środa, 24 maja 2017

47. Czekanie

(Kendall)
Przez kolejne kilka dni Lira pozostawała w śpiączce. Amanda stwierdziła, że w ten sposób mózg lepiej się zregeneruje. Wiedziałem, że tak jest. Że rokowania są dobre, ale nie dopuszczałem do siebie myśli, żeby zaufać Amber. Lubię ją, ale czasami uczucia były silniejsze.
-Wszystko gra? - zapytał Logan, zaglądając mi w twarz. - Złapali McCalla. Teraz będzie pod ściślejszym nadzorem. Nie ucieknie.
-A skąd masz tą pewność? - spojrzałem na niego, odpychając się od biurka. - Raz mu się udała, więc może mu się udać i drugi raz.
Tylko praca utrzymywała mnie przy zdrowych zmysłach. Było dość kiepsko, ale nie dawałem za wygraną. Brałem najwięcej kart, miałem jedno z najlepszych zadowoleń... ale wciąż czułem, że czegoś mi brakuje. Kiedy wracałem do pustego mieszkania, szczególnie doskwierała mi jej nieobecność. Nie jeździłem jej samochodem. Nawet nie miałem odwagi, żeby go przeparkować. W końcu Leon odebrał ode mnie kluczyki i postawił go na parkingu policyjnym. To bardzo ładny samochód. A z takimi wiadomo. Bardzo często padają „ofiarą” wandalizmu. Zdecydowanie byłoby szkoda. Poza tym, wiem już, dlaczego Lira nie chciała ode mnie czynszu za mieszkanie. Wszystko było opłacone na dwadzieścia lat z góry i musiała tylko płacić za swoje rachunki. Nie wiem, jak jej się to udało. A jeśli nie jej, to jej dziadkowi.
Zawsze przed końcem dyżuru szedłem na neurologię i siadałem przy łóżku Liry. Nic nie mówiłem. Ważne, że byłem obok. Chociaż wiedziałem, że i tak nie jest tego świadoma i tak trzymałem ją za rękę, głaszcząc kciukiem grzbiet jej dłoni.
-Jak z nią? - usłyszałem za swoimi plecami głos Carlosa.
Obróciłem się, widząc, że wchodzi do środka. Może nie był lekarzem, ale znał podstawy. Dlatego pośpiesznie zabrałem rękę i schowałem ją do kieszeni.
-Wyluzuj. - powiedział, siadając obok mnie na wolnym krześle. - Podobno to pomaga. Ale... byłem u Scotta. Po raz pierwszy się z czymś takim spotykam i nie jestem pewien...
-Wciąż się obwinia? - zapytałem, wiedząc, że Lira z pewnością zainteresowałaby się tą sprawą, gdyby tylko była przytomna.
-Tak, ale nie z tym przychodzę. - wziął głęboki oddech, jakby chciał ostrożnie dobrać słowa. - Wiesz, że on interesuje się okultyzmem?
-On? - uniosłem brwi z zaskoczenia. - Okultyzmem? Przecież on chodzi na mecze. Nie może sam grać bo ma astmę... Wiem, ze gra na jakimś instrumencie, ale pojęcia nie mam na czym. Ale okultyzm to z pewnością nie jego bajka.
-Na wiolonczeli. - odpowiedział. Fajnie wiedzieć. - I wcale nie żartuję. Widziałem u niego w plecaku dwie książki. Jedna jest o demonach, druga o filozofii wyznawców szatana.
-Pytałeś go o to? - zapytałem, na co Carlos tylko wywrócił oczami. - Co Ci powiedział?
-Że jego bliska przyjaciółka zaczyna się koło tego kręcić, a sięgnął po te książki tylko, żeby mieć pod kontrolą, że nie robi niczego niebezpiecznego. - wyjaśnił, wzruszając ramionami.
-Brzmi logicznie. - odparłem obojętnie. - Stary, wierz mi... on nie kłamie. Derek mi o o nim sporo opowiadał. On nawet nie potrafi kłamać. Mówił jak nazywa się jego przyjaciółka?
-Umm... - mruknął, jakby próbował sobie przypomnieć coś bardzo odległego. - Lydia. Na pewno Lydia. Co, ją też kojarzysz?
-Kiedyś go tu przywiozła. - odparłem. - I widziałem ich razem w stołówce. Chyba są blisko.
-Dopiero teraz jego wersja z zainteresowaniem przyjaciółki stała się logiczna.
(James)
-Cześć. - powiedziałem, wchodząc do pokoju, w którym leżał Scott. - Ciekawe książki czytasz.
Wskazałem na okładkę, którą pośpiesznie schował pod kocem. Podszedłem do niego bliżej, żeby móc z nim porozmawiać.
-Mecenas Maslow? Coś się stało? - zapytał z niepokojem.
-Dobre wieści. - odpowiedziałem, siadając na wolnym krześle. - Złapali Twojego ojczyma. Niedługo będziesz mógł przenieść się do innego pomieszczenia. Wiesz... mniej strzeżonego.
-Trafi do tego samego więzienia? - zapytał, czym zupełnie zbił mnie z tropu. - Trochę czytałem. Wiem, że czasami więźniowie trafiają po ucieczce do tego samego więzienia, a czasami przenoszą ich w bardziej ustronne miejsce. Jestem tylko ciekawy...
-I z pewnością przerażony. - dokończyłem za niego, widząc jego spojrzenie i teczkę aktową, leżącą tytułem do dołu. Ktoś musiał mu to dostarczyć. - Nie martw się, strach to nic złego. Na razie rozważają jego przeniesienie na Alaskę. Nie mam pojęcia co postanowią, ale teraz jest pod ścisłym nadzorem.
-Wtedy też miał być. - powiedział cicho. - Myśli pan, że tym razem nie uda mu się uciec?
-Tak myślę. - zamrugałem, starając się nie podkoloryzować swojej wersji wydarzeń. - Myślę, że nie zdoła, bo będzie pod naprawdę ścisłym nadzorem.
-Ma pan nad tym kontrolę?
-Nie. Ale wiem, że jest pod obserwacją doświadczonych policjantów. - zapewniłem go, nie spuszczając z niego spojrzenia. - Wiesz co? Kiedy widziałem go godzinę temu nie wyglądał najlepiej. Ale był zły, kiedy dowiedział się, że jest z Tobą lepiej niż myślał.
Tak naprawdę był wściekły, kiedy dowiedział się, że Scott w ogóle żyje. Nie wiem, co on ma w tej głowie. Na pewno nie jest z nim najlepiej, a szansy na poprawę jakoś nie widzę.
-Kłamie pan. - stwierdził wyjątkowo bezlitosnym tonem. - Wiem, że chciał mnie zabić. Zabrał telefon, zamknął drzwi... chciał, żebym się wykrwawił w samotności.
-Ale... - powiedziałem szybko, chcąc, żeby dokończył. Znał ciąg dalszy tej historii.
-Zapomniał, że tam jest kamera. - odpowiedział cicho. - Portier zobaczył, że leżę zakrwawiony na podłodze i wezwał karetkę.
-Straciłeś przytomność zanim przyjechali? - zapytałem, chcąc, żeby opowiedział mi całą historię.
-Nie. - pokręcił głową. - Byłem świadomy do momentu, kiedy wyważono drzwi i ktoś próbował zatamować krew.
-A później?
-Obudziłem się w szpitalu. - odpowiedział. - Wiadomo coś o pani Forte?
-Lekarze mówią, że wyzdrowieje. - odparłem, pocieszająco kładąc mu rękę na ramieniu. - Ale potrzebuje na to trochę czasu.
(Logan)
Kiedy zaczynałem nocny dyżur, Kendall był już dawno w domu. Wiedziałem, że nie mam szans na odwiedzenie Liry, bo byłem pod okiem Adams. Wiedziałem, że na przerwie SMSować mi pozwoli. Zawsze pozwalała.
Do: Kendall
Treść: Jak się trzymasz?
Wysłałem wiadomość i zaczekałem na odpowiedź. Dość długo nie odpisywał. Może spał? Albo po prostu miał to gdzieś i oglądał jakiś film na kablówce?
W końcu odpisał. Po jakichś piętnastu minutach, jak już skończyłem przerwę.
Od: Kendall
Treść: Nic mi nie jest. Lepiej zajrzyj do Scotta.
Byłem zaskoczony, kiedy to przeczytałem. Dlaczego każe mi zaglądać do tego dzieciaka? Czyżby nadmierna troska? Nie miałem pojęcia. Z resztą... nigdy nie wiadomo, o co chodzi Kendallowi. Przynajmniej, kiedy ma doła.
Zgodnie z jego prośbą, poszedłem do sali chłopaka. Zmarszczyłem brwi, słysząc świszczący oddech. Zmarszczyłem brwi, podchodząc do śpiącego chłopka.
-Scott? - potrząsnąłem jego ramieniem, żeby go obudzić. - No dalej, otwórz oczy.
Nie ważne jak mocno nim szarpałem i krzyczałem, on nadal nie chciał się obudzić. Jednak wiedziałem, że nie stracił przytomności. Po prostu dostał ataku astmy we śnie. Kendall, Ty cwany sukinkocie, skąd wiedziałeś?
W końcu się poddałem i zacząłem grzebać w szufladzie za zapasową kroplówką z odpowiednimi sterydami. Przecież ona musiała gdzieś tu być! Na sto procent! Dzisiaj widziałem jak Alexa ją tu wsadzała. W końcu wyciągnąłem upragniony worek z przeźroczystym płynem i ucałowałem z wdzięcznością etykietę z pieczątką szpitala.
Zawiesiłem kroplówkę na stojaku i przeciągnąłem przewód od worka z solą do tego odpowiedniego. Spojrzałem w twarz Scotta, z paniką stwierdzając, że oddech powoli zaczyna zanikać. Szybko, zadziałaj Ty głupia kroplówo! Na co czekasz?
-Dawaj! - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Nie chcę Cię dzisiaj intubować!
Rozejrzałem się po pomieszczeniu i sięgnąłem po maskę tlenową, odkręcając zawór do oporu. Pośpiesznie włożyłem Scottowi maskę na usta i nos. Przez całkiem długą chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie ściągnąć mu tej maski i wdmuchać dwa razy powietrza do ust, żeby go jakoś tym zmotywować. Zagryzłem wargę, obserwując powolne działanie leków.
-Dzięki, Boże. - wydyszałem, jak po długim biegu, wyciągając spod koszulki medalik i całując jego chropowatą powierzchnię.
Oparłem się o łóżko i spuściłem głowę. Czułem zbliżająca się tachykardię (aut. Za szybkie tempo serca) od rosnącej paniki. Miałem ochotę zadzwonić do Kendalla i zapytać, skąd wiedział, że coś takiego się może stać, ale nie zdążyłem, bo drzwi pokoju niespodziewanie się otworzyły i w bystrym świetle ukazała się postać Adams we własnej osobie.
-Co Ty tu robisz? - zapytała dosyć ostro. - Był wypadek, a specjaliści z innych oddziałów sami sobie nie poradzą.
-Za chwilę. - powiedziałem, przyzwyczajając się powoli do bystrego światła. - Po prostu Kendall wysłał mi SMSa, żebym do niego zajrzał i...
-I dlatego podajesz mu stuprocentowy tlen? - przerwała mi, wskazując na odczyty na gałce od destylatora na tlen.
-Kiedy tu przyszedłem, miał atak przez sen. - wyjaśniłem. - Nie mogłem go dobudzić. Podałem tlen i sterydy. Teraz powoli wraca do normy. Nie obudził się, zbyt mocno spał.
Adams odgarnęła chłopcu spocone włosy z czoła, patrząc na niego ze współczuciem. To był kolejny jej przejaw człowieczeństwa w stosunku do tego dzieciaka.
-Dzięki Bogu, za intuicję Schmidta. - podsumowała.
-Też przebiegło mi to przez myśl.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dobra, tego dnia miałam wenę, bo nie dość, ze skończyłam poprzednią, napisałam tą to jeszcze zacznę następną. Teraz próbuję pisać jednorazówkę i mam jeszcze dwa teksty na przód do sprawdzenia. Dziękuję za Wasze ostatnie komentarze. Jesteście wielcy. Poza tym... jeśli skończę tę jednorazówkę, to będziecie mieli nietypowy Happy Week po pięćdziesiątej notce.

A jak podobała Wam się ta notka? Bogu dzięki za intuicję Kendalla, czy to był tylko czysty przypadek? Koniecznie mi napiszcie, to o tym myślicie. Trzymajcie się! Cześć! 

środa, 17 maja 2017

46. Zemsta frajera

(Kendall)
Po SMSie od Liry miałem pełne gacie. Trzy dni temu ojczym Scotta uciekł z więzienia, a chłopak ani myślał się dzielić wrażeniami. Później zadzwonił Derek, który mnie poinformował, że przyjedzie za kilka godzin. Zdawałem sobie sprawę, że próby wyciągania czegokolwiek od chłopaka na nic się zdadzą, ale jeśli ten koleś ma tu przyjść i się mścić, to wolałem o tym wiedzieć.
Z kolei jeszcze większy pot oblał moje plecy, kiedy dostałem od Liry SMSa z kilkoma niezrozumiałymi znakami.
-Co jest? - zapytała Alexa, która chyba zauważyła moją minę. - Strasznie zbladłeś.
Otworzyłem szeroko usta i pokazałem jej wyświetlacz swojego telefonu. Alexa mi zawtórowała i wyrwała mi komórkę z ręki.
-Na trzecie piętro. - rzuciła szybko, kładąc tacę z lekami na blacie recepcji przed nosem Abby.
Kiwnąłem głową i pobiegłem z nią na górę. Nie było co czekać na windę. Za dużo czasu kiedy znaleźliśmy się na trzecim piętrze, wyprzedziłem Alexę i pomimo zadyszki wbiegłem do pomieszczenia.
-Boże mój... - wykrztusiłem z siebie zduszonym głosem. - Lira!
Lira leżała na podłodze twarzą do ściany. Dobiegłem do niej dwoma wielkimi krokami i obróciłem ją na plecy. Położyłem dwa palce na jej szyi, próbując wyczuć tętno. Poczułem bardzo słaby puls, ale nie usłyszałem, żeby oddychała.
-Co się dzieje? - zapytała Alexa zmartwionym głosem.
-Nie oddycha. - odpowiedziałem, układając jej dłonie na piersi i zaczynając uciskać. - Wezwij pomoc.
Boże, błagam, nie odbieraj mi jej! - błagałem z całych sił, uciskając klatkę Liry, ledwo uchylając jej koszulkę. Nie chciałem, żeby to się tak skończyło. Nie chciałem! Nie mogłem jej teraz stracić. Nie w ten sposób! Nie przez jakiegoś bezmózgiego frajera.
Alexa wybiegła z pomieszczenia, kiedy pochyliłem się nad twarzą Liry i wdmuchałem jej powietrze do ust. Nie wiedziałem jak długo to trwało. Zdałem sobie sprawę dopiero, kiedy ktoś odsunął moje dłonie i zastąpiły je czyjeś ręce.
-Pobita kobieta! - zawołał jakiś mężczyzna, którego ledwo kojarzyłem z widzenia. - Prowadzimy resuscytację! Przyślijcie ekipę!
To on jej zrobił? Nie... Nie chciałem w to uwierzyć. Dopiero po chwili zauważyłem, że tył głowy Liry niebezpiecznie krwawi. Poczułem mdłości, kiedy nagle czyjeś delikatne dłonie odciągnęły mnie od tego całego zbiegowiska.
-Zostaw. - powiedział cicho Logan. - Poradzą sobie.
Obserwowałem co robią. Jak podają jej leki przez dojście, jak intubują, defibrylują... zakładają kołnierz, w końcu jeden z nich krzyczy, że odzyskała prawidłowy rytm i podnoszą ją na desce.
-Zabieramy ją do Amber. - oznajmił jeden z ekipy ratunkowej. - Ma odruchy neurologiczne, ale...
Nie zdążył dokończyć, bo kolana się pode mną ugięły.
Kiedy się ocknąłem, leżałem na jakiejś kanapie. To z pewnością nie był gabinet Liry i Matta. Ani pokój lekarski w izbie przyjęć. Bardziej jak... ortopedia?
-Nie wstawaj. - usłyszałem głos Alexy, która położyła mi dłoń na ramieniu. - Wciąż jesteś w szoku.
-Co z nią? - zapytałem natychmiast, wciąż pamiętając, co się stało.
-Nie wiem. - wzruszyła ramionami. - Mnie też to dobija. Nic nie chcą powiedzieć. Po tomografii prawdopodobnie będą operować.
-Chcę przy niej być. - oznajmiłem, podnosząc się do pozycji siedzącej.
-Nie możesz. - pokręciła głową, zmuszając mnie, żebym znów opadł na poduszki. - Wiedzą, co Cię z nią łączy. Nie są zwolennikami prywatnych zażyłości w pracy.
-Lira nie jest członkiem personelu medycznego. - przypomniałem jej, kiedy w końcu pozwoliła mi usiąść i podała plastikowy kubek z wodą. - Jest pracownikiem socjalnym.
-Ale i tak nie pozwolą Ci nawet obserwować zabiegu.
-Alex... - Zacząłem, przełykając ślinę. - Nie mogę jej stracić, rozumiesz? Kocham ją.
-Wiem, Kendall. Wiem. - pokiwała głowa, przyciągając mnie do siebie i przytulając jak przyjaciółka, której teraz tak bardzo potrzebowałem.
(Logan)
Widziałem Dereka już z daleka. Siedział przy łóżku Scotta, o czymś cicho z nim rozmawiając.
-Sprawdziliśmy nagrania z monitoringu. - oznajmiłem bez żadnego ostrzeżenia. - Wasz ojczym tu był. Pobił naszego pracownika socjalnego.
Derek spojrzał na mnie, jakby się tego domyślał. Wszystko było na taśmach. W Adams obudziła się żądza mordu. Wezwała chyba połowę nieobecnych lekarzy, zapuszkowała cały budynek do odwołania i kazała odsyłać karetki. To była jedna z kryzysowych sytuacji. Jedna z niewielu, w której ucierpiał pracownik.
-Panią Forte? - zapytał Scott, spoglądając na mnie z zaniepokojeniem.
Kiwnąłem głową. Derek wstał z krzesła, zakładając dłonie na biodra. Chyba przeczuwał, co złego się stało, ale wolał to usłyszeć, niż zacząć zgadywać.
-I? - zapytał, unosząc brwi z nadzieją. - Co z nią?
-Walczy o życie. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Derek uderzył w stolik przy łóżku z cichym kliknięciem. Widziałem, ze to przeżywa. Widziałem, że nie może wytrzymać z bezradności. To samo młody, który nie potrafił ukrywać emocji.
-To moja wina. - powiedział cicho, wpatrując się w swoje dłonie spoczywające na pościeli. - Gdybym wtedy się powstrzymał, nikomu nic by się nie stało.
-Scott, nie... - jęknąłem, kręcąc głową. - Nie ma w tym Twojej winy. Nic nie poradzisz, że Twój ojczym jest bezmyślnym fiutem. Przepraszam... - wymamrotałem, spoglądając na Dereka.
-Nie szkodzi, sam wyrażam się jeszcze gorzej. - pokręcił głową, jakby gorączkowo nad czymś myślał. Nawet nie chciałem się domyślać, co takiego zaprzątało jego głowę.
Czekaliśmy. Czekanie było najgorsze. Tylko Alexa pojechała do domu, bo nie był kto się zająć Wendy. Tym bardziej byłem zaskoczony, kiedy wjechała spacerówką do izby przyjęć niecałą godzinę później. Potem pomogła zaprowadzić Scotta do bezpiecznego pokoju, gdzie wnieśliśmy jeszcze wyprawkę dla astmatyka.
-Dlaczego zamknął pan drzwi? - zapytał Scott, kiedy przekręciłem kluczyk.
-Twój ojczym wciąż tu jest, ale nie wie, że tu trafiłeś. Przynajmniej wszystko na to wskazuje. Lepiej być przygotowanym.
-A doktor Schmidt? - zapytał w końcu.
-Czeka przed blokiem operacyjnym. Nie przejmuj się. Jest z nim Trzech gliniarzy. - uspokoiłem go, siadając naprzeciwko i obserwując Alexę, która rozkładała się z rzeczami Wendy.
Wiedziałem, że zamierza tu nocować. Jak cała nasza czwórka. Teraz Kendall musiał czuć się bardzo samotny, szczególnie, że nawet nie mogliśmy się dodzwonić do Carlosa.
(Kendall)
Kiedy samemu się operuje, nie odczuwa się upływającego czasu. Oczywiście, wiem, że to zwykle trwa kilka, może nawet kilkanaście godzin, ale dopiero teraz mogłem poczuć to z innej perspektywy. Teraz, siedząc pod blokiem operacyjnym, przekonałem się na własnej skórze, co w takiej chwili czują rodziny pacjentów.
-Proszę. - usłyszałem głos Leona, który wyciągnął w moją stronę papierowy kubek z kawą. - Dobrze Ci zrobi.
Spojrzałem na niego z zaskoczeniem. Był przygaszony, ale nie sprawiał wrażenia, jakby w środku go nosiło, tak jak mnie. Przeciwnie. Wyglądał, jakby z łatwością przesiedział te kilka godzin.
-Jak zachowujesz spokój? - zapytałem go po dłuższej chwili milczenia.
-Bo wiem, że panika jej nie pomoże. - wzruszył ramionami. - Rzadko czuję się tak bezradny jak teraz. Ale wierzę, że z tego wyjdzie.
-Kontaktowałeś się z Mattem? - zapytałem w końcu.
Leon pokręcił głową i uniósł swój kubek do ust. Wiedziałem, że Matt wybrał sobie właśnie ten moment na załatwianie spadku po ojcu. Ani on, ani reszta jego rodziny nie chciała tego załatwiać na szybko. Teraz, kiedy minęło kilka miesięcy od pogrzebu, mógł spokojnie wziąć urlop zająć się tymi sprawami. Może nie był odpowiedni, ale... chociaż to jej najlepszy przyjaciel, to nie chciałem mu teraz zaprzątać tym głowy.
-Podobno zdawałeś kiedyś na pediatrię. - zagadał, czym zupełnie mnie zaskoczył.
-Tak, ale to już przeszłość. - pokiwałem głową. - Nie chcę do tego wracać. Z resztą... druga specjalizacja to nie jest najlepszy pomysł. Właściwie skąd o tym wiesz?
-Widziałem dokumenty na biurku Twojej szefowej. Niecałe dwa dni temu. Ma Ci zaproponować kurs uzupełniający. Najwyżej roczny.
-Myślałem, że nie szuka już pediatry. - odpowiedziałem, splatając dłonie na kolanach. - Wiesz, czasami... zastanawiam się, jak by to wszystko wyglądało. Gdybym nie zmieniał wcześniej zdania i został w szpitalu na Alasce.
-Na Alasce? - zmarszczył brwi ze zdziwienia.
-Mają tam najlepszy oddział ortopedyczny. - wyjaśniłem. - Logan chciał się tam dostać na praktykę i namówił mnie na złożenie papierów. Ja się dostałem, ale on nie. Teraz myślę, że gdybym tam pojechał, nie poznałbym Liry.
-I nie zaczęlibyście się spotykać. - powiedział tonem, który chyba miał mnie przekonać, że podjąłem najwłaściwszą decyzję.
-Ale może wtedy nic jej by się nie stało. - zauważyłem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzisiaj Kendall zaliczył chwilę zwątpienia. Chwilę, bo zaraz mu wszystko przejdzie, a ile to potrwa... nie mogę powiedzieć. W sumie, to nie wiem, jak na to wpadłam, a dwie linijki przedmowy z tytułem piosenki najzwyczajniej w świecie wycięłam.
Notka dedykowana Sylwii, z racji, że przedwczoraj nadrabiała. W ramach „prezentu” po pięćdziesiątej notce wkleję, jaki plakat Wolverina Lira trzyma w domu.

Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. No i nie ukrywam, że było mi trochę przykro, że pod poprzednią notką nie było ani jednego komentarza. Ale pod tą już będzie, prawda? Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 10 maja 2017

45. Żartowniś

(Kendall)
Trzy miesiące później Logan był już całkiem Loganem. Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy zabierali jednego faceta z wypadku. Logan jak zwykle żartował, dobierając kawał do sytuacji.
-Motocyklista jadący z prędkością 230 km/h zobaczył przed sobą małego wróbelka lecącego na wysokości twarzy. - zaczął opowiadać, chociaż wydawało się, że nikt go nie słuchał. - Starał się jak mógł, żeby uniknąć spotkania z ptaszkiem, ale przy tej prędkości nie dało się nic zrobić. Ptak przekoziołkował kilka razy w powietrzu i upadł na asfalt. Motocyklista poruszony wyrzutami sumienia, zatrzymał się o wrócił po ptaka. Wyglądało na to, że wróbelek żyje, zabrał go więc do domu, umieścił w klatce, dał mu wody, jakiegoś jedzenia. Rano wróbelek ockną się, popatrzył na jedzenie, popatrzył na wodę, na pręty klatki przed sobą i mówi: O matko, zabiłem motocyklistę.
Na twarzy Lily dostrzegłem cień uśmiechu. W przeciwieństwie do Alexy, która jak zawsze wyrzuciła za niego wszystkie odpadki i wyszła na korytarz.
-Dobra, idę na następną konsultację. - oznajmiłem, na co Logan nawet nie zareagował. Parsknąłem śmiechem i pokręciłem głową. Teraz wszystko wydawało się... takie normalne. Nikt nie czuł się niepotrzebny. Przeciwnie, każdy znał swoje miejsce i jakby z automatu szedł tam, gdzie akurat miał swoje zadanie do wykonania.
Odrzuciłem na bok jednorazowy fartuch i puściłem oczko do Liry, która stała naprzeciwko Alexy, próbując coś z nią uzgodnić. Zatrzymałem się na środku korytarza, kiedy zadzwonił mój telefon. Oparłem się o o ścianę, patrząc na wyświetlacz. Nieznany numer. Kto mógł teraz do mnie dzwonić? Uniosłem brwi, unosząc komórkę do ucha.
-Tak, słucham? - zapytałem, przechodząc kilka kroków do przodu.
-Witam, mówi doktor Willson ze szpitala miłosierdzia. - usłyszałem w kobiecy głos. - Rozmawiam z panem doktorem Schmidtem?
-Tak, o co chodzi? - zapytałem, wchodząc do socjalnego i zamykając za sobą drzwi.
-Dwa dni temu trafił do nas pański pacjent. Scott Hale. Pamięta pan, czy potrzebuje pan czasu, żeby sprawdzić kartotekę?
-Nie, nie trzeba. Wiem, o kogo chodzi. - pokręciłem głową, czując zimny pot na karku. - Astma, czy coś mu się stało?
-Pański pacjent został do nas przewieziony z raną kutą brzucha. - powiedziała, jakby to było coś niewinnego. - Jest stabilny, ale to pan jest jest jego lekarzem rodzinnym. Brakuje nam łóżek. Robimy co się da, ale... Chcielibyśmy go przenieść. Właściwie, to musimy.
No tak... im stale brakuje łóżek. Selekcja patologii, żeby zrobić miejsce dla bananowej młodzieży, która przyćpała na imprezie o jedną kreskę za dużo.
-Oczywiście, nie ma problemu. A co na to jego brat? - zapytałem, szukając w szufladzie kapsułek z kawą do ekspresu. - Do przeniesienia potrzebna jest jego zgoda.
-Jego brat sądzi, że to najlepsze wyjście. Twierdzi, że w pełni ufa personelowi Waszego szpitala. - odpowiedziała. - Przychodzi do niego tylko wieczorem, bo bardzo dużo pracuje. Ale lepiej, żeby pan osobiście o niego zapytał.
-To kiedy z nim będziecie? - zapytałem.
-Może nawet za godzinę. - odparła pewnym tonem. - Zależy o której wróci karetka transportowa.
-Wiem, jest tylko jedna. - wymamrotałem. - Dziękuję za telefon. Do zobaczenia.
Upewniłem się, że roztłoczyło i odrzuciłem komórkę na stolik. Nóż w brzuchu? Napadli go, czy jak? Nie możliwe, żeby zrobił to ktoś ze szkoły? Jest lubiany przez kolegów. A przynajmniej nie ma tam kogoś, kto chciałby go skrzywdzić.
Usłyszałem, jak otwierają się drzwi. Do środka wszedł Logan, trzymając gazetę w ręku.
-Robisz kawę? - wskazał za moją rękę, rozsiadając się na fotelu. - Cudownie, ja poproszę z podwójnym cukrem.
Uśmiechnąłem się pod nosem, robiąc pierwszą filiżankę dla Logana. Kiedy kubeczek wypełnił się ciemnym płynem, postawiłem go przed nim na stoliku.
-Dzięki. - odpowiedział i popatrzył za mną ze zdziwieniem, kiedy zrezygnowałem z robienia kawy dla siebie. - Nie mam zamiaru się z Tobą dzielić. - pokręcił głową. - I tak tej jest mało.
-Muszę jeszcze coś sprawdzić. - wyjaśniłem, siadając do komputera. Ni z tego, ni o owego wpadłem na dość szaloną, jak na mnie, teorię. - Nie pamiętasz przypadkiem w którym zakładzie karnym przebywa McCall?
-Kto? - zmarszczył brwi, spoglądając mi przez ramię.
-Ojczym Scotta i Dereka. - wyjaśniłem. - Muszę się upewnić, że wciąż tam jest.
-Zalewasz. - prychnął pod nosem. - Nie masz uprawnień.
-Lira ma. - oznajmiłem, wiedząc, że nie ma zielonego pojęcia o naszych domowych rozmowach wieczorami. - Już raz ktoś uprowadził ją i Matta. Dała mi swoje hasło na wszelki wypadek.
-Czekaj... porwali ich? - wrzasnął mi do ucha.
-Nie, pacanie! To było półtora roku temu.- odkrzyknąłem, wchodząc do sądowej bazy danych. - Nie wiesz przypadkiem, co oznacza żółta ramka?
-Ucieczkę. - wyjaśnił. - Na pewno. I kogo nazywasz pacanem?
Otworzyłem szeroko usta. Tego się nie spodziewałem. Myślałem, że... O Boże... Dlaczego nikt nas o tym nie informował?
-Nie mów, że on...
-Nie mówię. - pokręciłem głową, sięgając po swoją komórkę i wybierając numer do Liry.
-Tak? - usłyszałem jej głos w słuchawce.
-Wiedziałaś, że ojczym Hale'ów uciekł z więzienia?
-Kendall, jeśli to jest żart, to mało śmieszny. - oznajmiła, jakbym naprawdę żartował.
-Wcale nie żartuję! - zaprzeczyłem. - Za jakąś godzinę przywiozą do nas Scotta. Trzy dni temu dostał nożem w brzuch.
-O matko... - westchnęła. - Sprawdzam co tydzień, co u niego i to przeczyłam. Szkoda, że nie wpadłam na to, żeby mieć jeszcze suba na ojczyma.
-Możesz ustalić, kiedy uciekł? Znam twoje hasło, ale nie napisali tu od kiedy nie ma go w więzieniu.
-Dobra, już sprawdzam, tylko się wyloguj, bo nie chcę, żeby mnie zablokowali.
-Dobra. - kiwnąłem głową, klikając „wyloguj”. - Zadzwoń, albo zejdź, kiedy się czegoś dowiesz.
-Dobra. - odpowiedziała. - Na razie.
-Wracam do pracy. - powiedziałem prędzej do Logana, niż do niej. - Będę zaglądał do recepcji.
Nie czekałem na jego odpowiedź i wróciłem na izbę przyjęć. Alexa akurat schodziła ze stanowiska i zakalała sobie stetoskop na szyję.
-Chodź, pomożesz. - powiedziała, ciągnąc mnie za ramię. - Jest zatrzymanie krążenia w trójce.
-Idę z Wami. - zawołał za nami Logan.
Wózek w trójce otaczali sami studenci. Nie wiedziałem za co się zabrać, ale natychmiast zmieniłem dziewczynę, która wyraźnie nie dawała sobie rady z masażem.
-Powoli wchodzi w migotanie. - powiedział Logan, ładując defibrylator. - Wstrząs?
-Nie, czekaj. - pokręciłem głową. - Najpierw podaj adrenalinę.
Logan wzruszył ramionami i poczekał, aż lek zadziała.
-Miałeś rację. - przytaknął. - Wchodzi w pełny częstoskurcz. Dobra, na jeden. Trzy, dwa...
-Jeden. - dokończyłem, zabierając ręce z klatki chłopaka.
Logan przyłożył łopatki i wcisnął przyciski aktywujące. Popatrzyłem na monitor gotowy do dalszego masażu, ale Logan tylko zaśmiał się z wyraźnym tryumfem.
-Tak jest! - wykrzyczał. - Normalny rytm zatokowy! Opowiem Wam kawał, słuchajcie. Bóg przyjmuje umarłych. Nagle ktoś wbiega, rozgląda się i szybko wybiega. Sytuacja powtarza się jeszcze kilka razy. Bóg zwraca się do anioła: Kto to jest? A on mu na to: To z reanimacji.
Aurel, jedna z najmniej uzdolnionych studentek popatrzyła na niego, jakby nic nie zrozumiała, chociaż wszyscy się śmiali.
-Wiesz, co stary? - zwrócił się do mnie, ale nie przejmował się, że wszyscy go słyszą. - Blondynka nie bez powodu jest uważana za prototyp kobiety, którą pan Bóg zapomniał wyrzucić do kosza.
Może przesadził... no dobra, definitywnie przesadził. Aurel, która miała nadzwyczaj zadbane, jasne włosy i w tej chwili wyglądała na śmiertelnie obrażoną.
-Schmidt, do mnie! Już! - usłyszałem krzyk Adams.
-To na razie. - westchnąłem i oddałem mu przeglądaną właśnie kartę.
Wyszedłem na korytarz, gdzie nasza pani ordynator stała obok wózka na którym leżał Scott. Czyli już przyjechał. No, to fajnie.
-Cześć. - powiedziałem, kiwając na niego głową.
-Wiedziałeś o tym? - rzuciła oskarżycielskim tonem.
Spojrzałem w jej surowe, brązowe oczy. Patrzyła na mnie wyzywająco, ale nie wiedziałem, czy rzuca mi wyzwanie, czy po prostu czekała na odpowiedź.
-Wiedziałem, ale dopiero od dwudziestu minut. - odpowiedziałem, razem z nią prowadząc jego wózek za jeden z parawanów. - Dlaczego nic nie powiedziałeś?
-Nie chciałem robić kłopotu. - odpowiedział niewinnym tonem, kiedy zamienialiśmy wózki.
Scott sięgnął po swój plecak leżący w nogach. Sięgnąłem po niego i położyłem go na jego kolanach.
-Dziękuję. - kiwnął głową.
-Na razie poleżysz tutaj. Później Cię przebadamy i zrobimy miejsce na oddziale. A teraz... odpocznij.
Przerwałem, słysząc sygnał SMSa. Otworzyłem wiadomość.
Od: Lira
Treść: McCall nawiał w czwartek.
Czyli trzy dni temu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zaszalała. Postanowiłam trochę poeksperymentować i napisałam całą notkę z perspektywy Kendalla. Wyszła jedna takie długa scenka. Pewnie czytało Wam się ją, tak samo szybko jak mnie sprawdzało. A jak Wam się podoba taki Logan opowiadający kawały na każdym kroku? Swoją drogą, musiało mi nieźle odwalać. Same kawały brałam z apki na telefonie sprzed dziesięciu (chyba) lat, ale myślę, że dają radę.

Wam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Do zobaczenia za tydzień, albo w czwartek na Koniczynce. Link w ramce z info. Cześć!  

środa, 3 maja 2017

44. Zasady moralne

Uwaga! Jeden fragment tu jest naprawdę chory, czytacie na własną odpowiedzialność.
(James)
-Mieszka tu pani sama? - zapytał Scott, kiedy weszliśmy do mieszkania Mary. - Dużo miejsca jak na jedną osobę.
-Wiem, ale lubię żyć w dużej przestrzeni. - odpowiedziała, pomagając mu ściągnąć duży plecak. - Przynajmniej będziesz miał gdzie spać.
-Mógłbym nocować w szpitalu pod łóżkiem Dereka. - oznajmił, kompletnie mnie tym zaskakując. - Już wiele razy spałem na podłodze.
-W szpitalu nocują tylko chorzy. - zauważyłem. - I z pewnością nie wolno Ci tam spać.
-Chyba, że wpadniesz na dość głupi pomysł i przy ataku nie użyjesz inhalatora. - dodała Mary. - Ale nie masz co marzyć, że pójdziesz dzisiaj do Dereka. Trzymam w domu spory zapas epinefryny.
-A kiedy będę mógł go zobaczyć? - zapytał, patrząc na nas z nadzieją.
-Jeśli szybko uwiniemy się z Twoimi rzeczami, nawet za kilka godzin. Tuż przed zamknięciem godzin odwiedzin. - powiedziała mu, kiedy obróciłem się w stronę części kuchennej. - Najpierw upierzemy Twoje brudy z wycieczki.
Scott zachichotał, kiedy wstawiałem wodę na herbatę. Już kiedy wysiadał z pociągu, widziałem rumieńce na jego twarzy. Teraz jakby był spokojniejszy, ale bardziej zmęczony.
-Z całym szacunkiem, ale potrafię sam zrobić pranie. - odpowiedział uprzejmie. - Ręcznie i w pralce. Zwykle sam to robię. Potrafię jeszcze gotować.
No teraz mnie powalił. Przecież... on właściwie nie miał dzieciństwa. Tylko co? Sam sobie prał, a spanie na podłodze nie było dla niego niczym nadzwyczajnym. Ten dzieciak nie ma dzieciństwa, czy jak? Wiem, że w pewnym momencie zostało trochę spieprzone, ale takie zachowanie już samo w sobie było dziwne.
-Nie tym razem. - Mary pokręciła głową. - Przez następne kilka dni to ja będę Twoją opiekunką. A to znaczy, że nie będziesz niczego prał, ani gotował, ani tym bardziej spał na podłodze.
(Kendall)
Następnego dnia Logan był bardziej Loganem, ale wciąż nie otrząsnął się po tym, co się stało. Wiem, że przeżywał to głównie dlatego, że sam znalazł tego chłopaka i pewnie gdyby nie to, nie przeżyłby aż tak śmierci tego chłopca.
Za to ja i Lira przeżywaliśmy swój najlepszy okres. Odkąd zamieszkaliśmy razem, wszystko nam się układało. Nawet nie przeszkadzały nam szalone godziny pracy. Zawsze znajdowaliśmy okazję, żeby spędzić ze sobą trochę czasu.
-Kendall, szukają Cię na urazówce! - zawołała Alexa, wychylając się lekko zza biurka.
-Konsultacja? - zapytałem, podchodząc bliżej i kładąc na blacie kilka podkładek z kartami. - To dla praktykantów. Wybrałem lżejsze przypadki.
-Czyżby lenistwo? - zachichotała, podając mi czysty fartuch jednorazowy. - Włóż to, podobno krew leje się strumieniami.
-Nie lenistwo. - pokręciłem głową, znajdując rękawy. - Mamy ich uczyć. Nie mogę rzucić ich od razu na głęboką wodę. Ale... Tam są wszy pod owłosieniem. Pamiętasz, jak chciałaś ukarać „Clency'ego” po tym jak nazwał Cię „siostrą”. To teraz masz okazję.
Alexa uśmiechnęła się trochę chytrze. Pokręciłem głową, wyciągając z kieszeni dodatkową parę rękawiczek i bez słowa poszedłem do zabiegowego.
-Co macie? - zapytałem, podchodząc do wózka.
-Pomóż nam, macica wyciekła przez pochwę. - wysapał Logan, trzymając dłoń między nogami kobiety. - Urodziła, ale potem wszystko wymknęło się spod kontroli.
Podszedłem bliżej, próbując zajrzeć w ten najbardziej strzeżony przez kobiety zakamarek.
-Boże mój... - westchnąłem, zmieniając rękę. - Daj mi pięć sekund, muszę się rozejrzeć.
-Czas start. - zawołała Lily, kiedy próbowałem wybadać źródło krwawienia.
Przez pierwszą sekundę wpatrywałem się w kałużę krwi. Przez chwilę starałem się spowolnić własny czas i dotykiem wybadać źródło krwawienia.
-Przesunięte łożysko. - powiedziałem, trzymając rękę na najpłytszym źródle krwawienia. - Będzie trzeba operować. Zawiadomiliście położnictwo?
-Kilku lekarzy nie odpowiada na telefony, a mają tam młyn, w tym czasie musimy sobie poradzić sami. - odparł Logan, chwytając nogę kobiety i zakładając ją sobie na ramię. - Znam jedną sztuczkę. Odciągnę bok, żeby zyskać trochę miejsca, a Ty przepchniesz łożysko i macicę z powrotem na miejsce. Zgoda?
-A co to da? - wydyszałem, powoli czując, jak drętwieje mi nadgarstek od zbyt długiego bezruchu.
-Kupimy jej trochę czasu. - wyjaśnił.
Zgoda, ten sposób był najszybszy, ale jego skutki utrzymywały się najwyżej pół godziny. Najkrócej dziesięć minut. I jeśli to ma nam coś dać, to właśnie czas.
-Dobra, to na trzy.
-Raz. - powiedziałem powoli.
-Dwa... - kontynuował Logan, lekko przeciągając ostatnią samogłoskę.
-Trzy. - powiedzieliśmy jednocześnie.
Ułamek sekundy po Loganie, wepchnąłem rękę jeszcze dalej, czując nagły przypływ miejsca.
-Lily, czy mogłabyś nam zrobić naprawdę duży tampon? - poprosiłem, wiedząc co się będzie działo, kiedy zabiorę rękę. - I to w miarę szybko.
-Oczywiście. - kiwnęła głową, pośpiesznie odwracając się do do półki z opatrunkami.
Pośpiesznie i na macanego, umieściłem wszystkie narządy wewnętrzne na odpowiednim miejscu. Za mną Logan już czekał, aż się wycofam z gotowym opatrunkiem prowizorycznym w rękach.
-Mniej krwawi. - stwierdził, kiedy wyciągnąłem rękę umazaną do łokcia we krwi. Szkoda, że nie mamy tu dłuższych rękawiczek.
-Dobra, bierzemy ją na ginekologię. - powiedział facet, który dopiero przyszedł. - Świetna robota.
Jego pochwała nie wydawała się ani trochę szczera. Opadłem na krzesło, dysząc ciężko, a Logan spojrzał na mnie z żalem na twarzy.
-Słyszałeś to? - pisnął z oburzeniem. - Teraz zbierze wszystkie laury dla siebie, mówię Ci!
-Ja nie brałem w tym udziału. - pokręciłem głową, chcąc się z tego za wszelką cenę od tego wymigać i to w najbardziej subtelny sposób.
-Żartujesz? - zrobił duże oczy, patrząc na mnie ze zdziadzieniem i lekką urazą. - Sam chciałbym tam wsadzić rękę.
Parsknąłem śmiechem, powoli się rozbierając. Niestety, jednorazowy fartuch nie ochronił mojego stałego fartucha. Biały rękaw był umazany cały we krwi.
-Dobra, idę się przebrać. - odparłem, wyrzucając jednorazowe ciuchy do kosza. - I ani słowa Lirze!
-Dobra, jak sobie tam chcesz. - machnął ręką.
Tak, to zdecydowanie był Logan, którego znam.
(Lira)
-Jak było na spotkaniu klubu książki? - zapytał Kendall, kiedy wróciłam do domu.
Zmroziłam go spojrzeniem, starając się ściągnąć wysokie buty.
-Do bani. - westchnęłam, wyrzucając z torebki kilka niepotrzebnych drobiazgów. - Wszystkie z wyjątkiem mnie najzwyczajniej w świecie się upiły. Nawet nie rozmawiałyśmy o książkach. I ja się dziwiłam, czemu ludzie stamtąd tylko przychodzą i odchodzą.
-Czekaj... - zmarszczyłem brwi. - Mówiłaś, że tam jest jeden facet.
-Nie przyszedł. - pokręciłam głową. - Widocznie, wcześniej się dowiedział, że ten klub książki nie ma nic wspólnego z książkami i zrezygnował przed spotkaniem.
Kendall uśmiechnął się krzywo, patrząc na mnie z przykrością. Musiałam mu przyznać rację. Nie tego się spodziewałam.
-Żałujesz, że czytałaś tą książkę po nocach? - zapytał, unosząc brwi.
-Nie... - pokręciłam głową. - Tylko szkoda, że obyło się bez dyskusji. A jak Logan?
-Zdecydowanie lepiej. - odpowiedział z szerokim uśmiechem. - Czuję, że wraca do siebie, że znowu będzie taki, jak wcześniej. Fajnie, co nie?
-Bardzo. - pokiwałam głową, idąc z nim do kuchni. - Ciekawa jestem co wymyśli, kiedy już się całkowicie otrząśnie. Myślisz, że dowie się czegoś nowego?
-Nie wiem. - wzruszył ramionami. - A jak Wasze śledztwo o Viperze?
Wzięłam głęboki oddech, rzucając się na kanapę.
-Wiem, dlaczego go przeniesiono. - oznajmiłam, spoglądając Kendallowi w twarz. - Wiesz, że on miał syna? Ośmiolatek, został zamordowany pół roku temu. Vipera za bardzo się wkręcił. Wpadł w obsesję, ale nie chciał rezygnować z pracy. Uznali, że najlepsze będzie przeniesienie. Poprosił o przydzielenie do spraw z nieletnimi. I tak się tu znalazł.
Wzruszyłam ramionami i odchyliłam głowę na oparcie.
-Coś nie tak? - uniósł brwi, patrząc na mnie z troskę.
-Nie. - pokręciłam głową. - Wszystko gra.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No i tyle. Przez chwilę zastanawiałam się nad zrobieniem Happy Weeku, ale najpierw chcę napisać jednorazówkę. Mam już coś na kształt pomysłu, co z tego wyjdzie, nie mam pojęcia.
Jak widać, Logan powoli znowu staje się Loganem. Weronika miała roszczenie, że nie są przyjaciółmi, ale ja zapewniam, że są, tylko na razie trochę im nie po drodze. Na razie mają swoje sprawy, ale co będzie dalej, nie powiem. Głównie dlatego, że sama nie pamiętam.
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć i do zobaczenia za tydzień, albo w piątek na koniczynce.


środa, 26 kwietnia 2017

43. Trapezo Americano

(Lira)
-I jesteś pewien, że policja sobie poradzi? - uniosłam brwi, spoglądając na Jamesa z zaskoczeniem. - Po prostu odpuszczasz?
-Nie odpuszczam... - pokręcił głową. - Ale śledcza Diaz wyraźnie dała mi do zrozumienia, że mają na Fine'a wystarczające dowody, żeby go posadzić na długie lata. A Ty i bez tego masz wystarczająco dużo pracy i rodziny ofiar jasno stwierdziły, że wolą innego prawnika.
-A jego matka? - uniosłam brwi, przypominając sobie o jej chorobie.
-Sprzedałem duszę firmie farmaceutycznej, oferując swoje usługi w zamian za zaopatrywanie jej w leki do końca życia. - wyjaśnił, obracając się do expresu do kawy i wkładając pod dyszę czystą filiżankę. - Pomysł Mary. Przy okazji oduczę ich nielegalnych praktyk.
-Całkiem nieźle. - wzruszyłam ramionami. - Tylko co potem?
-Nasza umowa rozwiąże się automatycznie po śmierci pani Fine. - wyjaśnił, przeglądając kapsułki z kawą. - Do tego czasu będę miał sporo pracy, biorąc pod uwagę, jak włażą w tyłek zarządom szpitali i sprzedają im pic.
-Gadałeś z Loganem? - zauważyłam, zwracając uwagę na stwierdzenie, którego Logan często używał. - On tak często mówi.
-Wiem, ale nie rozmawiałem z nim o tym, co masz na myśli. - odpowiedział, uderzając w bok expresu otwartą dłonią, żeby jakość poruszyć nieużywane od kilku godzin trybiki.
Siedzieliśmy w gabinecie na trzecim piętrze. Puki James nie znalazł sobie biura, Adams załatwiła mu biurko między mną i Mattem. W prawdzie Joe, a właściwie Patrick już nie żył, ale jego rodzice mocno wierzyli, że uda się sprawiedliwie ukarać jego „mordercę” jak raczyli to określić.
-Ostatnio jest zbyt milczący. - stwierdziłam, słysząc, że James w końcu uruchomił stary ekspres. - Już sam zwrot „milczący Logan” wydaje się zbyt abstrakcyjny.
-Kendall coś wspomniał, że zaczął popadać w alkoholizm. - odparł, przysuwając w moją stronę pierwszą filiżankę. Wie, że lubię trochę wystudzoną.
-Mam nadzieję, że przesadził. - odparłam, zaglądając do jednego z segregatorów. - Na razie w tym miesiącu upił się tylko dwa razy, co jeszcze mieści się w normach imprezowych Logana. Problem w tym, że nie był na żadnej imprezie.
-Myślisz, że mnie to nie martwi? - uniósł brwi z zaskoczeniem, dając do zrozumienia, że jest dokładnie odwrotnie. - Logan to mój przyjaciel i wcale nie chcę, żeby się stoczył... co to?
Przerwał, wskazując na mój świecący telefon leżący na biurku. Obróciłam się i podniosłam komórkę ze sterty papierów za swoimi plecami.
-Przypomnienie. - odpowiedziałam, odczytując napisaną przez siebie kilka dni temu wiadomość. - Za godzinę mam być u podopiecznej. A muszę jeszcze odebrać dla niej paczkę od letniego Mikołaja. Właściwie od razu powinnam wyjść.
Sięgnęłam po torebkę widzącą na oparciu krzesła. Uroki dziwnych krzesełek biurkowych. Są tak kańciaste, że spokojnie można na nich wieszać torebki. Ubrania też.
-Nie wypiłaś kawy! - zawołał za mną, kiedy byłam już przy drzwiach.
-Nie ważne, później wypiję. - odkrzyknęłam.
(Kendall)
Dzisiaj jeszcze nie rozmawiałem z Loganem. Bałem się poruszyć ten temat, szczególnie, że sam Logan zdawał się wyglądać, jakby kilku ostatnich dni nie było. Przyjmował pacjentów, był uprzejmy, ale... Właśnie. Zawsze jest jakieś „ale”. Unikał mnie i Carlosa. Podejrzewam, że Liry i Jamesa też by unikał, gdyby tylko pokazywali mu się na oczy. Tak naprawdę miał odwagę rozmawiać tylko z Alexą. I z Adams, ale tu już konieczność.
-Kendall, był wypadek w cyrku! - zawołała Alexa, zwracając na siebie moją uwagę. - Kaskaderka spadła z trapezu. Ekipa podejrzewa, że ktoś przeciął linę na górze.
-Dobra, już idę. - powiedziałem, sięgając po czysty, jednorazowy fartuch i rękawiczki, biegnąc w stronę wyjścia. - Logan, pomożesz?
Zawołałem za nim, mając nadzieję, że przytaknie i zdobędę przynajmniej kilka sekund, żeby poruszyć temat, który tak mnie męczy.
-Za chwilę! - odkrzyknął, nawet na mnie nie spoglądając.
Przez chwilę nawet się ucieszyłem, bo to zawsze jakiś początek, ale musiałem się trochę opanować, kiedy w końcu wyszedł przed szpital i stanął jakieś pół metra ode mnie.
-Wiadomo, czy są jakieś inne ofiary? - zapytał, zwracając się do Amber, która stała po jego drugiej stronie. - Trzech lekarzy i dwie pielęgniarki do jednej osoby... trochę dużo.
-Mam mu powiedzieć? - uniosła brwi, spoglądając na mnie od tyłu.
-Nie wiem o czym, ale mów, bo sam jestem ciekawy. - odpowiedziałem, na co ona tylko wywróciła oczami.
-Wpadła na klatkę z białym niedźwiedziem za areną. - wyjaśniła łaskawie. - Wtedy ona, to znaczy ta niedźwiedzica wbiła jej w plecy pazury. Podobno przebiła jej płuco, bo kolega treser mówił, że wymiotowała krwią.
-Skąd tyle o tym wiesz? - zmarszczyłem brwi, krzyżując ramiona na piersi.
-Przy zgłoszeniu stałam obok Alexy.
Nie mogliśmy gadać dalej, bo akurat podjechała karetka. Pośpiesznie pomogliśmy otworzyć drzwi i wyprowadzić nosze z tylnej części ambulansu.
-Dwudziestoczteroletnia latynoska. - oznajmił Jeff, kiedy prowadziliśmy nosze do środka. - Liczne obrażenia tylnej części ciała. Prawdopodobnie krwawi wewnętrznie. Zaintubowana.
-Dajcie ją do dwójki. - zawołała Amanda, prowadząc razem z nami wózek. - Alexa, zamów salę operacyjną. Szybkie stabilizowanie i jest cała Twoja, Schmidt.
-Logan, będziesz mi asystował? - zapytałem go, zanim trzeźwo uświadomiłem sobie, że powiedziałem to na głos.
-Z Tobą? - rzucił mi krótkie spojrzenie. - Zawsze.
Wiem, że Logan nie jest chirurgiem, ale na bloku operacyjnym zawsze działaliśmy jak jedność. Bywało, że znaliśmy swoje zamiary, zanim jeszcze o tym w ogóle pomyśleliśmy. Kilka razy Logan podał mi wacik dokładnie sekundę przed tym, kiedy go potrzebowałem. Tak... to zawsze nam dobrze wychodziło.
(James)
-Hale poprosił Cię, żebyś zajęła się jego bratem, kiedy on będzie na oddziale? - powtórzyłem, kiedy Mary oznajmiła mi to, jakby chodziło o zaopiekowanie się bardzo dobrze wychowanym psem.
-Tak. - pokiwała głową, jak gdyby nigdy nic. - Już raz byłam jego tymczasową opiekunką.
-I Ty jesteś tego pewna? - uniosłem brwi. - To nie to samo, wtedy leżał na oddziale.
-Jak najbardziej. - kiwnęła głową. - Mam już klucze do ich domu. Pojedziemy tam i zabierzemy trochę jego rzeczy. Pomożesz mi? Za pół godziny muszę go odebrać z dworca.
-I mówisz mi o tym dopiero teraz? - uniosłem brwi, wyciągając szyję w jej kierunku. - Nie mogłaś mnie o tym uprzedzić... nie wiem, może dwa dni temu?
Mary wciąż pozostała niewzruszona, chociaż ja nawet nie próbowałem ukryć, że dosłownie wychodzę ze skóry. Zamiast tego Mary jak gdyby nigdy nic sięgnęła po torebkę i swój wiosenny płaszczyk.
-Jesteś pewna, że dasz sobie radę? - zapytałem, dopiero po chwili orientując się, jak to zabrzmiało.
Mary przerwała swoje płynne czynności i podeszła do mnie bliżej.
-Maslow, przecież nie jestem w ciąży. - i właśnie w ten sposób to zabrzmiało. - Jaki może być problem w opiece nad ułożonym nastolatkiem. To tylko tydzień.
Wywróciłem oczami i wziąłem głęboki oddech. No, jakie mam wyjście?
-Dobra, niech będzie. - odpowiedziałem, szukając kluczyków po kieszeniach. To najpierw pralnia, czy dom Hale'ów?
-Dom Hale'ów. - odpowiedziała, prowadząc mnie głównym korytarzem do wyjścia. - Sama wypiorę jego ubrania z czterodniowej wycieczki. Ile mógł nabrudzić przez ten czas?
(Kendall)
Po skończonym zabiegu wyszliśmy z sali. Zabiorą dziewczynę na intensywną terapię. My możemy już sobie dać spokój. Tylko ją operowaliśmy.
-Uratowałeś jej życie. - Logan w końcu się odezwał przed zlewem do mycia rąk po zabiegu.
-A Ty to nie? - uniosłem brwi, odkładając mydło na stojak. - Człowieku, gdybyś nie zwrócił uwagi na tą okruszynkę kości, wdałoby się zakażenie.
-Po prostu spojrzałem na monitor w odpowiednim momencie. - wyjaśnił. - Szkoda, tylko, że nie możemy uratować wszystkich.
My. liczba mnoga. Tak... to jest idealny moment na tą rozmowę.
-Logan, czasami... - zacząłem, starając się jakoś sensownie dobrać słowa. - Wiesz, jakie jest życie na izbie przyjęć. Codziennie staramy się uratować komuś życie, ale nie zawsze się udaje. Życie jest piękne i brutalne jednocześnie. I przekonujemy się o tym każdego dnia. Codziennie ratujemy komuś życie na dole. I codziennie w tych samych salach ktoś umiera. Pamiętasz, co powiedział nam kiedyś Wagner na zajęciach? Że czasami ktoś jest z miejsca skazany na stratę i wiadomo, że umrze wbrew naszym usilnym staraniom.
-Wiem. Powiedział też, że zawsze warto się starać. Że może nie jest tak źle, jak się wydaje i zawsze mamy dawać z siebie wszystko. - przytaknął, jednocześnie przełykając ślinę. - Ale ten chłopak... Po raz pierwszy miałem okazję pomóc komuś od samego początku. Ale się nie udało.
-Może to Tylko jeden z elementów Twojej drogi? Pamiętasz, co powiedziała mi Adams, po tym, jak umarła mi ta młoda matka? - zapytałem, wiedząc, że skojarzy, że chodzi o tą, którą osobiście przywiozłem do szpitala.
-Że nie zostaniesz dobrym lekarzem, dopóki kogoś nie zabijesz. - powtórzył całe, tak oklepane w tym środowisku zdanie. - Wiem, ciągle to powtarza studentom. Tylko, że to jest skierowane do studentów. Wiemy, że leczymy tych, których inni mają głęboko w dupie. Bezdomnych, ofiary wypadków, strzelanin... narkomanów. Dobrze wiedziałem, na co się piszę. Mówili nam o tym już na starcie. Oczywiście, nie zapominajmy, że izba przyjęć to był Twój pomysł.
Zachichotałem, kręcąc głową.
-Ale Ty wymyśliłeś medycynę. - wypomniałem mu, sięgając po papierowy ręcznik.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Teraz już rozumiecie, czego potrzebował Logan? Pozdro na kumatych. Nie mam teraz siły, żeby pisać coś od siebie. Może w piątek jakoś mi wyjdzie.

I mam nadzieję, że notka się Wam podobała. W piątek widzimy się na Koniczynce. Trzymajcie się! Cześć!  
PS. Wiem, że długo mi zeszło, ale zamiast wstawić notkę, zaczęłam przeglądać przepisy i deczko się zapomniałam. Sorki. 

środa, 19 kwietnia 2017

42. Przeprowadzka

(Lira)
-Masz wszystkie płyty Abby? - zawołałam do Kendalla, w trakcie rozpakowywania pudeł z jego rzeczami. - I to w trzech kopiach. Oryginały są jak nowe.
-Są fajni. - wzruszył ramionami, wchodząc do pokoju z kolejnym kartonem. - A oryginałów trochę szkoda. Zjechałem już dwie inne. Zostały trzy. I wiesz, co? Uwielbiam Twoje stereo, o niebo lepsze niż moje. Własną wierzę chyba sprzedam.
Uśmiechnęłam się pod nosem i obserwowałam, jak wchodzi do dużej sypialni. Tej większej. Pamiętam, kiedy dziadek pięć lat temu wezwał mnie na rozmowę i oznajmił, że najwyższy czas, żebym przeprowadziła się do tego pokoju. Że on idzie spać do tego mniejszego nastolatki, pełnego plakatów i galerią komiksów. Powiedział wtedy, żebym nie przyprowadzała tu byle kogo, żebym dobrze się zastanowiła, za każdym razem, kiedy pozwoliłabym tu komuś pać. I tak dzisiaj był jego wyprowadzki. Przez kilka ostatnich dni jarałam się jak mała dziewczynka przed gwiazdką. Tak samo jak wtedy, kiedy wiedziałam, że dostanę swój pierwszy kolekcjonerski numer „Kapitana Ameryki”.Trochę posprzątałam. Wyrzuciłam trochę rzeczy, jeszcze inne oddałam sąsiadom. Tylko, żeby zrobić miejsce dla Kendalla. A on z pewnością nie był byle kim.
-Jeszcze tyle o Tobie nie wiem.... - westchnęłam, opuszczając rękę.
-Ja o Tobie też. - odpowiedział, zaglądając do jednego z pudełek, do którego powkładałam gablotki z komiksami. Tylko jeden numer był bez plastikowej ramy.
-Hulk? - zmarszczył brwi, spoglądając na mnie z uniesionymi brwiami.
-To ma być prezent dla Logana. - wyjaśniłam, wieszając jego koszule w szafie po drugiej stronie. - Pierwsze wystąpienie Wolverina. A to pierwsze wydanie. Wiem, że go uwielbia, a żeby to zdobyć musiałam się nieźle namęczyć. Muszę jeszcze kupić taką kopertę z Comi-Conu. Ale teraz... nie wiem, czy nadal będzie chciał to mieć. Schowaj.
Kendall włożył zeszyt z powrotem do pudełka. Wiedzieliśmy, jaki to był okres dla Logana. Ciężki. Można powiedzieć, że przeżywa załamanie nerwowe. Carlos praktykuje na nim sekretną terapię, ale żadne z nas nie jest do końca pewne, jaki to odniesie skutek.
-Będę musiał z nim porozmawiać. - powiedział, wracając do swojego kartonu. - Może uda się go namówić na regularną terapię. A może nawet całkowicie tego unikniemy. Po raz pierwszy aż tak mocno przeżył śmierć pacjenta. Migdy wcześniej go takim nie widziałem.
-Nie spodziewałam się po nim takiej reakcji. - pokręciłam głową. - Nie wiem, co dalej będzie z tą sprawą, bo...
-Co masz na myśli? - Kendall zmarszczył brwi, kiedy obróciłam się z powrotem w jego stronę.
-James Ci nie powiedział? - otworzyłam usta ze zdziwienia.
-O czym? - przechylił głowę.
-Vipera odsunął nas od tej sprawy. - wyjaśniłam. - James ma dostęp do części akt, ale nie może nas informować o żadnych postępach.
(Kendall)
Wyciągnąłem z kieszeni klucze do mieszkania Logana i bez pytana wszedłem do środka. Często wchodziliśmy do siebie nawzajem... jak do siebie.
-Logan, jesteś w domu? - zawołałem. - Logan!
Nikt nie odpowiedział. Uniosłem brwi i wszedłem głębiej, coraz wyraźniej czuć odór różnych gatunków alkoholi. Zmarszczyłem czoło, wchodząc głębiej, jednocześnie przyśpieszając kroku.
-Logan, coś Ty ze sobą zrobił... - mruknąłem, widząc w jakim jest stanie. - Logan, hej...
Zawołałem, klepiąc go po policzkach. Był najzwyczajniej w świecie pijany. Przez chwilę zastanawiałem się, co mam zrobić. Dać mu wytrzeźwieć w spokoju, czy troszeczkę to przyśpieszyć, jednocześnie fatygując Alexę.
Wyciągnąłem z kieszeni komórkę i zadzwoniłem do Liry. Wiedziałem, jak mam się zachować. Gdyby chodziło o kogoś obcego nie miałbym wątpliwości. Podjąłbym decyzję w ciągu sekundy, ale tu jest mój najlepszy kumpel. Mój przyjaciel. W prawdzie Logan nigdy nie dbał o porządek, ale to był po prostu chlew.
-Gadałeś z nim? - zapytała zamiast powitania. - Tak szybko skończyliście?
-Nawet nie zacząłem. - odpowiedziałem, z trudem pokonując panikę. - Logan jest pijany.
-Pijany? - powtórzyła z zaskoczeniem. - Tak po prostu pijany?
-Tak po prostu - odpowiedziałem, przyglądając się pustym butelkom obok kanapy na której leżał. - Nie wiem, czy były całe, ale tu są dwie puste butelki po Jacku Danielsie, wytrawne wino i jakiś radziecki szampan.
-Chyba rosyjski.
-Wierz mi, radziecki. - powtórzyłem, szukając w kuchni jakiegoś worka na śmieci. - Widzę, który to rocznik. Jak myślisz, gdzie Logan może trzymać worki na śmieci.
-Nigdzie. - odpowiedziała, jakby to nie było nic nowego. - Mówił, że mu się skończyły jakieś trzy dni temu. Ale się nie przejmuj. Zaraz tam będę. Co się jeszcze przyda?
-Nie wiem... - wzruszyłem ramionami. - Jednorazowe ścierki, ręczniki papierowe i mleczko do czyszczenia. Logan nigdy nie przykładał wagi do detergentów.
-Dobra, już wszystko pakuję. - przytaknęła. - tylko będę musiała kupić po drodze więcej ścierek, bo zaczęły mi się kończyć.
-Dobra, będę czekał. - odpowiedziałem, odkładając słuchawkę.
Rozejrzałem się po kuchni, szukając czegoś, czym przynajmniej częściowo dałoby się posprzątać. Wyciągając z chlebaka kilka plastikowych torebek zabrałem się do roboty.
(James)
-Imponujące osiągnięcia. - podsumował Mecenas Fordanser po przejrzeniu dokumentów, które mu dałem. - Mimo to, wciąż nie ma pan doświadczenia. Nie uważa pan, że jest pan troszeczkę za młody na otwarcie własnej kancelarii?
-Przeciwnie. - oznajmiłem, kiwając głową, ale nie spuszczając z niego spojrzenia. - Nie mogłem sobie wymarzyć bardziej odpowiedniego momentu.
-Proszę się nie obrazić, ale profil działalności, którą pan określił jest dość rzadko spotykana. - stwierdził, odkładając teczkę z dokumentami na bok.
-I dlatego jestem tak bardzo zmotywowany. - skinąłem głową, na co on tylko się uśmiechnął.
-U takich młodych ludzi jak pan, często zdarza się zmieniać zdanie w najmniej dogodnym momencie. Więc jeśli ma pan zrezygnować, proszę to zrobić teraz.
Wiedziałem, że to był tylko test. Że skierowano mnie na tą rozmowę tylko, żeby się przekonać, czy naprawdę tego chcę. Wiem, że Mecenas Fordanser jest jeszcze ekspertem do spraw etyki. I wiedział jak rozmawiać z ludźmi.
-Nie zniechęci mnie pan. - odpowiedziałem, cicho chichocząc. - Podjąłem decyzję i zdania nie zmienię.
-Wcale nie chcę pana zniechęcać. - zaprzeczył. - Moim zadaniem jest uświadomić panu, czy jest pan do tego powołany. Proszę również zwrócić uwagę na fakt, że dochody z takiej działalności są nieporównywalnie niskie w stosunku do pańskich ostatnich zarobków.
-Pieniądze to nie problem. - pokręciłem głową. - Oszczędności wystarczą mi na rok działalności, a w tym czasie z pewnością coś wymyślę. Jestem dobrej myśli.
Mecenas Fordanser zamknął grubą księgę i wstał. Wręczył mi tylko kopertę i uścisnął dłoń.
-Dzisiaj z pewnością nie przemówię panu do rozsądku. - stwierdził. - Tutaj znajdzie pan moje poręczenie i kontakt, gdyby chciał pan rady od starszego kolegi po fachu.
(Lira)
Wstawiłam pudełko z jedną porcją jedzenia do lodówki. Spojrzałam na Kendalla, który pisał dla niego kartkę. Rozejrzałam się po dziele naszej wspólnej pracy. Teraz jakoś dawało się tu mieszkać.
-Jesteś pewien, że można go zostawić samego w takim stanie? - zapytałam, krzyżując ramiona na piersiach. - Upił się do nieprzytomności.
-Oprócz ostrego kaca o poranku nic mu nie będzie. - zapewnił, opierając kartkę na dwóch dużych butelkach wody. - Napisałem mu, że doprowadziliśmy mu mieszkanie do stanu używalności i że ugotowałaś mu kolację. Albo śniadanie, zależy o której się obudzi. Która jest godzina?
-Dziewiąta. - odpowiedziałam, spoglądając na zegarek w komórce. - To raczej będzie jego śniadanie. Wracamy kończyć porządkować Twoich rzeczy, czy z nim zostajemy?
-Jedziemy. - odpowiedział z powagą w głosie. - I tak nie chciałby, żeby ktoś go oglądał w takim stanie. Założę się, że już po samym sprzątaniu mieszkania będzie podminowany.
-Nie da się ukryć. - westchnęłam, wkładając wszystkie śmieci do jednego dużego worka.
Wyszliśmy z mieszkania Logana w całkowitym milczeniu. Zdawałam sobie sprawę, ze to u niego skraje sytuacje, ale i tak nie mogło to mu ujść płazem. Kto by pomyślał, że Logan potrafi schlać się aż tak...
Kiedy wróciliśmy do mnie, do nas... oboje staraliśmy się zachowywać, jakby kilka ostatnich godzin nawet nie miały miejsca. Wiedziałam, ze rozmowa... poważna rozmowa Logana i Kendalla to tylko kwestia czasu, że muszą sobie to i owo wyjaśnić. Chociaż właściwie to głównie Kendall będzie wyjaśniał. Takie jednostronne porozumienie. Nawet nie wiedziałam, czy to ma szansę wypalić.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dobra, w końcu udało mi się zmotywować i oglądam drugi sezon „Shadowhunters”. Jak się nie myśli o tym, jaka była fabuła w książce, to nawet nie jest tak źle, jak mi się na początku wydawało, ale przez połowę pierwszego odcinka krzyczałam do Jocelin „To nie twój syn, kretynko”, ale poza tym jakoś się udało. Postaram się o tym nie myśleć.
Dobra, nie ważne. Jak widać, Kendall już wprowadził się do Liry. Na razie nawiązywałam się sceną z „Tajemnic Smallville”, kiedy Jimmy wprowadzał się do Chole. Jak ktoś oglądał, na pewno skumał podobieństwo.

Mam nadzieję, że Notka się Wam podobała. Liczę na Wasze komentarze. Trzymajcie się i do zobaczenia za tydzień. Pa!  

środa, 12 kwietnia 2017

41. Gra warta świeczki

(Kendall)
-Już lepiej? - zapytałem, pomagając Derekowi usiąść. - Dość mocno oberwałeś.
-Nic mi nie jest. - pokręcił głową. - Scott do Was dzwonił?
Spojrzałem na niego ze współczuciem. Teraz, kiedy leżał na wózku, wyglądał znacznie lepiej. Jak go przywieźli, ledwie mógł mówić. Teraz po nawodnieniu czuł się lepiej.
-Dzwonił. - pokiwałem głową. - Powiedzieliśmy, że jesteś zajęty i nie za bardzo masz czas na rozmowy przez telefon.
-To dobrze. - westchnął. - Mam tylko nadzieję, że Wam uwierzył i nie zamartwia się niepotrzebnie. Złapali ich wszystkich?
-Tylko Fine'a i trzech jego kolesi. - wzruszyłem ramionami. - Z Fine'a coś wyciągnęli, ale niewiele. Resztę namawiają na składanie zeznań.
Derek spojrzał na mnie trochę zaniepokojony. Czułem, że coś ukrywa. Że coś jest nie tak, że to jeszcze nie wszystko, że... nawet bałem się pomyśleć o co może chodzić.
-Znaleźliście dziewczynę? - zapytał, marszcząc brwi. - Policja wysłała dziewiętnastolatkę incognito, żeby zdobyła dowody na całe to przedsięwzięcie i pomogła ustalić kto w tym siedzi z Fine'em. Ma fioletowe włosy.
-Nie było mnie tam. - odpowiedziałem, wzruszając ramionami. - Nie widziałem nikogo takiego. Mogę zapytać Liry, kiedy...
Urwałem, bo za moimi plecami coś z łoskotem gruchnęło. Podskoczyłem i odwróciłem się w tamtą stronę, ale nic tam nie było. Zmarszczyłem brwi, podchodząc bliżej. Pochyliłem się nad tacą z potłuczonymi fiolkami.
-Co to było? - wymamrotał, podnosząc się z wózka.
-Nie jestem pewien. - odpowiedziałem.
-Zdarzało się to wcześniej?
-Dwa razy. - odpowiedziałem, sięgając po zmiotkę i szufelkę. - Połóż się. Jesteś jeszcze osłabiony.
-Chyba wiem, kto to zrobił. - stwierdził, na co ja zmarszczyłem brwi, spoglądając na niego z niepokojem. - Mój szef. Musi gdzieś tu być. Dał nam ostrzeżenie, żebyśmy tutaj o tym nie rozmawiali.
(Lira)
-Jaka dziewczyna z fioletowymi włosami? - zapytałam, kiedy Derek opowiedział nam o ich szpiegu. - I skąd ją w ogóle wzięliście?
-Wiem tylko tyle, że ma na imię Alicia. - wyjaśnił, trzymając na kolanach teczkę od Leona. - Mój szef znalazł ją w sierocińcu w dzielnicy White Collars. Powiedział, że się nadaje i natychmiast wysłał ją w teren. Ma młodszego brata, nad którym ma przejąć opiekę. Miała przebywać w ośrodku do dwudziestego pierwszego roku życia.
Siedzieliśmy w pokoju socjalnym. Kendall stwierdził, że tutaj będzie lepiej i zapewni nam trochę prywatności. Byłam ja, Kendall, Logan, który uparł się, żeby w tym uczestniczyć, i Leon.
-Dlaczego nic mi o tym nie powiedzieliście? - zapytał, potrząsając głową. - Wiesz, że...
-Wiem i też nie popierałem tego pomysłu. - przerwał mu, opierając się łokciami na kolanach. - To był pomysł mojego szefa. I tylko jego. Powiedział, że to przyśpiesza procedurę i jest skuteczniejsze od powszechnie stosowanych metod.
Leon pokręcił głową, przełykając ślinę. Nie wyglądał na zadowolonego, ale starał się tego za bardzo tego nie okazywać. Nastrój Logana nie różnił się ani trochę od tego nastroju, w którym był przez ostatnie kilka dni. Był po prostu przybity, a ja nie potrafiłam tego inaczej określić.
-Widziałaś ją? - zapytał Logan, spoglądając na mnie.
-Nie. - pokręciłam głową. - Na pewno zwróciłabym uwagę na fioletowe włosy.
-Ja też nie. - dodał Leon. - W raporcie nie ma o niej ani słowa. Gdyby się tam kręciła, Korozjad na pewno by ją zauważył.
-Korozjad? - Kendall zmarszczył brwi, spoglądając na niego ze zdziwieniem.
-Szef antyterrorystów. - wyjaśnił Derek, wywracając oczami. - Mówimy tak na niego, bo ma popsute zęby. Nie wiem, kto mu nadał taką ksywkę.
Rozległo się pukanie do drzwi. Obróciliśmy się w ich stronę niemal jednocześnie. Do pokoju wychylała się Alexa, trzymająca swój stetoskop w zaciśniętej dłoni. Chyba nie podsłuchiwała...
-Kendall, mamy problem. - oznajmiła cicho. - Jeden z tych narkomanów, którego przywieźliście, jest głuchy. Miga, ale nikt go nie rozumie.
-Dobra, już idę. - westchnął, podnosząc się z kanapy. - Derek, powinieneś już wrócić dna salę i się trochę przespać. Wciąż jesteś wyczerpany.
-Zaprowadzę Cię. - powiedział Logan, podchodząc do wózka i odbezpieczając kółka.
-A ja wracam na posterunek. - westchnął Leon, podnosząc ze stołu teczkę z aktami. - Może tym razem James będzie przynajmniej mniej wkurzony, niż kiedy wychodziłem.
-A ja pójdę poszukać tłumacza języka migowego. - powiedziałam, wyciągając telefon z kieszeni marynarki. - I tak nie mam nic ciekawego do roboty.
-Będziemy w dwójce! - zawołała za mną Alexa.
Poszłam do biurka recepcjonistów, mijając Adama. Kurde, co ja mówię. Przecież tu nie ma recepcjonistów, bo Adams wywaliła obuch jakieś półtora roku temu, twierdząc, że będzie lepiej, jeśli to pielęgniarki przejmą te obowiązki. Tylko wtedy jeszcze Adam u nas nie pracował. A teraz mamy... Dwadzieścia osiem pielęgniarek i Adam, rodzynek.
-Czego potrzebujesz? - zapytał, kiedy zaczęłam wertować adresownik leżący pod ladą.
-Tłumacza języka migowego. - westchnęłam. - Nie wiesz, kogo ostatnio wzywali?
-Przy mnie żadnego. - odparł obojętnie, wciąż stawiając w kartach jakieś znaczki. - Ale możesz sprawdzić w komputerze.
-Dobra, jakie jest hasło? - zapytałam, widząc, że ktoś wylogował się do ekranu powitalnego.
-Pieprzyć rowerzystów. - kiedy to usłyszałam, natychmiast powiększyły mi się oczy. - No co? - wzruszył ramionami, kiedy zobaczył, że na niego patrzę. - Nie ja to wymyśliłem.
-Szuka pani tłumacza od migowego? - usłyszałam przed sobą dziewczęcy głosik. - Ja znam migowy. Mogę pomóc.
Podniosłam głowę i zobaczyłam dziewczynę w skórzanej, brązowej kurtce z dwoma odstającymi dobieranymi warkoczami. Wydawała mi się dziwnie znajoma.
-A ty jesteś... - zaczęłam, licząc, że odpowie.
-Susan Howlett. - dokończyła uprzejmie. - Ja i mój tata wspieramy szpital w sprawach pokrzywdzonych sierot. W Nowy Rok, ja i mój chłopak przywieźliśmy dziewczynkę z odmrożeniami.
-Już pamiętam. - oznajmiłam, odkładając słuchawkę, chociaż nie pamiętałam, kiedy po nią sięgnęłam. - Na prawdę znasz migowy?
-Na prawdę. - pokiwała głową, cicho się śmiejąc. - I tak muszę tu czekać jeszcze trzy godziny. Mogę pomóc.
-Dobra, chodź ze mną. - skinęłam na nią głową, a ona poszła za mną.
(Logan)
Zastanawiałem się, czy to wszystko jest tego warte. To narażanie życia dla kilku minut otępienia, narażenie życia niewinnej dziewczyny dla złapania kilku handlarzy narkotykami, tylko po to, żeby zrobić to znacznie szybciej. Wiem, że w policji czas jest równie ważny jak w szpitalu, ale... nie chciałem tego teraz wypominać Derekowi. Szczególnie, że dopiero zasnął. Nie przypominał swojego brata, nawet jeśli leżał w dokładnie tej samej sali. Obaj to wojownicy, ale... obaj trochę inaczej sobie z tym radzą.
Wyszedłem z pokoju u powoli skierowałem się do sal zabiegowych. Lira, Alexa, Kendall i jakaś dziewczyna tłoczyli się wokół łóżka jakiegoś chłopaka. Zmarszczyłem brwi i po cichu wszedłem do środka. Tylko Lira odwróciła się, żeby na mnie spojrzeć.
-Powiedział, że spotykali się pod mostem Waszyngtona. - oznajmiła, kiedy chłopak opuścił dłonie.
-Przekażę Leonowi. - odparła Lira z westchnieniem. - Może wciąż tam chodzą.
-Dobra, dajmy mu odpocząć. - Kendall obrócił się w stronę szafki z lekami.
Dziewczyna uniosła dłonie i zaczęła... migać. Tak, mówiąca i słysząca nastolatka, która znała język migowy. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Kiedy dziewczyna opuściła ręce chłopak się zaśmiał, co zabrzmiało jakby się zapluwał.
-Co mu powiedziałaś? - zapytała Lira, spoglądając na dziewczynę.
-Że może już odpocząć. - odparła, chociaż to chyba nie było wszystko.
-I? - Alexa uniosła brwi, pomagając mu się położyć.
-A to niech lepiej pozostanie między nami. - odpowiedziała, bez słowa kierując się do wyjścia.
(James)
-Chyba nie muszę panu mówić, mecenasie, że uczestniczę w pierwszej sprawie, w której adwokat jest po stronie policji. - oznajmiła jedna z posterunkowych, z którą miałem wątpliwą przyjemność współpracować.
-W pełni zdaję sobie z tego sprawę. - skinąłem głową. - Na dzisiaj kończymy, czy mam pani w czymś jeszcze pomóc?
Wyszliśmy z pokoju przesłuchań, na korytarz między salami z biurkami. Posterunkowa Claudia Diaz była piękną, zgrabną latynoską. Miała szeroki uśmiech i duże ciemne oczy.
Wsunąłem dłonie do kieszeni spodni, spoglądając na biurko Leona w jednym z pomieszczeń. Miał porządek. Może nie idealny, ale nie mógł niczego sobie zapodziać.
-Blanco wspominał o Waszej poprzedniej współpracy. - jej głos wyrwał mnie z tymczasowego zamyślenia. - Nie mogę pojąć, dlaczego dopiero teraz pofatygował się pan na posterunek.
-Wcześniej byłem zależny od swojego pracodawcy. - wyjaśniłem. - Nie mogłem się pokazywać na żadnym posterunku bez wymogu klienta.
-A teraz jest pan niezależny? - uniosła brwi, uśmiechając się szeroko.
-I tak mi jest znacznie lepiej. - przytaknąłem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zaczynamy obstawiać zakłady? Odnajdą dziewczynę z fioletowymi włosami, czy nie?
Muszę przyznać, że kiedy pisałam tę notkę starałam się być konkretna. Teraz zaczynam się zastanawiać, czy nie za bardzo, bo nie wplotłam ani odrobiny prywaty.
A ponieważ mamy Wielki Tydzień, chciałabym Wam życzyć radosnych Świąt Wielkanocnych spędzony w towarzystwie rodziny. Nawet jeśli nie lubicie wysyłać SMSów z życzeniami do znajomych, to wmyślicie, bo to taka fajna oznaka pamięci.

Mam nadzieję, że napiszecie w komentarzach co myślicie o notce. Trzymajcie się! Cześć!