środa, 14 lutego 2018

79. Ręka niewiasty

(Logan)
Uniosłem brwi, patrząc na wyczyny Kendalla. Wiedziałem, co planuje, bo mówił o tym już trzy razy. Albo tylko trzy razy, biorąc po uwagę drastyczne odstępy czasowe.
-Jesteś pewien, że to ten? - zapytałem, kiedy wyszedł z oszklonego pomieszczenia w okolicznym banku depozytowym.
-Chyba tak. - wzruszył ramionami. - Pierścionek po babci. Kevin kazał go tu przysłać.
-O co chodzi z tym pierścionkiem? - zmarszczyłem brwi, siadając na jednej z ławek.
-Kiedy miałem osiem lat, dziadek poprosił nas trzech na rozmowę. - wyjaśnił, chowając zawiniątko w kieszeni spodni. - Opowiedział nam jak poznał babcię, jak się jej oświadczył, jak wzięli ślub...
-A co to ma wspólnego z... - zmarszczyłem brwi, spoglądając na niewielkie wypuklenie.
-Daj mi skończyć. - uśmiechnął się szeroko. - Kiedy dziadek dawał babci ten pierścionek, to już był zabytek. A babcia przed śmiercią napisała list do dziadka. Chciała, żeby ten pierścionek dostała dziewczyna, która pierwsza wyjdzie za któregoś z nas.
-I wypadło na Ciebie? - zachichotałem i Kendall kiwnął głową, żebym wstał i poszedł z nim do samochodu Jamesa.
-Nie chcę oczerniać własnych braci, ale warto zauważyć, że najdłuższa randka Kevina trwała osiem minut, a Kenneth od liceum nie był na żadnej, bo woli się uczyć. - oznajmił, siadając za kierownicę.
James pozwolił nam nim pojechać, tylko pod warunkiem, że nie będę prowadził. A czy chciałbym? Oczywiście! James jest właścicielem żywej Sally, czyli Porshe dziewięćset jedenaście z dwa tysiące drugiego. Z tą różnicą, że jego Sally jest srebrna, a nie niebieska.
-Wracamy do szpitala? - zapytałem, kiedy w końcu znaleźliśmy się na drodze.
-Tak. - kiwnął głową. - Mam zamiar jeszcze zajrzeć do Scotta, zanim Alexa da mu wypis.
-Wie, że dzisiaj wychodzi? - zmarszczyłem brwi, spoglądając na niego z ukosa.
-Nie wiem. - wzruszył ramionami. - Nie mam pewności, czy ktoś mu powiedział, ale chciałbym się upewnić, że wszystko z nim gra.
-Myślisz, że ja nie? - powiedziałem cicho, wbijając spojrzenie w jezdnię. - Stary, ten dzieciak jest dla mnie zagadką. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda nam się go rozgryźć.
-Nie mam pojęcia. - Kendall wzruszył ramionami, nie spuszczając spojrzenia z jezdni. - Ale mam wrażenie, że chłopak coś przed nami ukrywa.
-Przed swoim bratem też. - powiedziałem cicho, kiedy skręcił w jedno ze skrzyżowań.
-Możliwe. - wzruszył ramionami. - Co będziesz robił, kiedy już tam dotrzemy?
-Zostaniemy w pracy. - odpowiedział, obojętnym tonem. - Ja spróbuję trochę to wszystko ogarnąć, a Ty lepiej nadrób zaległości. Trochę ich masz.
Miał rację. Niestety.
(James)
-Dzięki. - wymamrotał Kendall, podając mi kluczyki do samochodu.
-Przydał się? - uśmiechnąłem się do niego, kiwając głową. - Pokaż.
Kendall wywrócił oczami i wyciągnął z kieszeni białą szmacianą chusteczkę. Wyrwałem mu mały przedmiot i odwinąłem materiał, ukazując błyszczący rubin w starym, lekko zniszczonym złocie.
-Łał. - mruknąłem. - On ma chyba ze sto lat.
-Sto siedemdziesiąt parę, tak konkretnie. - wzruszył ramionami, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego. - Rodzinna pamiątka. Umówiliśmy się z braćmi, że dostanie go dziewczyna, która pierwsza wyjdzie za któregoś z nas.
-Twoi bracia oddali Ci go... tak po prostu? - uniosłem brwi, spoglądają na niego z zaskoczeniem. - Bez żadnej dyskusji?
-Byli trochę zaskoczeni, jak Ty teraz, ale nie śmieli przeciwstawić się babci. - zachichotał, jakby opowiadał o czymś zabawnym.
-Stary, ten pierścionek... - zacząłem, próbując jakoś sobie wytłumaczyć pewne kwestie. - To antyk. Jakim cudem nie było problemów na granicy?
-Nie mieli pojęcia co to jest. - wzruszył ramionami. - Kevin oznaczył paczkę jako poufną i nałożył priorytet. Stare sztuczki są najlepsze. Powiedzmy, że ma w tym doświadczenie. Wiesz, w przemycaniu drobiazgów...
-Chyba nie chcę wiedzieć, o co chodzi. - przerwałem mu, kiedy zaczął się zagłębiać w opowieść o swoim bracie. - Czyli co? Tak po prostu poprosisz ją o rękę?
-Nie tak po prostu? - pokręcił głową. - Mamy randkę. Kino samochodowe. Dzisiaj wyświetlają „Wilczka”. Nie było nic lepszego.
-I tak po prostu poprosisz niewiastę o rękę? - zażartowałem, na co Kendall zrobił pół obrażoną minę. W sumie, to było do przewidzenia.
-Nie przeginaj. - wycedził przez zaciśnięte zęby, próbując ukryć chichot.
Uśmiechnąłem się szeroko i poklepałem go po ramieniu. Nie mam teraz lekko, ale chyba lepiej się ogarnąć i cieszyć się z tego, co jest.
Kendall wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Oparłem się o szafę i odchyliłem głowę do tyłu. Próbowałem się zachowywać jak dorosły, ale nie bardzo mi to wychodziło.
-Myślisz, że się zgodzi? - uniosłem brwi z zaskoczeniem, widząc obok siebie Alexę.
-Na pewno. - kiwnąłem głową. - Widać, że się kochają. Kiedy on powiedział jej, żeby się do niego wprowadziła, ta zaproponowała, że lepsze będzie jej mieszkanie. Układa im się super...
-Bo nie mają czasu na stwarzanie sobie problemów w związku. - powiedziała, wyraźnie wywracając oczami. - Zamiast tego zwalczają cudze, o niebo poważniejsze, niż sami mogliby wymyślić. Doskonale o tym wiesz.
-Coś w tym jest. - mruknąłem.
-Pewnie, że jest. - pokiwała głową, patrząc mi w oczy. - Lepiej stąd spadaj. Zaraz zacznie się zebranie pielęgniarek, a one nie lubią prawników.
-Nie prawda. - cmoknąłem z niechęcią. - Ty mnie lubisz.
(Kendall)
Ten wieczór był cudowny. Najpierw przesiedzieliśmy dwie godziny w samochodzie Liry, a potem wróciliśmy do domu na kolację.
-Smakowało Ci? - zapytałem, zabierając jej sprzed nosa jeden z talerzy.
-Przecież wiesz, że tak. - uśmiechnęła się do mnie, próbując zebrać wszystkie sztućce, ale zamiast tego wszystkie widelce i noże rozsypały się na podłodze. - Pomogę Ci.
-Nie dzisiaj. - pokręciłem głową. - Właściwie, to...
Włożyłem wszystkie naczynia i sztućce do zlewu i wytarłem ręce, żeby były przynajmniej pozornie czyste. Wsunąłem dłoń do kieszeni spodni i wyciągnąłem chusteczkę, w którą zawinięty był pierścionek. Chrząknąłem, podchodząc do niej bliżej.
-Lira, kocham Cię i naprawdę chciałbym spędzić z Tobą resztę życia. - oznajmiłem, najbardziej poważnym tonem, na jaki mnie było stać. - Długo się nad tym zastanawiałem i teraz mam pewność, że nie warto z tym zwlekać, ani tym bardziej od tego uciekać.
Lira sprawiała wrażenie, jakby wbiło ją w krzesło. W sumie nie było w tym nic dziwnego, bo kiedy o tym myślałem, liczyłem się z taką ewentualnością.
-Lira, czy... - zrobiłem krok do przodu i uklęknąłem na jedno kolano. - Czy zgodzisz się zostać moją żoną?
Przełknąłem ślinę, wpatrując się w nią z oczekiwaniem.
-Kendall, ja... - zająkiwała się, usiłując dobrać odpowiednie słowa.
-W porządku. - pokiwałem głowa, przymierzając się do wstania z klęczek. - Możesz się zastanowić tak długo, jak tylko potrzebujesz.
-Tak. - powiedziała bardzo poważnym tonem.
-Jasne, rozumiem. - wymamrotałem, zgaszony brakiem entuzjazmu. - Jeszcze wrócimy do tej rozmowy.
-Nie musimy. - uśmiechnął się do mnie ciepło. - Tak.
Powtórzyła, kompletnie zbijając mnie z tropu.
-To znaczy, że... - zapytałem, nie mogąc wykrztusić z siebie tego, co właśnie cisnęło mi się na usta.
-Tak. - powtórzyła po raz kolejny. - Wyjdę za Ciebie.
Poczułem euforię rosnącą w mojej piersi. Krew buzowała mi w głowie, a przyśpieszone bicie mojego serca zdawało się zagłuszać wszystkie dźwięki z otoczenia. Zanim zdołałem się zorientować, podniosłem Lirę z krzesła i obróciłem się wokół własnej osi z nią w ramionach. Lira zachichotała i wplotła dłonie w moje włosy.
-No, już przestań! - zawołała, z trudem powstrzymując się od śmiechu. - Przecież wiesz, że mówiłam na poważnie.
-I dlatego tak się cieszę. - oznajmiłem, zamykając jej usta pocałunkiem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No, wygląda na to, że nic dodawać nie muszę. Ostatnio miałam szalony dzień i chyba dało się zauważyć, że nie sprawdzałam poprzedniej notki. Sorki. No a teraz przechodzimy do pytań.

Nadal nie zostałam fanką Adams i coraz bardziej się do niej zniechęcam.
Wtedy nie była taka zła. Srałam się, żeby była bezwzględna, ale sprawiedliwa. Poza tym... James ją kocha, co z tego, ze bez wzajemności. Nie spoileruję, po prostu chyba już każdy to zauważył.
Tęsknię za Loganem i jego tekstami :')
A czy po dzisiejszej notce Twoja tęsknota została zaspokojona?

No dobra, mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Nadal tak jakby odpowiadam na komentarze i puki co nie mam zamiaru przestawać.

Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 7 lutego 2018

78. Zielone Lody

(Lira)
Kiedy Alexa mi powiedziała, że Scott znowu tu jest, byłam przerażona. Nie dlatego, że trafia tu zbyt często, chociaż może trochę... Logan powiedział, że znalazł u niego kilka odmrożeń. Może byłoby to normalne, gdyby nie był początek września. Pogoda wciąż była letnia i nie było ani trochę zimno. Poza tym, na litość boską... Po co ktoś zabrał mu koszulę?
-Dowiedziałeś się czegoś? - zapytałam, wiedząc Logana na korytarzu.
-Miałem rację. - oznajmił, podając mi jakąś kliszę. Zorientował się o co chodzi, jak spojrzałam na niego z zaskoczeniem. - Dostał w głowę i to mocno. Widzisz o tutaj? Tak wygląda krwiak. We włosach ma niewielkie rozcięcie.
Wskazał na niewielkie, workowate zgrubienie na zdjęciu. Na prawdę wolałabym, żeby mówił bardziej po angielsku, niż po naukowemu.
-Stwarza zagrożenie? - zapytałam, unosząc brwi.
-Nie. - pokręcił głową, krzyżując ramiona na piersiach. - Szybko sam się rozpuści, ale do tego czasu, może go trochę pobolewać głowa. Powoli zaczynam wierzyć w jego wersję wydarzeń.
-To znaczy? - zapytałam, patrząc na niego z zaskoczeniem.
-Koledzy zrobili mu głupi żart. - wyjaśnił, wzruszając ramionami.
-Jakoś mało śmieszny. - mruknęłam pod nosem.
-Mnie to mówisz? - uniósł brwi, zabierając na zdjęcie. - Kiedy ja chodziłem do liceum, nie miałem takich głupich pomysłów. Przejdziesz się do tej lodziarni? Może zmiennik coś wiedział.
-Green Ice Creams? - podsunęłam, kiedy patrzył na wydrukowane wyniki badań. -Tą jest najbliżej szkoły. I najbliżej postoju taksówek, tam stacjonował ten kierowca.
-Spróbuję go trochę podpytać. Może powie mi coś więcej - odparłam, spoglądając na wyświetlacz telefonu, ale był tam tylko jeden SMS z powiadomieniem o nieodebranym połączeniu. - Rozmawiałeś z Derekiem?
-Jeszcze nie. - pokręcił głową. - Chcę to zrobić, kiedy Scott zaśnie. Teraz sprawia wrażenie, jakby za wszelką cenę chciał pozostać rozbudzony, jakby się bał, że wydarzy się coś ważnego i on to prześpi.
-Wiem, biedny dzieciak. - westchnęła Alexa, stojąca obok.
-Zobaczymy się później. Cześć.
-Na razie. - usłyszałam za plecami jego odpowiedź.
Poszłam w kierunku wyjścia. Nie miałam czasu do stracenia. Wolałam się najpierw upewnić. Dopiero wtedy mogłabym wyluzować. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że to wszystko jest skomplikowane i nie bardzo udawało się to wszystko ogarnąć. Na szczęście nie zanosiło się, żeby to miało potrwać zbyt długo.
Wsiadłam do samochodu i pojechałam do lodziarni, która była niedaleko szkoły Scotta. Nie pomyliliśmy się z Loganem, bo przed wejściem siedziała grupa nastolatków, z porcjami lodów na dużym wafelku.
Wysiadłam i podeszłam do faceta przy automacie. Miejscówka była całkiem niezła. Przypominała trochę te lokale za czasów manii na Elvisa Presleya. Pudle na ścianach, obsługa na wrotkach...
-Przepraszam... - zaczepiłam jednego z facetów, który teraz wydawał się oderwany od roboty. - Pracował pan tu rano?
-A pani, kto? - warknął na mnie, jakby wypytywała o intymne szczegóły jego życia osobistego. A naprawdę, nie miałam ochoty. - Glina?
-Jestem pracownikiem opieki społecznej. Chciałam zapytać o nastolatka, który... - wyjaśniłam, ale nie zdążyłam dokończyć, bo wciągnął mnie do środka i zatrzasnął drzwi. - Co pan wyprawia?
-Latynos, szczupły, nie więcej niż dziewiętnaście lat? - zapytał półgłosem i zmarszczyłam brwi.
-Skąd pan wie? - mruknęłam, bo koleś najwyraźniej wolał zachować to w tajemnicy.
-Był tu wczoraj. Dzisiaj rano leżał obok naszej lodówki z rozbitą głową. Kierownik kazał go podrzucić pod postój taksówek. - odpowiedział, wciąż ściszonym głosem. - Był umazany krwią. Kazał go wytrzeć, żeby ludzie pomyśleli, że jest pijany. Jakoś dziwnie sapał, ale zabronił mi wzywać karetkę.
-Sapał bo ma astmę. - odpowiedziałam, orientując się, że udzielił mi się jego konspiracyjny szept. - I to się nazywa świst. Pamięta pan, z kim jadł?
-Z jakimiś chłopakami. - wzruszył ramionami. - Trzech miało takie sportowe kurtki miejscowego liceum. A coś mu się stało?
-Na szczęście nic poważnego. - powiedziałam, kręcąc głową. - Ale jest wyziębiony, a z jego astmą mogło się to skończyć tragicznie.
-Wcale nie jestem dumny z tego, jak się zachowałem. - powiedział, wzruszając ramionami. - Ciężko pracuję i...
-Proszę się nie tłumaczyć. - pokręciłam głową. - Mają tu państwo jakieś kamery? Może uchwyciły coś, co się wczoraj z nim działo?
-Pewnie tak. - mruknął. - Ale dzisiaj nie będzie już kierownika. Na razie może pani zapytać szefa ochrony dzielnicy. Nadzoruje monitoring piekarni obok, a jedna z kamer ma widok na nasze stoliki. Może akurat go pani zobaczy.
-Dobrze, dziękuję. - pokiwałam głową, wychodząc na zewnątrz.
(James)
Lira wróciła, kiedy było już po wszystkich badaniach Scotta. Ten dzieciak to dla nas ciężki kawałek chleba, ale to wcale nie była jego wina, bo jak widać, kłopoty zawsze znajdowały jego, a nie odwrotnie.
-Coś się stało? - zapytała półszeptem.
Zaczekałam chwilę, aż otoczenie trochę się uciszy.
-Przyjechał Derek. - odpowiedziałem, prowadząc ją do pokoju Mary, zatłoczonym korytarzem. - Rozmawiał ze Scottem, ale młody mówi, że to tylko głupi żart jego kolegów.
-Ciekawe, co by powiedział, gdybyśmy musieli go zaintubować. - usłyszałam twardy głos Adams. - Pewnie nic, nie mógłby mówić.
Stała odwrócona do nas plecami, jakby nie miała ochoty patrzeć nam w oczy. Uniosła brwi i poszczałam w moje ślady, siadając na jednym z krzeseł.
-W sumie, nawet się nie dziwię, że nie chce o tym rozmawiać. - wzruszyła ramionami, siadając za biurkiem. - Przeszedł gorsze rzeczy, niż początki hipotermii po kawale kolegów.
-Zawracać nam głowy. - mruknąłem, unosząc rękę. - Użył takiego zwrotu. „Nie chcę zawracać państwu głowy”. Derek wpadł na pomysł, żeby z nimi o tym porozmawiać.
-Może to zrobić? - Mary spojrzała na mnie wyczekująco, jakby nie wiedziała, jakiej odpowiedzi się spodziewać.
-Tylko pod warunkiem, że Scott poda mu nazwiska. - odpowiedziała za mnie.
-Może to nie taki zły pomysł. - powiedział zaskakująco lekko. - Starszy z Haleów potrafi być groźny. Dajmy mu pełne pole do popisu.
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy zdałem sobie sprawę, jakim tonem to powiedziała. Nie spodziewałem się po niej aż takiej bezwzględności. Chociaż tutaj wydawało się, jakby była bardziej obojętna niż zwykle. Może sama chciała im sprać tyłki, ale uznała, że Derek zrobi to lepiej.
-Wracajcie do swoich zadań. - rozkazała po dłuższej chwili. - Nie macie tu nic do roboty. Na Ciebie, Maslow czekają trzy rozebrany sprawy, a Ty Forte musisz jechać do sądu.
-Dzwonił pan Vipera? - zapytała, unosząc brwi z zaskoczeniem.
-Dzwonił. - Mary pokiwała głową. - Ale nie wydawało mi się, że to pilna sprawa. Dlatego nie śpiesz się, zajrzyj jeszcze do chłopaka.
Lira skinęła głową i wyszła z gabinetu. Kiedy zamknęła za sobą drzwi, ani myślałem, ruszyć się z miejsca. Siedziałem naprzeciwko Mary, intensywnie się jej przypatrując.
-Wszystko w porządku? - zapytałem po dłuższej chwili milczenia.
-Jasne. - odparła, rzucając na biurko opasły segregator. - A dlaczego pytasz?
-Ostatnio trochę niepokoi mnie Twoje zachowanie. - odparłem, kiedy w końcu skupiła spojrzenie na mojej twarzy. - Jesteś nieswoja, spięta...
-Zawsze jestem spięta. - powiedziała szybko, nie dając mi dokończyć zdania. - Nie przejmuj się, bo nie ma takiej potrzeby. Mam po prostu sporo zajęć. Z tego, co wiem, Ty też nie możesz narzekać na nudę. Ostatnio podrzuciłam Ci pięciu biednych pacjentów.
-Trzech. - wpadłem jej słowo, kiedy zdawało się, że przestała mnie słuchać. - Dwójcie wystarczyło wykupić odpowiedni pakiet ubezpieczeniowy, dopóki nie przyjdzie ich kolejka na liście w pełni refundowanych leków.
-I co, mam Ci gratulować? - prychnęła, pochylając się nad kartka z wynikami jakichś badań.
-Nie. - pokręciłem głową. Jeśli miała przyjść pora na zmianę tematu, to właśnie teraz. - Odbiorę Cię po pracy. O której kończysz?
Mary zawahała się przez chwilę, pochylając się jeszcze niżej, jak zwykle, kiedy chciała kryć szkarłatny rumieniec.
-O siódmej wieczorem. - odpowiedziała po dłuższej chwili. - Jedziemy do mnie, czy do Ciebie?
-Tym razem do mnie. - uśmiechnąłem się do niej szczerze, ale z umiarem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No… to może od razu przejdę do pytań. Albo pytania, bo jest tylko jeden komentarz pod poprzednią notką. Ale nie narzekam.
Powiedz mi dlaczego ciągle w środy zapominam tu wejść?
A żebym to ja wiedziała? Zrób to co ja. Ustaw sobie przypomnienie w telefonie. W ten sposób pamiętam o notce u Domi.
Zawsze mam w głowie czarne scenariusze, więc myślę, że to ten nowy kolega pomógł mu wylądować w szpitalu, albo jakoś się do tego przyczynił, choć w najmniejszym stopniu.
Spoko, to nie Peter.
Hmm tak sobie teraz pomyślałam o tej kobiecie i na pewno było jej ciężko dostając taką informację. Najgorsze dla matki na pewno jest to, gdy jej dziecko cierpi, coś mu się dzieje.
Myślę, że może nie miała go gdzieś, tylko to do niej nie dociera w 100%.
Ona akurat miała to gdzieś.

No i to tyle. Trzymajcie się! Cześć! 

środa, 31 stycznia 2018

77. Inwigilacja

(Logan)
-Miałeś atak astmy? - zapytałem, siadając naprzeciwko Scotta.
-Nie. - odpowiedział, wpatrując się w punkt ponad moim ramieniem.
-Ktoś uderzył Cię w klatkę? - zadałem kolejne pytanie, próbując ustalić, co się stało.
-Nie. - powiedział krótko, nawet się nie poruszając.
-Może powiesz mi, co się wydarzyło? - powiedziałem w końcu, starając się zachować najspokojniejszy ton. - Gdybyś nie miał w kieszeni kartki z numerem Kendalla...
-Derek karze mi to nosić. - wywrócił oczami, ale w końcu na mnie spojrzał. - Na wypadek, gdybym zasłabł na środku ulicy i ktoś wpadł na pomysł przeszukania mi kieszeni.
-Wpadł na to dopiero taksówkarz, który Cię zabrał do szpitala. Co się wydarzyło? Jesteś mocno wyziębiony. - zmierzyłem go spojrzeniem i wziąłem głęboki oddech.
Wciąż wyglądał kiepsko. Był blady, a jego oddech pozostawał ciężki i świszczący mimo podanych leków i tlenu. Nie miał ataku, ale powoli wchodził w stan astmatyczny.
-Pamiętam tylko tyle, że byłem na koncercie. A kiedy wyszedłem poszedłem z kolegami do lodziarni. Nic więcej nie pamiętam. - wzruszył ramionami. - Kiedy się ocknąłem, nie miałem już butów i koszuli.
Brzmiało, jakby ktoś go znokautował i zamknął w chłodni. Z tym, że nie miał na głowie żadnych śladów. Złożyłem dłonie na kolanach, pozwalając sobie na chwilę zastanowienia.
-Musimy zbadać Ci krew. - powiedziałem w końcu, przerywając milczenie. - Możliwe, że miałeś coś we krwi. Była jakaś okazja, kiedy ktoś mógłby Ci czegoś dosypać?
-Nie wiem, może.- pokręcił głową, splatając dłonie na białej pościeli. - Możliwe, że to tylko głupi żart. Nie wszyscy wiedzą, że mam astmę.
-A kto wie? - uniosłem brwi, patrząc mu w oczy.
-Tylko Lydia i Peter. To taki chłopak ze szkoły. Jest w starszej klasie. Gra w kosza. Kiedyś pomagaliśmy mu ogarnąć chemię. - odparł, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego. - Dostałem przy nim ataku. Wtedy mi pomógł. To było... szczere.
Uśmiechnąłem się delikatnie, ale między wierszami, brzmiało to, jakby mimowolnie go usprawiedliwiał.
-Przyniosę ogrzany tlen. - powiedziałem, kładąc mu dłoń na kolanie. - To powinno pomóc. Zaczekaj chwilę.
Odszedłem w stronę biurka pielęgniarek. Musiałem iść do inkubatora ze sprzętem na wypadek kogoś z hipotermią. Po jego minie widziałem, że nie mówi całej prawdy.
-Masz problem? - zapytała Alexa, kiedy otworzyłem drzwiczki miniaturowej szafy termicznej.
-Tak jakby. - odpowiedziałem, siadając na krześle biurowym. - Pamiętasz, co powiedział Cody, kiedy odbierał Scotta od tego taksówkarza?
Alexa w odpowiedzi tylko pokręciła głową i wzruszyła ramionami.
-Nie, nie byłam przy tym, a on mi nie powtarzał. - odparła, sięgając po pieczątkę, ale raczej nie tą moją. - Widziałeś gdzieś Adams?
-Nie. - pokręciłem głową i wziąłem głęboki oddech. - Dzisiaj i tak już pewnie jej nie będzie. Nie musisz się martwić. Dasz radę to wszystko ogarnąć. A teraz przepraszam, muszę zanieść butlę do Scotta. Nikt się nie spodziewał, że przy dwudziestu stopniach ta butla się komuś przyda.
(Kendall)
-Dowiedziałem się, co może być problemem. - oznajmiłem, kiedy Lira wsiadła do samochodu. - Przeglądałaś to?
-Nie. - odparła, sięgając po teczkę, którą trzymałem. - To akta jego ojca?
-Nie. - pokręciłem głową. - Jego matki.
-Żartujesz? - uniosła brwi, z zaskoczeniem zaglądając do środka. - Ona wciąż żyje.
-Też mnie to zaskoczyło. - Wzruszyłem ramionami, kiedy czytała pierwszą stronę. - Nie wiem, jak zareaguje na śmierć syna.
Lira nie odpowiedziała. Zatrzasnęła tylko folder i spojrzała mi w oczy, nadal nie odpalając silnika.
-Nie mogłeś nic poradzić. - powiedziała cicho, niemal szeptem. - Wiesz, co mówili inni.
-Wiem. - kiwnąłem głową. - Nie cierpię, kiedy mówisz, jakbyś czytała mi w myślach.
Lira uśmiechnęła się blado i oparła teczkę o kierownicę. Odkąd zakręcała włosy, kosmyki zdawały się wirować wokół jej głowy.
-Wcale nie czytam Ci w myślach. - wywróciła oczami, biorąc głęboki oddech. - Gdybym potrafiła, to by mi sporo ułatwiło.
-I utrudniło jednocześnie. - zauważyłem, czując zagłówek za karkiem. - Każdy potrzebuje ograniczeń. Gdyby wszystko było takie proste...
-Wiem, o co Ci chodzi. - przerwała mi, kiedy wyciągnęła kluczyki z kieszeni marynarki. - Nie można czytać innym w myślach bez jej zgody. Czytałam komiksy z „X-Menami”. Nie jestem tak silna jak Profesor Xavier.
-Kto? - zmarszczyłem brwi, a ona zachichotała.
-Słodki jesteś, jak pytasz o takie oczywistości. - powiedziała, zatrzaskując folder z dokumentami. - Chcesz coś zrobić przed wyjściem do tego mieszkania, czy wciąż będziesz się czaił?
-Idziemy do niej? - uniosłem brwi.
-Yhym. - kiwnęła głową z szerokim uśmiechem. - Najlepiej zaraz. Zerwiemy to jak plaster. Powiemy o tym szybko.
Uniosłem brwi, kiedy dotarło do mnie, co chciała powiedzieć. Spojrzałem na nią z zaskoczeniem. Spodziewałem się, że będzie chciała to trochę pozawlekać, żeby dobrać słowa.
Obserwowałem, jak odpala silnik i wyjeżdża z parkingu. O dziwo, nie czułem się niezręcznie, kiedy woziła mnie dziewczyna, w końcu to był jej samochód. Znam takich dominatorów, którzy nie pozwolili by na to swoim dziewczynom, ale bądźmy szczerzy. Przecież to głupie.
Nie wiedziałem, jak długo jechaliśmy. Szczerze mówiąc, starałem się nie zwracać na to uwagi. Wpatrywałem się gdzieś na wprost i pociągnąłem nosem.
-Dowiedziałaś się czegoś o tej kobiecie? - zapytałem, nagle coś sobie uświadamiając. - Wszystko zabrałaś ze szpitala?
-Przecież wiesz, że tak. - jęknęła od niechcenia. - Zawsze staram się wszystkiego dopilnować.
-Dobra, już dotarło. - wywróciłem oczami. - To co? Będziesz mówiła?
-Jeśli Ty nie chcesz, to dobra. - wzruszyła ramionami, wjeżdżając w mniej ruchliwą ulicę. - Setki razy powtarzałam sobie w głowie, co mam powiedzieć jej ciotce, ale na matkę, chyba też można to przerobić.
(Carlos)
Wlałem sobie porcję kawy do kubka i spojrzałem na Kendalla, który wszedł do pokoju socjalnego. Uniosłem brwi, kiedy rzucił aktówkę na kanapę podszedł do lodówki, rozglądając się po półkach,
-To nie jest torba Jamesa? - zapytałem, rozpoznając grawerowane „JM” na zamku szyfrowym.
-Jest. - odpowiedział, wyciągając jedną z butelek wody. - Mam to dostarczyć Adams, ale ona jeszcze nie wróciła z wizyty domowej. James mówi, że mam się upewnić, że to do niej dotrze. Wiesz jaki on jest. Chce mieć dopięte wszystko na ostatni guzik.
-Wiem. - westchnąłem. - A jak było u ciotki tego chłopca?
-Nie było. - pokręcił głową, przechylając butelkę i biorąc dużego łyka. - Pojechaliśmy do matki. Twardo się trzymała, ale widać, że była załamana. Trudno powiedzieć, czy to normalna reakcja.
-Płakała? - zapytałem cicho.
-Nie. - pokręcił głową. - Była spokojna. Powiedziała, że wszystkim się zajmie. Za dwa dni przyjedzie odebrać ciało, musi najpierw załatwić zakład pogrzebowy.
-Ale? - zapytałem, widząc jaką ma minę.
-Ale Lira nie powiedziała jej jeszcze wszystkiego. - oznajmił, zerkając na dokumenty leżące na stoliku do kawy. - Jego matka nie wie, że chłopaka zabił jego ojciec. Powiedziała jej, że to temat na dłuższą rozmowę. Nie pytała. Chyba sama chciała trochę ochłonąć.
-Nie sądzisz, że to trochę dziwne? - zapytałem, trochę się nad tym zastanawiając. - Zwykle matki strasznie rozpaczają.
-Wiem. - pokiwał głową. - Może ona jest jedną z tych spokojnych?
-Albo nie potrafisz rozróżnić załamania od zaskoczenia. - wzruszyłem ramionami. - Może po prostu miała syna gdzieś?
-Może. - odpowiedział, unosząc brwi. - Lira mówi, że musi ją jeszcze inwigilować.
-Co jej nie pasuje? - zmarszczyłem czoło, siadając naprzeciwko niego.
-A bo ja wiem? - mruknął. - Nic nie opowiadała. Przynajmniej socjal nie musi zajmować się pogrzebem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Trudno mi teraz napisać tę notę. Serio. Wiem, że notka wyszła krótko, a ja się zawiesiłam na czwartym rozdziale. W sensie nowej historii. Na razie projektuję nowego bohatera, ale nie wiem, co z niego wyjdzie, bo cały czas mam na kolesia nowe pomysły. Więc Kelly na razie poszła w odstawkę. Chyba zrobię tak, żeby oboje pojawili się w jednym rozdziale. Może wtedy jakoś zrównoważę pracę nad obojgiem. Jakby to kogoś interesowało, zapraszam na maila.
A teraz… czas na odpowiadanie na Wasze pytania. Albo fragmenty komentarzy. Niepotrzebne skreślić.
Nwm co to za zdziwnie z wspólnej pracy Carlosa i Liry? Przecież oboje pracują w podobnej profesji więc to chyba logiczne.
Niby tak, ale nikt sobie wcześniej nie zdawał z tego sprawy. No i nie każdy podopieczny Liry jest pod opieką psychologa. I to niekoniecznie jest Carlos.
Co z Alexą w tym przypadku? Czy jest powód do obaw?
Nie ma żadnych powodów do obaw. Adam jest biseksualny, ale nie posunie sie dalej, niż do takich odzywek. Sama kilka dni temu widziałam, jak kolega przy swojej dziewczynie powiedział, że inna jego koleżanka jest bardzo ładna, więc to nic takiego. Poza tym... na początku ta romowa wcale nie była z Loganem. Tylko z Jamesem. Ale jak pisałam tamtą notę, doszłam do wniosku, że lepiej, gdyby to był Logan. Tak, żeby mu dowalić do kompletu.
...chociaż z drugiej strony Logan też ma swój charakterek więc i tak pewnie wyszłoby na to samo...
Oni się nigdy nie lubili i oboje mają do tego powody. Kiedy zaczynałam pisać to opowiadanie (całe), postanowiłam, że nikt tutaj nie będzie się sprzeczał bez powodu. Dlatego jak ktoś tu kogoś szczególnie nie lubi, to znaczy, że powód jest krystalicznie jasny.

No i to w sumie tyle. Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Liczę na Wasze komentarze, trzymajcie się! Cześć!  

środa, 24 stycznia 2018

76. Koty nie znoszą electro

(Lira)
-Nie żyje? - uniosłam brwi, kiedy Alexa pokazała nam w stołówce cały plik zdjęć, który samobójca miał w kieszeni. - Najpierw zabił syna, a potem siebie?
-Na to wygląda. - James pokiwał głową, kiedy oparłam się o krzesło. - Sprawdzimy, czy mieli jakąś rodzinę, pomożemy zorganizować pogrzeb...
-Zbiorowy? - zapytałam z zaskoczeniem. - Może socjal się zgodzi na oddzielny.
-Wątpię. - powiedziała Alexa, nie spuszczając spojrzenia ze zdjęć. - Reanimowaliśmy tego człowieka, bo mieliśmy taki obowiązek, ale nie sądzę, żeby nie żałował tego, co zrobił.
Spojrzałam na Jamesa, który tylko pokręcił głową. Nie wyglądał na zadowolonego, chociaż na twarzy nie brakowało mu kolorów.
-Na mnie nie patrz. - wzruszył ramionami. - Znasz zasady i wiesz, co mogą nam zrobić, jeśli przynajmniej o tym pomyślimy. Dla mnie to zakaz wykonywania zawodu na przynajmniej trzy miesiące, dla Ciebie zwolnienie. Ta sprawa sama się rozwiązała. Nie możemy w nią ingerować. A tym bardziej w tak błahej sprawie.
-To nie jest nic błahego... - wpadłam mu w słowo i zrobiłam wielkie oczy.
-Wiem! - przerwał mi, kładąc dłonie płasko na stole. - Znasz nasze prawo. Dla sądu to rodzina patologiczna. Musimy tylko... Zrobić to w taki sposób, żeby...
-Nie musicie. - usłyszeliśmy za plecami głos Kendalla. - Przyszedł jego szef. Wszystko zorganizuje. Policja zbada ciała, a potem mu je wyda. Podobno jego ubezpieczenie to pokrywa, ale trzeba załatwić formalności.
-I po sprawie. - westchnęłam. - Jak będzie chciał, pomogę mu w organizacji. A teraz muszę już wyjść. Umówiłam się z Carlosem. Mamy odwiedzić jednego z naszych podopiecznych.
-Nie wiedziałem, że macie wspólnych. - James szybko zamrugał, kiedy sięgnęłam za siebie po torebkę. - Od dawna tak razem współpracujecie?
-Właściwie od zawsze. - odparłam zgodnie z prawdą, jak Kendall usiadł obok mnie. - Ale dopiero teraz wysyłają nas razem w teren. Wiesz, jak to jest. Czasami trzeba się pofatygować.
Zerknęłam na Kendalla, który przyciągnął sobie moją niedokończoną kawę i uniósł ją do ust. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy się skrzywił i sięgnął do koszyczka po dodatkową saszetkę z cukrem. Oczywiście, zawsze dużo słodził.
-To ja lecę. - powiedziałam, całując Kendalla w policzek. - Zobaczymy się wieczorem.
-Nie wracasz do szpitala? - Alexa zmarszczyła brwi, wyjmując ze stojaka kartonowy kubek z herbatą. - Byłam pewna, że...
-Wraca. - odpowiedział za mnie Kendall, kładąc dłoń na karku. - Ale ja już będę w domu. Adams twierdzi, że zajmie się moją pacjentką z dziewiątką dzieci i dziesiątym w drodze. Przez jej pobyt w Colorado sporo mi umknęło.
-Wróciła? - Logan wypluł łyk kawy, przez nos, która właśnie pił. - Myślałem, że przeprowadziła się na stałe i daruje sobie już dzieci.
-Logan, kobieta ma anemię sierpowatą, a nie aids. - wyjaśnił mu ciężko Kendall. - Ale to wciąż nie zmienia faktu, że jej narządy są w kiepskim stanie.
-Jasne. - kiwnął głową.
-Widzę, że nic tu po mnie. - przerwałam ich dyskusję, czekając na Jamesa, który miał mi podać komplet dokumentów, na który się umawialiśmy. - Zrobisz kolację, czy mam coś kupić po drodze?
-Zrobię, zrobię. - przytaknął. - Nie martw się, szybko coś wymyślę. Na co masz ochotę?
-Na cokolwiek, byle było dużo i ciepło. To cześć.
Uniosłam rękę, machając przyjaciołom, zanim wyszłam ze stołówki. Wiedziałam, że to jeszcze nie wszystko. Jeszcze będę musiała się jeszcze przed nimi gęsto tłumaczyć. Na razie wolałam sobie dać z tym spokój. Przynajmniej na razie. Dać sobie czas.
-Gotowa? - zapytał Carlos, siedząc na masce mojego samochodu.
-Prawie. - odpowiedziałam, wyciągając kluczyki z kieszeni żakietu. - Musze tylko ochłonąć po tym, co usłyszałam. Za kilka godzin pójdę spać i nic mnie to nie obejdzie.
-Mówisz o tym zbyt lekko. - stwierdził, siadając na miejscu pasażera w moim Hornecie. - Dlaczego wkładasz w to tyle wysiłku?
-Czasami Cię nienawidzę. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
-Nie moja wina. - wzruszył ramionami. - Takie zboczenie zawodowe.
(Logan)
-Dzień dobry, pani Rogers. - powiedziałem, wchodząc do pokoju. - Jak się pani dzisiaj miewa?
-Najlepiej bym się miewała, gdybym wróciła do domu. - oznajmiła, nie przerywając szydełkowania. - Pan chyba wie o tym najlepiej.
-Załatwiłem pani przybory do robótek ręcznych. - oznajmiłem, pochylając się nad jej kartą. - Nic więcej nie jestem w stanie zrobić.
Staruszka wymamrotała coś pod nosem, kiedy usiadłem obok niej i odgarnąłem jej kolano w stabilizatorze. Nie reagowała za bardzo. Po prostu leżała, nie przerywając wykańczania swetra.
-Okey, wygląda na to, że wszystko jest w porządku. - stwierdziłem, kiedy usłyszałem dzwonek swojego telefonu. - Wyniki są dobre, więc niedługo zaczniemy fizykoterapię.
-Koty nie lubią elektro. - odpowiedziała, kiedy otworzyłem powiadomienie o nieodebranym połączeniu. - Lepiej, żeby pan zmienił ten sygnał.
-Zapamiętam. - powiedziałem cicho, wpatrując się w wyświetlacz.
Wyszedłem z pokoju, niemal uderzając czołem o ścianę. Nie wierzyłem w to, co widzę. Po prostu byłem załamany, widząc co jest tam napisane.
Masz nieodebrane połączenie od numeru zarejestrowanego na panią Elizabeth Foster. Abonent nie zostawił żadnej wiadomości. Oddzwoń do niego.
Otarłem łzy i poszedłem do pokoju socjalnego. To siostra taty. Kobieta, która nas olała, kiedy najbardziej potrzebowaliśmy pomocy. Zacisnąłem zęby i wybrałem jej numer. Musiałem się do wiedzieć, czego chce.
-Logan? - usłyszałem jej głos zaraz po dwóch sygnałach. - Jednak masz ochotę ze mną rozmawiać.
-Ani trochę. - odpowiedziałem chłodnym tonem. - Czego chcesz?
-Dowiedzieć się, czy wciąż grasz na lutni.
-Na lutni? - powtórzyłem z zaskoczeniem. - Nigdy nie grałem na lutni.
-Trudno w to uwierzyć, prawda? - usłyszałem jej cichy chichot po drugiej stronie słuchawki. - Mój brat okłamał mnie nawet w tej sprawie. Podobno jesteś lekarzem.
-To prawda. - przytaknąłem. - O co Ci chodzi? Nadal nie rozumiem.
-Chcę tylko zweryfikować informacje. - wyjaśniła, nie opuszczając swojego zasadniczego tonu. - Mój brat nie zawsze był szczery, a to i tak delikatnie powiedziane.
Wiedziałem, co ma na myśli. Ojciec dość często mijał się z prawdą. Kłamał nawet, jeśli chodzi o bzdury, a co dopiero poważne sprawy. A potem weszło mu to w krew i jak widać, dorobił się na tym niezłej fortuny.
-Nie wiem, czemu Cię to teraz interesuje. - powiedziałem, podchodząc do lodówki i wyjmując kartonik z mlekiem. - Zwykle nie obchodziło Cię, co się dzieje ze mną i mamą. Mam Ci przypomnieć, co powiedziałaś, kiedy zwróciliśmy się do Ciebie po pomoc?
-Nie jestem z tego dumna. Ale widzę, że jakoś sobie poradziłeś.
-Poradziłem. - prychnąłem, zostawiając w tym jednym słowie cały nagromadzony jad. - Z pomocą kolegi ze studiów, który dzisiaj jest moim najlepszym przyjacielem.
-Przynajmniej wiesz na kogo tak naprawdę możesz liczyć.
-Na pewno nie na Ciebie.
Mówiłem szybko, po dłuższej chwili przestając skupiać się na słowach, które wypowiadała. Nie chciałem tego słuchać. Nie chciałem tego przetwarzać. Najlepiej by było, gdyby się rozłączyła. Przynajmniej nie mogłaby mieć do mnie pretensji.
-Jeśli chciałbyś porozmawiać...tak naprawdę, to wiesz gdzie mnie szukać.
-Jasne, z pewnością Cię znajdę, jeśli wpadniesz pod tramwaj. - prychnąłem.
-Zawsze lubiłam Twoje czarne poczucie humoru. - oznajmiła, ciężko wzdychając. - Zawsze potrafiłeś w kilku słowach streścić każdą sytuację. Do zobaczenia, kiedy się odezwiesz.
Odłożyłem komórkę, nie odpowiadając ani słowem. Dlaczego spotykało to właśnie mnie? Kiedy myślę, że mam już ojca z głowy, ten pojawia się znowu. Nawet po własnej śmierci.
Usłyszałem, jak drzwi socjalnego się otwierają. Obróciłem się na pięcie, widząc, że to tylko Adam. Dziwne. Zwykle przychodzili tu tylko lekarze.
-Proszę wybaczyć, zostawiłem coś w zamrażalniku. - powiedział, w kilku krokach pokonując przestrzeń dzielącą go od lodówki.
Wyciągnął z zamrażalnika pudełko z sorbetem owocowym. Uniosłem brwi, kiedy zaczął się na mnie gapić ze zdziwieniem.
-Ma pan partnerkę? - zapytał z zaskoczenia.
-Nie na stałe. - odpowiedziałem odruchowo. - A dlaczego Cię to interesuje?
-Jest pan bardzo przystojny. - powiedział w końcu, a ja poczułem, jak odpływa mi cała krew z twarzy. - Ja nie mógłbym się oprzeć.
-Mówisz, jakbyś był gejem. - zauważyłem, dolewając mleka do gotowej już kawy. - A przecież śpisz z Alexą.
-Nie jestem gejem. - pokręcił głową z uśmiechem. - Ale nie jestem też hetero.
I wyszedł z pokoju, wybierając gigantyczne, jak na tak malutką łyżeczkę, kęsy sorbetu.
Dobra... to było na prawdę dziwne.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przyznaję, kiedy pisałam tę notkę, miałam wyjątkowo sarkastyczny nastrój i wyszło jak wyszło. Poza tym, poprzedni post sprzed tygodnia to jednorazówka. I na dodatek ma zero komentarzy. Fakt, trochę mi przykro.
A jak się Wam podobała ta notka? Koniecznie mi o tym napiszcie. Poza tym nadal nie wiem, czy odpowiadać na Wasze pytania z komentarzy, czy coś takiego się Wam nie podoba. Trzymajcie się! Cześć!


środa, 17 stycznia 2018

Nic nie dzieje się przypadkiem – OneShot-Sequel drugiej historii LA is Ours

Nic nie dzieje się przypadkiem
OneShot-Sequel drugiej historii LA is Ours
Wyszłam na przystanek autobusowy i przez chwilę gratulowałam sobie zabrania parasolki. Uśmiechnęłam się pod nosem, obserwując ludzi z cieknącymi włosami i zaciągający sobie wiosenne kurtki na głowy. Szlag by to trafił. Środek maja, z samego rana świeci słońce, dwadzieścia stopni ciepła, a teraz pogoda, jakby dementorzy szwendali się po ulicach. Zaklęłam pod nosem i spojrzałam na siedzącego naprzeciwko mnie chłopaka. Nie miał parasolki, ale najwyraźniej coś przewidywał, bo był miał narzucony na wierzch plastikowy płaszcz przeciwdeszczowy. Uśmiechnęłam się pod nosem i zerknęłam na rozkład jazdy wiszący przy znaku stop. Nie ma to jak siedzieć na mokrej od deszczu ławce.
-Jak leci? - zapytał Mark, stając obok mnie. 
-Tu masz wszystkie pliki. - odpowiedziałam, otulając się szczelniej płaszczem i przekazując mu komplet nagranych płyt. 
-W tyn kraju chyba nie ma lepszej hakerki. - odpowiedział, chowając pudełko do kieszeni kurtki. 
Mark. Mój obecny przełożony. On nigdy nie powiedział do mnie „dziękuję”. Właściwie nie wiem, dlaczego. Mówił, że dobrze się spisuję, że nigdy nie spotkał nikogo tak dobrego przed ukończeniem szkolenia, że... że nie muszę wykonywać egzekucji, żeby być cenionym szpiegiem. 
Tak. Nazywam się Lizzy Carmichael. Jestem szpiegiem. 
Pracuję dla CIA, ale nieświadomie pociągnęłam ze sobą przyjaciół. Pewnego dnia ciotka Diane podeszła do mnie w trakcie rodzinnej kolacji, po misji jeszcze w Los Angeles i oznajmiła, że wysyła moich przyjaciół na szkolenie. Zaraz po rozdaniu świadectw. Stwierdziła, że ta jedna misja nie może pozostać jedyną. Teraz jesteśmy na większym kursie i wylądowaliśmy tutaj. 
W Waszyngtonie. 
W stolicy. 
Okazało się, że jesteśmy lepiej zgrani, niż mogłoby się wydawać. Oczywiście nie każdy z nas wychodzi w teren. Din na przykład... ani razu nie wyszła z pokoju w trakcie akcji. Nie mieliśmy jej tego za złe. Lepiej, jeśli jest naszymi dodatkowymi oczami. 
Chris i Kendall ostatnio partnerują mi częściej niż Charlie. Powiedzmy, że jemu to nie przeszkadza, bo i tak przełożeni traktują go jak naszą osobistą maszynkę do zabijania. 

-Wspaniale. - oznajmił Jack, kiedy weszłam do pokoju i złożyłam parasolkę. - Nie sądziłam, że akcja z hakerem do wynajęcia przyniesie takie sukcesy. 
-Mówiłam. - zawołała Madison, nie przerywając piłowania paznokci. 
-Mówiłaś, ale za to ja mam dodatkową robotę. Tylko w metrze mogę się wyspać. - odpowiedziałam, kiedy zdjęłam już płaszcz i postawiłam na podłodze swoje mokre buty. 
Pokręciłam głową i usiadłam przed jednym z komputerów. Spojrzałam niechętnie na monitor przedstawiający słonika z logo firmy meblowej i wzięłam głęboki oddech. 
-Co jest? - zapytał Julie, wchodząc do pomieszczenia i kładąc przede mną talerzyk z kruchymi ciasteczkami. - Myślałem, że lubisz tę robotę. 
-Bo lubię. - wywróciłam oczami, biorąc sobie jedno z ciasteczek. - Tylko nie mam siły się włamywać, a potem spotykać się klientami. Właściwie, to od kiedy CIA jest do wynajęcia? 
-Nie jesteśmy do wynajęcia, tylko zbieramy cyfrowe dane, wspierając inne drużyny. - poprawiła Din, siadając na jednym z foteli. 
-Jasne... - mruknęłam. - Tylko szkoda, że my musimy sobie radzić i z czyimiś włamami i własnymi misjami. To trochę męczące. 
Jack zagryzł wargę i pokręcił głową. Wiedział, że jako pierwsza pozwiedzałam, co wszyscy o tym myślimy. Wiem, że to nie tak. Że obiecywano nam najlepsze warunki w zamian za dostarczanie informacji i rozpoczęcie studiów na dobrej uczelni. A prawda jest taka, że tylko Din i Chris są w stanie studiować, bo nie zwalają na nich aż tyle roboty. Nie zarywali nocy przed komputerem, normalnie się uczyli, a kiedy się na to godzili, brali udział w misjach. A ja miałam tylko włamy. dostarczanie płyt i misje. Spałam może dwie godziny na dobę, jak dobrze poszło to cztery. 
-Masz rację. - powiedział cicho. - Nie na to się pisaliśmy, ale teraz naprawdę musimy to skończyć. Poza tym, już prawie rozpracowaliśmy ten gang handlarzy bronią, więc za dwa dni wszyscy się wyśpimy. 
Nagroda. Ciotka Diane nazywała to nagrodą. Czyli weekend w średnim motelu za miastem bez osprzętu szpiegowskiego. Jak na razie to był szczyt naszych marzeń, ale podświadomie czułam, że coś może się za tym kryć. Bo przecież nikt nie zwleka pół roku z jedną misją. 
Tak, rozpracowujemy jedną mikro szajkę przez pół roku. Ściągamy ich jeden za drugim. 
Dźwięk przychodzącego maila wytrącił mnie z tymczasowego zamyślenia. 
-Jest coś od Marka. - zamrugałam, klikając w temat „(no title)” i zaczynając powoli czytać. - Eee... prosi o ponowne nagranie i sprawdzenie czy jest dobrze, bo jedna płyta którą mu dałam uległa samozniszczeniu w napędzie rządowego komputera i chce to jeszcze sprawdzić na innym. 
Jęknęłam, spoglądając na Din, która była odpowiedzialna za nagrywanie. 
-Co zrobiłaś z tymi płytami? - zapytałam, patrząc na nią z zastanowieniem. 
-Napisz mu, że nie możesz mu dać drugiej kopii. - oznajmiła, zamiast odpowiedzieć. 
-Nie rozumiem. - pokręciłam głową, marszcząc brwi. 
-Och Lizzy, czy to nie oczywiste? - wzruszyła ramionami. - wszystkie komputery rządowe są podłączone. Razem z każdą płytą jest niewielki plik identyfikacyjny. Sama mi o tym mówiłaś. 
-Zaraz... - zmarszczyłam brwi, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie pomyślałam. - Płyta uległaby samozniszczeniu tylko wtedy, kiedy komputer nie byłby rządowy. 
-Właśnie. - pokiwała głową. - A to znaczy, że nie próbował otworzyć katalogu na żadnym z naszych komputerów. A to znaczy tylko jedno. Nasz szef szpieguje dla ciemnej strony. 

Przez te trzy wolne godziny nie mogłam spać, chociaż oczywiście próbowałam. Napisałam do Marka, że nie możemy mu zgrać tych danych od nowa, tylko musi przyjść po nie sam, wchodząc do bocznego wejścia w kawiarni. 
-Hej Mad... - zaczęłam, kiedy zaświeciła światło w naszej sypialni. - Pamiętasz identyfikator głosowy? Wiesz, ten, który sprawdzał, czy kłamał. Tylko trzeba było dotknąć badanego. 
-Nie cierpię go. - wymamrotała, sięgając po telefon leżący na skraju szafki nocnej. - Ma się po nim strasznie suchą skórę na dłoniach i dostaję po tym uczulenia. 
-To akurat mogę przecierpieć. - skrzywiłam się niechętnie. - Uczulenie to reakcja metali na jeden składnik kremu, którego używasz. Mówiłam ci, żebyś się nim nie kremowała, kiedy musimy tego używać. Proste jak drut. 
-Yhym... - mruknęła niechętnie. - Tylko szkoda, że to i tak swędzi. 
Pokręciłam głową i usiadłam na łóżku. Przez ponure myśli byłam w pełni rozbudzona i nie miałam zamiaru dzisiaj na nic narzekać. Dzisiaj jest wielki dzień. Dzisiaj zdejmujemy pozostałych. Wiemy, gdzie się spotykają. To tylko jeden wieczór i będzie po wszystkim. 
Wstałam z łóżka i podeszłam do lusterka przy toaletce. 
-Jeszcze dwie godziny. - wymamrotała Madison, sennie mnie obserwując ze swojej pryczy. - Możesz się położyć. 
-I tak już nie zasnę. - odpowiedziałam, zdejmując książkę z półki. - Wyjdę do głównej sali. Trochę poczytam. Wy możecie spać. 
-Jasne. - ziewnęła i przekręciła się na drugi bok. 
Wyszłam na zewnątrz i stanęłam naprzeciwko Kendalla, który siedział na jednym ze stołków barowych. Wzięłam głęboki oddech i podeszłam bliżej, ściągając mu z głowy słuchawki. Z niewielkich głośniczków wydobył się dźwięk głośnej muzyki elektronicznej. 
-Nie śpisz? - zapytał, jakby istniała tylko jedna odpowiedź. - Myślałem że... 
-Nie mogę zasnąć. - przerwałam mu, kiedy delikatnie mnie pocałował. - Jeśli Ty chcesz się przespać, mogę Cię zmienić. 
-Nie trzeba. - skrzywił się niesfornie, wskazując na swoje słuchawki. - Ta muzyka ma właściwości rozbudzające. Działa lepiej niż kawa. 
-Tak? - uniosłam brwi, odruchowo obejmując go ramieniem. - W takim razie puścimy to Madison, kiedy nie będzie chciała wstać o piątej rano. 
Zaśmialiśmy się dosłownie jednocześnie. Czasami miałam wrażenie, że porozumiewamy się bez słów. Ja, córka z rodziny szpiegów. On, syn przestępcy, wychowywany później przez przyrodniego brata. Najlepsze jest to, że Dustin nie ma na ten temat zielonego pojęcia. Cały czas jest przekonany, że my dwoje studiujemy razem prawo w Waszyngtonie. I jak to mówił John: „Po cholerę Ci studia? I tak umiesz więcej niż tam wykładają.”. Chciałam czy nie, musiałam się z tym zgodzić, kiedy trzy razy z rzędu pokonałam wytrawnego specjalistę w softwerowej bitwie. Z drugiej strony, dwieście trzydzieści cztery zapory... gość ma cierpliwość nie z tej ziemi. I pomysłowość, bo każda była inna. 

Kiedy wszyscy wstali, mogliśmy się spokojnie przygotować do tej obławy życia. Pakowałam torebkę i przeglądałam kamizelki kuloodporne, żeby dopasować do sukienki i w ogóle zastanawiałam się, czy czerwony to odpowiedni kolor na tę okazję. 
-Daj spokój. - powtarzał James. - Jak Cię zakrwawi, nie będzie widać. 
-Mają być żywi. - przypomniałam mu, kiedy postawił przed sobą świeży środek usypiający do uzupełnienia strzałek. Z niewiadomych przyczyn wolał to robić sam. - Gotowi do przesłuchania. 
-Wiem, wiem. - wywrócił oczami, składając wysterylizowaną strzykawkę wielokrotnego użytku. - Sama wiesz jak jest. Nigdy nie wiadomo, co któremuś do głowy strzeli. 
Spojrzałam na niego ze znudzeniem, kiedy znikał za drzwiami, żeby się przebrać. Nadal nie potrafiłam się przemóc. Tylko dlaczego... nie miałam pojęcia. Znałam plan na pamięć, ale i tak nie mogłam przestać myśleć o Marku. 
-Pomogę Ci włożyć sukienkę. - oznajmiła Din, wieszając sobie na szyi bezprzewodowe słuchawki z mikrofonem. - Wciąż masz problemy z obcisłymi ubraniami. 
Miała rację. Te luźniejsze sukienki zakładałam przez głowę. Nawet nie przejmowałam się istnieniem suwaka. Ale, kiedy nie było innego wyjścia, pomimo wyćwiczonej zręczności, nie mogłam dosięgnąć zamka.
-Wszystko gra? - zapytała, kiedy wyprostowałam dolną część. 
-Jasne. - pokiwałam głową. - James gotowy?
-Sprawdzę. - oznajmiła, wychodząc z pokoju. 
James. W sumie, to nie wiem, czemu się tu znalazł. Nie interesuje się szpiegostwem, jest w trakcie studiów, przyjaźni się z nami, uzupełnia nasze ampułki ze środkami usypiającymi i właściwie to tyle. Ma osłaniać tyły. Strzelać mu nie pozwalamy, bo raz postrzelił się w stopę, ale na szczęście to nie było nic poważnego. Kendall potrafi się posługiwać bronią, ale twierdzi, że jej nie lubi, a to już co innego. 

-Masz coś? - zapytał Kendall, kiedy odwróciłam się do monitora komputera. 
-Nie. - pokręciłam głową i spojrzałam z zaciekawieniem w jego twarz. 
-Dlaczego mi się tak przyglądasz? - przyciągnął mnie do siebie, obejmując mnie w pasie. 
-To nic. - pokręciłam głową. - Masz coś przeciwko, żebym w barze usiadła Jamesowi na kolach?
-Co? - zmarszczył brwi, przyglądając mi się z zaskoczeniem. 
-Mam udawać prostytutkę, tak? - zauważyłam. - Pomyślałam, że to będzie pasować. 
-Znowu oglądałaś te filmy na tubie, prawda? 
-Może... - cmoknęłam, chociaż wiedziałam, że domyśla się odpowiedzi. - A widziałeś może moją kopertówkę, w której trzymam zapasowe mikrofony? Nie widziałam jej od ostatniej misji. 
-Jest w kredensie na dokumenty archiwalne. - odpowiedział, całując mnie w policzek. - A czemu pytasz? Przecież... 
-Co przecież? - zmarszczyłam czoło. 
Rozległo się pukanie. Nie zdążył odpowiedzieć. Obróciłam głowę i zobaczyłam Jamesa stojącego w drzwiach. Był ubrany w elegancki, szary garnitur. Po obcięciu włosów wyglądał na nieco dojrzalszego niż w rzeczywistości, ale nikt się tym nie przejmował. 
-Co jest? - zapytałam, odsuwając się od Kendalla o krok. Wiedziałam, że James nie lubi migdalenia. 
-Już czas. - powiedział, kiwając głową. 
Przytaknęłam, zabierając z kredensu swój zestaw podsłuchowy. Zgarnęłam torebkę ze stołu i pocałowałam Kendalla w policzek. 
-Widzimy się po wszystkim. - oznajmiłam. 
-Będę na obserwacji. - wyjaśnił. - Będziemy się słyszeć. 

Siedziałam na kolanach Jamesa, pozornie obejmując go ramieniem. Miał widok na to, co było za moimi plecami, a ja mogłam dostrzec wszystko inne. 
-Jednego już mam. - usłyszałam w słuchawce głos Chrisa. - Co teraz?
-Nic. - syknęłam, marszcząc brwi. - Jeszcze tylko trzech i jesteśmy w domu. 
-Jeden się nie pojawił. - zauważył James, bardziej wtulając nos w moje ramię. - Coś jest nie tak. 
-Nie przejmuj się. - powiedziała Madison, udając że sączy drinka. - Najważniejszego już mamy. Bez niego pozostali są jak dzieci we mgle. 
-Ilu mamy tajniaków? - zapytałam, zdając sobie sprawę, że nikt z nas wcześniej o to nie pytał. 
-Emm... czterech. - odpowiedział Kendall, który teraz pewnie rozglądał się po monitorach. - Jeden przy barze, dwóch pod sceną i jeden przy drzwiach do prywatnego pokoju. 
-Tam kończycie akcję. - wychrypiał Generał Morris. - Musicie go tam zwabić, dziewczyny. Później zneutralizować. 
-Jest już czwarty. - powiedział Chris. - Mam go zdjąć? 
-Najlepiej teraz. - James wzruszył ramionami. - Jeśli go nie zobaczą, pomyślą, że mają czas na zabawę. Pójdzie szybciej. 
Miał rację. Odkąd nabierałam tak kobiecych kształtów, czułam na sobie spojrzenia dziesiątek facetów. Ku mojej uldze, Kendall udawał, że togo nie widzi, ale i tak wiedziałam, że nie jest mu lekko. W sumie, to kogo obchodzą kolesie, którzy i tak pójdą siedzieć na długie lata. 
-Po wszystkim. - wydyszał Chris. - Idziecie. 
Wstałam z kolan Jamesa, ukazując grację iluzjonistki. Razem z Mad podeszłyśmy do tych napaleńców. Potem poszło jak z płatka. Ci kretyni są głupsi, niż ustawa przewiduje. Wiem, co John mówi o agentach FBI, ale to już była gruba przesada. 
-Uśpieni. - oznajmiłam głośniej do mikrofonu, kiedy drugi padł po wystrzelonej przeze mnie strzałce ze środkiem usypiających. - A teraz błagam, powiedz, że nie będę musiała ich jeszcze przesłuchiwać. 
-Nie. - powiedział krótko generał. - Pakujemy ich i macie wolne. 
-Bogu dzięki. - westchnęłam. 

Po misji nadszedł dzień przekazania dokumentów. W sumie, to dopiero rano, ale i tak nie mogłam spać, dręczona koszmarami z alternatywnymi wersjami tego, co by się zdarzyło, gdyby Mark jednak okazał się zdrajcą. Wzięłam głęboki oddech i zamknęłam oczy. 
-Rano go sprawdzę. - westchnęłam, gapiąc się w sufit. 
-Pogratulować dobrego samopoczucia... - wymamrotała Din, nadal nie odwracając się w moją stronę. - Z teraz zamknij się i idź spać. 
Po przyklejeniu niewidocznej rękawiczki weszłam do sali, gdzie miał przyjść Mark. W głębi duszy chciałam się dowiedzieć, że to co chodziło mi po głowie to jedna wielka bzdura. Sama nie wiedziałam, co jest gorsze. To, że się mylę, czy to, że mam rację?
-Jeszcze go nie ma. - oznajmiła spokojnie, kładąc przed sobą niewielki nośnik pamięci na PIN. - Pamiętasz jaki jest drugi etap? 
-Namierzanie. - pokiwałam głową. 
Zapadła cisza. Spojrzałam na nią z niepokojem. 
-Co jest? - mruknęłam, widząc jej minę. 
-To Ci się nie spodoba. - Din pokręciła głową. - Ale masz rację. 
Czyli jednak zdradził. 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Obiecałam dzisiaj jednorazówkę? I jest. Mam nadzieję, że się Wam podobała. LA is Ours znajdziecie tutaj. Tak właściwie, to już dawno to zapowiadałam i miała się pojawiać 25 notek temu, ale nie była jeszcze gotowa, więc jest teraz. 
Jako special… Odpowiem na Wasze pytania. Takie, które zadaliście mi w komentarzach. To dotyczy głównie fabuły opowiadania, ale mam nadzieję, że się pokapujecie, które pytania są czyje.  No… to zaczynajmy. 

A co do Elli... kurczę, może ona naprawdę kochała ojca Logana i nie związała się z nim dla pieniędzy?
Odpowiedź na to pytanie jest proste i krótkie. Ona kochała jego, ale on jej już nie. 

Musiałaś uśmiercić tego dzieciaka, prawda? Nie mogłaś go odratować, nie?
Tak, musiałam. Taki był plan. Po prostu wiem, jakie opowiadanie pisałam i zdawałam sobie sprawę, że od czasu do czasu ktoś musi im umrzeć. Jednak wiem, że podobnie tragedie się zdarzają, nawet jeśli bezpośrednio ich nie zauważamy. Dlatego, przypomnij to sobie, kiedy usłyszysz w wiadomościach, że rodzic zabił swoje dziecko. 

Poza tym proszę powiedz mi jak to się stało, że WBIŁAŚ SOBIE NÓŻ W KCIUK?! 
Nie jestem jakąś świruską, która czuje czuje potrzebę samookaleczenia. To się stało zupełnie niechcący. W sobotę, w Trzech króli około godziny 9. Obierałam pomarańcza, skórka była twarda, dlatego zacisnęłam ten nożyk i poleciał trochę za daleko. Cała historia. 

No oczywiście, przecież po co pomagać kumplowi w diecie. Lepiej go jeszcze bardziej kusić, nie?
Tak na prawdę jeden deser by mu nie zaszkodził i Logan dobrze o tym wiedział, a Adams zwyczajnie przesada, bo sama jest na diecie. Cała tajemnica. 

No, to tyle. Nie wiem, czy zrobić z tego stały punkt, trochę tak jak u Domi, czy po prostu wolicie nie znać odpowiedzi na te pytania. 
No, to tyle… A teraz idę czytać książkę. Dziękuję, że ze mną jesteście. Trzymajcie się! Cześć! 

środa, 10 stycznia 2018

75. Czarny kot

(Kendall)
Nie wiedziałem, jak długo trwała reanimacja tego chłopca. To wszystko... działo się jakby w zwolnionym tempie. Najpierw zatrzymanie krążenia, potem Ellie rzuciła pomysł, żeby go otworzyć. Próbowaliśmy wszystkiego. Wewnętrznej defibrylacji, leków wezopresyjnych... dosłownie wszystkiego, ale pomimo pełnego serca, krążenie nie chciało zaskoczyć.
-To koniec. - wzruszyła ramionami. - Ogłaszam... czas zgonu, szósta dwadzieścia dziewięć.
Zagryzłem wargę i odszedłem na krok od stołu. Miałem tylko nadzieję, że jego ojciec będzie musiał z tym żyć. Chrząknąłem, żeby oczyścić gardło i zdjąłem z szafki jeden z segregatorów.
-Wypełnię akt zgonu. - powiedziałem, odrzucając zużyty fartuch. - Alexa, zrobisz zdjęcia do ogłoszenia? Im szybciej drania znajdziemy, tym lepiej.
-Jasne. - pokiwała głową. - Pójdę po aparat.
Błądziłem spojrzeniem po półkach w pokoju zabiegowym. Byłem totalnie przerażony. Świat już całkiem oszalał. Ojcowie zabijają swoje dzieci, jakby bicie już nie wykraczało. Nie popierałem tego, ale jeśli miałbym wybierać... wolałbym teraz operować tego chłopka, nastawiać mu żebra, nawet wyciąć śledzionę, ale doprowadzić go do porządku. Niż teraz wypełniać jego akt zgonu.
Kiedy kończyłem, do pokoju weszła Alexa. Obróciłem się na sekundę, ale ona nie zareagowała. To dobrze, nie drążyła tematu.
-Zawiadomiłam już kostnicę. - oznajmiła po dłuższej chwili. - Mają kogoś przysłać, ale najpierw czekają na odbiór zwłok.
-Dobra. - kiwnąłem głową. - Trzeba zwolnic salę.
Chłodna kalkulacja. James często o niej mówił. Mówił, że to mu pomaga zachować dystans... lepiej rozwiązać sprawę. I lepiej komuś pomóc
-Pójdę zrobić kawy. - oznajmiłem cicho. - Też chcesz?
-Jasne. - odpowiedziała, przechodząc na drugą stronę, żeby zrobić zdjęcie pod innym kątem. - Chociaż to zwykle ja robię Wam kawę.
Spojrzała na mnie z boku, ale się nie uśmiechnęła. Wyszedłem na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zawiesić kartki, ale w ostatniej chwili poszedłem do socjalnego, rzucając kartkę na blat lady w poczekalni.
-Kendall, czekaj... - zawołał Logan, podbiegając do mnie bliżej. - Co się dzieje?
-Nic. - pokręciłem głową. - Po prostu rozbolała mnie głowa. Muszę się napić kawy.
Nie skłamałem, ale nie powiedziałem mu całej prawdy. Co mu miałem powiedzieć? Że dzieciaki umierają, a ja nie mogę tego w żaden sposób zatrzymać? To by nie miało żadnego sensu. Wolałem po prostu poczekać, aż aresztują tego drania. I niech z tym żyje.
(Lira)
-Umarł? - jęknęłam, słysząc po drugiej stronie głos Alexy. - Przecież przyszedł tu o własnych siłach. Byłam pewna, że ma jakieś szanse.
-Czasami to się zdarza. - powiedziała wprost, a ja usiadłam z powrotem za biurkiem. - Bywa, że później nie wystarcza im sił, a serce odmawia posłuszeństwa. A może... czuł, że to się zbliża. I po prostu nie chciał umierać w samotności?
Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. To kompletnie przewyższało moje kwalifikacje. Jakiekolwiek kwalifikacje. Nie byłam pewna, czy będę w stanie temu podołać.
-Dobra. - powiedziałam cicho. - Dzięki, że dałaś mi znać.
Wiedziałam, że na odłożeniu słuchawki się nie skończy. Spojrzałam na Jamesa, który dopiero zdążył wrócić. Pociągnął za rękaw, chcąc zdjąć marynarkę. Pokręciłam głową, chcąc go powstrzymać.
-Nie musisz się rozbierać. - pokręciłam głową, ściągając z krzesła własną bluzę. - Musimy zajrzeć jeszcze na górę.
-Co się dzieje? - zmarszczył brwi z zaskoczeniem. - Jakiś problem?
-Zabite dziecko. - wyjaśniłam, wciągając rękawy i wyjmując włosy spod sportowego kardiganu. - Kendall nie zdołał go uratować. Idziesz?
James skinął głową i zaczekał na mnie przy drzwiach. Kiedy wsiedliśmy do windy, wyciągnęłam z kieszeni telefon. Spojrzałam na Jamesa z lekkim zakłopotaniem. Zadzwonić, czy nie?
-Do kogo dzwonisz? - zapytał, wskazując podbródkiem na komórkę w moich dłoniach.
-Do Leona. - powiedziałam w końcu. - Jest specem w sprawach nieletnich, ale nie wiem,czy mam się z nim kontaktować.
-Bo? - uniósł brwi z zaskoczeniem. - Nawet jeśli nic z tym nie będzie mógł zrobić, przynajmniej będziesz miała wytłumaczenie, że próbowałaś.
Miał rację. Wiedziałam, ze skurczybyk miał rację. Westchnąłem ciężko i spojrzałam na niego, chowając telefon z powrotem do kieszeni.
-I tak nie mam zasięgu. - powiedziałam cicho.
-To nic. - wyszeptał, kładąc mi dłoń na ramieniu. - Zadzwonimy z izby przyjęć.
Pokiwałam głową i zaczęłam obserwować oznaczenia na przyciskach. Jechaliśmy na dół. Kiedy winda się zatrzymała, wysiedliśmy na korytarzu. Kiedy drzwi się otworzyły, zobaczyliśmy Alexę, która stała w przejściu, wpatrując się w jakieś zdjęcie.
-Co to jest? - zapytałam, kiedy ona spojrzała na nas z przerażeniem.
-Zdjęcie, które wypadło z kieszeni tego samobójcy. - wyjaśniła. - Jest na nim ten dzieciak, który doszedł postrzelony do szpitala. To jego ojciec.
(Logan)
Kendall opowiadał mi o dość mało obiecujących wydarzeniach tego dnia. Byłem cierpliwy, nie przerywałem mu, dając się wygadać najlepszemu przyjacielowi, ale jednak nie za bardzo wiedziałem, co mam mu mówić.
-Czarny kot przebiegł mi przez drogę, jak szedłem do pracy. - powiedziałem wprost. - To jego wina, na bank!
-Nawet nie zaczynaj. - syknąłem z wściekłością. - Wiem, że nie było żadnego czarnego kota. Właśnie to wymyśliłeś.
-Racja, wymyśliłem. - wywróciłem oczami, sięgając po jeden z papierowych kubeczków. - Ale miałem nadzieję, że to Cię jakoś pocieszy.
-Już nic mnie nie może pocieszyć. - westchnął w końcu, opierając się o ścianę.
Spojrzałem na niego po dłuższej chwili. Wywróciłem oczami i przeczesałem dłonią po sterczących włosach. Zagryzłem wargę, wahając się, czy na pewno mam mu to powiedzieć.
-Nie mam żadnego przygotowanego tekstu. - pokręciłem głową. - Ale powiem Ci coś, co ty mnie kiedyś powiedziałeś. Nie każdego jesteśmy w stanie uratować. Są gorsze i lepsze przypadki. Czasami się nie udaje i pomimo naszych starań ktoś umiera.
-To nie o to chodzi. - pokręcił głową. - Tym razem chodzi o coś więcej. To dzieciak. Mógł mieć nie więcej niż dwanaście lat. Powiedział, że postrzelił go jego ojciec.
-Wierzysz w to? - uniosłem brwi, rzucając mu nieświadome wyzwanie.
-Nie mam powodu, żeby mu nie wierzyć. - pokręcił głową. - Jego wola przeżycia była na tyle silna, że doszedł do szpitala o własnych siłach. Nawet przez kilka ulic.
-Może... - wzruszyłem ramionami, obejmując kubek dłońmi. - Nie wiem, czy byłbym w stanie przejść w ten sposób chociaż dwa kroki.
-Ja nie wiem. - wzruszył ramionami. - Tak się zastanawiam... jak to jest, że nikt go nie zauważył? Nikt nie zaproponował mu chociaż podwózki. Nie wiem, jakiejkolwiek pomocy.
Wziąłem głęboki oddech i wstałem z kanapy. Niewiele byłem w stanie teraz zrobić. Stary...
-Kendall, może będziesz w stanie jeszcze trochę popracować? - zapytałem go w końcu. - Muszę się dzisiaj wcześniej urwać. Wiesz, spadek po ojcu.
-Jasne. - pokiwał głową. - Wiem, ze nie byłeś z nim za bardzo zżyty, a jego nowa żona...
-Nie chce dziedziczyć całości. Jest sporo dokumentów. Poprosiła, żebym jej pomógł to ogarnąć. - wyjaśniłem, chcąc to z siebie wyrzucić. - Kurde, ona jest ode mnie młodsza.. Dokładnie dwa miesiące. Jeśli Ella naprawdę kochała tatę...
-Rozumiem. - pokiwał głową po dłuższej chwili. - Może nie zależało jej tylko na kasie? Jeśli by tak było, walczyłaby o każdego centa z majątku Twojego ojca.
-Może... - zamrugałem z zastanowieniem. - Ale jakoś za bardzo mnie to nie przekonuje. Wszystkie matactwa taty...
-Myślisz, że ją to po prostu przerasta?
-Nie wiem, ale lepiej nie wykluczać żadnej możliwości. - oznajmiłem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Pisałam to do późnego wieczora, wyszło krótko, ale chwilami... wiedziałam co pisać. Jakbym miała w głowie ułożony scenariusz. A z ogłoszeń drobnych:
1. Za tydzień notki nie będzie. Będzie jednorazówka.
2. Witamy Viv. Będę gołosłowna, bo nie chcę powtarzać po Dominice.

Poza tym mam skaleczony palec i trochę niewygodni mi się piszę. Z dwojga złego, dobrze, że wbiłam sobie nóż w kciuk lewej ręki, a nie prawej. Boli jak nie wiem, a kolega przysięgał, że wyszło mi mięso. A teraz idę się uczyć, bo mam jutro sprawdzian. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 3 stycznia 2018

74. Lepiej już?

Ta notka powstała przy słuchaniu starych piosenek Jonas Brothers. O dziwo tych szybkich. Na Winampie ze skórką z Tajemnic Smallville. Szczególnie ze zdjęciem Lany na „Poor unfortunate souls”. Czyżby odtwarzacz mi coś sugerował? Sam wybrał zdjęcie i wylosował kawek.
(Kendall)
Po kliku dniach wróciliśmy do Nebraski. James został na miejscu, przenosząc się do pojedynczego pokoju. Oczywiście nie tylko on namawiał mnie do powrotu do szpitala. Nawet Kevin to popierał. Powiedział, że jeśli będę z tego robił aferę, mogę dać policji powody do przedwczesnego wydania wyroku i najlepiej, jakbym się zachowywał, jakby nic się nie stało. Razem z Kevinem przekopaliśmy wszystkie plany listów. Niewiele zdziałaliśmy, a i tak policja ich nie chciała, bo Marie pisała je na maszynie.
-Schmidt, wróciła twoja pacjentka. - powiedziała Adams, rzucając mi teczkę z dokumentami. - Pewnie nie pamiętasz, więc lepiej to przejrzyj.
Zabrałem od niej papiery i z zaskoczeniem spojrzałem na mailowej. Nie pamiętałem tej sprawy, ale na dole dokumentów widniał mój podpis.
-Dobra, zajmę się tym. - wymamrotałem.
Tak na prawdę nie miałem zamiast czytać tych dokumentów w całości. Jako, że był początek września, szpital był dosyć spokojny. Zawsze we wrześniu jest spokojnie. Nie licząc oczywiście wypadków komunikacyjnych, ale to już szczegół. Za to prawdziwa nawałnica pojawiała się w listopadzie, gdzie ludzie chyba już całkiem zapominali o powakacyjnych środkach ostrożności. Sprawa zawsze kończyła się tak, jak skończyć powinna.
Zastanawiałem się, czy ci ludzie w ogóle myślą co robią. Tak, czy owak musiałem przejrzeć te papiery, przynajmniej pobieżnie. Wszedłem do męskiej łazienki i z teczką zamknąłem się w jednej z wolnych kabin. Usiadłem na opuszczonej desce i rozłożyłem sobie ją na kolanach.
-No to do roboty. - mruknąłem sam do siebie, przebiegając spojrzeniem po tekście.
Nie byłem sam. Słyszałem w sąsiedniej kabinie ciche pomruki i postukiwanie klawiszy komórki, jakby ktoś zawzięcie pisał SMSy i wściekał się na przestarzały model telefonu.
-Słuchaj, nie mam już siły Ci odpisywać. - usłyszałem głos Logana po dłuższej chwili ciszy. - Możesz mi tak... spontanicznie streścić, co jest grane?
Przez dłuższą chwilę słyszałem tylko jego ciche pomrukiwania. Nie za bardzo wiedziałem o co chodzi, ale miałem nadzieję, że nie knuje niczego złego.
-A jest krew z stolcu? - zapytał, najbardziej profesjonalnym tonem. - Wiesz, jest jasno, ciemno brązowy... opisz to jakoś.
Przez chwilę potakiwał i niemal mogłem sobie wyobrazić jak kiwa porozumiewawczo głową. Uśmiechnąłem się pod nosem.
-A piecze przy sikaniu? - zapytał po dłuższej chwili i prychnął, jakby tłumił śmiech. - To tylko początki zapalenia pęcherza. Jeśli będziesz się dokładnie mył w bardzo ciepłej wodzie, po kilku dniach objawy powinny ustąpić. Nie, nie musisz brać żadnych leków. Tylko kąp się długo w gorącej wodzie. Dobra, w bardzo ciepłej. Musisz ogrzać moczowody.
Słuchając jego gadania, zrozumiałem, że nie dam rady teraz tego czytać. Musiałem się jakoś ogarnąć, może zadzwonić do Kevina. Może są jakieś wieści o Kennettcie.
Wyszedłem z kabiny, zamykając za sobą drzwi. Oparłem się o drzwi, czekając, aż wyjdzie. Objąłem teczkę ramionami i wbiłem spojrzenie w podłogę.
-Stary, nie strasz mnie! - zawołał, wychodząc z kabiny. - Myślałem, że jestem tu sam. Jak dużo usłyszałeś?
-Niewiele, ale tak naprawdę to wszystko. - wzruszyłem ramionami. - Postawiłeś diagnozę przez telefon? Nie sądziłem, że wciąż się w to bawisz.
-To tylko jednorazowa konsultacja. - wzruszył ramionami, podchodząc do umywalek i odkręcając czerwony kurek. - Kumpel miał wątpliwości. Ostatnio... trochę nadużywa seksu. Chciał mnie zapytać, czy to może być choroba weneryczna. To wszystko. Ma do mnie jeszcze zadzwonić, na wypadek, gdyby coś się jeszcze działo.
Pokiwałem głową i chrząknąłem, żeby oczyścić gardło. Wciąż kilka rzeczy mnie niepokoiło. Zdawałem sobie sprawę, że potrzebujemy trochę czasu, ale nie tylko to mnie martwiło.
-Dobra, już nie ważne. - pokręciłem głową. - Chodź stąd. Mam jeszcze pracę domową do odrobienia. Mówiłem, że to się źle skończy.
Logan uśmiechnął się pod nosem i objął mnie ramieniem po przyjacielsku. Odwzajemniłem jego uśmiech, ale on nic już nie odpowiedział.
Spojrzałem na podjazd przed szpitalem, które dobrze było widać z drzwi wyjściowych. Przez dobrą chwilę obserwowałem jak Lira rozmawia z Jamesem. Mógłbym przysiąc, że żadne z nich mnie nie zauważyło. Kiwnąłem Loganowi głową, ale on tylko oderwał się ode mnie bez słowa i klepnął pośpiesznie w ramię, podchodząc do biurka Alexy.
Wcisnąłem teczkę pod pachę i podszedłem do Liry i Jamesa, którzy nadal byli pogrążeni w rozmowie. Coś mi mówiło, że nie ma sensu się im przysłuchiwać.
-Co jest grane? - zapytałem, marszcząc brwi. - Sadziłem, że jeszcze jesteś w ośrodku rehabilitacyjnym.
-Nie mam tam nic do roboty. - odpowiedział, na powitanie klepiąc mnie po ramieniu. - Moje leczenie się skończyło, a zarzuty skierowane do Kennetha zostały wycofane. Mogę znowu się zająć fundacją. Pytałem właśnie Lirę, czym się teraz zajmują.
-I chyba nie minęłam się z prawdą, mówiąc, że jesteśmy zawaleni robotą. - dodała, poprawiając torebkę, która powoli zsuwała jej się z ramienia.
-Pójdę do Mary, żeby mi coś dała. - odpowiedział, nawet nie dając mi dojść do słowa. - A jeśli chodzi o Twojego brata, to nie musisz się już tym martwić. Wszystko z nim w porządku. Wrócił do pracy, właściwie nawet nie musiał opuszczać Kairu.
-Mówisz na serio? - wykrztusiłem, ledwo powstrzymując okrzyk radości. - To wspaniale! Dzięki!
James uśmiechnął się szeroko i wyciągnął z marynarki swój zestaw kluczy.
-Zostawię Was samych. - oznajmił, kierując się do samochodu. - Chyba oboje tego potrzebujecie.
Kiwnąłem głowa i spojrzałem na Lirę, ale ona nic nie powiedziała. Bez słowa przyciągnąłem ją do siebie i oplotłem ramiona wokół jej drobnego, ciepłego ciała.
-Już Ci lepiej? - wymamrotała, wciąż wtulając twarz w moje ramię.
-Zdecydowanie. - westchnąłem, gładząc dłonią jej marchewkowe włosy. - To co? Wracamy do środka? Wieczory powoli robią się chłodne.
Lira parsknęła śmiechem i lekko przechyliła głowę, żeby spojrzeć ponad moje ramię. W sekundę poczułem, jak sztywnieje w moich ramionach.
-Kendall... - powiedziała cicho, wskazując na coś za moimi plecami.
Obróciłem się z niepokojem i zobaczyłem słaniającego się na nogach dzieciaka. Chłopiec trzymał się za brzuch, a spod jego ręki wyciekała ciemnoczerwona krew.
-Pomocy! - wykrztusił, kiedy do niego podbiegłem.
-Co się stało? - zapytałem z niepokojem, podnosząc go na rękach.
-Postrzelił mnie. - wydyszał z trudem.
Na jego ustach pojawiły się ciemne plamy z krwi. Niech to szlag! Uszkodzone płuco. Pocisk musiał się odbić od żebra i utknąć w tkankach.
-Kto? - zapytałem, wnosząc go do środka.
-Mój ojciec. - zdołał wykrztusić.
Kątem oka zobaczyłem, jak Lira schyla się, żeby podnieść upuszczoną przeze mnie teczkę. Obróciłem się, krzycząc do kolegów, żeby mi pomogli przy tym chłopaku, ale chyba na wiele się to nie zdało, bo tylko kilka osób wbiegło za mną do jedynej wolnej sali zabiegowej.
Położyłem dzieciaka na wózku i rzuciłem spojrzenie Alexie, która przygotowywała już krew do transfuzji i zestaw do wkłucia.
-Jak masz na imię? - zapytałem, go.
-Zac. - odpowiedział z trudem łapiąc powietrze
-Morfologia i gazometria! - krzyczałem, wydając polecenia współpracownikom. - Zamówcie salę operacyjną! I dla mnie jakieś wsparcie z chirurgii. Musimy...
-Kendall, lepiej posłuchaj. - Alexa mi przerwała, łapiąc mnie za nadgarstek. - Wszyscy, zamknąć się do roboty! Już!
Skupiłem się, kiedy wszyscy zajęli się swoimi zadaniami. Usta chłopca poruszały się niespokojnie, jakby próbował nam coś powiedzieć. Przygotowując rozszerzadło, na wypadek, gdyby było potrzebne. Dopiero, kiedy położyłem je na tacy zorientowałem, że wydobywa się z nich bardzo cichy szept.
-Ja nie chciałem... - powiedział cicho. - Ja nie wiedziałem, że oni się tam spotykają. To miała być tylko zabawa.
Nie wiedziałem o co w tym wszystkim chodzi, ale byłem pewny, że chodzi tu o coś nielegalnego. A ja musiałem się dowiedzieć o co chodzi. Ale teraz musiałem uratować tego dzieciaka.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tada! Dzisiejsza notka, prosz... Na razie mam nowy brudnopis. Ma na wierzchy napis „język niemiecki” i dałam za niego 25 groszy.

Dobra, tak prawdę zrobiłam coś... dziwnego. Nie pamiętam o co chodzi z tym chłopcem, ale na pewno się dowiem, kiedy będę redagować kolejną notkę. Pisałam to prawie rok temu i nic dziwnego, że nie pamiętam, co jest dalej. Jutro, myślę, wezmę się za kolejną notkę, a na razie w tym swoim brudnopisie napisze kolejny już list do fikcyjnej postaci. No i oczywiście mam nadzieję, że Notka się Wam podobała. I zostaw komentarz, żebym wiedziała, że to moje pisanie ma sens. Trzymajcie się! Cześć!