środa, 22 listopada 2017

72. Poprawa

(James)
Drugi dzień rehabilitacji nie był tak trudny jak poprzedni. Na pewno byłem bardziej zmotywowany i pomimo trudności zgodziłem się na sposób leczenia, który wymyślił doktor Brenner. Uprzedzał, że terapia będzie bolesna, ale czasami nie wytrzymywałem. Wszyscy, z wyjątkiem Liry (która nie miała o tym zielonego pojęcia), powtarzali mi, że z czasem będzie bolało coraz mniej i w końcu już go nie będzie. Oczywiście to musi trochę potrwać.
-Obiad gotowy. - oznajmił Kendall, kiedy wracaliśmy z jednostki zdrowotnej. - Kevin pisze, że mamy jeszcze dwadzieścia minut do zamknięcia restauracji.
A'propo Kevina... Przestałem się na niego gniewać, kiedy Kendall opowiedział mi, dlaczego zdecydowali się ukrywać tak mało istotny fakt.
-Ja marzę tylko o gofrach. - wyznałem, kiedy pomogli mi wejść po schodach. - Ale takich z czekoladą. I to białą.
-Mowy nie ma. - Mary pokręciła szybko głową. - Wciąż jesteś na diecie, zapomniałeś? Trochę za dużo tłuszczu i leki mogą...
-Chociaż z technicznego punktu widzenia, trochę słodyczy nie powinno zaszkodzić. - przerwał jej Logan, kiedy wchodziliśmy do sali restauracyjnej.
-Henderson... - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Nie powinieneś go podpuszczać.
-A niby dlaczego nie? - wzruszył ramionami, jakby nie powiedział niczego złego, ani tym bardziej karygodnego. - Sam widziałem dziewczynę, która po każdym treningu objadała się słodyczami. Bardzo dobrze to na nią wpływało.
-Ta dziewczyna... - powiedziała, jakby pominął coś bardzo ważnego. - Miała ostrą niedowagę i musiała przytyć. I Ty dobrze o tym wiesz.
Logan machnął ręką i wzruszył ramionami. Jak widać, nie za bardzo się tym przejął. Parsknąłem śmiechem i pokręciłem głową.
-Chyba wolę nie ryzykować. - podsumowałem.
Jutro sala restauracyjna będzie nieczynna, a to oznaczało, że już dzisiaj musieliśmy powiedzieć, co będziemy chcieli jeść właśnie jutro.
Odsunąłem krzesło, żeby Mary mogła usiąść przy stole. Ale kiedy Kendall się odwrócił, Lira poradziła sobie sama. Kendall wyglądał na nieco zakłopotanego.
-Nie przejmuj się. - powiedziała do niego cicho. - Zawsze się sama obsługuję.
Uśmiechnąłem się pod nosem, widząc, jak Logan podsuwa mi kartę deserów.
-Nie przeginaj. - powiedziałem kącikiem ust, na co on głośno się roześmiał, zwracając tym uwagę wszystkich klientów restauracji.
(Lira)
Wieczorem położyłam się obok Kendalla, patrząc jak Logan zmienia koszulkę na bardziej bawełnianą. Kendall też mu się przyglądał, ale nieco bardziej krytycznie.
-Daj spokój. - powiedziałam mu cicho. - Przecież wiesz, że wolałby mieć oddzielny pokój, a noc na zmianę u nas i u Adams i Jamesa wydaje się najbardziej fair.
-Czasami nienawidzę własnego brata. - mruknął, ale tak głośno, że tylko ja mogłam go usłyszeć. - Nie wierzę, że nie było wolnych pokoi. Na pewno mają jakąś rezerwę, albo coś...
-To już nie ważne. - powiedziałam, zamykając mu usta pocałunkiem. - Kiedy wrócimy do domu, będziemy mieli co trzeci wieczór tylko dla siebie.
-Ej, moglibyście przestać? - zawołał Logan. - Sam bym sobie podupcył, więc lepiej się nade mną nie znęcajcie.
Pokręciłam głową i odsunęłam się trochę od Kendalla. Dałam za wygraną, ale tak naprawdę czekałam, aż Logan włoży opaskę na oczy i wetknie stopery do uszu.
Uniosłam brwi, spoglądając wyczekująco na Kendalla, który tylko szeroko się uśmiechnął i zaczął podśpiewywać.
Just-lalalalala
It goes around the world
Just- lalalalala
It's all around the world
Just lalalalala *
Po kilku wersach do niego dołączyłam i teraz śpiewałam razem z nim, niemal wykrzykując słowa piosenki, która tak często leciała w szpitalnym radiu.
And everybodys singing
Lalalalala
And now the bells are ringing
Lalalalalalal...*
-Hej, ludzie tu chcą spać! - krzyknął Logan, co wywołało u nas głośny śmiech.
(James)
Mary leżała wtulona w moje ramię. Wdychałem słodki zapach jej cytrusowego szamponu, rozkoszując się tą chwilą, jakby już nigdy miała się nie powtórzyć.
-Chcesz coś do picia? - zapytała po dłuższej chwili. - Zaraz będę musiała wstać do łazienki.
-Nie. - pokręciłem głową. - Próbuję zasność.
-Przeszkadzam Ci? - zapytała z wyraźnymi wyrzutami sumienia.
-Nie. - pokręciłem głową. - Jest dobrze. Po prostu muszę się wyspać przed jutrzejszymi zajęciami. Doktor Brenner obiecał, że da mi w kość.
Mary zadrżała ze śmiechu, powodując tym przyjemne wibracje na mojej klatce piersiowej. Lubiłem, jak się śmiała wieczorami, leżąc na mojej piersi.
-Wiesz, że to dla twojego dobra? - zapytała w końcu, a ja pocałowałem ją w czubek głowy.
-Wiem. - przytaknąłem. - Robię co mi karze. To dopiero drugi dzień, ale już czuję się lepiej.
-Są efekty. - wymamrotała. - Nie bez powodu uznają go za najlepszego. Sam się tu leczył. Zna Ośrodek od podszewki.
-Najpierw było centrum rehabilitacyjne, czy spa? - zapytałem, po raz pierwszy się nad tym zastanawiając.
-Centrum. - odpowiedziała bez wahania. - Potem zbudowano motel, a potem dodano do tego spa. Właściciel coraz bardziej inwestował w to miejsce. Nie ma za wielu klientów, ale ma klasę.
-Racja. - przyznałem cicho. - Chcesz sprawdzić, czy naprawili nam już kablówkę?
-Dobra, dawaj. - westchnęła, sięgając po pilota od telewizora leżącego na stoliku nocnym.
(Kendall)
Rano podczas śniadania do naszego pokoju przyszedł James w towarzystwie Adams. Oboje trzymali podręczne tace z tostami i owocami.
-Samemu trochę nudno. - powiedział James, siadając obok Liry na kanapie, kiedy Logan skakał po kanałach próbując znaleźć jeden z tych seriali dla geeków.
-Czujcie się jak u siebie! - zawołał, kiedy w końcu natrafił na jakiegoś kolesia w czerwonym ubraniu biegającego z nadnaturalną prędkością.
-A Ty, niby się nie czułeś tak u nas? - prychnęła Adams, nawet w wakacje nie darując sobie tego swojego rozkazującego tonu.
-Gdzieś musiałem. - wywrócił oczami. - Nie ma innego wyjścia. Muszę się jakoś przyzwyczajać. Wiecie jak to jest. W prawdzie to tylko dwa tygodnie.
Rzuciłem Lirze krótkie spojrzenie, ale ona nawet nie przestawała jeść swoich jajek. Logan z kolei nie poruszył się znad swojej miski płatków.
Nie rozmawialiśmy za wiele, ale zaraz po śniadaniu odprowadziliśmy Jamesa na zajęcia. Po drodze zauważyłem, jak Kevin rozmawia z kimś gorączkowo. Facet w białej koszuli i spodniach od garnituru. Coś tu było nie tak.
Kiedy skończyli, zostawiłem przyjaciół za drzwiami i podszedłem do Kevina, który nie wyglądał na zadowolonego. Spojrzałem mu w oczy, tym samym chcąc wymusić na nim szczerą odpowiedź.
-Coś nie tak? - zapytałem z niepokojem.
-To mało powiedziane. - odpowiedział, przełykając ślinę. - Chcieli gadać z Kennethem, ale on jest teraz w Egipcie na wykopaliskach i...
-Kevin, do rzeczy. - Przerwałem mu ze zniecierpliwieniem.
-Marie, jego dawna dziewczyna... - zaczął i tym samym zupełnie zbił mnie z tropu. - Nie żyje. Powiesiła się wczoraj wieczorem.
-Nie rozumiem. - pokręciłem głową, nie ogarniając o co w tym chodzi.
-Bo ona zostawiła list pożegnalny. - wyjaśnił w końcu. - W którym oskarżała Kennetha o fizyczne znęcanie się. Słuchaj, on może za to iść siedzieć.
Wstrzymałem oddech, kiedy dochodziła do mnie cała ta informacja.
-Kendall, my musimy mu o tym powiedzieć przed nimi. - syknął w moją stronę.
-I to jak najszybciej. - przytaknąłem.
I czas poprosić Jamesa o przysługę.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
* Źródło: http://www.tekstowo.pl/piosenka,atc,around_the_world.html
I tak, robili Loganowi na złość, ale musicie przyznać, że sam się o to prosił. A tak na serio, to miałam dzisiaj ciężki dzień i właściwie zapomniałam o publikowaniu, dlatego... Nie wiem, co mam tu napisać.

Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Liczę na Wasze komentarze, trzymajcie się! Cześć!  

środa, 15 listopada 2017

71. Udawanie

(Lira)
Kiedy dojechaliśmy na miejsce byłam mile zaskoczona. O dziwo motel przypominał budynek z broszurki. Wysiadłam z taksówki i poczekałam, aż chłopaki też wysiądą.
-Wszystko gra? - usłyszałam, jak Logan pyta Jamesa.
-Tak, wszystko gra. - odpowiedział James, kiedy Logan pomógł mu wysiąść.
Poza tym w przeciwieństwie do Adams i Logana dałam radę spakować się w jedną walizkę, co jak na dziewczynę było dosyć nietypowe.
-Wróci z trzema, zobaczysz. - mruknął Carlos, kiedy odprowadzał nas do taksówki.
Miał dosyć specyficzne podejście do dziewczęcych zwyczajów. Chociaż nie tyle specyficzne, co szufladkowe. Pewnie. Faceci zupełnie nie rozumieją kobiet.
-A co teraz? - zapytał w końcu James, kiedy Adams wprowadziła go do środka. - Po prostu tam wejdziemy i co?
-Najpierw zapiszemy Cię na zajęcia. - wyjaśnił Logan, kiedy weszliśmy do środka. - Potem się rozpakujemy, a wieczorem pójdziemy spać.
-Zajęcia zaczynasz każdego ranka. - wyjaśniła Adams, wchodząc z nim z przodu. - Dokładnie o dziesiątej. Brat Schmidta wszystko załatwił.
Poczułam, jak Kendall obok mnie sztywnieje, a kiedy na niego spojrzałam, zauważyłam, że jest bardzo blady. Coś mi się wydawało, że bardzo nie chciał się teraz odwracać.
-Ale o czym Ty mówisz? - zapytał zdezorientowany James. - Przecież Kendall nie ma brata.
Logan zachichotał za naszymi plecami. Dla mnie to zabrzmiało, jakby chciał głośno powiedzieć: "Mówiłem, że to się wyda".
-Ależ oczywiście, że ma! - zawołał z niekrytą dumą. - Nawet dwóch!
Kiedy Adams rejestrowała nas jak gdyby nigdy nic, James spojrzał wyczekująco na Kendalla, ale ten nawet nie śmiał się poruszyć. Wiedziałam, że boi się tej rozmowy i nawet nie przewidywał, że dojdzie do niej właśnie teraz.
-Dwóch braci? - powiedział zaskakująco cicho. - Czemu zrobiłeś z tego tajemnicę?
-A czy to ważne? - wzruszył ramionami. - Nie mogłem tego ogłosić w szpitalu.
-Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi. - powiedział z lekką urazą.
-Jesteśmy. - odpowiedział szybko.
Przez chwilę patrzyli na siebie z rosnącym napięciem. Chyba tylko Logan dobrze się teraz bawił. Westchnęłam ciężko i pokręciłam głową.
-A czy to ważne?
-Ważne, bo wolałbym się tego dowiedzieć od Ciebie niż od Mary. - oznajmił twardo i nie ukrywam, że miał trochę racji.
Kiedy ja się dowiedziałam, byłam bardziej niż lekko zaskoczona. No, może bardziej niż lekko, ale szczerze mówiąc nie wpadłam na to, żeby wciąż się na niego gniewać.
-Witam, jestem menadżerem tego ośrodka wypoczynkowego. - usłyszeliśmy za plecami głos samego Kevina. - Mam nadzieję, że...
-Kevin, nie musisz już udawać. - przerwał mu Logan, na co Kendall spojrzał na niego z zażenowaniem. - Już się dowiedzieli.
Dowiedział, Kendall... Dowiedział. Tylko James nie wiedział, co oznacza, że dotarcie tej informacji do Carlosa jest jedynie kwestią czasu.
-Dobra. - kiwnął głową, opuszczając swój oficjalny ton. - Cześć Lira. Jestem Kevin, brat Kendalla. Szefowa każe mi powtarzać każdej grupie powyżej trzech osób, żeby się dobrze bawili. Dlatego, bawcie się dobrze. W cenie pokoju są trzy posiłki w restauracji, ale do każdego jedzenia płatnego, czy nie dolewki napoi są za darmo jak w fast foodzie. Ponieważ trwa miesiąc bez alkoholu, barki zostały opróżnione, ale możemy je uzupełnić na życzenie gości.
Przekręcił kartkę, kiedy ja uniosłam rękę, żeby się z nim przywitać. Sam usiłował sprawiać wrażenie, że jest profesjonalistą, ale jego ton głosu wcale tego nie oddawał. Trajkotał jak szalony, przez co mieliśmy problemy z rozróżnieniem słów.
-Jeśli jednak będziecie mieli takie życzenie, nasz kierowca zabierze Was do dowolnego miejsca w mieście. I ostatnie, co mam Wam do zakomunikowania... Po jutrze sala restauracyjna będzie nieczynna, posiłki będą dostarczane do pokoi. Zamówienia odnośnie menu proszę złożyć jutro wieczorem.
-Cudownie. - Kendall wywrócił oczami i ciężko westchnął. - Po prostu przynieś nam pełną kartę i na pewno sami sobie coś wybierzemy.
-Dobra, to cześć. - powiedział jak gdyby nigdy nic i złożył swoją podkładkę. - Pogadamy później. Teraz mam do obskoczenia kolejnych gości.
Uniosłam brwi i spojrzałam na Kendalla. Nie spodziewałam się, że Kevin będzie aż tak inny niż podczas naszego ostatniego spotkania.
-Jak... - wystękałam, ale on w odpowiedzi tylko machnął ręką.
-Kenetth zrobił mu jeden ze swoich wykładów pod tytułem „wziąłbyś się w końcu za konkretną robotę” i tym razem Kevin go posłuchał. Poszedł na przyśpieszony kurs zarządzania Skończył z najwyższymi notami i dostał tu pracę. - wyjaśnił, żywo gestykulując. - Jak widać, jest zarobiony.
Parsknęłam śmiechem, kiedy Adams wróciła z kluczami, przez co byłam narażona na jej zaskoczone spojrzenie.
(Kendall)
Obserwowałem, jak Lira plecie sobie warkocza, wpatrując się na widok za oknem. Wyglądała przepięknie w tej jasnej, przewiewnej sukience. Słońce ogrzewało jej twarz i wciąż niezaplecione włosy, przez co te wydawały się marchewkowo-pomarańczowe.
-Dlaczego mi się tak przyglądasz? - zapytała, wciąż stojąc do mnie tyłem.
-Bo mi się podobasz. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - Lubię, kiedy Twoje włosy wyglądają w słońcu na pomarańczowe.
-A ja nie. - odpowiedziała, obracając się przy związywaniu końcówki warkocza czarną gumką. - Kiedyś miałam ksywkę „Marchewa”. I wierz mi, nie chcę do tego wracać.
-Oj Ty moja Karotko... - przysunąłem się do niej bliżej, próbując skraść jej causa, ale ona tylko sprytnie się ode mnie odsunęła.
-Nawet. Nie. Zaczynaj. - powiedziała powoli, po czym cofnąłem się zawiedziony, opierając się z powrotem na poduszkach.
-I tak podobają mi się Twoje włosy. - oznajmiłem po dłuższej chwili. - Są wyjątkowe. Dzięki nim zawsze dostrzegę Cię w tłumie.
Przez chwilę mógłbym przysiąc, że przez jej twarz przemknął cień uśmiechu. Sam uśmiechnąłem się szeroko i przybliżyłem się do niej i tym razem udało mi się ją pocałować.
-Wiesz, jak bardzo Cię kocham. - oznajmiłem, opierając dłoń na jej rozświetlonym ramieniu.
Poprawiłem jej ramiączko, które trochę spadło z jej trochę piegowatego ramienia i spojrzałem jej w oczy. Nigdy wcześniej nie były aż tak zielone.
-Nigdy nie przypuszczałem, że dojdzie do tej chwili. - wyznałem, kiedy ona tylko zamrugała.
Nic nie mówiła. Nie musiała. Dobrze wiedziałem, co chce mi powiedzieć. Co ma na myśli, co... chce mi teraz przekazać.
-James wciąż jest na rehabilitacji? - zapytała po dłuższej chwili, przerywając nasz pocałunek. - Nie chcę, żeby Logan tu wpadł właśnie w tej chwili.
-Nie martw się. - powiedziałem równie cicho. - Nie wejdzie. Adams obiecała, że przetrzyma go jak długo to możliwe.
Lira uśmiechnęła się pod nosem i oparła głowę o moje ramię. Wyglądała teraz tak pięknie. Pachniała kokosowym olejkiem do opalania. Nie jestem w stanie powiedzieć ile razy przechadzała się po różnych drogeriach w poszukiwaniu balsamów, które nie będą odstraszały ostrymi zapachami, które nie wietrzeją nawet po długim pobycie na dworze. Tym razem udało jej się osiągnąć cel i nie waliła na kilometr egzotycznymi owocami. W sumie nie wiem, czy kokos na pewno jest owocem, bo prędzej mu do orzecha, a orzechy to ziarna, ale wiadomo o co chodzi.
-Zejdziemy na plażę? - zapytałem, widząc, jak rozkłada się na fotelu obok naszego łóżka w pokoju. - Jest taka ładna pogoda. Moglibyśmy się trochę poopalać.
-Mieliśmy zaczekać na resztę. - zauważyła. - I dopiero zejść na plażę. Logan chciał, żebyś mu wypożyczył deskę surfingową.
-Wypożyczę. - zapewniłem ją, kiedy zaczęła uroczo bawić się włosami. - Ale teraz chciałbym spędzić trochę czasu z Tobą.
-Przecież spędzamy razem czas. - zauważyła. - Tutaj.
(James)
Dlaczego to tak bardzo boli? - pytałem samego siebie podczas kolejnych, tym razem jeszcze ostrzejszych ćwiczeń.
Po postrzale miałem trochę niewładną rękę i właśnie teraz mieliśmy ją wyćwiczyć. Słyszałem już miliony razy, że jeśli się postaram, to będzie tak sprawna jak dawniej.
-Jeszcze trochę, Mecenasie... - powiedział doktor Brenner, podtrzymując moją rękę, żeby nie spadła z uprzęży. - Jeszcze tylko kilka powtórzeń.
-Nie mogę... - wystękałem, wydając z siebie westchnienie ulgi, kiedy puścił swój uścisk.
-Może pan. - zapewnił mnie, patrząc mi w oczy z największą powagą. - Nie może się pan załamywać. Możliwe, że niedługo zapomni pan o całym zdarzeniu, ale najpierw musi pan wrócić do formy. A ja obiecałem, że tego dopilnuję.
Spojrzałem na niego z lekkim powątpiewaniem. Wiedziałem, że on został poinformowany o tym, że przyjechałem tu z przyjaciółmi.
-Skąd ma pan taką pewność? - zapytałem, przyglądając mu się z uwagą.
W odpowiedzi tylko uśmiechnął się krzywo i pokręcił głową, jakby właśnie miał powtarzać coś po raz setny.
-Bo jestem tego najlepszym przykładem. - oznajmił, wracając do swojego uważnego tonu. - Kilka lat temu wracałem pijany z imprezy. Przechodziłem przez ulicę, nie rozejrzałem się i wpadłem pod koła ciężarówki. Koledzy z z trudem mnie uratowali.
-Ale teraz... - zacząłem. - Jest tak jak dawniej, prawda?
-Nie. - pokręcił głową. - Zawsze będzie ze mną coś, co będzie mi przypominało o tym, co się stało. Ja już się z tym pogodziłem, ale pan nie jest takim ciężkim przypadkiem.
Podwinął jedną z nogawek, pokazując, że nie ma tam uda, jak u każdego człowieka, tylko metalowa podstawa protezy.
-Musieli amputować obie. - powiedział cicho. - Nawet się pan nie zorientował. A teraz czas, żeby to inni nie zauważali, że uległ pan jakiemukolwiek wypadkowi. To co? Robimy to po mojemu?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kolejne, krystaliczne wyraźne nawiązanie do „Ostrego Dyżuru”. Och, jak ja to uwielbiam... Mowa tu oczywiści o ostatniej historii i Ray'u, który z podobny sposób stracił obie nogi. Nawet nazwisko jest podobne.
Kendall nigdy nie przypuszczał, że dojdzie do takiej chwili, a ja nigdy nie przypuszczałam, że uda mi się coś takiego napisać. Nie mam pojęcia, co robiłam, zanim się za to zabrałam. Pewnie biegałam z kwitami na pocztę.
A teraz pora się wytłumaczyć. Podjęłam się wyzwania wymyślonego przez kolegę z klasy. Przez tydzień byłam odcięta od komputera i internetu. Proste wyzwanie. Było nawet fajnie, a ja nie miałam Was jak uprzedzić, No, ale już jestem.
Mam nadzieję, że się nie gniewacie i mam nadzieję, że podobała Wam się notka. Trzymajcie się! Cześć!



środa, 1 listopada 2017

70. Początek wakacji

(Kendall)
Dzisiaj wypisywaliśmy Jamesa ze szpitala. Ale nie tylko tyle, bo oficjalnie zaczynał się nasz urlop. Lira pozamykała wszystkie sprawy i teraz miała za zadanie nas spakować.
-Co się... aaa! - pisnąłem, kiedy zobaczyłem dziewczynę w mocnym makijażu i tiulowej sukience. Z biało-czerwonymi paskami i białą gwiazdą na niebieskim tle na piersiach. - Lizzy? Co Ty masz na sobie? Jak...
-Przyszłam z imprezy. - odpowiedziała, wywracając oczami. - Próbuję się czegoś dowiedzieć o swoim koledze. Przywiozłam go po tym, jak trochę sobie zaćpał.
-Zaćpał? - uniosłem brwi ze zdziwieniem.
-Mówiłam mu, żeby nie brał, ale ogarniałam konsoletę. - wyjaśniła. - Przywiozłam go, kiedy zauważyłam, że coś jest nie tak.
-Dobra, chodź ze mną. - kiwnąłem na nią głową. - Pomogę Ci go znaleźć.
Lizzy Carmichael. Dziewczyna z rapierem w udzie. To wszystko wyglądało okropnie, ale teraz zdawała się dumnie odnosić bliznę na nodze.
-Jak on się nazywa? - zapytałem, otwierając wyszukiwarkę.
-Jared Michael. - odpowiedziała, opierając łokcie na blacie recepcji. - Ma takie limonkowe buty.
-Limonkowe? - zmarszczyłem brwi, spoglądając na nią z zaskoczeniem.
-Jasno zielone, prawie halogenowe. - odpowiedziała. - Takie charakterystyczne adidasy.
Pokiwałem głową i spojrzałem na listę z obecnymi pacjentami.
-Jest! - powiedziałem, klikając w jego nazwisko. - Trafił na toksykologię. Nie wiem, jaki jest jego stan. Musisz iść sama sprawdzić.
-Jasne. - kiwnęła głową. - Czwarte piętro?
-Tak. - przytaknąłem. - Czwarte.
-Dziękuję. - oznajmiła, przechodząc do klatki schodowej.
Obejrzałem się za nią i uśmiechnąłem się pod nosem. Chodziła całkiem normalnie. Nie utykała, nawet przypominała zwykła nastolatkę. Kołysała biodrami, lekko rozkładała dłonie.
-Kto to? - zapytała Alexa, stawiając wolne podkładki na stojaku.
-Lizzy, od wypadku na szermierce. Jakieś kilka miesięcy temu. - odparłem, zabierając się za wpisywanie ostatnich formularzy do akt.
-Już pamiętam. - uśmiechnąłem się szeroko, kiedy zrobiła tę swoją oświecającą minę. - Wygląda na to, że w pełni doszła do siebie.
-Ja skończyłem. - oznajmiłem, składając papiery i wtykając je do szuflady. - Moje wakacje oficjalnie się zaczęły.
-Super.- odpowiedziała, pokazując mi jakąś kartę wstępu. - Bo ja swój już wykorzystałam. I dlatego z wami nie jadę.
-Byłaś na Karaibach. - zauważyłem. - I z pewnością nie masz czego żałować.
-Tego nigdy nie możesz być pewny. - wymamrotała. - Teraz wydaje mi się, że zmarnowałam aż tyle czasu. Idź po Jamesa. Wiem, że jeszcze dzisiaj wyjeżdżacie.
Posłałem jej delikatny uśmiech i obróciłem się w stronę szatni. Musiałem się jeszcze przebrać i dopiero pójść po Jamesa.
Wszedłem do szatni i zamknąłem za sobą drzwi. Oparłem się o ścianę, siadając pod ścianą i wpatrując się w blaszaną szafkę. Tak niewiele brakowało. Musiałem się z tym oswoić, zanim na prawdę w to wsiąknę.
W końcu wstałem i zabrałem się za zdejmowanie fartucha i koszuli, którą nosiłem cały dzień. I całą noc. Podszedłem do kosza na brudne ciuchy i włożyłem nieświeże ubrania. Bez wahania podszedłem do tej samej otwartej szafki i wyciągnąłem czyste ciuchy. Miałem się przygotowywać do odebrania Jamesa, ale pewnie już sam się wybrał.
-Wiesz co wymyśliła Adams? - usłyszałem za plecami głos Logana i trzaśnięcie drzwiami. - Że pojedzie z nami.
-I to Cię dziwi? - wzruszyłem obojętnie ramionami. - W sumie nie mam nic przeciwko temu.
-Ale ja mam. - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Nie po to jadę na wakacje, żeby spędzać czas z szefową. To się konkretnie mija z celem.
-Ale tutaj chodzi Jamesa. - odparłem, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego. - Jeśli on ją chce, to co Cię niepokoi? Jeśli to dla Ciebie takie wielkie poświęcenia, bo uwierz mi, że warto.
-Warto, nie warto... - wzruszył ramionami. - Wiesz co? Nigdy o tym nie myślałem, ale sądzisz, że James kiedyś da radę ją przekonać?
-Tak myślę. - odparłem obojętnie. - Że potrzebują jeszcze trochę czasu. Wiesz, jak to jest. Najpierw muszą się poznać, a dopiero potem...
-Stary, oni od kilku ładnych lat chodzą ze sobą do łóżka. - jęknął, przysiadając na ławce w szatni. - Już chyba lepiej nie mogą się poznać.
-A może to po prostu jeszcze nie to? - zacząłem, unosząc brwi. - Wiesz, może ona po prostu musi dojrzeć do tego uczucia?
-Albo po prostu woli traktować Jamesa jak męską dziwkę. - powiedział, jakby to było równie prawdopodobne.
Pokręciłem głową i podszedłem do okna, gdzie trzymałem swoja torbę. Logan miał trochę przekrzywione poczucie rzeczywistości. Widział wszystko inaczej niż inni. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo mówił czasami tak dziwne rzeczy...
-Mam zamiar iść po Jamesa. - oznajmiłem, podchodząc do niego bliżej. - Idziesz ze mną?
-Nie. - pokręcił głową. - Muszę poczekać na Cody'ego. Ma mnie zmienić.
-Jasne. - mruknąłem, zakładając torbę przez ramię. - Tylko pamiętaj, że jedziemy jutro z samego rana. Lepiej, żebyś się nie spóźnił.
-Nie spóźnię. - zapewnił mnie, zanim wyszedłem z szatni. - To na razie.
-Cześć. - odpowiedziałem, zamykając za sobą drzwi.
(Lira)
Rano miałam przygotować nasze rzeczy do wyjazdu, ale jak widać, nie bardzo mi to wychodziło. Cały czas miałam wrażenie, że coś mi się nie udaje i zabieram niepotrzebne rzeczy, a o tych potrzebnych zapominam...
Miałam mętlik w głowie. Starałam się sobie to wszystko uporządkować, ale jak to w takich przypadkach bywało, okazywało się to niemożliwe.
-Gotowa? - zapytał Kendall, wchodząc do środka.
-Nie. - jęknęłam, siadając na łóżku. - Wiem, że wszystko jest załatwione, ale..
-Hornet stoi na strzeżonym parkingu. - przypomniał, siadając naprzeciwko mnie. - Nic mu się nie stanie. Po powrocie po prostu go odbierzesz.
-Nie martwię się o swój samochód. - wywróciłam oczami. - Tylko o to, co się może tam wydarzyć. Sprawdziłeś w ogóle kto zajmuje się tym ośrodkiem?
-Nie. - pokręcił głową.
-A ja tak. - kiwnęłam głową. - Kevin Schmidt, podobny do Ciebie, wiesz?
Wyciągnęłam spod poduszki wydruk ze strony tego hotelu. Kendall zabrał ode mnie papier i przyjrzał mu się z zaskoczeniem. Jego mina mówiła sama za siebie.
-Nie będzie tak źle. - wzruszył ramionami, odzywając się po dłuższej chwili. - Ellie z nami nie jedzie. Nikt z nich się nie dowie. A jak się dowiedzą, to przez Logana, bo Adams to za bardzo nie obchodzi.
-Adams wie, a James i Carlos już nie? - zmarszczyłam brwi odsuwając się od niego, żeby lepiej spojrzeć mu w twarz. - Żartujesz sobie?
-Wie tylko na wypadek, gdyby coś mi się stało. - powiedział powoli, chwytając mnie za rękę. - Każdy pracownik musiał podawać kontakt do swojej rodziny. Nawet Ty. Poza tym... Na początku nie wiedziałem, że Leon jest Twoim kuzynem.
-Wiesz... - odparłam cicho. - Biorąc pod uwagę, że nie jesteśmy do siebie ani trochę podobni, nie musieliśmy się ujawniać. Raczej wątpię, czy pozwaliby nam ze sobą pracować, gdybyście nie widzieli jak nam to wychodzi.
-Myślałem, że to Twój chłopak. - wyznał, jakby wcześniej był przekonany o swojej racji. - Bałem się do Ciebie zagadać.
-Czekaj... - przerwałam mu, zdając sobie z czegoś sprawę. - Co ma do tego Ellie?
-Kiedyś z nim chodziła. A potem rzuciła w wyjątkowo brutalny sposób. A ja wyniosłem z pracy talon na taksówkę.
Pokazał mi dwa wypełnione blankiety. Parsknęłam śmiechem i pokręciłam głową. No jasne. Darmowy przejazd. Najlepsze, co jest możliwe, kiedy pracuje się w szpitalu.
-Dobra. - westchnęłam, wstając z łóżka. - Trzeba się przygotować.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dobra, jak widać, taka długość będzie już do końca. Nie wiem, czemu, ale tylko tyle jestem w stanie z siebie wycisnąć na dzień.
Na razie będzie wesoło. Dam Wam trochę odetchnąć od tych tragedii.

No i mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!  

środa, 25 października 2017

69. Powrót do przytomnych

(Logan)
Spojrzałem na Olivię i podałem jej kawałek papieru. Wciąż martwiłem się o Jamesa. Kiedy do środka weszła Adams i powiedziała, że chce zostać z nim przez chwilę sama, uniosłem brwi z zaskoczenia. Tak, to już jest dziwne. Nigdy nie widziałem, żeby się tak martwiła.
-To dla Ciebie. - oznajmiłem, siadając naprzeciwko. - Zaczynasz jutro po szkole. Może być?
-Pewnie! - zawołała uradowana. - Byłoby wspaniale.
-O której możesz tu jutro przyjechać? - zapytałem, pochylając się trochę do przodu.
-Mogę być codziennie o wpół do czwartej. - oznajmiła przyjmując kartki i spoglądając na nagłówek. - Kończę lekcje o trzeciej. Bez problemu dojadę autobusem w dwadzieścia minut. Mamy tu super połączenia.
-Do siódmej może być? - zapytałem, chcąc ustalić jej godziny pracy.
-Oczywiście. - pokiwała głową, wciąż uradowana. - A czy... mogłabym zacząć już teraz?
Uniosłem brwi, spoglądając na nią z zaskoczeniem. Nie spodziewałem, się, że będzie chciała się za to zabrać już teraz.
-Wybacz, ale teraz nie mogę. - powiedziałem, patrząc na nią przepraszająco. - Ale lepiej wracaj teraz do domu, odrób lekcje i przygotuj się na ostrą harówę. Jutro zrobię Ci piekło.
-I na to liczę. - odpowiedziała.
-No, uciekaj... - powiedziałem, poklepując kant biurka. - Jutro czeka Cię ciężki wieczór.
Olivia uśmiechnęła się szeroko i wyszła na zewnątrz. Pokręciłem głową, podchodząc do Alexy, która już właściwie kończyła pracę.
-Już do domu? - zapytałem, zabierając od niej wypisy.
-Najpierw zajrzę do Jamesa. - oznajmiła, wsadzając do szuflady plik dokumentów. - Doszły do Ciebie wieści z OIOMu?
-Nie. - pokręciłem głową. - Co jest grane?
Alexa uśmiechnęła się szeroko i pokręciła głową. A teraz jeszcze miała tę swoją dziwną minę.
-James odzyskał przytomność. - oznajmiła, nie przestając grzebać w dokumentach. - Dzisiaj po południu. Zaraz po wyjściu Adams.
-To świetnie. - powiedziałem z szerokim uśmiechem. - Muszę do niego iść.
Oderwałem się od krzesła i już chciałem iść do windy, ale Alexa złapała mnie za rękę.
-Nie teraz... - powiedziała powoli. - Najpierw musisz skończyć pracę, a potem możemy pogadać. Adams leży na urazówce, ale pewnie i tak Ci nie daruje. Poza tym... James wciąż śpi.
Uśmiechnąłem się do niej, kręcąc głową. Po raz pierwszy od bardzo dawna czułem się naprawdę szczęśliwy. To było cudowne. Po raz pierwszy czułem, że wszystko wraca do normy.
-I co teraz? - zapytałem, wiedząc, że zna ciąg dalszy tej historii.
-Złożą zeznania i zobaczymy co będzie dalej. - wzruszyła ramionami. - Jutro rano policja ma kogoś przysłać. Nie wiem, kogo, ale to na pewno nie będzie ani Derek, ani Leon.
Minęła mnie bez słowa i poszła do szatni. Zdawałem sobie sprawę, że tak właściwie to dopiero początek i tak naprawdę musimy się przekonać jak to wygląda na prawdę. W końcu na monitoringu prawie nic nie widać.
-Dobra, najpierw skończę pracę i dopiero do niego pójdę. - zawołałem za nią, kiedy zamknęła za sobą drzwi. - Świetnie...
Mruknąłem, kręcąc głową. Cieszyłem się, że powoli wszystko wracało do normy. Oczywiście, to trochę potrwa. Cudownie, że zostało niewiele czasu. Przynajmniej szybciej zejdzie.
(Kendall)
-Cześć. - powiedziałem, podchodząc do Liry, ale ona tylko bezwiednie pocałowała mnie w policzek. - Coś się stało?
-Nie. - pokręciła głową. - Wszystko gra, a przynajmniej zaczyna się układać. Wiesz, że zaczyna, znaczy... zaczyna...
Przerwałem jej, widząc, że nie ma teraz ochoty rozmawiać. Po prostu podeszła do szafy i wsadziła na siłę dwa segregatory do szafy.
-Wiesz, że teraz to dopiero początek? - zapytałem, chcąc się z nią podzielić tym, co wymyśliłem. - Mam plan, chyba całkiem niezły.
-No to słucham? - uniosła brwi, spoglądając na mnie z wyczekiwaniem.
-Wakacje i rehabilitacja w jednym. - oznajmiłem, opierając się o szafkę. - Dla nas wakacje, dla Jamesa rehabilitacja.
-Nieźle. - uśmiechnęła się szeroko. - Znalazłeś już odpowiedni ośrodek?
-Jasne. - pokiwałem głową. - Zarezerwowałem dzisiaj rano. Całkiem niezły pomysł. Logan wybrał coś innego, ale nie sądzę, że mu się uda.
Chrząknąłem, oczyszczając gardło. Lubiłem tu przesiadywać. Gabinet był przytulny. Oczywiście zawsze wydawało mi się, że to zupełnie inna bajka, ale wszystko było w porządku.
-Hej, co to za laska gadała dzisiaj z Loganem? - zapytał Matt, wchodząc do środka.
-Nie mów „laska”. - wywróciłem oczami, spoglądając na niego przez ramię. - To niegrzeczne.
-Wiem. - przytaknął. - Ale laska ma może szesnaście lat. Góra siedemnaście.
-Kendall ma rację. - dodała Lira. - Nie mów tak.
Matt westchnął i usiał w swoim fotelu za biurkiem. To nie było tak istotne. Miałem jeszcze złe przeczucia. Oczywiście nie mogłem powiedzieć tego wprost.
-Jeśli chcesz wiedzieć, to licealistka, będzie u nas na wolontariacie. - wyjaśniłem. - Jest całkiem miła, ma wysokie stopnie. Studia, które wybrała wymagają kilkunastu godzin pracy, a ona... ma już chęci, a to połowa sukcesu.
(James)
-Przepraszam. - zacząłem, kiedy Mary usiadła naprzeciwko mojego łóżka. - Nie wiedziałem co mam zrobić.
-Daj spokój... - pokręciłem głową. - Dostałeś pięć kulek.
-Pamiętam tylko trzy. - wzruszyłem ramionami.
Mary nie odpowiedziała. Zamiast tego obróciła się na krześle i spojrzała w duże okno z widokiem na park za stacją metra. Nawet nie zastanawiałem się, jak wysoko byliśmy.
-Korzystając z okazji, że wróciłeś do świata przytomnych, może przyniosę Ci jakieś filmy, żebyś nie musiał tu sam gnić. Widzisz, wszyscy wciąż pracujemy.
-Byłoby miło, ale i tak dostałem najlepszą salę. - pokiwałem głową. - Ale dopiero jak Cie wypiszą. Na razie wystarczą mi programy śniadaniowe i audycje o lokalnym sporcie.
Uśmiechnąłem się, pochylając się nieco do przodu, ale natychmiast tego pożałowałem, bo zaczęło mnie kuć w klatce.
-Co się dzieje? - zapytała z niepokojem.
-Nic. - pokręciłem głową. - Chyba poruszyłem się zbyt gwałtownie. Te rany... strasznie bolą.
Mary uśmiechnęła się delikatnie. Wyglądała całkiem normalnie. No może oprócz tych wszystkich siniaków i zadrapań. `
-A kiedy już wrócisz do formy... - zaczęła, przesiadając się na krawędź mojego łóżka. - Pojedziemy do mnie i zrobimy to, co zawsze wychodziło nam najlepiej.
Posłałem jej delikatny uśmiech i oparłem się o dużą, puchatą poduszkę. Wyleczę się i wszystko wróci do normy. Pójdziemy do domu. Wznowię fundację... o ile nie straciłem jeszcze tych dwóch sponsorów, których z takim trudem zdobyłem.
(Logan)
-Proszę! - zawołałem, widząc co James przegląda i położyłem mu na kolanach przeskanowane dokumenty, które dostałem od innych adwokatów. - Twoje sprawy, już rozwiązane, doprowadzone do końca... Carlos miał Ci to dać, ale musi niańczyć siostrzyczkę.
-Jasne, rozumiem. - pokiwał głową. - Cieszę się, że o to zadbaliście. A co z...
-Masz czyste konto. - zapewniłem go, kiedy złożył dłonie na dokumentach.
-Dzięki. - pokiwał głową. - Nie wiem, jak bym sobie bez Was poradził.
-Daj spokój, od tego są przyjaciele. - wzruszyłem ramionami.
Chciałem mu powiedzieć o planie Kendalla. Tylko nie wiedziałem jak się mam za to zabrać. Usiadłem na krześle obok łóżka i wskazałem na teczkę, która trzymał na wierzchu.
-Zajrzyj do środka. - powiedziałem, pokazując mu nieopisany skoroszyt.
-Teraz? - uniósł brwi, zwalniając gumkę.
Obserwowałem, jak zmienia się jego wyraz twarzy. Uśmiechnąłem się, widząc jak sam zaczyna się uśmiechać.
-Co to ma być? - zapytał zaskoczony.
-Twoja rehabilitacja. - odpowiedziałem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Oj, coś za dużo tych uśmiechów wyszło. I jest trochę słabo. Nie miałam tego dnia weny, sorki. Cieszę się, że mam wszystkie notki już napisane, bo jakbym pisała na bieżąco, to pewnie musiałabym zawiesić. A ja mam teraz fazę na muzykę ze Strażników Galaktyki. Tata mówi, że mi odbiło, bo co co rano słucham „Mr Blue Sky”. Ale już dosyć.
I wiem, ze późno dodaję, bo jak wróciłam poczułam nagłą potrzebę, żeby zrobić ciasto. Wiem, miało być rano, ale zapomniałam. A szarlotka wyszła kapitalna. Wyjęłam ją dwie godziny temu i już jej nie ma. Czary jakieś.
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się. Cześć!



środa, 18 października 2017

68. Zamknięte oczy

(Kendall)
Przez ostatnie kilkanaście godzin na zmianę siedzieliśmy przy Jamesie, czekając na jakąkolwiek poprawę. W ten sposób wykorzystaliśmy cały czas wolny, oryginalnie przeznaczony na spanie. W sumie nie było tak źle. Czekaliśmy na jakąkolwiek poprawę i mam zamiar to powtarzać do skutku.
W końcu zapikał mój peger i musiałem zejść na dół. Czyli klasyka. Zastanawiałem się, co jeszcze może się stać.
-Wszystko w porządku? - zapytał Adam, podając mi jedną z podkładek. - Wyniki badań pacjenta spod ósemki. Doktor Adams się odzywała?
-Nie. - pokręciłem głową. - Jeszcze kilka godzin i policja rozpocznie poszukiwania.
-Chodzi o Adams? - oznajmiła Alexa, przechodząc obok nas. - Ona jest... nieustraszona.
-Niby tak, ale... każdy ma swoje granice. - stwierdziłem, odkładając przejrzane wyniki na bok. - Wiesz jak to jest. To może być ciężki orzech do zgryzienia. Nawet dla niej.
-Wiem. - pokiwała głową. - Ale mam nadzieję... że znowu po prostu pojechała do Minnesoty i wysłała podanie o urlop pocztą.
-Tak, zdarzyło się to wcześniej raptem tylko dwa razy. - wzruszyłem ramionami, ale tak naprawdę miałem nadzieję, że tym razem też tak zrobiła.
-Albo pięć razy. - dodała Alexa, zmieniając chłopakowi kroplówkę. - Normalka.
Adam zrobił zaskoczoną minę i przeszedł do drugiej części pokoju. Alexa patrzyła na niego przez chwilę, a potem podeszła do mnie bliżej.
-Jak James? - zapytała półgłosem.
-Bez zmian. - odpowiedziałem. - Szykują go do drugiej laparotomii. Wiesz, przy tak rozległych ranach postrzałowych to rutyna, żeby sprawdzić, czy nie ma nigdzie pozostałości po pociskach.
-Osiem kul... - powiedziała cicho, kręcąc głową. - Niewiarygodne, że zdołał to przeżyć.
-Dzięki Bogu szybko przywieźli go do nas. - powiedziałem równie cicho. - Nie wiem, co mogłoby się stać, gdyby z tego nie wyszedł.
Trudno było mi to przyznać. Bałem się. Po raz kolejny mimowolnie odłożyłem profesjonalizm do szuflady i puściły mi nerwy.
-Wszystko będzie dobrze. - zapewniła mnie po dłuższej chwili. - James się wyliże, a Adams... sam wiesz, jakie już wywijała numery. Pewnie nawet nie wie, że James jest ranny.
-Alexa, ona z nim sypia. - przypomniałem jej, kiedy wrzucała odpadki do kosza. - Na prawdę myślisz, że ona by się tym przejęła? Kiedy wyjeżdża, odcina się od całego świata.
-I pewnie to nawet do niej nie dotarło. - pokręciła głową. - Wiesz co...
-Nie, już nic nie mów... - zaprzeczyłem. - Wiesz co, ostatnio mieliśmy tu taki młyn, że nie wiedziałem za co się złapać.
-A teraz trafił się James...
(Lira)
Wróciłam do szpitala kilka dni później. Może i trafiałam tam bez przerwy i nawet tego nie zauważałam. Zamrugałam, siadając na jednym z obskurnych krzeseł w izbie przyjęć.
-Co Ty tu robisz? - usłyszałam obok siebie głos Carlosa. - Nie poszłaś na górę.
Usiadł obok mnie i pociągnął nosem. Wiem, że ostatnio załatwiał wszystko za Jamesa. To był taki mały jednostronny układ, jak sam to nazywał.
-Co ze sprawami? - zapytałam w końcu.
-Nic. - wzruszył ramionami. - Przekazałem go innym prawnikom. Nie mam pojęcia, jak zdołałem ich namówić do pracy za darmo.
-Ale się udało. - wzruszyłam ramionami. - Wiesz co, nigdy nie przypuszczałam, że Jamesowi może się coś stać. Każdemu, ale nie jemu.
-Wiem. - pokiwał głową. - Zawsze wydawał się niezniszczalny. Przyzwyczailiśmy się do tej myśli, ale jak widać, niepotrzebnie. Ostatnio, kiedy z nim rozmawiałem, rozważał zatrudnienie kilku osób na pełen etat. W końcu udało mu się znaleźć sponsora.
-Mówił mi. - oznajmiłam, wstając z krzesła i ustępując miejsca starszej pani. - Wiesz, co? Może ja po prostu odejdę? Wiem, że...
-Nie, Lira... - przerwał mi, stając naprzeciwko mnie. - Dobrze zdaję sobie sprawę z tego, co teraz musisz przeżywać.
Nie miał nawet pojęcia. Może nie jestem przyjaciółką Jamesa numer jeden, ale... nie zdążyłam nawet dokończyć myśli. Do izby przyjęć weszła Adams. Umorusana w błocie, w podartym ubraniu... zupełnie nie przypominała tej groźnej pani doktor, którą tak wszyscy znamy.
-Pani doktor? - zawołałam, a Carlos spojrzał w tym samym kierunku.
-O Boże... - westchnął. - Wie pani, co się działo?
Podeszliśmy do niej obydwoje i z obu stron pomogliśmy jej dojść do jednego z parawanów. Kiedy usiadła, chwyciła wacik do maczania w spirytusie i jedno z małych lusterek.
-Wiem więcej, niż możecie sobie wyobrazić. - przerwała mu, nie przerywając obmywania swoich własnych ran. - Kiedy jeden strzelał do Maslowa, drugi mnie uprowadził. Ledwo im uciekłam. Lepiej dajcie znać policji.
-Zadzwonię. - oznajmił Carlos, idąc w stronę blatu pielęgniarek. - Proszę chwileczkę poczekać.
Pokiwałam głową obserwując go z oddali. Sięgnął po bezprzewodowy telefon i wybrał numer. Wciągnęłam powietrze nosem, jednocześnie zasysając do gardła nagromadzone gile.
-Co z Maslowem? - zapytała po dłuższej chwili.
-Jego stan jest ciężki. - oznajmiłam. - Nie wiem, co mogę pani powiedzieć. Kendall i Logan wciąż nad nim czuwają. Poproszę ich, żeby z panią porozmawiali. Proszę tu poczekać.
-Idź. - oznajmiła, siadając wygodnie na łóżku. - I poproś którąś z pielęgniarek, żeby załatwiła dodatkową pościel.
Uniosłam brwi, zabierając swoją teczkę i wsiadając do windy. Zastanawiałam się co robić. Tak po prostu to olać, czy wręcz przeciwnie. Brnąć w to i powtórzyć wszystko tak jak mówiła Adams, czy... poczekać, aż sama to powie.
Wysiadłam na chirurgii i przeszłam przez szeroki, obstawiony wózkami korytarz. W końcu zauważyłam Kendalla. Pomachałam do niego, zwracając tym na siebie jego uwagę.
Kendall natychmiast przekazał Ellie podkładkę z kartą pacjenta.
-Hej. - powiedział, całując mnie w policzek. - Coś nowego?
-Adams tu jest. - powiedziałam cicho. - Przyszła cała poobijana. Kazała mi pójść po Ciebie, albo Logana.
-Logan odsypia. - powiedział natychmiast, wracając ze mną do windy i czekając aż wróci. - Lepiej go teraz nie budzić. Miał wyjątkowo ciężką noc.
-Jak my wszyscy. - dodałam, opierając się o błyszczącą ścianę pokrytą przyciemnianym lustrem.
-Mówiłaś, że jest poobijana. - przypomniał sobie. - Co jej się stało?
-Mówiła, że ktoś ją uprowadził. Dziwne, że nikt tego nie zauważył. - mruknęłam, stukając palcami po mocnym kartonowym segregatorze.
Nic już nie powiedziałam, zaczynając wpatrywać się w sufit. Płyta kontrolna miała tyko jedno odsuwane przejście.
-To jak? - zapytał, kiedy nie odezwałam się przed dłuższą chwilę. - Idziemy?
-Idziemy. - pokiwałam głową.
(Logan)
-Przepraszam... - usłyszałem głos ze swojej lewej strony. - Szukam doktora Hendersona.
Obróciłem się, widząc naprzeciwko siebie blondynkę trzymająca w rękach szary, kartonowy skoroszyt. Schowałem za siebie kartę z wynikami badań innego pacjenta i spojrzałem na nią wyczekująco.
-Tak? - zapytałem, chcąc ją jakoś ponaglić.
-Nazywam się Olivia Tale. - oznajmiła. - Uczę się w liceum, ale uczęszczam na kurs medyczny...
-Kurs medyczny? - uniosłem brwi, spoglądając na nią z zaskoczeniem.
-Takie pierwsze sito przed studiami medycznymi. - wyjaśniła, wyrozumiale nie puszczając fasonu. - To wymóg koledżu, który wybrałam. Zanim się do nich zgłoszę, muszę mieć odrobione czterdzieści osiem godzin prac społecznych.
Nagle coś zaczęło mi świtać. Tale? Olivia Tale. Dobra, wiedziałem, że ma się do mnie zgłosić jakaś wolontariuszka, ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak młoda.
-Chwila... Olivia Tale? - powtórzyłem jej nazwisko, a ona pokiwała głową. - To Ty nie jesteś studentką? Słyszałem, ze masz do się zgłosić, ale sądziłem, ze będziesz trochę starsza.
-Chodzi o sprawdzenie, czy sobie poradzę z pacjentami. - zawołała za mną, kiedy zacząłem iść do jednego z pokoi. - Jeśli nie, będę musiała napisać podanie od nowa.
-Od nowa? - zmarszczyłem brwi, patrząc na nią ze zdziwieniem.
-Ze skierowaniem na pracę badawczą. - odpowiedziała. - Byłam już w laboratorium. Mam pełną opinię.
-Dobrze, już rozumiem. - pokiwałem głową. - A czy mogłabyś mi donieść swoją kartę ocen?
-A to koniecznie? - zapytała zaskoczona.
-Nie, ale dzięki temu wiedziałbym, na jakim jesteś poziomie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Pisząc ostatnią scenę, oglądałam „Liv i Maddie”. Usłyszałam, jak pani Roonie mówi do Liv „Olivia” i tak jakoś wyszło. Cała historia.
I tak, wiem, że tak oficjalnie jest osiem pocisków, ale Adams trochę zmniejszyła tę liczbę, żeby go za bardzo nie straszyć. Ale to chyba za tydzień... Dobra, nie ważne.
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!



środa, 11 października 2017

67. Statystyka

(Kendall)
-Jak z nim? - zapytałem Logana, wracając do pokoju.
-Kiepsko. - okręcił głową, pokazując mi jeden z ostatnich zapisów EKG. - Przynajmniej praca serca jest w normie. Wciąż chcą go trzymać w śpiączce farmakologicznej. Nie wiemy jak długo to potrwa. Mózg nie ucierpiał, ale obrażenia wewnętrzne wciąż są bardzo ciężkie.
-Co planujesz? - zapytałem, kiwając na niego głową.
-Ja nic. - pokręcił głową. - Derek i Leon szukają Adams. Nie wiem, co mogę więcej zrobić. Szefowej nie ma, więc możemy sobie na trochę odpuścić.
-Tylko Ty potrafisz wykorzystać krytyczną sytuację. - westchnąłem siadając na jednym z krzeseł w sali Jamesa. - Wiesz coś nowego?
-Niewiele. - odpowiedział, siadając naprzeciwko mnie. - Po prostu zastanawiałem się, czego mogą próbować. Wiesz ile jest nieprzetestowanych, ale za to obiecujących terapii.
-Nawet w takim przypadku? - uniosłem brwi, patrząc na niego przenikliwie. - Przejrzałem dokumentację w archiwum, większość z takich obrażeń kończy się zgonem.
Logan popatrzył na mnie z nieukrywaną urazą. Cieszyłem się, że on widzi jakąś szansę dla Jamesa, chociaż głośno o tym nie mówił.
-Stary, ile razy Cie prosiłem, żebyś nie czytał archiwów? - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Szczególnie w takich sytuacjach. Niepotrzebnie się nakręcasz. Poza tym, wiesz jak to już z nami jest. Jak Ty zaczynasz panikować, to ja też zaczynem panikować. Z tą różnicą, że jeszcze gorzej.
Wywróciłem oczami.
No dobra, Logan często panikował razem ze mną i nawet czasami trochę przesadzał, ale on przynajmniej próbował myśleć pozytywnie, zamiast szukać logicznych alternatyw na przyszłość.
-Pojedziesz do jego mieszkania? - poprosił po dłuższej chwili, odzyskując normalny ton. - Tylko Ty wiesz, gdzie trzyma kartę zdrowia.
-Ja? - uniósł brwi, spoglądając na mnie ze zdziwieniem. - Dobra, zaraz po pracy.
(Lira)
James został postrzelony, Adams przepadła. Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Przyjmowałam do wiadomości, ale nie wierzyłam. Zastanawiałam się nawet, co zrobić. Co, jeśli nie obudzi się na czas i chłopaki będą musieli zacząć za niego decydować. Tylko Ci dwaj są upoważnieni. Nie do ogarnięcia, prawda? To zupełnie jak z tym nagraniem z Aniołem Stróżem, który od pewnego czasu krąży po sieci. Wygląda na niesfabrykowane, więc jeśli jest prawdziwe... to znaczy, że cuda się zdarzają.
Pociągnęłam nosem, wysiadając z windy. Za chwilę wyjdę na dwór i spotkam Carlosa idącego w stronę szpitala. Minę go, ale on mnie zawoła, żeby zapytać, jak się czuje James. Powiem, że nic nie wiem, a potem wsiądę do samochodu. Odczekam chwilę, żeby ochłonąć. Pojadę do sądu i powiem Viperze, że nie mam zamiaru odwalać za niego roboty w takiej chwili.
Przeszłam przez hol nie podnosząc głowy. To już czas. Wczoraj też to tak wyglądało. Z tą różnicą, że nie byłam u Vipery.
Idzie Carlos. Czas się przygotować.
-Hej, Lira, zaczekaj! - zawołał za mną, kiedy byłam już prawie przy samochodzie. - Coś nowego w sprawie Jamesa?
Patrzył na mnie... nie przygotowywałam się na to spojrzenie. Miałam wrażenie, że mięknę w jednej chwili. Jak w sekundę tracę całe pokłady panowania nad swoimi emocjami.
-Nie. - pokręciłam głową. - Nie informują mnie o jego stanie. Musisz zapytać o to Kendalla albo Logana. Przepraszam, teraz muszę jechać.
-Jasne. - mruknął, obracając się w stronę szpitala. - To do zobaczenia. Zadzwonię, jak dowiem się czegoś... konkretnego.
W odpowiedzi skinęłam głową, widząc jak oddala się w stronę głównego wejścia do szpitala. Wsiadłam do samochodu, po drodze wyciągając kluczyki z kieszeni bluzy.
Mówiłam.
Poczułam nagłą ochotę, żeby wrzasnąć z całej siły. Miałam ochotę się rozpłakać, uderzyć dłońmi o kierownicę... nie wiem, cokolwiek.
Z trudem się ogarnęłam i odpaliłam silnik, jadąc opustoszałymi ulicami miasta. Do sądu było dość daleko. Miałam czas, żeby się trochę uspokoić i przeanalizować sobie, co takiego powiem temu nadętemu bubkowi. Mam po prostu wejść rzucić mu teczkę i wyjść? Może... jednak nie wydawał mi się to najlepszy pomysł, szczególnie, że mógł ze mną robić co chciał.
W końcu zaparkowałam przed główną siedzibą sądu i prokuratury w mieście. Nie było to ze sobą połączone, ale kilku budowniczych zgodnie stwierdziło, że to praktyczne i w ten sposób oba te miejsca są wybudowane razem, a nie jako dwa oddzielne budynki. Ponadto to pozwoliło zaoszczędzić trochę miejsca na działce, ale to już inna sprawa.
Zaparkowałam, zabierając ze sobą teczkę z przygotowanymi dokumentami. Umieściłam ją sobie pod pacha na tyle solidnie, żeby mi się nie wymknęła i weszłam do środka, jedną ręką podtrzymując drzwi, a drugą obejmując stos makulatury, który miałam w rękach.
-Kiepska pogoda, co? - zawołał za mną Sasha, idąc w przeciwnym kierunku.
-Tak, okropna! - odkrzyknęłam.
Sasha Robertow to Rosjanin. Przyjechał na wymianę i po żmudnych bitwach z urzędem imigracyjnym w końcu zapuścił korzenie. Teraz był nawet niezły w tej robocie. Jest bardzo miły, a na akcent lecą dziewczyny z księgowości. Nawet nie wiem co w tym takiego porywającego. Ale one nie znały sekretu. Bo Sasha jest gejem. Schludny przystojniak, z olśniewającym uśmiechem, w dodatku europejczyk, który ani trochę nie tęskni za domem. Ta... albo cud, albo gej. W tym przypadku gej.
Weszłam do gabinetu Vipery i rzuciłam mu teczkę na biurko.
-Szybko się pani uwinęła. - podsumował, sięgając po kolejne papiery, ale uniosłam dłoń, żeby go powstrzymać.
-Nie! - zawołałam, odsuwając się o krok. - Nie mogę więcej ogarniać archiwów. Mam jedną sprawę do rozwiązania. Nie mam czasu, żeby się tym zająć.
-A kto się tym zajmie? - zapytał, unosząc brwi.
-Może jakiś praktykant? - wzruszyłam ramionami. - Nie mogę się tym zajmować. Mam zdecydowanie zbyt wysokie kwalifikacje.
Vipera wstał z krzesła, czym bardzo mnie zaskoczył. Cofałam się tak długo, aż w końcu przyszpilił mnie do ściany. Rozejrzałam się szukając drogi ucieczki, ale zamiast tego, on podszedł do mnie zbyt blisko. Mogłam poczuć jego oddech pachnący owocowymi dropsami. Chyba już nigdy ich nie tknę. Vipera wsunął dłoń pod moje udo i położył mi rękę na tyłku. Odruchowo podniosłam rękę i kopnęłam go z całej siły w krocze.
-Ty suko! - jęknął, trzymając się w bolące miejsce.
-Zwariował pan?- krzyknęłam zduszonym głosem. - Złożę skargę do przełożonego!
-Nie ośmielisz się. - powiedział, wciąż jęcząc z bólu, ale wyczuwałam dziwną pewność siebie w jego głosie. - Znasz statystki. I jeszcze jedno... Nie masz dowodów.
Miał rację. Nie miałam.
(Carlos)
-Coś nowego? - zawołałem, zaglądając do Kendalla i Logana.
-Nic. - Logan pokręcił głową, odkładając segregator na miejsce. - Powoli zaczyna mi się udzielać paranoja Kendalla. W sumie dobrze, że wyszedł.
Odruchowo rozejrzałem się po pokoju i zdałem sobie sprawę, że Kendalla naprawdę tu nie ma. No, może to i lepiej. Nie powinien tego usłyszeć.
-Czytasz archiwa? - uniosłem brwi, widząc, co przeglądał.
-Próbuję wybadać co poszło nie tak. Jakie wcześniej popełniano błędy i tym razem zaproponować lepsze wyjście.
-Zwykle Kendall tak robi. - zauważyłem cicho.
-Wiem. - pokiwał głową. - I właśnie to mnie przeraża, bo... widzę, że coś jest nie tak i nie mogę nic zrobić, żeby było lepiej. Mogę się tylko przyglądać, ale zamiast tego wolę przeglądać stare dokumenty i myśleć jak pieprzony doktor House.
Wiedziałem, co on myśli o tym serialu. Wiedziałem, że praca lekarza tak nie wygląda i zwykle w szpitalach jest większy ruch.
-Jakieś pomysły? - zapytałem w końcu.
-Jeden. - przyznał, przełykając ślinę. - W dwóch przypadkach nawalili przy powtórce laparotomii. Zrobiono zbyt duże nacięcie i przez opatrunek dostało się trochę bakterii z otoczenia. Pomyślałem, że... może, gdyby zrobić zabieg endoskopem, uniknęlibyśmy tych komplikacji.
-A co na to Kendall? - zapytałem w końcu, unosząc brwi.
-Zgadza się. - oznajmił. - Właściwie, to był jego pomysł. Na razie nie powiedziałem mu, że go popieram. Najpierw muszę sprawdzić jeszcze kilka przypadków. Może uda się znaleźć jakiegoś, który przeżył.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kto się śmiał na kawałek o geju, ręka w górę. Kto wyzwał Logana od perfidnych kłamców, ręka w górę. Wiem, nie mam pojęcia co mi odwaliło. Poza tym znowu się zawiesiłam i nie wiem, co dalej pisać. I to zła wiadomość. Ale jest jeszcze jedno. Mam strrrasznie dużo roboty, więc muszę spasować z pisaniem. Sorki.
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!

I witamy Rose wśród czytelników!  

środa, 4 października 2017

66. W imię zdrowia

(Logan)
-Wszystko gra? - zapytał Kendall, wchodząc do pokoju lekarzy.
-Jasne. - pokiwałem głową. - A dlaczego pytasz?
-A dlatego, że siedzisz tutaj zupełnie sam i nawet nie próbujesz do nikogo zagadywać. - odparł, zdejmując z regału jeden z masywnych segregatorów. - A to już jest mega dziwne.
-Po prostu chcę się jakoś wyciszyć. - wzruszyłem ramionami. - Czeka mnie jeszcze dwanaście godzin mordobicia. Sam też tak robisz.
-Masz rację. - pokiwał głową, ale nie wyglądał, jakby przyznawał mi rację. - Ja tak robię. Problem w tym, że Ty nigdy tak nie robiłeś.
Nie odpowiedziałem. Zamiast tego wstałem i spojrzałem na niego zaskoczony, ale on tylko pochylił się nad dokumentami. Nie wiedziałem, czego szuka i coś mi podpowiadało, żeby się tym teraz nie interesować. Podniosłem spojrzenie na półkę, z której brak dokumenty. Zmarszczyłem brwi, widząc wyraźny nagłówek.
ZGONY – 2007-2014
Po co oglądał te papiery? Podszedłem do niego bliżej i wyjąłem mu segregator z rąk. Położyłem sobie to na kolanach i przerzuciłem kartkę do tyłu, żeby zobaczyć czyją metrykę czyta.
-Hej, co Ty wyprawiasz? - zawołał, próbując mi to odebrać, ale sprytnie się obroniłem.
-Czekaj... - powiedziałem cicho.
Imiona i nazwisko: Peter Owen Hale
Zawód: Strażak
Wiek w chwili śmierci: 48 lat
Przebiegłem spojrzeniem po tekście i zatrzymałem się na ostatnim wpisie. „Pacjenta przywieziono z rozległymi poparzeniami klatki piersiowej i dróg oddechowych. W ciągu dwóch tygodniu był w stanie śpiączki farmakologicznej. Pomimo silnych starań lekarzy z oddziału oparzeniowego, pacjent zmarł”. Nie było wzmianki o chorobach. Nie rozumiałem, dlaczego...
-To ojciec Dereka i Scotta. - wyjaśnił cicho. - Próbuję znaleźć odpowiedź, skąd się wzięła jego astma. Tak zaostrzone objawy nie mogły się wziąć z błahego uczulenia na oliwki.
-Po co to czytasz? - wzruszyłem ramionami. - Zmarł wskutek obrażeń. Z tego co tu piszą był okazem zdrowia.
-Teraz widzę, ale kiedy James znalazł takie dokumenty u Adams... stwierdziłem, że muszę je przejrzeć. Wątpię, czy palenie papierosów w mieszkaniu było jedynym powodem.
-Jego ojciec palił przy nim papierosy? - przerwałem mu, powoli przestając coś z tego zrozumieć.
-Nie, jego matka. - pokręcił głową. - Nikotyna dostała się w mleku matki. Pewnego dnia Derek znalazł Scotta nieoddychającego w kołysce. Zaczął go reanimować. Całe szczęście się udało. Mały spędził trzy tygodnie pod respiratorem. Zrobili mu szczegółowe badania.
-I wtedy wyszło, że ma astmę? - dokończyłem za niego, a on przytaknął.
-Tak, tylko normalnie jej efekty nie utrzymują się tak długo. - powiedział cicho, zabierając mi segregator. - A chłopak trafia na izbę przyjęć co najmniej dwa razy na miesiąc w ciągu tygodnia. Objawy już powinny powoli ustępować. A one się nie zmieniają.
-To jak bomba zegarowa. - stwierdziłem. - Nigdy nie wiadomo, kiedy dostanie kolejnego ataku i jak bardzo będzie silny. To co? Uważasz, że jest jakieś inne źródło? Może matka?
-Paląca astmatyczka już dawno powinna nie żyć. - stwierdził, odkładając segregator na miejsce. - Prześledziłem jego drzewo genealogiczne z obu stron trzy pokolenia wstecz. Nic nie znalazłem.
-Stary... odpuść. - uniosłem dłonie chcąc go uspokoić. - Wiem, ile wycierpiał ten dzieciak, ale w ten sposób mu nie pomożesz. Myślisz, że jego poprzedni lekarz nie próbował? Na pewno. Z resztą co jego akta tu w ogóle robią?
Kendall nie odpowiedział, odkładając swój identyfikator na stolik do kawy.
Usłyszeliśmy pukanie do drzwi i do środka zajrzała Alexa. Spodziewałem się, że coś powie, ale ona tylko kiwnęła głową, żebyśmy poszli za nią.
-Powiesz nam co się dzieje? - zapytał Kendall, doganiając ją na korytarzu.
-Lepiej, jeśli sami zobaczycie. - powiedziała cicho, wskazując nam drzwi do dwójki.
Zmarszczyłem brwi i wszedłem do środka. Spojrzałem na mężczyznę, który leżał na wózku. Poczułem oszałamiające zawroty głowy, zanim zdołałem cokolwiek zrobić.
-O Boże... - westchnąłem.
(Lira)
Nie powiem, żebym miała dzisiaj dobry nastrój. Przeciwnie. Był okropny. Może się myliłam, ale wszystko, co się tu działo nie było dziełem przypadku.
-Skończyłam! - powiedziałam Mattowi, wchodząc do jego części biura. - Wiem, że i tak jedziesz do sądu. Możesz zawieźć to temu bubkowi? Chyba nie zniosę, jak go dzisiaj zobaczysz. Dzisiaj czuję się, jakbym miała ochotę rozszarpać go gołymi rękami.
-A co Ty? - prychnął, zszywając dwie kartki do kupy. - W ciąży jesteś? Bo tak Ci buzują hormony, że...
Nie zdołał dokończyć, bo strzeliłam go w tył głowy otwartą dłonią. Uniosłam ręce, ale on tylko odsunął się w geście obronnym.
-Nie bij! - jęknął.
Westchnęłam, odchodząc na kilka kroków i usłyszałam śmiech Carlosa, który właśnie wszedł do naszej kanciapy na trzecim piętrze. Pokręciłam głową, rozsiadając się w jednym z dwóch foteli.
-Po prostu to zanieś i zwiej, zanim da mi znowu coś do roboty, dobra? - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Nie mam ochoty wypruwać sobie żył. A po tym urlopie już na pewno nie będę wyczekiwać z nim spotkania.
Carlos ponownie się zaśmiał i podał mi moją własną komórkę.
-Zostawiłaś na psychiatrii. - wyjaśnił, kiedy spojrzałam na niego z zaskoczeniem. - Albo ktoś Ci go ukradł. Tak, czy siak czekają trzy raporty. Nie wiem, na ile Cię naciągnęli.
Chrząknęłam, otwierając pierwszą wiadomość od sieci. Nie lubiłam ich czytać. I nie tylko dlatego, że to było pewnego rodzaju rachunkiem.
-Prawie dycha. - oznajmiłam, siadając trochę prościej. - Nie tak źle. Ostatnio było prawie trzydzieści dolców.
-Jednak potrafisz dzisiaj tryskać optymizmem. - odparł Matt, kiedy Carlos bez żadnego ostrzeżenia zaczął grzebać w naszym systemowym telefonie.
-Jest wiadomość od Alexy. - powiedział, pokazując nam stacjonarnego SMSa. - Mamy koniecznie dodzwonić się do Adams, mówi że to ważne.
Wstałam, wychodząc z pokoju. Matt podniósł się w jednej sekundzie i nadzwyczaj szybko zjawił się obok mnie.
-Gdzie idziesz? - zawołał, kiedy wbiegłam na schody.
-Do szefa! - odpowiedziałam. - Z jego telefonu na pewno odbierze.
(Kendall)
Nie mogłem uwierzyć w to, co właśnie się działo. Może i potrafiłem zachować trzeźwość umysłu przy stole operacyjnym, ale... nie dzisiaj.
-Ellie... - zacząłem, zwracając się do niej, chociaż już powinna wyjść z pracy. - Zastąp mnie, błagam. Nie dam rady go tak po prostu...
Ellie spojrzała na mnie ze współczuciem i poklepała pocieszająco po ramieniu.
-Dobrze. - kiwnęła głową. - Artuhr... będziesz mi asystował.
Nie byłem do końca pewny, czy chciałem powierzyć życie swojego przyjaciela studentowi, ale ufałem Ellie. Razem operowaliśmy, uczyliśmy się i... ona dała kosza mojemu starszemu bratu. Tak, z pewnością nie ma się czym przejmować.
-I co? - zapytał Logan, kiedy wszedłem do sali obserwacji.
-Nie wiem. - wzruszyłem ramionami. - Pocisk nie uszkodził żadnych organów wewnętrznym. Chyba, ze doszło do rozwarstwienia tkanki... Ale sam wiesz, jak ciężko to wykryć. A ty dowiedziałeś się, jak to się stało?
Logan zagryzł wargę, zanim się odezwał. Widziałem, że będzie mu ciężko o tym opowiadać.
-Więc... to zrobił właściciel sklepu z kosmetykami. - oznajmił, aja zmarszczyłem brwi z zaskoczeniem. - Pamiętasz pacjentkę, której bronił? Kradła kosmetyki, żeby wynudzić pieniądze z reklamacji i mieć na leki dla swojej ciężko chorej córki.
-No i? - spojrzałem na niego z wyczekiwaniem.
-Wywalczył dla niej unieważnienie długu w imię ochrony zdrowia. - odpowiedział. - tamtego faceta na trochę skasowało. Kiedy się dowiedział, jaka jest kwota, wpadł w szał... i wtedy postrzelił Jamesa w sądzie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Próbowałam zbudować napięcie. Udało się? Czy nie bardzo? Zastanawiałam się, jak to zrobić, żeby było najlepiej i zdecydowałam, że najlepiej będzie unikać imienia Jamesa do ostatniej chwili. Na razie nie powiem, jaki mam na to plan.
Dobra, a teraz idę odpowiadać na ostatnie pytania do koniczynki i pisać pożegnanie. Wiem, trochę to przedłużyłam.
Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!
I jeszcze małe ogłoszenie. Zaraz po opublikowaniu postu, zabieram się za uaktualnienie kolumny z polecanymi blogami. Usunęłam te, co już są porzucone, a wstawiłam te, które są bieżące. Dużo tego nie ma. A jeśli ktoś, będzie powracał do pisania na tych blogach, których linki wykreśliłam i będzie dalej czytał tego bloga, z pewnością to zauważę, bo jest jeszcze pełna lista blogów, do której link znajduje się z boku.