teraz zrobisz? - uniosłam brwi, nieświadoma zagrożenia, jakie mogła przygotować.
Nie mogłam dojść na myśli, co jej przyszło jej do głowy. Podpali mnie?
-To zabawne zrządzenie losu... - zachichotała z oznakami wyższości na twarzy. - Że moja matka mieszka akurat w tej kamienicy.
Stała za daleko. Za blisko drzwi. Błyskawicznie wyszła na zewnątrz.
-Hej! - wrzasnęłam podbiegając do drzwi, ale nie zdążyłam, bo już zdążyła je zatrzasnąć.
-Masz pecha. - usłyszałam jej stłumiony głos. - Drzwi wymienione w zeszłym tygodniu. A otwór pokryty siarką... Jest wśród zbutwiałej warstwy desek. Nawet nie zauważysz, kiedy zajmie się ogniem. Nie dasz rady tego powstrzymać. Nie znam Cię, ale mam przeczucie, że nie masz doświadczenia strażackiego.
Zaklęłam pod nosem, zbiegając po schodach. Spojrzałam na wyświetlacz telefon, ale ten nawet nie chciał się włączyć. Nie miałam pewności, czy trafię na kogoś z wyjątkiem dzieciaków. W dodatku... Niewielu ludzi miało w tym budynku telefony. A ta wariatka właśnie podpaliła cały budynek.
(Logan)
-Kendall, rusz się! - zawołałem, kiedy tylko się dowiedziałem. - Wiozą nam ofiary z pożaru w kamienicy. A jak nie chcesz przyjmować, to przynajmniej postaraj się o kilka wolnych łóżek.
-Mamy dziesięć wolnych łóżek! - odkrzyknął Dylan, odrzucając kilka wypełnionych kart. - Dopiero co spławiłem niezłą grupkę.
Westchnąłem, wychodząc na zimno. Wziąłem głęboki oddech i uśmiechnąłem się pod nosem. To dobry dzień. Chociaż jestem padnięty i nie będę miał okazji, żeby odpocząć w najbliższym czasie.
Uniosłem głowę, słysząc stado syren karetek. Rozejrzałem się na boki, widząc obok swoich kolegów. Ellie rozciągała się jak do biegania, a Will wkładał nowe rękawiczki. Jego czarne oprawki wyjątkowo mocno siedziały na nosie, jakby je sobie jakoś przyczepił do głowy.
-Piętnastolatek! - zawołał jeden z ratowników, którego nawet nie kojarzyłem. - Nawdychał się dymu, ale włoski w nosie są całe.
-Do dwójki! - zawołałem, podchodząc do drugiej karetki i pomagając otworzyć drzwi.
-Sześciolatka, nawdychała się dymu i jest wystraszona. - powiedziała Shannon, przekazując mi nosze z małą dziewczynką. - Logan...
Odwróciłem głowę o dziewięćdziesiąt stopni. Shannon miała dość niepokojący wyraz twarzy.
-Co się dzieje? - krzyknąłem, ale ona tylko pokręciła głową.
-Wiozą nam Lirę. - powiedziała w końcu. - Jest trochę poparzona, ale nic jej nie będzie.
Kiwnąłem głową i pozwoliłem jej wsiąść do karetki. Przeklęty Kendall! To ta laska coś jej zrobiła? Była tak bezwzględna, że podpaliła całą kamienicę.
-Henderson do środka! - krzyk Adams wytrącił mnie z zamyślenia. - Zajmij się tymi, co już przyjechali. Rusz się!
Kiwnąłem sztywno głową i wbiegłem na izbę przyjęć. Zagryzłem wargę i zacisnąłem zęby. Moja przyjaciółka została poparzona. Prawdopodobnie przez miejscową burdelmamę, a przy okazji ucierpieli niewinni ludzie.
Wszedłem do pokoju zabiegowego i bez słowa pochyliłem się nad dziewczynką. Rozglądałem się po sąsiednich pomieszczeniach, ale nigdzie nie widziałem Liry.
(Lira)
Próbowałam to zgasić płaszczem, ale nie dawałam rady. Ogień rozprzestrzeniał się zbyt szybko, a straż pożarna zdawała się jechać całe wieki. Teraz, leżąc na noszach w karetce, wydychałam stuprocentowy tlen, kiedy Adrian opatrywał moje przedramię.
-Boli? - zapytał, kiedy zauważył, że się skrzywiłam.
-Nie, ale... - nie dokończyłam, zanosząc się kaszlem. Adrian zagryzł wargę i popchnął mnie na prowizoryczną poduszkę.
-Mówiłem Ci, żebyś się nie odzywała. - powiedział cierpliwie. - Już zawiadomiliśmy Leona.
Pokiwałam głową i poczułam, jak się zatrzymujemy. Zamrugałam, próbując jakoś pozbyć się łez, które piekły mnie nie mniej od dymu.
-Jesteśmy na miejscu. - powiedział Jeff, odbezpieczając drzwi z tyłu karetki.
Trzy otworzyły się i jaskrawe, popołudniowe słońce zaświeciło mi prosto w oczy.
-Światłowstręt. - powiedział, pomagając mnie wyprowadzić. - Będziesz tak miała jeszcze przez kilka godzin. Normalna reakcja spojówek na dym.
Poprowadzili mnie w stronę głównych drzwi. Przez chwilę starałam się nie zwracać uwagi na to, co się ze mną dzieje, tylko leżeć spokojnie na wózku, co Adran powtarzał mi, odkąd tylko mnie na nim położył. Musiałem tylko leżeć. Nic więcej, a na nerwy przyjdzie jeszcze czas.
-Lira? - usłyszałam przerażony głos Kendalla. - Co się stało? Miałaś jechać do podopiecznego.
Chciałam mu odpowiedzieć, ale nie mogłam się odzywać. Kiedy otworzyłam usta, poczułam ból w gardle, jakby ktoś przecisnął mi do płuc przez usta drut kolczasty, powodując przy okazji liczne skaleczenia.
Nic nie powiedziałam, ale cały czas układałam w myślach, to co powiem Że poszłam do podopiecznego, ale tam nie dotarłam. Że to on musiał zejść na dół, szukając działającego telefonu wśród sąsiadów. Że to ta wariatka podpaliła kamienicę, bojąc się, że jej ponury interes wyjdzie na wierzch. Że się poparzyłam, bezskutecznie próbując zgasić przynajmniej kawałek. I że zabiła własną matkę. Bo kobieta nie przeżyła.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kto podejrzewał, że mogło do czegoś takiego dość, ręka w górę... Chyba byłam po Ostrym Dyżurze, że coś takiego napisałam. Ostatnio pisanie not autorskich mi nie idzie, to nie przynudzam.

Mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam spodobała. Zostawicie, proszę komentarz? Plis, plis, lis... Trzymajcie się! Cześć!