środa, 20 czerwca 2018

93. Jesteś moim wujkiem?

(Kendall)
Kiedy się obudziłem, spojrzałem na zegarek. Była już pierwsza po południu. Noc poślubna była wspaniała. Przez dłuższy czas wpatrywałem się w Lirę, która spała obok mnie. Uśmiechnąłem się sam do siebie i delikatnie odgarnąłem jej kosmyk włosów z oczu. Wyglądała tak uroczo, kiedy spała. Nie chciałem jej jeszcze budzić.
-Nie ma już odwrotu, co? - usłyszałem jej głos, kiedy na chwilę się odwróciłem.
Spojrzałem w jej zielone, szeroko otwarte oczy i pochyliłem się, żeby ją pocałować. Poczułem, jak kładzie dłoń an moim karku i uśmiecha się pod moimi ustami.
-Właściwie, to mam coś dla Ciebie. - powiedziała, sięgając po niewielkie pudełko pod łóżkiem. - Wiem, że umawialiśmy się na skromne prezenty, ale za to nie dałam ani centa. Policja uznała ten zestaw za bezużyteczny, ale nam się przyda.
Uniosłem brwi i uniosłem wieko pudełka. W środku znajdowały się dwie metalowe przypinki. Spojrzałem na nią z zaskoczeniem, ale ona w odpowiedzi chwyciła tę w kształcie kwiatka i przypięła sobie do koszuli nocnej.
-To dwie kamerki szpiegowskie. - wyjaśniła. - Łatwo się ładuje i są proste w obsłudze. Jedna jest dla mnie, druga dla Ciebie. Działa tylko łączność przez bluetooth, ale nam to wystarczy. Leon zsynchronizował nam telefony i trochę podkręcił technologię. Dzięki temu będziemy mogli się zobaczyć w trakcie pracy, kiedy tylko chcemy.
Otworzyłem szeroko usta ze zdumienia. Nie spodziewałem się czegoś takiego. Zamrugałem, żeby się trochę otrząsnąć. Teraz to ja byłem ugotowany.
-Łał...- zdołałem w końcu wykrztusić. - Nie wiem, jak Ty to robisz, ale... zawsze znajdujesz na wszystko odpowiednie słowa. Wiesz co powiedzieć. Szkoda, że ja tego nie potrafię.
-Ale to Ty jako pierwszy pokazałeś, co czujesz. - zauważyła, kręcąc głową. - Gdyby nie to, nawet nie bylibyśmy razem. I Ty dobrze o tym wiesz.
-To nie tylko moja zasługa. - pokręciłem głową. - Wiesz, co mam na myśli. Całe szczęście, że Leon jest cwańszy niż ładniejszy.
-Gniewasz się na Logana? - zmarszczyła brwi, patrząc na mnie pytająco. Spojrzałem w jej oczy, próbując wyczytać powód zmiany tematu.
-Nie. - pokręciłem głową. - Może trochę go pomęczę, ale to i tak nie cofnie czasu. Upił się i tyle. Jak James to nazwał? Za wcześnie zaczął świętować.
-Tak. - przytaknęła. - Dokładnie tak to nazywa. Gdyby Logan nie odwalał wcześniej takich numerów, pewnie James i Carlos suszyliby mu głowę, że nawalił. Logan często przesadza i trzeba mu to wybaczyć. To z pewnością nie jest ostatni raz. Jutro wszyscy normalnie pójdziemy do pracy i wtedy będzie musiał się doprowadzić do porządku. A teraz czas na mój prezent. W prawdzie nie jest taki, jak od Ciebie, ale nie mam żadnej alternatywy.
Lira uniosła brwi i spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Może to nie był szczyt jej marzeń, ale dla mnie ma symboliczne znaczenie.
Podałem jej opakowane pudełko z filmem na DVD i patrzyłem, jak ostrożnie zdejmuje papier. Spojrzała na okładkę i zmarszczyła brwi.
-Druga część „Fantastycznej czwórki”? - zapytała z zaskoczeniem. - Nie rozumiem.
-Poznaliśmy się, kiedy zdejmowałaś plakat tego filmu z tablicy ogłoszeń przed szpitalem. - wyjaśniłem, siadając trochę bardziej prosto. - Powiedziałaś wtedy, że miałaś na to iść do kina, ale skroił Cię kieszonkowiec i straciłaś bilet. Patrzyłaś na ten plakat, jakby Ci było przykro.
-Bo było. - pokiwała głową. - Do tej pory nie miałam okazji tego obejrzeć. Adams kazała mi zdjąć ten plakat. Powiedziała, że mam na jego miejsce wywiesić nowy regulamin przechodni.
-A trzy miesiące później przechodnia została przeniesiona. - dodałem. - Dla mnie to dobrze. Koniec z widywaniem dupka z zadartym nosem. Wiesz, chodzi o tego zarozumiałego lekarza, którego nienawidziła cała izba przyjęć. Jakoś nie chcę wiedzieć co teraz u niego słychać.
Lira uśmiechnęła się do mnie delikatnie i pogładziła mnie dłonią po policzku. Jej dotyk był delikatny. Kojący. Lubiłem, kiedy mnie tak gładziła po twarzy. To przynosiło dziwną ulgę.
-Teraz już rozumiem. - powiedziała cicho. - Teraz rozumiem.
Odwzajemniłem jej uśmiech i przytuliłem ją do siebie. Teraz czułem, że jestem na właściwym miejscu. Na pewno.
(James)
Wieczorem byłem umówiony w hotelu z ciotką Madison. Dzisiaj miałem poznać Ruby. Na razie wiedziałem o niej tylko tyle, że ma pięć lat i jest moją kuzynką. Nie wiedziałem, czego mam się spodziewać. Nawet trochę się tego bałem. Nie wiedziałem dlaczego. Nie znałem tego dziecka. Nawet nie miałem pojęcia o jej istnieniu.
-Panie mecenasie? - usłyszałem głos jednej z sąsiadek, kiedy wyszedłem na klatkę schodową. - Czy możemy przez chwilę porozmawiać?
-Przykro mi, pani Benson, teraz nie mogę. - pokręciłem głową, próbując ją jakoś przeprosić. - Muszę już wychodzić, jestem umówiony.
-Oczywiście, rozumiem. - odpowiedziała cienkim, nieśmiałym tonem. - A może kiedy pan wróci? Proszę, to dla mnie bardzo ważne.
-Dobrze, jak wrócę. - obiecałem, chcąc jeszcze raz sobie to wszystko przemyśleć. - A teraz przepraszam, naprawdę jestem już spóźniony.
-Dobrze, panie mecenasie. - odpowiedziała. - Porozmawiamy, kiedy pan wróci.
-Do zobaczenia.
Nie czekałem na jej odpowiedź i zbiegłem po schodach na sam dół. Nigdy nie lubiłem tutejszej windy. Była niewygodna i ciężko chodziła. A tego nie lubiłem. Wsiadłem do samochodu i wyciągnąłem karteczkę z kieszeni marynarki. Spojrzałem na zapisany adres hotelu, w którym zatrzymała się ciotka. Miałem jeszcze godzinę, ale nie byłem pewny, czy uda mi się tam trafić od razu. Nigdy nie byłem w tej części miasta. Zwykle nie zapuszczałem się w te rejony. Mieliśmy stamtąd bogatych klientów, zgadzam się, ale nigdy tam nie byłem, a moja znajomość tej dzielnicy ograniczała się do adresowania kopert.
W końcu ruszyłem i bardzo powoli wjechałem na rondo. Miałem sporo czasu. Tak, tylko nie wiem, czy mi go wystarczy.
Jak na złość odnalazłem to miejsce parkingowe zaskakująco szybko. Zanim zdołałem się zorientować, stałem w holu luksusowego hotelu. Rozejrzałem się po recepcji i podszedłem do życzliwie uśmiechniętego mężczyzny.
-Witamy w naszym hotelu. - powiedział, jakby to był jego pierwszy dzień, a ja miałbym być kimś wyjątkowym. - Miał pan rezerwację?
-Nie. - pokręciłem głową, próbując jakoś ułożyć słowa w sensowne zdania, zanim wypowiem je na głos. - Odwiedzam rodzinę. Madison Jones.
-Już sprawdzam. - powiedział powoli, wciąż stojąc, ale lekko się pochylając, żeby sprawdzić coś w komputerze. - Zawiadomię panią Jones, że pan już przyjechał.
-Dziękuję. - odpowiedziałem cicho, kiedy recepcjonista chwycił słuchawkę stacjonarnego telefonu.
Nie poganiałem go. Właściwie, to, że się tak grzebał było mi na rękę. Miałem odrobinę więcej czasu, żeby to sobie przemyśleć. Przynajmniej trochę. Słyszałem, jak mówi do słuchawki. „Spodziewała się pani kogoś?” albo „Mam zapytać o nazwisko?”.
Czekałam przy stole, o dziwo nie robiąc kolejki, bo wszystko tutaj wydawało się dziwnie zorganizowane. Z trudem powstrzymałem się od głośnego kichnięcia i zatkałem sobie nos, żeby uniknąć kolejnego kicha.
-Pani Jones czeka w pokoju. - oznajmił w końcu. - Mam pana zaprowadzić.
-Dziękuję. - skinąłem głową, odpychając się do stołu i idąc za nam do windy.
Nie dawałem napiwków. I tak nie miałem przy sobie gotówki. I tak nigdy nie noszę jej przy sobie. Chyba, że idę gdzieś na miasto, żeby coś zjeść.
-Proszę. - powiedział cicho.
-James? - usłyszałem głos Ciotki Madison, kiedy recepcjonista zamknął za sobą drzwi. - Nie spodziewałam się, że będziesz tak wcześnie.
-Dobry wieczór, ciociu. - oznajmiłem, patrząc jej w oczy.
Zanim zdołałem się zorientować, z jednego z pomieszczeń wybiegła mała dziewczynka z dwoma mysimi ogonkami na głowie. Zatrzymała się przede mną tak szybko, że zatkało mnie na widok jej wielkich niebieskich oczu.
-To Ty jesteś moim wujkiem? - zapytała przeraźliwie piskliwym głosem.
-Nie, skarbie. - odpowiedziała jej ciotka Madison. - To jest James, mój siostrzeniec. Spróbujemy go namówić, żebyś później mogła z nim zamieszkać?
-Kiedy pójdziesz do aniołków? - zapytała tak naiwnym głosem, jakby nie zdawała sobie do końca sprawy, co to znaczy.
-Tak kochanie. - pokiwała głową, klepiąc ją po ramieniu. - Przygotujesz stół, żebyśmy mogli razem porozmawiać?
Mała pokiwała głową, i pobiega z powrotem do tego samego pokoju. Spojrzałam na ciotkę Madison, która teraz wglądała na nieco zakłopotaną.
-Tak jej to wytłumaczyłaś? - zapytałem, starając się zachować jak największy dystans do tej sprawy. To było jedyne rozwiązanie, jeśli miałem podjąć właściwą decyzję.
-Nie miałam lepszego pomysłu. - oznajmiła. - Teraz nie zdaje sobie z tego sprawy, ale kiedyś... pozna całą prawdę.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Powoli dowiadujemy się coraz więcej. Ciotka Jamesa jest trochę jak duch. Zdaje sobie sprawę, że jej życie już nie potrwa długo, dlatego odwiedziła Jamesa, tylko po to, żeby załatwić przed śmiercią ostatnią sprawę. Nie chce, żeby Ruby poszła do domu dziecka i próbuje jej znaleźć w miarę normalny dom. A James wie, że dziecko to nie przedmiot, który można przestawiać z miejsca na miejsce, dlatego musi to poważnie przemyśleć. I to tyle z moich zakulisowych wyjaśnień.
Co prawda nowa historia już powoli (bardzo powoli) powstaje, ale wciąż mamy tę tutaj. Ostatnio wzięłam się za czytanie blogów, do których wcześniej nie zaglądałam, w nadziei, że wpadnę na coś nowego. Spokojnie, nie zamierzam zrzynać.
A teraz … komentarz(e). I jakoś zdałam sobie sprawę, że jedna odpowiedź jest w zakulisowych wyjaśnieniach… Więc po prostu pominę.
Będę się cieszyła? XD James będzie miał normalną laskę? Mam cichą nadzieję.
No... nie do końca.
Czekam czy James się zdecyduje, bo chciałabym to zobaczyć jak się opiekuje jej córką.
Ja nic nie mówię... Jeszcze.
Carlos i Alexa ooo ?
Chciałam, żeby to było takie drobne nawiązanie. Chyba wiadomo do czego.

No dobra, mam nadzieję, że notka się Wam podobała, a ja jeszcze dzisiaj zacznę pisać dwunasty rozdział nowej historii. Liczę na Wasze komentarze. Trzymajcie się! Cześć! 

środa, 13 czerwca 2018

92. Zamknij się i zatańcz ze mną

(Kendall)
Minęły dwa tygodnie. Przez ten czas pewne sprawy zdołały się naprostować, a jeszcze inne całkiem dały mam spokój. Przed naszym ślubem Adams dała mi cały tydzień wolnego, żebyśmy mogli się przygotować do naszego wielkiego dnia. Oczywiście Lira wciąż korzystała z dobrodziejstw zaległego za trzy lata urlopu.
-I ostatnie przymiarki. - oznajmił James, który był moim głównym świadkiem.
Dobra, na początku to miał być Logan, ale pastor ze szpitalnej kaplicy słusznie zauważył, że Logan za wcześnie zaczął świętować i na szybko musieliśmy przepisać gotowe akty ślubu.
-Jesteś pewien, że to wygląda w porządku? - zapytałem, wiercąc się trochę niespokojnie. - I kto zagra? Zamówiłeś orkiestrę?
-Tak jakby... - wyruszył ramionami, przez co pogłębiało się wrażenie, że coś przede mną ukrywa. - Okazało się, że Scott i trzech jego kolegów z orkiestry mają Pachbell Cannon w małym palcu i zgodzili się zagrać przy ołtarzu. Przesłuchałem ich. Grają na poziomie filharmonii nowojorskiej.
-Pewny jesteś? - uniosłem brwi, patrząc na niego z nadzieją. - A co jeśli źle się poczuje?
-Wyluzuj. - machnął ręką. - Przecież na sali będzie piętnastu lekarzy i cztery pielęgniarki. W razie potrzeby, możecie go nawet operować.
-James...
-No co? - Wyruszyłem ramionami. - Przecież żartowałem.
-To tak nie żartuj, rozumiesz? - jęknąłem, patrząc w swoje odbicie w lustrze. - Nie chcę, żeby coś się stało. Szczególnie teraz.
-Wiem. - pokiwał głową. - To Wasz wielki dzień. Jestem pewny, że wszystko będzie dobrze. Po prostu musisz w to uwierzyć, rozumiesz? Czasami wiara może zdziałać wszystko.
Nie odpowiedziałem, patrząc na samego siebie. Miałem na sobie garnitur pożyczony od Jamesa. On ma ich dużo i jakimś sposobem udało się wybrać taki, który pasowałby do sukienki Liry. Nie wiem, nigdy jej nie widziałem, więc trudno było coś takiego załatwić. Na szczęście Alexa i James tak się ze sobą dogadali, że udało się załatwić wszystko w stu procentach pozytywnie.
-Zajrzę do Logana. - oznajmił w końcu. - Za dziesięć minut mamy być na dole. Zostawię Cię na chwilę samego.
Skinąłem głową, a ten wyszedł z pokoju, zostawiając mnie w samego. Jego mieszkanie było idealne do przygotowania się na własny ślub. Dużo miejsca, same teczki na półkach i cała wolna kanapa.
Wstałem z krzesła i schyliłem się, żeby zawiązać swojego pantofla. Nie wiem skąd je wytrzasnęli, ale Alexa twierdzi, że Lirze się spodobają.
W końcu wyszedłem do przedpokoju, gdzie Logan leżał rozciągnięty na sofie oddzielającą część kuchenną od salonu. Uniosłem brwi, widząc, co się z nim działo.
-Nie wiedziałem, że jest z nim aż tak źle. - stwierdziłem, stając naprzeciwko Jamesa, który analogowymi sposobami próbował go doprowadzić do stanu używalności. - Wiesz, to chyba nie zadziała.
-Co Ty nie powiesz... - wycedził przez zaciśnięte zęby. - A masz jakiś lepszy pomysł?
-Mógłbym mu podać glukozę w kroplówce. - wyruszyłem ramionami. - To szybko postawiłoby go na nogi.
-Ta... - jęknął. - Tylko szkoda, że ja nie mam takiej kroplówki. Jakieś inne pomysły, geniuszu? Bo jeszcze trochę, a będziemy musieli go tu zostawić.
-W sumie to nie taki zły pomysł. - wyruszyłem ramionami. - Masz jakiś alkohol w domu?
-Nie... - pokręcił głową. - ostatnią butelkę wypiła Mary, więc...
-To go zostawiamy! - oznajmiłem, ciągnąć go do części kuchennej.
Znałem rozkład tego mieszkania, jakbym tu mieszkał. Nie była to jakaś wielka sprawa, ale wystarczyło, żebym mógł się po nim swobodnie poruszać.
(Carlos)
Po ceremonii ślubnej przeszliśmy do domu weselnego, które swoją drogą było własnością sąsiadki Leona. I tak musiałem przyznać, że obsługa sali świetnie się spisała.
-Jak Logan? - zapytałem Jamesa, który skończył rozmowę z braćmi Kendalla.
-Wciąż leży pijany w moim mieszkaniu. - westchnął, wkładając dłonie do kieszeni. - Zostawiliśmy mu kartkę na stole i dużo wody.
-Ale wiesz, że jak wstanie, to zacznie szukać czegoś do jedzenia? - uniosłem brwi. - A to raczej nie zrobi dobrze na jego żołądek.
-Wiem, ale na szczęście nie mam nic oprócz krakersów i wody butelkowanej. - odpowiedział, przyglądając się Lirze, która rozmawiała z jakąś starszą kobietą.
Wydawała mi się dziwnie znajoma. Zmarszczyłem brwi, na chwilę przestając słuchać, tego co mówił. Właściwie, to sam przestał się odzywać.
-Kto to jest? - wymamrotałem. - Chyba już ją widziałem. To pacjentka?
-Nie, to nie jest pacjentka. - odpowiedział, kręcąc głową. - To moja ciotka.
Zrobił kilka kroków w jej stronę, zanim zdołałem cokolwiek powiedzieć. Chciałem nawet do nich podejść, ale coś mnie powstrzymało. Zanim zdołałem się zorientować, Lira podeszła do mnie bliżej, upuszczając kraniec sukienki, który jej przeszkadzał.
-Powiadomiłeś ciotkę Jamesa, że będzie na tym weselu? - zapytała półszeptem. - Skąd wiedziała, że w ogóle tutaj mieszka. Myślałam, że nie mają ze sobą kontaktu od czterech lat.
-Też tak myślałem. - pokiwałem głową. - Ale spójrz na Jamesa. Wygląda na równie zaskoczonego jak my. Wcześniej widziałem ją tylko na zdjęciach.
-Ja też. - przytaknęła. - Będziemy ich od siebie odciągać?
-Lepiej nie. - pokręciłem głową. - Wygląda, jakby oboje potrzebowali tej rozmowy. A co ona Ci mówiła, zanim James do Was podszedł?
-Że musi z nim o czymś porozmawiać. - wzruszyła ramionami. - Mówiła dość nieskładnie, jakby nie bardzo wiedziała od czego zacząć. Jakby od tego zależało jej życie.
-Najwyraźniej to bardzo ważny temat do rozmowy. - wymamrotałem.
(James)
-Co ty tutaj robisz? - zapytałem, podchodząc do nich bez ostrzeżenia. - Przychodzisz bez słowa na wesele moich przyjaciół? Co Ty sobie myślisz?
Lira otworzyła usta i chwyciła skrawek swojej sukni ślubnej. Wyglądała na równie zaskoczoną i zdezorientowaną jak ja, chociaż nie była ani trochę wściekła. A ja bardzo.
-To może ja zostawię Was samych. - powiedziała natychmiast. - Porozmawiajcie sobie.
Zignorowałem ją i patrzyłem w oczy ciotce Madison. Zawsze było w niej coś... dziwnego. Wydawała się słabsza niż zazwyczaj.
-Musisz o czymś wiedzieć. - oznajmiła, jakby była w ostatniej desperacji. - Byłam u lekarza. Zrobił mi szczegółowe badania i... stwierdził, że mam nowotwór mózgu.
-Co? - zmarszczyłem brwi z zaskoczeniem. - Dlaczego mi to mówisz?
-Wcale nie chodzi o mnie. - pokręciła głową. - Mam raka na mózgu, rozumiesz? Masz przyjaciół lekarzy. Zapytaj ich jakie są rokowania. Zostało mi niewiele czasu. Nie pomoże mi żadne leczenie.
-To dlaczego z tym do mnie przychodzisz? - zapytałem, nie odczuwając współczucia do kobiety, przez którą tak dużo wycierpiałem. - Czego tak na prawdę chcesz?
Zapadło głębokie milczenie. Miałem wrażenie, że czas wokół nas się zatrzymał, a otoczenie się wyciszyło, jakby przez chwilę wszystko przestało się liczyć.
-Chcę, żebyś zaopiekował się Ruby. - powiedziała po dłużej chwili.
-Kto to jest Ruby? - zapytałem kompletnie zbity z tropu.
-Moja córka. - odpowiedziała cicho, jakby przełykała łzy. - Ma sześć lat, a Ty jesteś jedynym członkiem rodziny, który może się nią zaopiekować. Proszę Cię... zrób to dla niej, a nie dla mnie.
Popatrzyłem na nią z niekrytą urazą. Teraz wyglądała na poważnie przerażoną, jakby obawiała się, że za chwilę wyrzucę ją z tego wesela. A byłem tego bliski.
-Nawet nie wiedziałem, że masz córkę. - powiedziałem, stwierdzając, że to najlepsze, na co mogę sobie teraz pozwolić. - Nie wiem, jaka jest, ja wygląda...
-Poznasz ją, nawet jeszcze dzisiaj, jeśli chcesz. - oznajmiła ze łzami w oczach. - Jest teraz w hotelu pod opieką pokojówki. Kiedy dowiedziałam się gdzie jesteś, natychmiast tu przyjechałam.
Pokręciłem głową, patrząc na nią z bezsilnością.
-Muszę się z tym przespać. - powiedziałem, nie chcąc jej robić niepotrzebnych nadziei. - Wybacz, ale teraz Ci nie odpowiem. Najpierw muszę poznać tę dziewczynkę i wszystko sobie przemyśleć. Zrozum, takiej decyzji nie podejmuje się w pięć minut.
-Wiem. - kiwnęła głową, jakby nie dokładnie wiedziała co mi odpowiedzieć. - Bierz tyle czasu, ile chcesz... Ale proszę, zdecyduj się na tyle szybko, żebym tego dożyła.
-Jasne. - kiwnąłem głową. - A teraz przepraszam, muszę wracać do przyjaciół.
Skinęła głową i pozwoliła mi odejść do Liry i Kendall stojących w kącie. Nie było mi łatwo tak po prostu o tym zapomnieć. Oczywiście, że to, co usłyszałem było dla mnie szokiem i nie mogło to po mnie spłynąć, jakby chodziło o kogoś kompletnie obcego. W końcu to jakaś rodzina.
(Carlos)
Lira i Kendall obsłużyli już wszystkich gości, przynajmniej tych, którzy zjawili się z zaproszeniem Nie miałem teraz nic do roboty. Mogłem z kimś potańczyć. Tylko nie miałem z kim. A samemu na weselu trochę głupio. Jeszcze nie jestem aż tak pijany.
-Kendall? - zawołałem, podchodząc do pana młodego we własnej osobie. - Jak leci?
-Cudownie. - uśmiechnął się do mnie szeroko. - Stary, gdyby nie Ty... nie wiem, czy to by się udało.
-Nie ma sprawy. - pokręciłem głową. - Ja tylko załatwiłem catering w ostatniej chwili.
-Catering w ostatniej chwili i to o wiele tańszy i nawet smaczniejszy. - zauważył. - A to o wiele. Wszyscy są zaskoczeni.
-Kendall, nie ma już wody z miodem na stole dzieciaków! - zawołała Alexa. - A kuchnia mówi, że słucha tylko Twoich poleceń.
-Dobra, zaraz tam pójdę. - powiedział szybko. - Muszę iść, zobaczymy się za kilka minut.
-Jasne. - wymamrotałem. - Leć, poczekam.
Patrzyłem, jak oddala się na zaplecze. Wziąłem głęboki oddech i obróciłem się w stronę Alexy. Ona tylko uśmiechnęła się do mnie i podeszła bliżej.
-Chciałbym... - zacząłem, ale ona tylko pokręciła głową i położyła mi palec na ustach.
-Nie. - pokręciła głową. - A teraz się zamknij i zatańcz ze mną.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Możliwe, że Was rozczarowałam. Nie miałam wizji ślubu Liry i Kendalla. Nie wiem, czy z tych dialogów możecie sobie coś wyłuskać, ale tak już musi zostać. Wybaczcie.
A jak radzicie sobie z upałami? Bo szczerze mówiąc, staram się donosić wodę psom tak często, jak to tylko możliwe. No, ale daję radę.
A teraz… czas na komentarz!
Aina mnie zaskoczyła i jak widać nie tylko mnie, bo Carlosa też.
Aina się zmieniła, ale jej stosunek do doznań cielesnych ani trochę.
Ja co do tego 'związku' już się nie wypowiadam
Spokojnie... jeszcze się będziesz cieszyła.

No, więc mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam spodobała (no wiem, cały czas to piszę). No i liczę na Wasze komentarze. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 6 czerwca 2018

91. Ostra sztuka

(Lira)
Weszłam do sali Scotta i dwa razy zapukałam w futrynę drzwi. Młody odłożył czasopismo i spojrzał na mnie z uśmiechem.
-Pani Forte? - zaczął, lekko podnosząc głowę. - To pani będzie mnie przesłuchiwać?
-Nie. - pokręciłam głową, wchodząc do środka i stawiając pudełko na stoliku obok łóżka. - Nawet nie wolno mi o tym z Tobą rozmawiać. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Jak się czujesz?
Usiadłam naprzeciwko niego, patrząc mu w twarz troską. Oblizałam usta, zakładając nogę na nogę.
-Doktor Schmidt panią przysłał? - zapytał, kładąc dłoń na piersi.
-Nie. - odpowiedziałam, składając dłonie na kolanie. - Chciałam się przekonać, jak się czujesz, to wszystko. Wracasz do zdrowia?
Scott pokiwał głową i pociągnął nosem. Wyglądał na zmęczonego, ale po urazie głowy został tylko opatrunek na czole. Jak zawsze wyglądał niewinnie, ale Koc i koszula nocna skutecznie ukryły inne obrażenia. Wskazałam na jego koszulkę pod piżamą, ale on jakby spróbował sięgnąć po wodę.
-Wolisz długi rękaw? - zapytałam, podając mu plastikowy kubek z wodą. - Nie widziałam, żeby ktoś zakładał coś pod koszulę nocną.
-Tak jest bezpieczniej. - wyjaśnił, kiedy pomogłam mu się napić. - Wie pani... rękawy trzymają bandaże i podobno wyglądam bardziej jak z wypadku drogowego niż pobicia.
-Wnioskuję, że nikomu nie mówiłeś o tym co się wtedy stało. - prędzej stwierdziłam niż zapytałam, ale Scott tylko wzruszył ramionami.
-Tylko Derekowi. Nawet zaproponował mi wymyślenie jakiejś bajeczki, na wypadek, gdyby ktoś mnie pytał, co mi się stało.
-I co?
-Nie musiałem. - odparł. - Nikt mnie o to nie pytał. Lekarze wiedzą, pani też... nie ma co rozpowiadać. Z resztą nie lubię rozmawiać o tym jaką to jestem ofiarą losu.
-Wcale tak nie jest. - zaprzeczyłam. - To, że spotkało Cię tak wiele, nie oznacza, że jesteś ofiarą losu. Przeciwnie. To pokazuje, jak jesteś silny. Nie możesz sobie wmawiać, że jest inaczej.
Scott popatrzył na mnie ze łzami w oczach. Zamrugałam, kręcąc głową. Nie wiedziałam, co mam mu jeszcze powiedzieć, chociaż on sprawiał wrażenie, że chce coś jeszcze powiedzieć.
-Co to właściwie jest? - zapytał, wskazując na pudełko, które przyniosłam.
-Upiekłam Ci muffinki z kapustą. - odpowiedziałam, ciesząc się, ze zmienił temat. - Derek mówił, że to Twoja ulubiona przekąska.
Scott zaśmiał się na łóżku, niemal wpadając w atak kaszlu. Popatrzyłam na niego z niepokojem, ale on tylko machnął ręką, dając mi znak, żebym nie wstawała.
-Zdradzę pani tajemnicę. - oznajmił, jak się uspokoił. - To nie prawda. Po prostu... Derek mówi, że to najlepszy przepis, jaki mu wychodzi i musiałem mu tak powiedzieć, żeby nie było mu przykro.
(Carlos)
-Wzywałaś? - zapytałem Alexę, stając przed biurkiem.
Alex w odpowiedzi tylko wskazała na Adams, która kłóciła się z jakimś pacjentem. Rzuciłem swoją teczkę na stolik i zmarszczyłem brwi.
-Rety... - powiedziałem powoli. - Dawno nie widziałem jej takiej ostrej.
-Szkoda, że nie widziałeś, co się działo piętnaście minut temu. Myślałam, że wysadzą w powietrze całą izbę przyjęć.
Zagwizdałem pod nosem i wywróciłem oczami. Wziąłem głęboki oddech i poklepałam blat płaską dłonią. Musiałem się jakoś do tego zabrać. Miałem dużo spraw do załatwienia. Jak to załatwię, pójdzie szybciej.
Podszedłem bliżej i stanąłem między Adams, a pacjentem. Oboje nie wyglądali na zadowolonych. A już na pewno nie na takich, którzy mogliby się dzisiaj dogadać.
-Carlos Pena, jestem psychologiem. - przedstawiłem się, stając pomiędzy nimi. - W czym rzecz?
Spoglądałem to na jedno, to na drugie, ale jakoś żadne nie chciało udzielić mi odpowiedzi. Teatralnie odwróciłem głowę w stronę doktor Adams i usiadłem na ramie łóżka, czekając, aż któreś z nich wyjaśni mi co się dzieje.
-Pan twierdzi, że od tygodnia jest przetrzymywany w szpitalu wbrew swojej woli. - powiedziała w końcu, kiedy zacząłem nerwowo wystukiwać opuszkami palców o skraj stolika nocnego.
-Że co, proszę? - zapytałem z zaskoczeniem, wybałuszając na nią oczy. - To jest jakiś żart, czy prowokacja dziennikarska?
Adams zacisnęła zęby, patrząc na mnie z urazą. Jeszcze by brakowało, żebym musiał odwalać pracę psychiatrów. I tak już dużo za nich robię.
-Na prawdę bardzo bym chciała, żeby to był żart, Pena. - powiedziała, wciąż niezwykle wkurzona.
Próbowałem rzucić spojrzenie Alexie, ale ona zdawała się nie odbierać bodźców z zewnątrz i nadal przekładała karty i coś do nic wysypiając. Oczywiście. Na jej poparcie nie powinienem liczyć, bo ona najwyraźniej miała to gdzieś.
-Od jak dawna pan tu jest? - zapytałem, odnajdując w tym jedyną szansę.
-Kilka godzin. - Adams wyruszyła ramionami, już trochę się uspokajając.
-Ty... - warkną, po raz pierwszy wydając z siebie jakiś zrozumiały dźwięk. - Nie mydl chłopakowi oczu, zła kobieto!
-Ma pan rację, to jest zła kobieta. - pokiwałem głową, przez co Adams znowu zmroziła mnie spojrzeniem.
-Co? - niemal krzyknęła, prawie doprowadzając mnie do zawału.
-Nic, nic. - machnąłem ręką, chcąc jej dać do zrozumienia, że nie ma w tym nic istotnego. - Niepotrzebnie mnie wzywaliście. Zwykłe zaburzenia czasoprzestrzenne. Pewnie skutek urazu głowy, minie do rana. Po prostu, podajcie ativan, czy co tam macie w szafce. Ja sobie już pójdę.
Wstałem ze skraju łóżka i zauważyłem chytry uśmiech Alexy. Teraz nie za bardzo się tym przejmowałem, bo chciałem tylko iść na górę, do socjalnego i nadal czytać te nudne gazety, które szef kazał mi przeglądać.
Po drodze na psychiatrię coś mnie tknęło i zatrzymałem się pod drzwiami gabinetu dyrektora. Właściwie nie wiedziałem co chciałem stamtąd wynieść, ale chyba zawsze mogę powiedzieć, że potrzebuję coś wydrukować, czy coś i będzie po sprawie.
Ostrożnie zapukałem do drzwi i już nieco śmielej wszedłem do środka. Najdziwniejsze, że w sekretariacie nikogo nie było. Uniosłem brwi i przeszedłem do drzwi gabinetu szefa. Pewnie są zamknięte. Facet ma fioła na punkcie ochrony tych danych. W sumie nie było w tym nic dziwnego. Jeśli coś by wyciekło, gość prawnie by się z tego nie pozbierał.
Ku mojemu zaskoczeniu, drzwi otworzyły się natychmiast, kiedy nacisnąłem na klamkę.
-Aina? - wykrztusiłem, kiedy zobaczyłem ją nagą w objęciach pana dyrektora we własnej osobie. - Co ty wyprawiasz?
Ona nie zareagowała. Po prostu dalej pieprzyła się z szefem na jego kanapie.
-Twoja siostra jest niezłą w te klocki, Pena. - zawołał, nie przestając jej obmacywać. - A teraz wyjdź i daj nam się zająć własnymi sprawami.
Bez słowa obróciłem się na siebie i wyszedłem na korytarz. Jeszcze by brakowało, żeby teraz coś stanęło na przeszkodzie. Byłem pewny, że Aina już dawno z tym skończyła, ale wyglądało na to, że sypianie z szefem weszło jej w krew. Wróciłem roztrzęsiony do domu. Aina wróciła dopiero kilka godzin później.
-Wiem, co o mnie myślisz. - zaczęła, przerywając świdrującą w uszach ciszę. - Że wcale się nie zmieniłam. Że wciąż jestem tą samą dziwką. Ostrą sztuką.
Pokręciłem głową. Nie chciałem teraz o tym rozmawiać. Nie w tej chwili.
-Dlaczego poszłaś z nim do łóżka? - zapytałem cicho.
Aina nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego wpatrywała się we mnie niezręcznie.
-Po prostu lubię seks. I w woli ścisłości, to nie było łóżko, tylko kanapa. - wyruszyła ramionami po dłuższej chwili. - Oboje mieliśmy potrzebę. Zaspokoiliśmy ją nawzajem.
(James)
Byłem nieco zdezorientowany. Zawsze wiedziałem, że umawialiśmy się z Mary tylko na seks, ale już dawno zaczęło mnie to przerastać. Spojrzałem na parę nastolatków całujących się na ławce naprzeciwko mnie. Na początku sam nie zdawałem sobie z tego prawy, ale teraz... Teraz bardzo bym chciał się tak zachowywać razem z Mary. Usłyszeć od niej kilka czułych słów, powiedzieć jej co do niej czuje i nie narazić się tym na jej wybuch śmiechu... Ale teraz to były tylko marzenia. Głupie, naiwne marzenia. Jakoś się nie zanosiło, żeby to miało ulec zmianie.
-James? - usłyszałem za plecami głos Liry. - Co ty tu robisz? Byłam przekonana, że jesteś w sądzie.
Otrząsnąłem się, żeby na nią spojrzeć. Uśmiechnąłem się do niej, kiedy do mnie podchodziła.
-Rozprawa skończyła się trochę wcześniej. - wyjaśniłem, kiedy usiadła obok mnie. - Byłaś w szpitalu? Myślałem, że masz wolne.
-Bo mam. - wyruszyła ramionami. - Odwiedzałam Scotta. Wiesz, to dobry dzieciak tylko nie ma za bardzo szczęścia.
-Wiem. - pokiwałem głową. - Z tego co wiem, matka pracuje w barze i nadal jest przekonana o niewinności męża.
-Głupia sprawa. - podsumowała. - Nie wiem jak można być tak obojętnym na własne dziecko. Przynajmniej odebrano jej prawa rodzicielskie i dzięki temu Derek ma nad nim pełną opiekę. Ale teraz lepiej będzie, jeśli mi powiesz, o czym myślałeś. Wiedziałam jak patrzysz na tę dwójkę. No, co jest grane?
Spojrzała na mnie z wyczekiwaniem, ale ja wolałem udawać głupka, niż być z nią szczery.
-Nic się nie dzieje. - odpowiedziałem, starając się na obojętny ton. - Po prostu dużo na ten temat myślę i wydaje mi się, że powinienem trochę rozszerzyć działalność.
-Rozszerzyć działalność? - powtórzyła z niedowierzaniem. - Niby jak?
-Widzisz... - zacząłem powoli, próbując wysłać maksymalny czas na wymyślenie dobrego kłamstwa. - Dużo nad tym myślałem i doszedłem do wniosku, żeby zatrudnić dodatkowego prawnika do spraw małoletnich matek. Sama widzisz, że nastoletnie ciąże to plaga współczesnego świata.
-Jasne, jasne. - pokiwała głową, jakby nie za bardzo mi wierzyła. - James wiem, że wymyśliłeś to sekundę temu. Na prawdę, nie musisz mnie okłamywać.
No dobra... Czy ona musi taka być?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dobra, tym razem pisze na spokojnie, jeszcze przed publikacją poprzedniej notki. Ale i tak nie mogłam jej opublikować tydzień temu. Powody osobiste.
Będę tak edytować plik, kiedy będą się pojawiały komentarze. Może taka robota na raty trochę mnie odciąży.
A w kwestii notki… co myślicie o zachowaniu Ainy? Jesteście raczej po jej stronie, czy Carlosa?
Pozostaje jeszcze kwestia związku Adams i Jamesa? Macie jakieś teorie na ich temat? Bo prawdę mówiąc chętnie bym się trochę pośmiała. Bez urazy.
A teraz… komentarze!
Kenneth taki majster, to by im cały dom wynaprawiał, jakby chciał xD
Aż takim specem nie jest.
Pogonili Logana do roboty, czas najwyższy.
Tak w sumie, to sam się pogonił. Tylko woli iść na pediatrię. Wie, że tam jest trochę ciężej, ale to dla niego wiele znaczy.
Chyba trochę za bardzo wczułam się w rozdział, bo sama poczułam zażenowanie, kiedy Kenneth wlazł im w paradę...
I tak miało być.
Muffinki z kapustą? Jeszcze nie próbowałam, ale jak masz przepis, to chętnie go przygarnę.
Nie mam przepisu. Po prostu kiedyś coś czytałam w jakiejś babskiej gazecie i zapamiętałam.
"Zaraz po Kennethu"? A nie powinno być "Zaraz po Kenneth'cie"?
Nie mam pojęcia. Nie zastanawiałam się nad tym.
Ej, ja wiem, że Internet zawładnął światem, ale żeby skrzynki nie sprawdzać? Oj, Kenneth, zapraszam z powrotem do realnego świata. Chętnie nauczę Cię regularnego sprawdzania skrzynki pocztowej.
On koło tej skrzynki rzadko stoi, bo ciągle gdzieś podróżuje.
Śmiałabym się, gdyby Kenneth zreperował drzwi lepiej niż fachowca, a znając Ciebie, byłoby to możliwe.
Ta, chyba Tobą bym się musiała nazywać, hi hi...
Całe szczęście, że to tylko awaria komputera, chociaż muzę przyznać, że po cichu liczyłam na rozwinięcie tego wątku i ujawnienie jakiejś choroby.
Nie, to wciąż tylko żart. Żartujący komputer... To akurat jest u mnie możliwe.

No cóż... mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 23 maja 2018

90. Zdrowie w chorobie

(Kendall)
Wstałem przed Lirą i Kennethem. Nasz ślub będzie już za dwa tygodnie. Kiedy byłem w kuchni, usłyszałem miękkie kroki. Uśmiechnąłem się pod nosem, rozpoznając, że to Lira.
-Dzień dobry. - powiedziała cicho. - Myślałam, że dzisiaj też masz wolne.
-Niestety. - pokręciłem głową. - Adams chce, żebym pomógł Loganowi. Wiesz, ostatnio jest leniwy.
-Wiem. Kiedy nie jest? - pokiwała głową. - Właściwie musimy porozmawiać. Chodzi o sprawy związane ze ślubem.
Spojrzałem na nią z niepokojem. Uniosłem brwi, czekając aż przejdzie do rzeczy. Zaczynałem nabierać podejrzeń. Właściwie miałem złe przeczucia.
-Coś się stało? - zapytałem rozgorączkowany. - Chcesz się wycofać?
-Nie. - pokręciła głową z niezręcznym uśmiechem. - Chodzi o to, że wczoraj... Alexa namówiła mnie na sukienkę. Byłyśmy wczoraj w salonie sukien ślubnych i...
Nie dałem jej dokończyć, podnosząc ją z podłogi i obejmując ramionami jej talię. Krzyknęła z zaskoczenia, ale mimo wszystko pozwoliłem jej na przeżycie tego niewielkiego szoku.
Szczerze powiedziawszy nie za bardzo mi się podobało, że będzie brała ślub w spodniach. Ale zgodziłem się na ten pomysł tylko dlatego, że ona mnie o to prosiła.
-To cudownie! - zawołałem. - Nawet nie wiesz, jak bardzo o tym marzyłem!
Lira spojrzała na mnie ze szczerym zaskoczeniem. Zagryzłem wargę, czując, że się rumienię. Wziąłem głęboki oddech.
-Co? - wykrztusiła w końcu. - Przecież powiedziałeś, że nie masz nic przeciwko temu.
-Właśnie, nie mam nic przeciwko. - przytaknąłem, wracając do robienia kanapek. - Myślałem, że Ty tego chcesz. Dlatego się na to zgodziłem. Wiem, że oszczędzamy i tak dalej, ale...
Lira spiorunowała mnie spojrzeniem, przez co byłem nieco zbity z tropu. Obróciła się wokół własnej osi i podrapała się po karku.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś? - zapytała cicho. - Czemu nie mówiłeś, że chcesz, żebym była w sukience? Wiesz, że wzięłabym to pod uwagę.
-Nie wiedziałem tego wtedy. - pokręciłem głową. - Wiesz co? Tak naprawdę nie przypuszczałem, że kiedykolwiek uda mi się spotkać taką dziewczynę jak Ty.
Lira zbliżyła się do mnie na pół kroku. Powoli podniosła rękę i położyła dłoń na moim świeżo ogolonym policzku. Zagryzła wargę, lekko przymykając oczy.
-Kendall, ja... - zaczęła, cicho stając na palcach i ustami dosięgając moich ust.
Nie chciałem, żeby kończyła to, co miała do powiedzenia. Chciałem, żeby mnie pocałowała. Tak naprawdę. Tak, jak tylko ona potrafi mnie całować.
-Dobra, Kevin mnie ostrzegał, że zakochane pary są nieznośne, ale czegoś takiego się nie spodziewałem. - usłyszeliśmy głos Kennetha dochodzący spod drzwi.
Lira zamarła na chwilę, z zażenowania mrużąc oczy. Odsunęła się ode mnie, zaciskając dłoń w pięść, jak zawsze, kiedy powstrzymywała negatywne emocje, przed wydostaniem się na wierzch.
-Nic nie mów. - pokręciłem głową, patrząc na szeroko uśmiechniętego Kennetha. - I tak już muszę iść do pracy. Biorę śniadanie i wychodzę.
-Dołączę po południu. - dodała szybko. - Chciałabym jeszcze odwiedzić Scotta.
-W porządku. - pokiwałem głową. - Tylko nie przynoś mu słodyczy. Dostał już z dziesięć kilo.
Lira uśmiechnęła się szeroko i wzruszyła niewinnie ramionami.
-Mogę wiedzieć o kim Wy rozmawiacie? - wtrącił Kenneth najwyraźniej wytrącony z równowagi. - Nie znam żadnego Scotta.
-Zrobię mu muffinki z kapustą. - powiedziała szybko, jakby Kennetha tu w ogóle nie było. - Wiesz, jak bardzo je lubi.
-Już lepiej. - pokiwałem głową. - Tylko postaraj się, żeby nie przesolić. Nadmiar czasami blokuje działanie leków, jakie przyjmuje.
-Jasne. - przytaknęła. - I tak pierwszy ich spróbujesz. Oczywiście zaraz po Kennethu.
Posłała mu wesoły uśmiech i wzruszyła jednym ramieniem. Parsknąłem śmiechem, patrząc na nią z zaciekaniem. Pokręciłem głową i wyjrzałem przez okno.
-Kto po Ciebie przyjeżdża? - zapytała Lira, siadając na blacie kuchennym.
-Carlos. - odpowiedziałem. - I chyba właśnie podjeżdża. To cześć.
Pocałowałem Lirę na pożegnanie i przelotnie poklepałem brata po ramieniu. Nie wiem, jaka była jego reakcja, bo już się nie obracałem.
Zbiegłem po schodach, zamykając za sobą drzwi. Pośpiesznie podszedłem do samochodu Carlosa i wsiałem na miejsce pasażera. Carlos spojrzał na mnie z zaskoczeniem i zmarszczył brwi.
-Coś za szybko. - oznajmił, patrząc na mnie przenikliwie. - Na Logana czekam zawsze jakieś pół godziny.
-Ale ja nie jestem Logan. - pokręciłem głową.
-Cześć Kendall... - zaszczebiotała Aina z tylnego siedzenia.
-Cześć. - odpowiedziałem jej, kiedy ruszyliśmy.
-Marina dzwoniła, wiesz?
-Kto to Marina? - zapytałem zdezorientowany.
-Nasza siostra. - odpowiedział Carlos, wciąż trzymając ręce na kierownicy. - Na ślub Ainy chyba nie jechałem rok temu.
(Lira)
Około pierwszej po południu udało mi się już zrobić te muffinki i teraz miałam je spakować do pudełka. Najlepsze, kiedy są ciepłe.
-Mogę? - zapytał Kenneth, wchodząc do kuchni i sięgając po jedną z babeczek.
-Jasne, bierz. - pokiwałam głową.
-Dzięki. - mruknął. - Słuchaj, Ty i Kendall... bierzecie ślub, tak?
-Za dwa tygodnie. - przytaknęłam. - Wysłaliśmy już zaproszenie pocztą. Nie wiem, czy odebrałeś.
-Pewnie wciąż leży w skrzynce. - wzruszył ramionami. - Wszystkie rachunki i tak płacę przez Internet, a rzadko ktoś do mnie pisze listy.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Zamknęłam pierwsze pudełko i zawiązałem je szmacianą wstążką. Kupiłam ich całkiem dużo. Odkąd ich zabrakło, poszłam na zakupy do najbliższego meblowego. Nakupiłam opakowań na domowe ciasteczka na jakieś cztery lata. Oczywiście Kenneth musiał zwrócić na to uwagę.
-Często pieczesz? - zapytał, wskazując na całe pudło opakowań na ciasteczka. - Przypomina to niezbędnik troskliwej babci.
-Nie. - pokręciłam głową. - Ale często się przydają. Lubię mieć zapas. Wychodzisz, czy zostawić Ci klucze? Jeśli wolisz tu zostać, nie mam nic przeciwko.
-Zostanę. - powiedział, kładąc sobie dłoń na karku. - Widziałem na regale w przedpokoju rzadkie książki historyczne, które chętnie bym przejrzał.
-Jasne. - pokiwałam głową. - Możesz czytać co chcesz. Zostawię Ci zapasowe klucze i mój numer telefonu na wypadek, gdybyś czegoś potrzebował.
Wyciągnęłam z górnej szafki komplet nieoznakowanych kluczy i chwyciłam jedną ze swoich wizytówek, które trzymałam w kieszeni marynarki. Wzięłam z pudełka kolejne opakowanie i poszłam szybko do kuchni, rzucając je na blat.
-Kiedy będziesz wychodził, upewnij się, że drzwi balkonowe są zamknięte. - powiedziałam, kiedy chodził za mną krok w krok. - Czasami same się otwierają.
-Jeśli są zepsute, może na nie zerknę. - zaproponował, siadając przy st. - Trochę majsterkuję, może uda mi się je naprawić.
-Wykwalifikowany monter okienniczy dał radę tylko na kilka miesięcy przedłużyć ich żywotność. - odpowiedziałam, pakując drugie pudełko. - Trzeba kupić nowe.
-Coś nie bardzo Ci idzie. - zaśmiał się, chwytając jeden z magazynów leżących na stole.
-Takie drzwi mało kto teraz produkuje. - powiedziałam, wypełniając pudełko po brzegi. - Widziałeś gdzieś czarny flamaster? Muszę opisać pudełka.
-Nie, ale mam swój w torbie. - powiedział, wychodząc z kuchni. - Zaraz Ci przyniosę.
-Dziękuję. - krzyknęłam za nim.
(Logan)
-Lira piekła? - zapytałem, wchodząc do pokoju lekarskiego i zabierając jedną z babeczek z pudełka. - Na słodko? Czy na słodko?
-Na słono. - odpowiedział, nie podnosząc głowy znad dokumentów. - Piekła dla Scotta. Teraz pewnie u niego siedzi. Drugie pudełko jest u Alexy, trzecie tutaj.
Pokiwałem głową, siadając naprzeciwko niego. Sam miałem trochę do roboty, musiałem jeszcze przejrzeć wyniki badań.
-A jak Twój pacjent z dziwnymi wynikami? - zapytał, zabierając kilka starych dokumentów i wpinając je z powrotem do segregatora.
-A, on... - powiedziałem, zerkając do jego karty. - Sam zobacz, wszystko gra. Jeszcze poleży kilka godzin na obserwacji i wypuszczę go do domu. Te dziwne wyniki to tylko awaria komputera.
Kendall uśmiechnął się do mnie i pokiwał głową.
-A Alexa nic nie zauważyła? - zapytał, krzyżując ramiona na piersiach.
-Nie znała sprawy. - powiedziałem, opierając się o jeden z regałów.
Kendall westchnął ciężko i odbił się o szafy dłońmi.
-Dobra. Ja wracam do pracy, a Ty rób co chcesz.
I wyszedł z pokoju.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć, piszę tę notkę w czwartek, żeby nie zapomnieć. Poza tym już nie musicie się martwić pacjentem z wynikami. Zwykły błąd komputera. Nie chodziło mi o to, żeby coś mu było, tylko o to, żeby Logan wziął do siebie coś niepokojącego i pomimo swojego lenistwa zareagował. No, ale dobra, to już można zostawić.
Lira zmieniła zdanie i pogrzebowa garsonka idzie w odstawkę. Cieszycie się? W sumie nie wiem, co mnie wtedy do tego podkusiło, szczerze mówiąc nie pamiętam.
Dobra, teraz czas na komentarze, bo chcę od razie sprawdzić jeszcze druga notkę.
Szczerze? Kenneth bez względu na to, czy widziałam go tylko na zdjęciach, czy był przedstawiony w opowiadaniach, ZAWSZE wyglądał mi na najodpowiedzialniejszego ze Schmidtów, serio.
Właśnie dlatego tutaj jest taki odpowiedzialny.
"- Przyjąłem obsłużyłem i spławiłem stu dwudziestu pacjentów." - nie wiem, czemu, ale po przeczytaniu tego zdania, aż się zaśmiałam. Nie mam pojęcia, z jakiego powodu mnie to rozbawiło.
Ciekawostka: To jest Loganowa wersja "Veni, vidi, vici" Juliusza Cezara, co oznacza "Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem". Musisz przyznać, że do niego pasuje. Wpadłam na to, kiedy zerwałam kartę z kalendarza z Tą ciekawostką na odwrocie u mojej babci.
Nienawidziłam "W.I.T.C.H." ani w formie bajki, ani w formie gazetki.
A ja to lubiłam. Głównie przez komiksy, które wtedy zaczynałam uwielbiać. Teraz czytuję w sieci te superbohaterskie od czasu do czasu, ale widać, że od własnie tej gazetki wszystko się zaczęło.
Lira ma zadatki na cudowną żonę i panią domu! Oby tak było w przyszłości ;)
No to zobaczymy. Albo nie, w sumie nie pamiętam, w którym momencie opowiadanie się kończy.
Matko, mam nadzieję, że ten gostek nie jest mega poważnie chory, albo nie ma jakiegoś śmiercionośnego wirusa.
Hi hi, żarcik!

No i to by było na tyle. Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Liczę na Wasze komentarze. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 16 maja 2018

89. Taka praca

(Kendall)
Kenneth jak zwykle zjawił się o umówionej porze. Zawsze był uczynny i punktualny. Zbyt dokładny, żeby bezkarnie można było go obok nas przedstawiać.
-Nie sadziłem, że Kendall mówił poważnie. - powiedział po dłuższej chwili. - Świetnie gotujesz.
-Dzięki, cieszę się, że Ci smakuje. - Lira odwzajemniła jego uśmiech, ale wciąż nie tknęła nic z kolacji. - Nawet nie wiedziałam co lubisz.
-I dlatego zrobiłaś to, co wychodzi ci najlepiej? - zgadł, opierając łokieć na stole.
-Zaryzykowałam. - wzruszyła niezręcznie ramionami. - Gdyby się okazało, że jesteś wegetarianinem, wyszłaby kompletna klapa.
-Trafna uwaga. - zachichotał, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. - Kendall rzadko opowiada o nas innym. Już dawno się do tego przyzwyczaiłem. Nie miałbym Ci tego za złe. Ale świetnie trafiłaś, bo uwielbiam takie mięso.
Szturchnąłem Lirę z łokieć, żeby trochę się rozluźniła. Spojrzałem na nią z uśmiechem, ale jak widać ona niczego nie potrafiła nawet niczego przełknąć.
-Co teraz? - zapytałem z zaskoczeniem. - Wiesz co? Może wyjdziemy po kolacji na spacer​? Jeszcze tak wcześnie się nie ściemnia, a o tej porze roku okolica jest bezpieczna.
-To chyba nie jest najlepszy pomysł. - pokręcił głową. - I tak jestem już najedzony, a nawet nie znalazłem sobie hotelu...
-Nie ma mowy! - zawołała Lira, czym nieźle mnie zaskoczyła. - Nie będzie spał w hotelu. Mamy tu wolny pokój. Już po południu przygotowałam Ci pościel.
Obaj spojrzeliśmy na nią z zaskoczeniem. Słyszałem, że coś kombinowała w gościnnym, kiedy poszedłem spać, ale nie wiedziałem, że przygotowywała łóżko dla Kennetha, żeby miał gdzie spać.
-Na prawdę? - zdołał wykrztusić po dłuższej chwili. - Nie wiem, czy powinienem. Nie chcę robić Wam problemu...
-Kenneth, daj spokój. - powiedziała Lira, tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Jesteś bratem mojego narzeczonego. Mamy pokój gościnny. To nie będzie żaden problem.
Kiedy Lira i Kenneth rozmawiali o jego ewentualnym noclegu, przestałem ich na chwilę słuchać. Lira mówiła, jakby to było nasze wspólne mieszkanie. Niemal publicznie nazwała mnie swoim narzeczonym. Normalnie skakałbym z radości, ale musiałem się opanować, bo już dawno przyzwyczaiłem się, że odpowiadam przed Kennethem jak przed generałem i w jego obecności starałem się nie opuszczać gardy. Może to głupie, ale nie chciałem przy nim pokazać, że praca w szpitalu ma na mnie inny wpływ, niż mogłoby się wydawać.
-Łazienka jest Twoja. - powiedziałem, pomagając mu zanieść rzeczy do dodatkowej sypialni. - My wykąpiemy się po Tobie.
-Dzięki. - uśmiechnął się, wyjmując z torby żel pod prysznic i ręcznik z greckim wzorem. - Pozwolicie, że się trochę rozłożę?
-Pewnie. - Lira uśmiechnęła się do niego szeroko. - Przygotowałam Ci wieszak i miejsce na półce. I lepiej nie używaj prysznica, dobrze? Muszę kupić nowy parawan, a ten wciąż ma niezłe ciśnienie i rozchlapuje wodę po całej łazience.
-Nie ma sprawy. - pokręcił głową. - I tak rzadko używam prysznica. Zwykle kąpię się w małej ilości wody. Jestem przyzwyczajony do niskich standardów.
-Mam to uznać za komplement? - zawołała Lira, kiedy zamknął za sobą drzwi.
Objąłem ją ramieniem, prowadząc do naszej sypialni. Zawsze przygotowaliśmy sobie piżamy i ubrania na następny dzień zanim szliśmy się kąpać. Nauczyłem się tego od Liry. Taki fajny, przydatny nawyk.
-Jestem beznadziejna! - jęknęła, opadając na łóżko.
-Wcale nie. - pokręciłem głową, opierając dłonie po obu jej bokach. - Sama słyszałaś, jest Tobą zachwycony.
Lira spojrzała na mnie niepewnie. Nie wiedziałem, co mam o tym sadzić. Z westchnieniem usiadłem obok niej i przyciągnąłem ją do siebie.
-Z tego wszystkiego zapomniałam zapytać, jak się czuje Scott. - powiedziała w końcu. - Wspomniałeś, że masz go wybudzać.
-Tak... - mruknąłem, gładząc ją po miękkich włosach. - Jest przytomny, ale bardzo wyczerpany. Pojutrze złoży zeznania. Pamiętasz, jak Logan uskarżał się, że jest z nim coś nie tak, bo spał po dwadzieścia godzin na dobę?
-Odsypiał stres. - pokiwała głową, wciąż wtulając się w moje ramię. Poczułem, jak obejmuje moje plecy. - Carlos i Adams zgodnie to stwierdzili.
-Tym razem jest tak samo. - oznajmiłem. - Nie wiemy, co go spotkało, ale oprócz stresu musi się zmierzyć z wyczerpaniem. Ale wyjdzie z tego. My mu w tym pomożemy.
(Logan)
-Przyjąłem, obsłużyłem i spławiłem stu dwudziestu pacjentów. - warknąłem cicho, spoglądając na Alexę spode łba. - Już naprawdę muszę iść na pediatrię.
-Nie. - pokręciła głową, chytrze się uśmiechając. - Najpierw załatwisz jeszcze tablicę i dopiero możesz sobie iść. Jest do Ciebie spora kolejka.
-Alexa... wiem, że mam zaległości, ale nie możesz się tak nade mną znęcać.
-O nie. - pokręciła głową. - Raczej sam się nad sobą znęcasz.
Odnosiłem przykre wrażenie, że Alexa nieźle się przy tym bawi. Kiedy Kendall robił nadgodziny, ja byczyłem się przed telewizorem. Może wszystko umknęłoby niepostrzeżenie, gdyby nie niezwykła skrupulatność Adama, który nadzwyczaj gorliwie uzupełniał listy obecności.
-Słuchaj, nie moja wina, ze Twój facet...
-O nie nie... - pokręciła głową. - Nie waż się zwalać winy Adama. To wszystko przez Twoje lenistwo. I dobrze o tym wiesz.
Usłyszałem tupot kroków i obróciłem się w stronę wyjścia. James szedł w naszą stronę, uśmiechając się szeroko.
-Cześć, Mary u siebie? - zapytał, opierając się o krawędź biurka. - Bo mam coś dla niej.
Wskazał na teczkę, którą ze sobą przyniósł.
-Jest, ale ma interesanta. - odpowiedziała Alexa. - U nas jest teraz spokojnie, to możesz poczekać tutaj. Chcesz coli?
-E... jasne. - kiwnął głową, odsuwając od siebie teczkę z dokumentami. - Ktoś mi może wyjaśnić, co się dzieje? Jakoś Wam atmosfera zgęstniała.
-A co ma się dziać? - zaczęła Alexa, schylając się pod biurko, żeby podać Jamesowi jedną z porcji napoju pod ladą. - Logan jest patentowanym leniem.
-A spokojnie, to się dzisiaj nie stało. - machnął lekceważąco ręką i zabrał butelkę od Alexy. - Dzięki. Z funduszu pielęgniarskiego?
Otworzyłem szeroko usta i spojrzałem na niego z oburzeniem. Zmarszczyłem brwi, słuchając jak rozmawiają jak gdyby mnie tu nie było.
-Tak, wiem, że się dorzucasz. - pokiwała głową. - I tak już zasłużyłeś na miano naszego sponsora, bo więcej wkładasz niż wynosisz.
Zajrzałem do dokumentów Alexy i zabrałem jedną z podkładek. Zmarszczyłem brwi, czytając skrót wyników badań. Coś mi tu nie grało.
-Alexa? - zacząłem niepewnie. - Masz tu gdzieś pełną wersję tych wyników?
Alexa popatrzyła na mnie ze zdziwieniem i podała mi kilka spiętych kartek. Pośpiesznie zabrałem to od niej i zacząłem porównywać z jej rękopisem. O dziwo wszystko się zgadzało.
-Pomyliłam się? - zapytała z niepokojem.
-Nie. - pokręciłem głową. - Ale coś tu jest nie tak. Muszę iść.
Nie poczekałem na jej odpowiedź i odbiegłem do Nancy, która doglądała mojego pacjenta. Spojrzałem jeszcze raz na jego odnowione parametry.
-Doktorze Henderson? - zaczęła z niepokojem. - Coś się stało?
Nie odpowiedziałem od razu. Zagryzłem wargę i oparłem się o ścianę. Coś tu było nie tak. Musiałem się upewnić.
-Trzeba zlecić powtórne badania. - powiedziałem po dłuższej chwili. - Muszę się upewnić, że to nie jest żaden błąd.
-Ale o co chodzi, panie doktorze? - zapytał sam pacjent, patrząc to na mnie, to na Nancy.
-Ma pan bardzo dziwne wyniki badań, panie Woodruff. - odpowiedziałem, składając teczkę. - Musimy je powtórzyć, żeby się upewnić, że nie zaszła żadna pomyłka.
-Nie rozumiem, to dobrze, czy to źle? - dopytywał dalej.
Nie wiedziałem, co mam mu jeszcze odpowiadać. Brnąć w to, czy przeciwnie.
-To się okaże po powtórnych badaniach. Na razie nie mogę panu nic powiedzieć.
Tak jak mówi Kendall. Taka praca.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dobra, jest godzina piąta po południu, a ja dopiero sobie przypomniałam o publikacji notki. Mądra ja. Serio, nie wiem, gdzie ja ostatnio mam głowę, a trzeba jeszcze odpisać Domi na maila. Znaczy, nie wiem, czy odpisała, bo nie sprawdzałam poczty od poniedziałku. No, ale nie ma co się teraz rozdrabniać. Następnym razem będę odpowiadać na komy na bieżąco. Niech ktoś mi przypomni, żebym sprawdziła jutro notkę. Właśnie…
Fajnie, że ze Scottem trochę lepiej ;)
Ze Scottem już tak jest. Trochę jak kot. Zawsze spada na cztery łapy.
No proszę, Marta bawi i uczy. Nie miałam pojęcia, że w Chinach kolorem żałoby jest biały.
Ja to wiem z gazetki "W.I.T.C.H. Czarodziejki". Jeszcze gorzej. wychodzi na to, że więcej się nauczyłam z czasopisma dla dzieci, niż ze szkoły.
Ekstubować? Nie mam pojęcia, co to znaczy, ale brzmi poważnie.
Chodzi tylko o wyjęcie rurki. Wytłumaczę Ci w mailu.
Krytyk kulinarny Kendall? Chciałabym to zobaczyć. Ej, w sumie, jeśli nie masz nic przeciwko oczywiście, to z chęcią napisałabym o tym jednorazówkę ^^
Dajesz!
Dobra, to by było na tyle. Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Liczę na Wasze komentarze. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 9 maja 2018

88. Sukienka

(Lira)
-O nie nie nie! - pokręciłam stanowczo głową. - Chyba sobie żartujesz!
-Wcale nie żartuję! - parsknęła śmiechem, wciąż kurczowo ściskając rączki spacerówki.
Wymiana rodzicielska. Teraz, kiedy Wandy dorosła do takiego wózka, Alexa bez skrępowania mogła pójść do koleżanek ze starszymi dziećmi i bez problemu odebrać taki używany wózek. To było całkiem praktyczne. Alexa już oddawała po Wendy masę śpioszków i średnią butelkę z podwójną rączką w dobrym stanie, którą jest tak trudno dostać nawet w drogich sklepach, a już szczególnie w takim rozmiarze. To było całkiem praktyczne. Pielęgniarki oddawały stare rzeczy po swoich dzieciach, które wciąż były w dobrym stanie. Jedni pozbywali się staroci, a drugim to się jeszcze przydawało. Pewnie, kiedy Wendy z niego wyrośnie, Alexa pójdzie tam jeszcze raz, żeby go oddać, ewentualnie wymienić na większy. Całkiem niezła pomoc między pielęgniarkami. Lekarze rzadko z tego korzystali.
-No proszę, najwyższy czas, żeby wybrać Ci sukienkę. - powtórzyła. - Za dwa tygodnie bierzesz ślub. Przecież nie pójdziesz w sukience po babci, prawda?
-Nie, nie pójdę w sukience. - przyznałam jej rację. - Bo mam już białą garsonkę.
-Białą garsonkę? - zmarszczyła brwi, patrząc na mnie z zaskoczeniem. - Chyba nie masz ma myśli tej, którą zakładałaś na Chińskie pogrzeby? (aut: w Chinach biały to kolor żałoby)
-Właśnie tą. - pokiwałam głową. - Pytałam już specjalistkę od takich spraw. Pisze w internecie o ciuchach. Obfotografowałam cały zestaw i wysłałam jej mailem. Powiedziała, że się nadaje.
-Nie, Lira! - pokręciła głową. - Kendall o tym wie?
-Wie i nie ma nic przeciwko. - powiedziałam szybko.
-Czyli kłamie. Wchodzimy! - zażądała, ciągnąc mnie do salonu sukien ślubnych.
Jęknęłam, dając się tam wciągnąć. Zastanawiałam się, czy to co robi jest objawem jej zachowania i jaka jest jego konkretna przyczyna. Domyślałam się, że fakt, że nie miała swojego ślubu mógł mieć z tym coś wspólnego. Może miała trochę racji i powinnam się zgodzić na wybór tej sukienki? Jeśli to ma ją zadowolić, to może warto jej na to pozwolić. Jakby się nad tym głębiej zastanowić, ślub w żakiecie nie był szczytem moim marzeń. Uniosłam brwi, patrząc jak podchodzi do jednej z ekspedientek. Spojrzałam na Wendy, która nie miała pojęcia co właśnie się dzieje.
-Idziemy! - zawołała, przywołując mnie do siebie.
Pokręciłam głową, popychając wózek z Wendy.
-No to idziemy. - mruknęłam pod nosem.
(Kendall)
Za kilka godzin kończę zmianę. Był już środek nocy, a Derek nawet nie miał zamiaru wracać do domu. Logan zajrzał mi przez ramię, spoglądając na wydrukowane wyniki badań.
-Na moje oko nie jest źle. - powiedział w końcu, przerywając milczenie. - Możemy już zacząć go przygotowywać.
-Co to znaczy? - zapytał Derek, stając naprzeciwko nas ze skrzyżowanymi rękami. - Możecie mi to wytłumaczyć? Co macie zamiar zrobić?
Spojrzałem na niego znad karty i wziąłem głęboki oddech. Byłem już zmęczony i pewnie nie wyglądałem, jakbym miał teraz zamiar przekazać dobre wieści, ale musiałem go przekonać, że wszystko już będzie dobrze.
-Obrzęk mózgu całkowicie się wchłonął. - wyjaśniłem. - Wyniki badań są coraz lepsze, a Scott coraz częściej usiłuje oddychać na własną rękę.
-Czekaj, chcecie mi powiedzieć, że to dzisiaj przed południem, jak omal nie udusił się przez rurkę... - zaczął, unosząc rękę. - To dobry znak?
-Tak. - pokiwałem głowową. - W ten sposób walczy z maszyną. Nie wolno nam ekstubować w nocy, ale gdzieś od dziewiątej będzie można z nim rozmawiać.
Derek wydał z siebie coś, co przypominało kaszlnięcie zduszone okrzykiem radości. Powoli podszedł do okna i przetarł twarz dłonią, jakby chciał się jakoś oswoić z tą informacją.
-Na prawdę? - wykrztusił w końcu. - Jak to będzie wyglądało?
Wymieniłem z Logan porozumiewawcze spojrzenia. Logan kiwnął na mnie głową i cofną się o krok. Zaczął podchodzić tyłem do części łazienkowej.
-Ty mu powiedz. - oznajmił, unosząc ręce w geście poddania.
-Najpierw odstawimy sedację. - wyjaśniłem, kiwając głową. - Kiedy zacznie odzyskiwać przytomność, wyjmiemy rurkę. Podamy tlen, żeby pomóc płucom przyzwyczaić się do samodzielnej pracy. Kiedy się obudzi będzie wyczerpany, więc radzę dać mu pospać, ile będzie potrzebował. Przesłuchanie może poczekać.
Derek uśmiechnął się szeroko i pochylił się nad bratem, kładąc dłoń na jego czole. Obróciłem się w stronę Logana, który jak gdyby nigdy nic wyciągnął z szafki dzban termiczny i włożył do niego dwie torebki mocnej herbaty ekspresowej.
-Logan przygotuje herbatę. - wyjaśniłem, widząc, że Derek tez przypatruje mu się z zaskoczeniem. - Będzie mu się chciało pić. Poza tym to dobrze mu zrobi na gardło. A Tobie radzę się przespać.
-Nie. - pokręcił głową. - Chce być przy nim, kiedy się obudzi.
-Spokojnie, zdążysz. - zapewniłem go, kiedy Logan wstawił wodę w czajniku elektrycznym. - Obudzimy Cię, kiedy zaczniemy całą procedurę.
Derek pokiwał głową i włożył dłonie do kieszeni spodni. Wyglądał na nieco zaskoczonego, ale udawałem, że mnie to nie obchodzi.
-Chodź. - kiwnąłem na niego głową. - Pokażę Ci miejsce, gdzie możesz się przespać. Chyba nie chcesz, żeby Scott się Ciebie przestraszył zaraz po przebudzeniu, prawda?
Derek dał się zaprowadzić do pokoju lekarskiego. Chwyciłem koc i zapasową poduszkę, rzucając mu to na kanapę.
-To powinno wystarczyć. - odparłem, wskazując mu wolne miejsce. - O tej porze nikt tu nie przychodzi, więc będziesz miał spokój. A ponieważ jesteś z policji, nikt nie będzie miał pretensji, jeśli się tu trochę drzemiesz. A teraz muszę wracać do pracy.
Derek kiwnął głową i usiadł na miejscu, które mu wskazałem. Obróciłem się, żeby wyjść, ale przystanąłem na ciche chrząknięcie Dereka.
-Kendall? - usłyszałem za plecami jego głos.
-Tak? - zapytałem, obracając się w jego stronę.
-Dziękuję.
-Nie ma problemu. - uśmiechnąłem się do niego przez ramię. - Taka praca. A teraz odpocznij.
(Lira)
Dzisiaj miałam wolne. Kendall też, więc zrobimy sobie dzień spędzania wspólnego czasu. Oczywiście miałam nadzieję, ze nie wziął kolejnej zmiany z rzędu i da sobie odpocząć.
Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy usłyszałam szczęk klucza w zamku. Wrzuciłam warzywa do garnka i zamieszałam, żeby lepiej połączyły się zresztą składników. Było przed jedenastą, a ja już brałam się za gotowanie obiadu. Może trochę za wcześnie, ale powinno wystarczyć, jeśli chcę żeby tym razem wyszło lepiej niż zazwyczaj.
-Śniadanie? - zapytał, przytulając mnie od tyłu.
-Nie. - pokręciłam głową, dając mu się pocałować w szyję. - Na śniadanie zrobiłam słone gofry. To będzie obiad. Szkoda, że mi nie powiedziałeś, że Kenneth dzisiaj wpadnie na kolację.
Kendall odsunął się ode mnie i spojrzał mi w twarz z zaskoczeniem. W odpowiedzi, wskazałam na jego telefon, który leżał na lodówce.
-Zapomniałeś znowu komórki. - powiedziałam, kiedy się ode mnie oderwał. - Kenneth dzwonił z nieznanego numeru. Odebrałam, bo myślałam, że to pacjent. Powiedział, że przyjedzie jeszcze dzisiaj. Podobno wysłał Ci wiadomość na maila.
-Możliwe. - wzruszył ramionami. - Nie sprawdzałem prywatnej skrzynki od miesięcy. Mówiłaś, że wpadnie na kolację. Czemu mówisz, że to będzie obiad?
-Ćwiczę. - wyjaśniłam. - Nie chcę mu podać jakiegoś świństwa z cateringu, albo nieudanej potrawy, tylko dlatego, że robiłam to po raz pierwszy.
-Na pewno Ci się uda. - pocieszył mnie, znowu się do mnie przytulając.
Z trudem zdusiłam parsknięcie śmiechem i pochyliłam się nad garnkiem. Nałożyłam trochę sosu na drewnianą łyżkę i podstawiłam Kendallowi do ust.
-Spróbuj. - powiedziałam. - Chyba nie jest złe, co nie?
Kendall oblizał odrobinę sosu z krawędzi łyżki i zrobił minę profesjonalnego krytyka kulinarnego. Spojrzałam na niego z mieszaniną ciekawości i nadziei.
-Super! - pochwalił, zabierając mi łyżkę i ponownie zanurzając ją w rondelku. - Będziemy to dzisiaj jeść dwa razy? Do czego to ma być?
-Do pieczeni. - odpowiedziałam, zabierając od niego łyżkę. - Ale można to podawać z makaronem. Pieczeń na szczęście umiem zrobić, a ta musi się suszyć kilka godzin.
Wskazałam na włączony piekarnik, na co Kendall podążył za moim spojrzeniem.
-Będzie dobrze. - uśmiechnął się do mnie delikatnie. - Nawet nie wiedziałem, że potrafisz zrobić pieczeń.
Położyłam dłoń na jego policzku i delikatnie pogładziłam kciukiem jego twarz.
-Oj, Kendall... potrafię jeszcze mnóstwo innych rzeczy, o które mnie nawet nie podejrzewasz.
-Na szczęście mam całe życie, żeby się o nich powiedzieć. - powiedział, pochylając się nad moją twarzą i całując mnie w usta.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kompletnie zapomniałam, że mam dzisiaj publikację. Może od razu odpowiem na komentarz, chociaż tego też mi się nie chce.
Kendall trochę zamyślony, jak widać ;p
On już po prostu tak ma. Po prostu dużo się u niego (nie tylko u niego, co u wszystkich) ostatnio dzieje.

No dobra, mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Liczę na Wasze komentarze. Trzymajcie się! Cześć. I muszę w końcu upomnieć się Domi, bo dawno jej tu u mnie nie było (pozdrawiamy).  

środa, 2 maja 2018

87. Filmik

(Carlos)
Miałem problem. Jak nie wiem, miałem problem. Nie mam pojęcia, o co tej lasce chodzi. Pomogłem jej, a ona poleciała do mojego szefa z czymś, czego nawet nie było.
-Jak się trzymasz? - zapytał Kendall, wchodząc do pokoju socjalnego.
-Nawet mnie nie pytaj. Ona... - przerwałem, nie mogąc uspokoić emocji. Wiedziałem, że w tych miejscach szpitala nie było nawet monitoringu, więc nawet nie było mowy o takich dowodach.
-Stary, na pewno wszystko się wyjaśni. - pocieszał mnie, chociaż nie za bardzo mu to wychodziło. - Ktoś jeszcze Was widział?
-Tylko Nancy. - wzruszyłem ramionami. - Właśnie składa zeznania. Poproszą jeszcze Ciebie, Jamesa i Logana. Nawet nie wiem o co...
Wziąłem głęboki oddech. Kendall obdarzył mnie współczującym spojrzeniem, ale jakoś nie poczułem się od niego lepiej. Najlepiej by było, gdyby już sobie stąd poszedł.
-Słuchaj, nie wolno mi się stąd ruszyć. - zacząłem, ostrożnie dobierając słowa. - Mógłbyś mi przynieść lody z bufetu?
-Jasne. - pokiwał głową. - Jakie chcesz?
-Malinowe. - odpowiedziałem, zanim zdołałem się nad tym zastanowić.
Kendall zmarszczył brwi i popatrzył na mnie ze zdziwieniem. Przez chwilę zastanawiałem się o co tu chodzi. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że mam uczulenie na maliny.
-Stary, przecież Ty masz alergię. - zmarszczył brwi. - Wybierz jakieś inne.
-To nie wiem... - wzruszyłem ramionami, stając do niego plecami. - Rób coś, żebym nie dostał uczulenia. Nafaszeruj je adrenaliną, czy coś...
Kendall stanowczo pokręcił głową, nie spuszczając ze mnie spojrzenia. Wiem, że wysłałem mu dość dziwnego SMSa i miał prawo się czuć nieco... zdezorientowany, ale nie pogardziłbym teraz małą reakcją anafilaktyczną, żeby przynajmniej na chwilę dali mi spokój.
-To tak nie działa. - oznajmił. - Naprawdę, lepiej przyniosę Ci pomarańczowe. A i jeszcze jedno... James nie może być Twoim obrońcą. Musisz sobie wybrać adwokata, albo poprosić o kogoś z urzędu. Niestety, wiedzą, że jesteśmy razem w bliższej relacji.
Machnąłem na to ręką. To nie było dla mnie niespodzianką. W prawdzie Kendall nie zawsze wiedział takie rzeczy, ale mogłem się już do tego przyzwyczaić. Uniosłem brwi, spoglądając na niego z wyczekiwaniem, ale on w odpowiedzi tylko westchną ciężko i wyszedł.
Opadłem z westchnieniem na kanapę i ukryłem twarz w dłoniach. Siedzę po uszy w jakimś pieprzonym gównie. Nawet w najgorszym koszmarze nie przewidywałem, że kiedykolwiek będę przez coś takiego przechodził.
(Logan)
-To dla Ciebie. - powiedziałem, podając Kendallowi podkładkę z kartą pacjenta. - Wyniki porannych badań. Wiem, że kolejka była długa i załatwiłem to za Ciebie, żeby się nie zmarnowało.
-Dzięki. - mruknął smętnym tonem. - Przesłuchiwali Cię już?
Zmarszczyłem czoło, próbując mu zajrzeć w twarz, którą skutecznie ukrył w kołnierzu rozpiętej koszuli. Pokręciłem głową i usiadłem na jednym z taboretów w izbie przyjęć.
-Zajrzyj do Scotta. - powiedziałem, patrząc mu w oczy. - Zajmij się czymś innym. To całe ślęczenie nad sprawą Carlosa nie ma sensu i Ty dobrze o tym wiesz.
-Lepiej skoczę do pacjentki. - odpowiedział, nadal studiując wyniki badań. - Nie podobają mi się te odczyty. Sam wiesz, że ona jest tu stałym bywalcem.
-I tak wiem, że jest tu rzadziej niż Scott. - zawołałem, kiedy on nagle wstał i poszedł za jeden z parawanów.
Kendall nie zareagował. Nawet nie podniósł ręki, co było jego zwykłą reakcją, kiedy go wołałem. Pociągnąłem nosem i pochyliłem się nad dokumentacją. Miałem jeszcze trochę papierkowej roboty i wyglądało na to, że Adams nie miała zamiaru mi odpuścić, nawet, jeśli zostałbym dwunastkę po godzinach. W końcu ile można uzupełniać głupie papiery...
Kiedy podniosłem głowę, zobaczyłem, że Carlos idzie ramię w ramię z policjantem. Wstałem, żeby się lepiej temu przyjrzeć, ale nic to nie dało, bo kiedy tamten wyszedł, ten tylko uśmiechną się do mnie szeroko.
-Z czego się tak cieszysz? - zapytałem, patrząc na niego przenikliwie. - Dopiero co pacjentka oskarżyła Cię o próbę gwałtu. Coś się zmieniło?
-Tak. - uradowany kiwnął głową. - Okazało się, że dzieciak, który siedział naprzeciwko, bawił się komórką. Nie do końca wiedział jak z niej korzystać i dopiero pół godziny temu zorientował się, że nagrał całą akcję. Poszedł z tym do przełożonej pielęgniarek, ona pokazała filmik policji i pacjentce i wszystko się wyjaśniło. Ale czegoś się dzięki temu nauczyłem.
-Ciekawe czego... - prychnąłem.
-Unikać niezręcznych sytuacji. - wzruszył ramionami. – Chociaż ta bardziej pasuje do dwuznaczności. Na prawdę, nie chcę tego po raz drugi przeżywać.
Uśmiechnąłem się do niego i sięgnąłem po kilka podręcznych kart. Przydadzą się jakieś czyste. Na pewno nie zaszkodzą.
-Czego szukasz? - zapytała Alexa, zachodząc mnie od tyłu tak znienacka, że nieźle się wzdrygnąłem. - Przecież papiery Twoich pacjentów są tutaj.
Wyprostowałem się, ze świstem wypuszczając powietrze. Carlos zaśmiał się głośno i przybił z Alexą piątkę centralnie nad moją głową. Jak dzieci, normalnie... jak dzieci.
-Dobra, Wy się tu bawcie, a ja idę sprawdzić jak Kendall sobie radzi. - westchnąłem, zabierając z blatu kilka podkładek ze sterty, która wskazała mi Alexa.
-Ej, takie żarty! - krzyknął Carlos za moimi plecami. - Masz zamiar się teraz dąsać? Nie baw się w Ainę, słyszałeś? Mnie już to nie rusza!
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc panikę w jego głosie. Przeszedłem do gabinetu zabiegowego, gdzie Hannah tłumaczyła Olivii jak zaszywa się głębsze skaleczenia.
-Jak sobie radzi młodsza praktykantka? - zapytałem, zaglądając Hannie przez drugie ramię.
-O dziwo wspaniale. - odparła, zawiązując szew. - Jest bystrzejsza niż trójka twoich stażystów razem wzięta. Ma szanse na dobre miejsce na studiach.
-Dziękuję, bardzo wiele się tu nauczyłam. - uśmiechnęła się szeroko. - Wszyscy są tu bardzo wyrozumiali.
-A jak godzisz szkołę z pracą? - zapytałem, zaglądając do karty delikwenta, który tu leżał. - Ostatnia klasa, wtedy najwięcej zadają.
-Daję radę. - pokiwała głową. - Wie pan doktor, że na ćwiczeniach miałam najlepszy szew? Tylko wciąż mam problemy z zakańczaniem.
-Kiedyś na pewno Ci się uda. - pocieszyłem ją, klepiąc ją po ramieniu.
(Lira)
-Idziesz do Scotta? - zapytałam, mijając Kendalla na korytarzu.
-Tak, byłaś u niego? - zapytał, całując mnie w policzek.
-Nie. - pokręciłam głową. - Mój podopieczny wdał się w bójkę. Jeden zrzuca winę na drugiego. Ma jakiś poważny uraz głowy. Wiesz, musiałam z nim jeszcze raz porozmawiać, zanim napiszę pełen raport. A jak idą sprawy na dole?
-Adams chyba odpuściła. - westchnął ciężko. - Wiesz, jest mniej pacjentów, ale mamy uzupełniać jej wszystkie dokumenty. Odkąd zablokowali drugą ulicę przywożą nam mniej wypadków.
-Pewnie dlatego, że nie ma przejazdu. - powiedziałam cicho. - Później pogadamy trochę dłużej. Będziesz jeszcze na dole?
-Tak, chyba tak. - pokiwał głową. - Przyniosę kolację.
-Chyba raczej śniadanie. - powiedziałem, gładząc go po twarzy. - Masz dzisiaj nocną zmianę. To ja przyniosę Ci kolację.
Kendall uśmiechnął się do mnie szeroko i pocałował mnie jeszcze raz, ale tym razem namiętniej, w usta. Zmrużyłam oczy, jakby to był nasz ostatni pocałunek.
-Postaram się wrócić trochę wcześniej niż zwykle. - oznajmił, przytrzymując mnie za rękę.
Kiedy się minęliśmy, wróciłam do biura. Pierwsze co zobaczyłam, to Carlos podpisujący jakieś papiery przy stoliku do kawy. Kiedy weszłam do środka, Matt wyszedł mi na spotkanie i na dzień dobry rzucił mi jakieś dokumenty.
-Co to w ogóle jest? - zapytałam, śledząc tekst spojrzeniem. - Życiorysy całej komisji dyscyplinarnej? Skąd to wytrzasnąłeś?
-Dostałem to od sędziego. - wyjaśnił, zabierając kilka arkuszy od Carlosa i wpinając je do teczek bez czytania. - Ten nowy nam sprzyja.
-Sprzyja? - uniosłam brwi, patrząc co takiego Carlos podpisuje. - Zawsze kiedy tak mówisz jest jakiś haczyk.
-Oni dostali nasze życiorysy. - odpowiedział, kiwając głową.
-Mój też! - zawołał Carlos, przypominając nam o swojej obecności. - ta kupka jest dla Ciebie.
Wskazał stosik dokumentów, na który regularnie coś odkładał. Uniosłam brwi, podnosząc kilka pierwszych dokumentów. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że były to jego opinie z całego miesiąca.
-Carlos, ale przecież to już jest w dokumentacji. - zauważyłam.
-Wiem. - pokiwał głową. - Ale trzeba zamienić, bo pomyliłem daty.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No cześć, powiem Wam szczerze, że na początku tej notki miało dzisiaj nie być. A teraz jeszcze zastanawiam się nad wyrzuceniem innej, co liczyłoby się albo z krótszą historią, albo napisanie innej notki na jej miejsce, co by było trudne, bo trudno napisać coś w środek historii. No, ale pewnie odżałuję i wszystko pozostanie bez zmian. Tak, czy owak, mój komputer po wielu przejściach na razie chodzi w porządku (czasami ciut zamula), ale za to Internet grymasi. Dlatego przez dwa dni nie odezwałam się do Domi, ani nie skomentowałam jej notki (która wreszcie raczyła się pojawić) aż do teraz. Poza tym dzisiaj jest nowy odcinek Shadowhunters (a warto zwrócić uwagę, że wczorajsze iZombie obejrzałam tylko do połowy, bo dalej nie chciało mi się wczytać) i mam nadzieję, że jak już to ogarnę, od razu wezmę się za sprawdzanie nowej notki, bo w święto flagi zwykle mało robię, ale wymyśliłam sobie ciasto drożdżowe, a z tym jej roboty na pół dnia. Wiem, że jeszcze sporo czekania, ale wiecie o co chodzi. Przynajmniej poczytam sobie ten magazyn, który ostatnio kupiłam. A na razie zdołałam przeczytać zaledwie pół artykułu przy wczorajszym śniadaniu. Może znowu posłucham spoilerowej recenzji Oskara „Komiksomaniaka” o „Avengers: Infinity War”, ale w ogóle odpalę ten nowy, o ile będzie chciał działać.
No, ale nie ważne… tak, czy owak, najpierw muszę zrobić kolumnę rzeczy, zanim się za to zabiorę.
No, a teraz, czas na komentarz… To tez robię na ostatnią chwilę, sorki.
Ufff a jednak Adams potrafi być miłe. Niemałe zaskoczenie.
Ona ma te swoje zalążki, kiedy jest miła i niemal można powiedzieć, że ciepła. Adams to postać postać pozytywna, jednak stanowi pewną skrajność.
No i to w sumie tyle. Mam nadzieję, ze notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!